Obóz "Karawana"
#1

Cytat:

Niewielki obóz ukryty w zagajniku na południe od Grimssdel. Przeciętny podróżnik może dostać się do Karawany na trzy sposoby. Pierwszym i drugim są dwie ścieżki przecinające zagajnik. Jedna zaczyna się tuż przy głównym szlaku, zmierzając w kierunku miasta wystarczy skręcić na zachód i wejść między drzewa. Druga rozpoczyna się na północy zagajnika, skąd już niedaleko do samej osady nad jeziorem. Obie są niewidoczne na pierwszy rzut oka, a rozkład wart zmniejsza szanse obcego przybysza na pojawienie się w obozie bez zapowiedzi. Trzeci sposób to przedzieranie się bezpośrednio przez las, aczkolwiek w gęstym gąszczu trudno pozostać cichym a przez to i niezauważonym.
Mieszkańcy karawany rozbili swoje namioty na niewielkiej polanie w głębi lasu. Od wschodu i północy chroni ich ściana drzew, od południa i zachodu nabrzeżna skarpa, której fundament jest wiecznie podmywany przez niewielkie fale Jeziora Grimssdel. Po ilości rozbitych namiotów można oszacować, że nie mieszka tu więcej niż trzy tuziny dusz. Pięć wozów wchodzących w skład Karawany zostało ustawionych na jej obrzeżach, aby zapewnić ludziom ochronę w razie ataku. Konie są uwiązane na skraju obozowiska przy północnej ścieżce i wprowadzanie ich głębiej na tereny obozu nie spotka się z życzliwą reakcją.
W Karawanie znajdziesz myśliwych, rybaków, praczki, wojowników, byłych kupców, a nawet skrzypka... Podsumowując, każdy robi co może, aby owa społeczność przetrwała. Więź łączącą mieszkańców, którzy są dla siebie niczym członkowie jednej wielkiej rodziny, jest tutaj aż nadto wyczuwalna. W Karawanie rzadko pytają o przeszłość, dlatego to idealne miejsce na zupełnie nowy początek.
12.07.2019, 16:06
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obóz "Karawana"
#2

Uczucie dziwnej ekscytacji, jakie nawiedziło Clay'a na widok znajomych stron, zna chyba każdy człowiek, który miał szczęście nazywać jakieś miejsce domem. Karawana nie była szczytem marzeń mężczyzny jeśli mowa o warunkach mieszkalnych, ale przecież to nie one definiowały, czy ludzie ją takowym domem nazywali lub też nie . Rodzina, przyjaciele... Ludzie. Dla tych ludzi był zdolny znieść najgorsze upokożenia i ból. Największe porażki.
Dla nich był w stanie zabijać.
Towarzyszący Clayowi od jakiegoś czasu ból w plecach zelżał, gdy ekscytacja coraz bardziej ogarniała mężczyznę. Cieszył się, że zobaczy Śliskiego i innych, że wreszcie przyzna się do porażki i będą mogli zacząć od początku. Randy chyba również się radował, gdyż parskał głośno i zarzucał grzywą na boki rad, że zaraz znów zobaczy znajome rumaki.
Mężczyzna rozejrzał się dookoła, nim zjechał z drogi i zniknął na jednej z dwóch dróg prowadzących do obozu - taki stary nawyk sprzed lat. Zaraz osoba pilnująca ścieżki krzyknie w jego kierunku "kto idzie?!" lub coś w tym rodzaju - system wart był jedną z rzeczy, do których obozowicze najbardziej się przykładali z własnego przykrego doświadczenia. No nic, życie. Człowiek na błędach się uczy, najlepiej na własnych, chociaż łatwiej jest to robić na cudzych. Wtedy może taki panicz zdąży się zorientować i w porę zareagować, nim wejdzie w jakieś gówno...
- Ach, Randy. - Clay klepnął z czułością konia po grzbiecie. - Nie ma to jak w domu, co?
04.08.2019, 19:42
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obóz "Karawana"
#3

STRAŻNIK
Poranek w Karawanie
Dzień pierwszy


omimo tego że powrót w rodzinne strony (jeśli ten tymczasowy obóz ktoś mógł nazwać domem) przysparzał Claydonowi pewną radość, ogólna atmosfera panująca w Karawanie była raczej ponura. Na pierwszy rzut oka nie było to aż tak zauważalne, w końcu wartownicy nie zwykli sobie żartować podczas pracy. Jednakże dostawszy się już między swoich dowódca mógł wyraźnie poczuć swoistą aurę obawy wiszacą w powietrzu i obawy malujące się na twarzy jego towarzyszy. Szybko też przyszło mu przekonać się co było tego powodem. Gdy tylko bowiem znalazł się na terenie obozowiska, jego wzrok i obecność wyłapał Śliski, natychmiast wręcz pojawiając się przy boku kompana i kładąc jedną dłoń na jego plecach, jak gdyby wpadł właśnie na jakiś niesamowicie opłacalny geszeft. Niestety, jego słowa zdradzały co innego.


Słuchaj stary, mamy problem. – Powiedział wyjątkowo jak na niego poważnym tonem. Spodziewać się można było, że zaraz zacznie mówić o kończących się zapasach i funduszach. – Mamy problem i ty bardzo dobrze zdajesz sobie z tego sprawę, prawda? A jeśli czegoś z nim nie zrobimy, jesteśmy w dupie głębiej niż cwele w teolskich więzieniach. Jeszcze parę tygodni i pomrzemy tu wszyscy z głodu. – Pozwolił sobie na krótką przerwę, by w odpowiedni sposób sformuować następną myśl. – Kiedy cię nie było, Doktórek i reszta wrócili z zakupów Grimssdel. I chuja tam dostali. A nawet i tego nie, mówią że miasto zamieniło się w miasto duchów. Nawet jednej żywej duszy na ulicach, a jak z ciekawości zapukał do jednego z domostw, usłyszał tylko głośne "wypierdalać". A to i tak dobrze, bo w kolejnych nikt nie raczył mu odpowiedzieć. I wiem jak bardzo nie chcesz tego słyszeć, ale jeśli mamy przeżyć, zostaje nam tylko bandyterka.



Dalsze rozeznanie po Karawanie nie napawało nadzieją. Benet wraz z resztą myśliwych zanotowali dziwny spadek ilości zwierząt w okolicy, pomimo tego że nic wcześniej nie wskazywało na nadchodzącą migrację. Nie zniknęły bowiem tylko zwierzęta łowne, czy drapieżniki, a nawet latające ptactwo postanowiło się gdzieś przenieść. Cokolwiek było powodem takiego stanu rzeczy, mogło stanowić spore niebezpieczeństwo. Najgorsze jednak było to, że trudno było o upolowanie czegokolwiek, co dodatkowo zwiększało tylko problem kurczących się zapasów.

Tuż przy samym jeziorze, Kaznodzieja z Olemem rozmawiali między sobą wpatrując się w gęstą mgłę którą spowita była tafla wody. Po dołączeniu się do rozmowy, Clay mógł dowiedzieć się o ich pomyśle na choćby częściowe zażegnanie kryzysu. Prócz rozmyślania nad możliwą przyczyną przedziwnego stanu Grimssdel, prawili oni o jego skutkach. Do tej pory bowiem w osadzie nie było rybaków. Miało to wiele powodów, od braku umiejętności każdego z jej mieszkańców, przez brak łodzi czy nawet tratw, po fakt że leśna wioska w gruncie rzeczy znajdowała się tu bez niczyjego pozwolenia i by uniknąć nieporozumień z jakimś władcą ziemskim, który mógł uznać ich za bandytów, lepiej było pozostawać w cieniu. Jednakże ta ostatnia opcja miała teraz nieco mniejsze znaczenie, skoro nie zanosiło się, by miastowi chcieli gdziekolwiek wypływać. Pomimo tej jednej sprzyjającej okoliczności, decyzja taka i tak niosłaby ze sobą pewne ryzyko. Budowa łodzi, plecienie sieci i to wszystko wymagało pracy, a w gruncie rzeczy każdy miał tutaj jakieś zajęcie. Ktoś musiałby więc zmienić profesję.
07.08.2019, 14:09
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obóz "Karawana"
#4

- Spotkajmy się za godzinę przy Drzewie - powiedział Olemowi i Kaznodziei Claydon, poczekał, aż skiną głowami, a następnie oddalił się w stronę własnego namiotu. Dobrze wiedział, że bagno, w którym tkwili dotychczas po pas, właśnie wciągnęło ich głębiej i już prawie nie pozwalało zaczerpnąć powietrza. Potrzebował chwili spokoju, aby pomyśleć, co zrobić dalej.
Po drodze do namiotu zobaczyła go Hilde, która bawiła się w pobliżu szmacianą laleczką.
- Wujek Clay! - krzyknęła dziewczynka.
- Hilde! Leć no powiedzieć wujkowi Śliskiemu i Vareshowi, że widzimy się za godzinę pod Drzewem - dodał, gdy już przytulił dziewczynkę na powitanie.
- A wyczesałeś Randy'ego? - zapytała podejrzliwie dziewczynka.
Cholera.
- Zapomniałem - przyznał się.
- To lepiej idź! Wujek Varesh nie lubi, jak się źle traktuje konie!
- Odnoszę wrażenie, że wujek Varesh niczego nie lubi - mruknął Clay pod nosem, gdy dziewczynka oddaliła się już wykonać swoje zadanie. Sam wstąpił tylko na chwilę do namiotu, aby zostawić w nim skrzypce i oba miecze, które nie będą mu potrzebne, nim znów nie wyruszy w drogę, a następnie ruszył w stronę powbijanych na skraju obozowiska płotków, gdzie mieszkańcy Karawany uwiązywali swoje rumaki.
Zdjął siodło z grzbietu Randy'ego, a ten zarżał cicho z wdzięcznością. Clay'owi za cholerę nie chciało się szczotkować zwierzęcia, ale gdy już zaczął, jakoś to poszło. Mógł chociaż spokojnie pomyśleć podczas wykonywania tej prostej czynności. W międzyczasie zawołał też przechodzącego nieopodal jakiegoś chłopaka, którego jeszcze nie kojarzył, i kazał mu powiadomić Beneta i Magika o spotkaniu. Zdążył jeszcze częściowo się odświeżyć i zjeść lichy posiłek, nim wreszcie nadszedł czas.
"Drzewo" nie było jakimś nadzwyczajnym drzewem - to znaczy owszem, konar wyrósł tak jakoś krzywo, przez co wyginał się trochę w bok, przywodząc na myśl żagiel statku pod naporem wiatru, lecz nie dlatego Clay wybrał owo miejsce na spotkanie. Było trochę dalej od obozu, a przywódca nie chciał niepokoić innych mieszkańców Karawany. Oczywiście, gdyby jakiś chciał do nich dołączyć, nie byłoby problemu.
- Mamy parę spraw do omówienia - zaczął, gdy już wszyscy się zebrali. - Zacznijmy od tej sprawy z Grimssdel i ze znikającą zwierzyną. W ogóle mi się to nie podoba. Coś tu śmierdzi gorzej niż w wychodku po wizycie Starego, a skoro zwierzęta to wyczuły i spieprzyły, to uważam, że ludzie z miasteczka nieprzypadkowo pozamykali się w domach w tym samym czasie. Coś tu się dzieje, a my nie mamy pojęcia, co. - Popatrzył po dobrze znanych sobie twarzach. Skierował wzrok na pozbawioną wyrazu twarz Kaznodziei, pochmurną gębę Varesha, spokojne oblicze Olema. Ujrzał poważne spojrzenie Beneta i lekko zamglone oczy Magika. - Rozważałem podwojenie wart - mówił dalej Claydon - ale i tak brakuje nam rąk do pracy. Zamiast tego nie chcę, aby ktokolwiek opuszczał obóz samotnie. Idziesz szczać w nocy, to kogoś bierzesz ze sobą, jasne? Wartownicy na ścieżkach niech skrócą dystans od obozu o połowę... I niech będą ostrożni. - Spojrzał przy tym na Śliskiego, któremu to zwykle powierzał powiadamianie ludzi o podobnych postanowieniach. Był najbardziej lubianym człowiekiem w Karawanie, miał więc również bardzo duży posłuch, co jeszcze wspomagał jego niepodważalny talent do mącenia ludziom w głowach.
- To teraz sprawa żarcia - podjął Clay. - Pomysł Kaznodziei i Olema wydaje się kuszący, ale mam złe przeczucia co do tego jeziora. Magik, pływałeś na staktach w Greathardzie. - Zwrócił wzrok na Akolitę. - Jeśli wiesz, jak zbudować łódkę i pleść sieci, powierzam to zadanie tobie. Jeśli nie wiesz, znajdź kogoś, kto wie. Zbudujcie łódkę lub dwie, ile uznasz za stosowne. Weź do pracy kilku myśliwych, w pustym lesie niczego nie upolują... - Nawet, jeżeli postanowią skorzystać z pomysłu Śliskiego, kilka łódek i sieci na pewno przyda się w przyszłości.
- Pozostaje nam jeszcze jedno rozwiązanie - wznowił po chwili przywódca - zaproponowane przez Śliskiego. Bandyterka. - Przebiegł wzrokiem po zgromadzeniu. Nie obrobili nikogo od... O cholera, Clay już nawet nie pamiętał! Był ciekaw, jak zareagują chłopaki. - Śliski - zwrócił się do przyjaciela. - Miałeś na myśli jakąś konkretą akcję, gdy mi to proponowałeś?
Jeśli nie, z pewnością zapyta innych członków gangu, czy nie mają jakiegoś pomysłu. Claydon nie wykluczał napadu, jednak wolałby go uniknąć w miarę możliwości. Jednak tu chodziło o ich być albo nie być. Chodziło o jego ludzi, a dla nich czasem robił rzeczy, na które nie miał najmniejszej ochoty.
08.08.2019, 11:35
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obóz "Karawana"
#5

STRAŻNIK


ompania skinęła głową, dając przywódcy do zrozumienia że pojęli przekaz. Na ich twarzach nie było widać jednak ani cienia ulgi, ani radości. Powzięte przez Claydona środki ostrożności bowiem miały przecież swą przyczynę. Co gorsza, nikt nie był pewien czym dokładnie była owa przyczyna. Miasto które w gruncie rzeczy jeszcze niedawno miało się całkiem dobrze było teraz opustoszałe, a jakby tego było mało to zaczynało brakować w lesie zwierząt łownych. Wszystko to składało się albo w zbieg niesamowicie niesprzyjających okoliczności, albo w jedną, spójną całość i na prawdę trudno było stwierdzić która z tych dwóch możliwości była gorsza.

Magik w spokoju przyjął powierzone mu zadanie. Oczywiście, Benet zdawał się nie być zadowolony z tej decyzji ale zadecydował się z jakiegoś powodu to przemilczeć. Niezgoda zaczęła się dopiero wraz z ostatnią propozycją. Wzrok wszystkich zebranych niemalże jednocześnie obrócił się w stronę pomysłodawcy napaści. Śliski w odpowiedzi na to wzruszył ramionami.

To był tylko luźny pomysł. Skoro Grimssdel jest puste, raczej żadna karawana tam nie będzie jeździć. Organizowanie zasadzki na trakcie tak jak robiliśmy to wcześniej może okazać się daremne. Ale z tego co mówił nasz Doktorek, ludzie w mieście żyją. Tylko nie wychodzą na zewnątrz. Równie dobrze można obrabować trochę domostw, jakiś magazyn i sprzedać co znajdziemy. Jak będzie gdzie sprzedać, rzecz jasna. Jakieś dwa dni piechotą na południe jest też ta osada farmerska. Powinna trzymać się jeszcze nadwyraz dobrze, przynajmniej przez jakiś czas.

Zdania na temat sugestii Wernona były podzielone. Mimo że napaść na osadę lub miasto wydawała się nie różnić zbytnio od uprawianej z rzadka przez nich bandyterki, wchodziło tu w grę życie kobiet i dzieci, w znacznie większym stopniu niż w przypadku karawan. Oczywiście, do to Claya należało ostatnie słowo.
14.08.2019, 00:49
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obóz "Karawana"
#6

W siedmioosobowej grupie doprawdy ciężko podjąć decyzję, która zadowoliłaby wszystkich, a w takiej zbieraninie jak ta, gdzie każdy z mężczyzn jest szurnięty i szalony na swój własny sposób, wydawałoby się to wręcz niemożliwe. Clay nie przejmował się niezadowoleniem Beneta, gdyż zwyczajnie go nie zauważył - był zbyt znużony podróżą, zresztą sam myśliwy nie wyraził głośno sprzeciwu.
Przywódca bandy doskonale zdawał sobie sprawę, z jakim ryzykiem wiąże się napad na Grimssdel. Chłopaki doskonale zdawali sobie sprawę, że narusza to chyba najważniejszą zasadę obozu - nie rabować blisko Karawany. W przypadku odkrycia ich osady ktoś szybko doda dwa do dwóch i połączy ją z napadem, a wtedy pojawi się podejrzenie i problem. Cała siódemka rozbójników przekonała się już na własnej skórze, że dzisiejsze prawo nie szuka winowajców, lecz kozła ofiarnego. Cóż, niestety sytuacja pachniała desperacją i Clay wiedział, że nie ominą go trudne, ryzykowne decyzje. Wiedział też, że jeżeli będzie zwlekał zbyt długo, każdy spróbuje coś ugrać na własny rachunek, co jeszcze bardziej zagrozi Karawanie. Przecież ludzie nie będą siedzieć w miejscu i głodować.
- Dobra, zrobimy tak - powiedział po namyśle. - Śliski i Kaznodzieja pojadą ze mną na południe, aby przyjrzeć się tej farmie. Zbadamy sprawę, zobaczymy, czy jest strzeżona. Dajcie nam pieniądze, które zabraliście na zakupy w Grimssdel, jeżeli uznamy, że nie warto ryzykować, spróbujemy coś od nich odkupić. Varesh i Olem. - Spojrzał najpierw na wielkoluda z Azaratu, następnie na Doktorka. - Chcę, żebyście jeszcze przyjrzeli się Grimssdel. Ustalcie najlepszy cel do obrabowania. Pamiętajcie, że potrzebujemy przede wszystkim żarcia, dopiero później możemy się brać za błyskotki. - O ile w ogóle jakaś biżuteria się w Grimssdel znajdowała. Na koniec jastrzębie spojrzenie Claydona spoczęło na Benecie. - Ty przypilnujesz Magika przy pracy - powiedział mu tylko. Nie od dzisiaj było wiadomo, że Magik lubił sobie raz na jakiś czas zniknąć bez uprzedzenia. Jeżeli chodziło o wypełnianie poleceń i obowiązków, na niego trzeba było brać pewną poprawkę - mianowicie, że robota może nie zostać wykonana. W tym wypadku nie mógł zniknąć, a Benet z pewnością tego dopilnuje. Potrzebowali tych łodzi.
- Czy ktoś chce coś powiedzieć? - dopytał Clay, jak to zawsze miał w zwyczaju.
17.08.2019, 21:11
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obóz "Karawana"
#7

Clay przetoczył powoli wzrokiem po twarzach towarzyszy. Nie dojrzał oznak sprzeciwu u żadnego z chłopaków, przez co pozwolił sobie na lekki uśmiech. Gdy wszyscy byli zgodni, łatwiej było mu udawać, że faktycznie wie, co robi. Gra pozorów na pełnym poziomie - tak to już było z przywództwem. Nie mógł okazywać niepewności i lęku, które budziła w nim ta cała sytuacja. Musiał pozostać stabilny i silny, gdyż dobrze wiedział, że sam chciałby podążać za takim człowiekiem w podobnych okolicznościach.
- Dobra - powiedział w końcu. - Pozałatwiajcie swoje sprawy i do dzieła. Mamy robotę - dodał, dając tym samym sygnał ekipie, że nie ma nic więcej do dodania. Towarzystwo zaczęło się rozchodzić, więc wskazał jeszcze na Śliskiego i Kaznodzieję.
- Panowie, przygotujcie się. Za godzinę ruszymy na farmę.
- Clay, bracie. - Śliski położył mu dłoń na ramieniu.- Dopiero co wróciłeś z długiej podróży. Odpocznij trochę, farma nie ucieknie. I tak mamy jeszcze tu sprawy do załatwienia. - Wtedy też uśmiechnął się tym łobuzersko-przystojnym uśmiechem, który tak irytował Claya. - Przecież nie chcemy, abyś zasłabł nam na trakcie, nie?
Clay w pierwszej chwili chciał powiedzieć, że sobie poradzi. Był zdeterminowany, chciał działać, musiał zapewnić Karawanie byt. Mógł strząsnąć rękę Śliskiego i nie ustępować. W końcu zrobiliby po jego myśli... Tylko po co? Plecy bolały go jak cholera. Tyłek miał otarty od siodła. Tak, całe życie spędził w drodze, wytrzymałby kolejną podróż, ale po co się torturować? Chyba nic się nie stanie, gdy chwilę odpocznie?
Zresztą Śliski na pewno opowiedziałby wszystkim przy ognisku, gdyby Clay faktycznie zasłabł i spadł z konia.
- Ruszamy godzinę po południu - rzucił herszt. Spojrzał przy tym na Kaznodzieję, lecz ten wpatrywał się uważnie w jakiś punkt ponad ramieniem Claya. Wyglądał jak wilk, który wyczuł zwierzynę.
- Dziecko - powiedział duchowny swym ochrypłym głosem. Przywódca Karawany obrócił się dokładnie w momencie, żeby zobaczyć, jak dzieciak znika wśród drzew.
- Psiakrew - zaklął. Dorośli mogli uczestniczyć w spotkaniach gangu, jednak dzieciaki miały całkowity zakaz z uwagi na brutalność niektórych kwestii omawianych przez mężczyzn. Clay powinien teraz dorwać tego dzieciaka i mu to dobrze wytłumaczyć, lecz to pewnie znowu rudowłosa Hilde chciała podsłuchać naradę dorosłych. Notorycznie jej się to przytrafiało i Clay nie potrafił dotrzeć do tego małego diabła.
Już ruszył w kierunku drzew, gdy minął go Śliski.
- Ja się nią zajmę - powiedział z cwaniackim uśmiechem. - Ty idź trochę odsapnij, wujku Clay!
Wujek Clay tym razem wyjątkowo się nie odgryzł - właśnie docierało do niego, że jest zajechany jak wół po całym dniu ciągnięcia wozu. Zresztą dzieciaki bardziej przepadały za Śliskim niż za Claydonem.
- Godzina po południu - powiedział tylko Kaznodziei i poszedł się położyć we własnym namiocie. Myślał o całej sytuacji i o sprzęcie, w jaki powinien się wyposażyć. Zdecydował zabrać ze sobą oba miecze i również skrzypce - czasem odstawiali numer z wędrownym skrzypkiem, który zabawiał mieszkańców domu na podwórku, podczas gdy reszta ekipy obrabiała posiadłość. W końcu przymknął na chwilę oko i odleciał w krainę beztroski i marzeń.
27.08.2019, 22:46
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obóz "Karawana"
#8

STRAŻNIK



adszedł czas na podróż. Towarzysz Claya właściwie oczekiwał już na niego, gdy ten obudził się z drzemki. Nie minęły dwa kwadranse, a znaleźli się już na drodze do ich celu. Parę godzin potem znajdowali się u celu.



Osada o której mówił Śliski składała się właściwie z dziewięciu domostw, dwóch obór, kilku kurników i, o dziwo!, niewielkiej stajni. Mieściła ona maksymalnie pięć koni, choć trudno było powiedzieć czy na pewno była pełna. Otoczenie wioski stanowiły głównie pastwiska, za którymi rozciągał się las. Mieszkańcy trzymali się całkiem dobrze. Zajmowali się wypasaniem owiec i wszelkim przemysłem z tym związanym. Co ciekawe, nie udzieliły im się humory związane z problemami w Grimssdel. Można było nawet wysnuć wniosek, że jeszcze o nich nie wiedzieli. Jeśli zaś chodziło o tę mniej przyjemną część rekonesansu, to ludzi tu nie mogło mieszkać więcej niż w Karawanie. Każdy mężczyzna miał tutaj jakieś narzędzie do samoobrony, choć zwykle był to po prostu długi nóż albo niewielki toporek który mógł służyć prędzej do rzucania niż prawdziwej walki. Dostrzec można było również jeden dumnie noszony miecz u boku podstarzałego mężczyzny, tutejszego sołtysa. Jego postura zdradzała jednak że zbyt dużego obycia w obsłudze ostrza nie miał. Widząc przybyszy, niemalże natychmiast przybył ich powitać i zapytać co ich sprowadza w te strony. Zaproponował nawet ciepły obiad gotujący się akurat w jego domostwie.

======
Jeśli chcesz skorzystać z porpozycji sołtysa, możemy dialog odegrać na konsultacjach, potem wrzucisz go w swój post. Możesz wtedy również kierować postacią Kaznodziei. Jeśli chcesz jak najszybciej znaleźć się spowrotem w Karawanie, pisz od razu posta.
14.09.2019, 14:13
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obóz "Karawana"
#9

Claydona nie zdziwił fakt, że wszyscy mężczyźni w osadzie byli uzbrojeni. Nie zrobiło na nim nawet wrażenia to, że sędziwy sołtys okazał taką gościnę nieznajomym i zaprosił ich na obiad. Przez moment całą uwagę poświęcił cichemu głosikowi, który szeptał mu gdzieś z tyłu głowy:
To prości, uczciwi ludzie. Zaprosili cię na ciepły posiłek, a ty chcesz ich okraść.
Może zmiękł przez te lata w Karawanie. Może widok pałętających się pod nogami bachorów pokroju Hilde sprawił, że nie miał serca pobić niewinnego człowieka i zostawić go z niczym. Wujek Clay, tak go teraz nazywano. A jak było kiedyś? Kiedyś nie zawahałby się poderżnąć sołtysowi gardła, żeby tylko zgarnąć jego sakiewkę. Teraz... Patrzył w oczy sędziwego mężczyzny i zaczął powątpiewać w swój plan.
- Ekhem – chrząknął, próbując ukryć wahanie, a następnie rozpromienił się w uśmiechu. - Witajcie, gospodarzu. Jestem Claydon, wędrowny skrzypek! A oto i moi towarzysze! – Wskazał dłonią na Śliskiego i Kaznodzieję. - Ten mniejszy ma na imię Wernon, a ten ponurak to Milten, nasz wielki obrońca! Nie mówi za dużo, ale serce ma wielkie! Jesteśmy w podróży i chcieliśmy odpocząć w Grimssdel, ale wszystkie chałupy pozamykane na trzy spusty, jakby pustynne demony szalały po ulicach. Nie wiecie, co tam się dzieje, u licha? – Zaśmiał się głośno, starając się, aby wyszło mu to autentycznie, a następnie wskazał na skrzypce wiszące u boku jego rumaka. - Grzechem byłoby odmówić gościny, zacny gospodarzu! Ale nie obawiajcie się, Claydon z Teolii do darmozjadów nie należy, więc zabawię was muzyką, jeśli tylko pozwolicie!
Przez lata na szlaku Clay poznał wiele skocznych piosenek, do których prości ludzie pokroju sołtysa lubili fikać koziołki. Nauczył się też, że koncert skrzypka stanowi także idealną okazję do odwrócenia uwagi, żeby jego towarzysze mogli rozejrzeć się po okolicy i porozmawiać z miejscowymi. Dla samych miejscowych zaś stanowił miłą odmianę w rutynie codzienności.
Sołtysowi jednak chwilowo nie koncertowanie skrzypka było w głowie:
- Dobry Duronorze! – zawołał. – Pierwsze słyszę takie rzeczy! – Podrapał się po siwej brodzie, starając się prawdopodobnie wyobrazić sobie jakim cudem miasto, choć małe, mogło być opustoszałe. - Mieliśmy wybrać się tam dopiero za parę dni z kobyłą do sprzedania. Za miesiąc córa Addwyna bierze ślub, jak on teraz posag i wesele opłaci skoro targi puste?  
Zmartwienie uwidoczniło się na twarzy gospodarza, jednak nie zapomniał o zasadach gościnności i zaprosił kompanię do siebie. Clay z przyjemnością zasiadł przy palenisku. Aż ślinka mu ciekła na myśl o ciepłym posiłku i z pewnością nie udzieliło mu się zmartwienie sołtysa odnoście córki Addwyna. Widocznie nie zmiękł aż do tego stopnia, żeby martwić się cudzymi pierdołami.
- Jeśli pozwolicie, dobrzy panowie, koncertować będziemy po obiedzie, gdy wszyscy zejdą z pastwisk – odezwał się gospodarz. - Jak zjemy, to zwołam wieś. Ale mówcie teraz, co takiego z tym Grimssdel? Naprawdę nic nie wiecie?
- Aj, panie gospodarzu! – wtrącił się od razu Śliski, jakby tylko czekał na to pytanie. Był tak dobrym aktorem, że to on zwykle grał pierwsze skrzypce w podobnych akcjach, jednak tym razem zstąpił go Clay. Śliski nie miał talentu do muzyki! - Jak powiedział wasz gość, a mój przyjaciel Claydon, chałupy w Grimssdel pozamykane, a ludzie boją się wyściubić nosa na zawnątrz! Dzień drogi od miasta Milten wybrał się na polowanie. – Wskazał ruchem głowy Kaznodzieję, czarne loki zatańczyły na jego czaszce. - Nic nie udało mu się złapać, mówił, że las cichy i martwy, żadnych świeżych śladów zwierzyny! – Spojrzał na duchownego, jakby szukał potwierdzenia swoich słów na jego twarzy. Temu nie drgnął nawet jeden mięsień. Nawet na niego nie spojrzał.
- Cokolwiek się tam dzieje, to nie jest to nic dobrego– wtrącił Clay ponuro, na chwilę zapominając o swojej roli. – Na razie lepiej się tam nie zapuszczać na moje oko. Nie wydarzyło się może w okolicy coś dziwnego ostatnio? Nie zginęła wam jakaś krowa lub owca? – zapytał szczerze zaciekawiony.
–O bogowie... – Westchnął gospodarz, jednak Clay miał wrażenie, że przy wzmiance o zwierzętach rozchylił nieco bardziej powieki. –Źle się dzieje, powiadam – mówił. - Od zeszłego tygodnia zwierzęta niespokojne, i faktycznie uciekł nam koń. Zrzucił młodego Mira z grzbietu i pognał na północ! Dwa dni żeśmy go szukali i nic! Jak gdyby w ogóle się nie zatrzymywał, tylko gnał tam, w stronę morza... Reszta stajni też taka jakby zaraz się chciała zerwać do lotu... Zły omen to jest, zły znak!
Może znak i zły, jednak Clay wiedział, że nie trzeba tłumaczyć zachowania zwierząt omenami i zabobonami. Jego własny rumak wiele razy ostrzegał go przed zagrożeniem, zanim Claydon chociaż pomyślał, że znalazł się w niebezpieczeństwie. Konie po prostu tak miały. Prawdopodobnie coś grasowało teraz po lesie i, mimo braku ofiar, przywódca Karawany wolał nie wykluczać takiej możliwości. Wszak konie czasami panikują bez powodu, gdy zawieje wiatr... Ale w stajni? Raczej nie.
Reszta rozmowy potoczyła się jak zwykła pogadanka gospodarza z podróżnikami. Clay i Śliski pytali o stan interesów, o innych podróżnych na trakcie i próbowali wysondować, czy sołtys może wiedzieć coś więcej, niż mówi. W gruncie rzeczy nie dowiedzieli się prawie niczego ciekawego. Osada trzymała się dobrze prócz panującego niepokoju wśród zwierząt. Część mieszkańców uważała ich zachowanie za zły znak, podczas gdy druga część się tym nie przejmowała. Ze słów gospodarza dało się wywnioskować, że ta sceptyczna grupa jest jednak mniej liczna. Jakiś czas później sołtys wysłał jakiegoś chłopaka, by zebrał ludzi na koncert skrzypka pod wieczór.
Zostali na farmie do rana. Clay zagrał wiele skocznych kawałków, uśmiechając się przy tym wcale nie wymuszonym uśmiechem, podczas gdy Śliski i Kaznodzieja mogli rozejrzeć się po okolicy i wypytać miejscowych. Tańce trwały do późna, a ludzie nalegali, by Clay nie opuszczał ich towarzystwa, gdy już chciał się udać na spoczynek. Argumenty w postaci jadła i popitki przez następne dni były kuszące, jednak Clay ciągle miał w pamięci zadanie, jakie sobie postawił. Do snu położył się myśląc o ludziach głodujących w Karawanie, a także o tych uśmiechniętych farmerach, którzy ugościli go pod własnym dachem, a których miał zamiar obrobić.
Rano pożegnali się z sołtysem i ruszyli drogą w stronę Miasta Handlowego, aby po jakimś czasie skręcić w las i zawrócić do Karawany. Zapasy otrzymane na drogę od farmerów Clay prędko zaniósł do polowej kuchni i zaczął wypytywać, czy reszta drużyny już wróciła do domu. Przyszedł czas na raport i ostateczną decyzję.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.10.2019, 13:21 przez Clay.)

07.10.2019, 13:20
Przeczytaj Znajdź Cytuj




Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna