Majątek Caheradów
#1

Cytat:

CZĘŚĆ WSPÓLNA, BRAMA I PLAC

Tereny będące w posiadaniu Williama, obecnie jedynego przedstawiciela Caheradów znajdują się w dzielnicy bogaczy, jednak na samym jej skraju od strony tej gorszej części społeczności Azaratu. Umiejscowienie majątku dosyć trafnie opisuje status samego rodu - aspirujący do bycia częścią elity Azaratu, a jednak dopiero majaczący na skraju "cywilizowanego świata".
Tereny są odgrodzone kamiennym murkiem - sięgającym co prawda nieco ponad dwa metry w górę, jednak niespecjalnie solidnym . Gdyby ktoś zamierzał go zburzyć, prawdopodobnie mógłby to zrobić w przeciągu kilku chwil. Murek w swojej części stanowi również jedną ze ścian budynków które do niego przylegają.
Na tereny prowadzi jedna, drewniana brama, na ogół pilnowana przez dwóch do trzech wynajętych do tego ludzi uzbrojonych w kusze.
Wewnątrz murów znajduje się sporej wielkości pusta przestrzeń, stanowiąca plac na którym bez trudu można pomieścić wozy czy zapasy gotowe do transportu. Są tutaj również dwie studnie.
Większość budynków na tym terenie jest prosta i niezbyt wysoka. Znajdują się tutaj zarówno budynki przeznaczone na kwatery dla niewolników, magazyny i spichlerze, wychodki, łaźnia, kuchnia, zagroda dla wołów i inne tego typu budowle, których należy się spodziewać po każdym posiadaczu ziemskim. Z bardziej unikalnych budowli, za czasów ojca Williama została tu wybudowana również huta szkła z licznymi piecami, a w bezpośrednim sąsiedztwie do huty również budynki w których półwyrób jest obrabiany.
Ostatnią z interesujących budowli jest sama rezydencja Caheradów. Jest to - patrząc z zewnątrz - również prosty budynek, pozbawiony finezji. Ale jest głębiej na terenie odgrodzonym murem od bazaru - a więc z całą pewnością gwar jest tam mniej słyszalny. A poza tym jest większy, zarówno jeżeli chodzi o jego szerokość jak i o wysokość.



REZYDENCJA, PARTER

Wnętrze rezydencji jest w zasadzie jedynym ogniskiem przepychu na terenie włości. Wewnątrz tej budowli można na chwilę odciąć się od przytłaczającego wrażenia surowych skał i cegieł, jakie wypełniają wszystko wokół.
Gdyby pomieszczenia na parterze były puste jak w dniu, w którym budowla została wzniesiona - można by je opisać jako całkiem przestrzenne i duże.
Niemniej jednak, w dniu dzisiejszym to wrażenie zaciera dostatek rozmaitych ozdób, stolików, roślin, wygodnych poduszek i wszystkiego, co ojciec Williama postanowił tu upchnąć, by w tym domostwie nie brakowało niczego, czym podejmują gości prawdziwi szlachcice. Całą podłogę pokrywają rozmaite, przyjemne w dotyku tkaniny, okna wpuszczają całkiem sporo światła, jest tu jednocześnie całkiem chłodno w porównaniu z upałem na zewnątrz.
Śmiało można pokusić się o stwierdzenie, że upchnięto tutaj wszystko, co winno dowodzić dostatku gospodarza.
Ktoś z poczuciem dobrego smaku, doświadczywszy prawdziwego dostatku i przepychu wie jednak, że całe te bogactwo stanowi swojego rodzaju parodię przepychu, bo upchnięto je na zbyt małej przestrzeni by efekt mógł stosownie rozbrzmieć.



REZYDENCJA, PIERWSZE I DRUGIE PIĘTRO

Na piętrze znajduje się sporo niezagospodarowanych pomieszczeń. Obecnie używane są w zasadzie tylko dwa - jedno stanowi sypialnię Williama. Drugie zaś stanowi niezbyt duży pokój. Pomieszczenie to jest proste i surowe. Nie wypełniają go żadne tkaniny, kwiaty czy zbędne ozdoby. Posiada jeden stół, trzy krzesła, trochę regałów, stojaków i szafek. I cała masę - czasem bardziej, czasem mniej uporządkowanych - papierów. To tutaj William przechowuje wszystkie swoje zwoje, mapy, notatki i szkice zgromadzone w ciągu swojego życia. Są tu także materiały do szkicowania czy atrament by spisać jakieś myśli. Jest to ulubione z pomieszczeń Williama. Tu najlepiej mu się myśli i podejmuje decyzje. Tu robi swoje wyliczenia i analizy. O ile ludzi obcych, spoza grona własnych niewolników William podejmuje na parterze, w tej niepraktycznej jaskini przepychu i bogactwa, tak z własną służbą i niewolnikami spotyka się przeważnie w tym właśnie pomieszczeniu. Najprawdopodobniej spalenie jego zawartości zabolałoby Caherada bardziej, niż pozbawienie wszystkich monet i zrabowanie spichlerza.



KWATERY NIEWOLNIKÓW, JADALNIA

Duże, surowe pomieszczenie wypełnione w większości drewnem. Jest to oddzielny budynek, w którym wszyscy niewolnicy zbierają się w czasie posiłku. Znajduje się tutaj beczka z wodą z której ludzie Williama korzystają swobodnie. Tak naprawdę w tym budynku nie ma nic wyjątkowego, nic zwracającego uwagę. W zasadzie niemal nic tu nie ma. A jednak taka przestrzeń to i możliwość zjedzenia wspólnego posiłku przy stole to i tak o wiele więcej, niż ma okazję zasmakować zdecydowana większość niewolników należących do ludzi o majątku podobnym do Caherada.



KWATERY NIEWOLNIKÓW, POMIESZCZENIA SYPIALNE

Kwatery sypialne wydzielone niewolnikom są niewiele, ciasne i gęsto wypełnione. Zważywszy na zdecydowanie mniejszą liczbę niewolników niż za czasów ojca Williama, jego ludzie mogliby spokojnie rozejść się na większą ilość budynków niż obecnie, niemniej - nie wiadomo czy z przyzwyczajenia, wzajemnej sympatii czy obaw, że z czasem dołączą do nich obcy, być może podli ludzie - niewolnicy Williama zajmują jedynie dwa budynki. W pomieszczeniach sypialnych można natrafić zarówno na łóżka jednoosobowe jak i dwuosobowe, nie żeby to komukolwiek przeszkadzało. Bądźmy szczerzy - jak mały odsetek niewolników w ogóle może marzyć o nocy w łóżku?

Grafiki i opis zaakceptował: Isidur
17.08.2019, 20:49
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Majątek Caheradów
#2

askoczenie, jakie opanowało Williama w momencie, gdy na teren jego włości wprowadzono pustynnego lwa, w ciągu ostatniej godziny opadło tylko trochę. Od samego początku co prawda panował nad swoją twarzą i przerażenie nietypową sytuacją nie wypłynęło na powierzchnię, niemniej w jego wnętrzu aż się gotowało.
Przyprowadzili do niego cholernego lwa! Co on miał z tą bestią zrobić? Tyle dobrze, że zwierzę zakuto w solidnie wyglądającą obrożę do której zamocowano osiem łańcuchów. Łańcuchów na tyle długich, że ściany budynków do których je uwiązano były dostatecznie daleko, by w razie potrzeby odwiązać je bez wchodzenia w zasięg łap czy szczęk zwierzęcia.
Tylko kto u diabła miałby się tym zająć?
Niewolnicy pracujący na jego rzecz, choć wcale nie umierali z głodu, nie byli wojownikami o atletycznych sylwetkach. Gdyby na każdy z łańcuchów przydzielić jednego z nich, William nie postawiłby na nich nawet brązowego smoka. Zwierzę sprawiało wrażenie na tyle żwawego i dobrze odżywionego, że bez trudu by im się wyrwało. Nie, William nie był na tyle głupi. Nie narazi swoich ludzi - ani tym bardziej siebie - na takie ryzyko. Jeżeli już podejmie decyzję co zrobić ze zwierzęciem, będzie musiał załatwić silniejszych ludzi. Albo podać mu coś, co go uśpi.
Na to jednak przyjdzie czas później - na razie William nakazał wstrzymać wszelkie pracę na terenie posiadłości i odesłał ludzi do jadalni by odpoczęli za zamkniętymi drzwiami. Ci, którzy mieli dość odwagi co prawda mogli sobie najpierw zerknąć na egzotyczne zwierze na uwięzi, ale tylko połowa skorzystała z przywileju - reszta wolała nie kusić losu i przemknęła od razu do budynku. Othia zainteresowała się lwem dłuższą chwilę, ale w końcu i ona stwierdziła, że bezpieczniej będzie usunąć się bestii z widoku.
W efekcie, pozostałymi poza budynkami był tylko William i trójka strażników pilnujących zamkniętej bramy - choć w tym jednym wypadku bardziej pilnowali czy zwierzę nie zacznie szaleć, bo ostrzelanie je z podwyższenia stanowiło chyba jedyną nadzieję w przypadku takiej tragedii. Poza tym, poza terenem posiadłości była jeszcze trójka ludzi wyznaczonych do zgarnięcia towarów na targowisku i posprzątaniu bałaganu, którego narobił lew pośród luster. Do tego Mesier, który był opatrywany w nieznanym Williamowi miejscu, oraz Astalior, który udał się zasięgnąć języka na arenie odnośnie ceny, jaką mogli dać za dobrze odżywionego lwa pustynnego. William szczerze mówiąc wolałby udać się na arenę sam, ale zostawienie lwa w posiadłości i opuszczenie jej wydało mu się zbyt nierozsądne. Zupełnie, jakby jego obecność mogła cokolwiek zmienić...
William westchnął ciężko. Podczas całego zamieszania przyglądał się zwierzęciu, sprawiało wrażenie wystraszonego nie mniej od samego Williama. Lew dość często próbował drapać się za obrożę i sprawdzał jak dobrze trzymają łańcuchy. W gruncie rzeczy sprawiał jednak wrażenie bardziej zaskoczonego i wystraszonego, niż szykującego się do walki czy ucieczki. Czy Ci aroganccy Avaedavarowie nigdy nie trzymali tego stworzenia na łańcuchu? Całkiem możliwe, William widział kiedyś z daleka ich posiadłość. Mogliby przygotować lwom klatkę wielkości całych jego włości.
Gdy już wszystko się uspokoiło - to znaczy jego ludzie zamknęli się za drzwiami by niewątpliwie przedyskutować niecodzienne wydarzenie, William pokuśtykał po drewniany stołek i ustawił go sobie naprzeciw zwierzęcia.
Na początku nie usiadł na nim. Serce mu waliło jak młotem a przemytnik bał się zwierzęcia. W związku z tym stał przez dobre kilka minut za meblem, zupełnie jakby ten kawałek drewna miał go przed czymś uratować.
W końcu jednak zebrał się na odwagę - zwierzę przyglądało mu się, ale nie szarpało już, wyglądało na całkiem spokojne - i usiadł. Dzieliło go od Lwa dobre kilkanaście metrów - bliżej podejść się nie odważył.
- Po cóż Avaedavarom taka bestia jak Ty? - zapytał zwierzęcia powoli, dosyć cicho. I zorientował się, że głos mu drżał a w gardle czuł suchość.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.08.2019, 20:56 przez William Caherad.)

17.08.2019, 20:54
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Majątek Caheradów
#3

ielonooka wojowniczka, nazywana w Azaracie Dzikuską z Arsh'Ghem lub Demonem z Pustyni, nie przejmowała się zaciekawionymi spojrzeniami ludzi, którzy od dawna nie widzieli jej... takiej. Wyglądającej jak prosto z plotek, przekazywanych z ust do ust. Poczernione, niemal kocie oczy, które pałały dzikim blaskiem. Czerwone usta, na których błąkał się złośliwy uśmiech. Granatowe włosy przeplecione ze złotymi sznurkami, związane w długi warkocz, który powiewał za nią niczym ogon. Szaty, które sprawiały wrażenie jakby z każdym krokiem dziewczynę owiewał wiatr i rozsypywał pasma materiały na wszystkie strony. Jednak przede wszystkim uwagę skupiała jej broń - cztery Pazury oraz katana przypasana u boku. Aeolian spojrzała na wojownika, który szedł u jej boku i poczuła się raźniej. Stanowili dziwną, niebezpieczną parę. Już wyobrażała sobie kolejną falę niestworzonych historii, które ludzie będą sobie o nich przekazywać.
- Eh... Dziękuję, że ze mną jesteś. Nie wiem jak się zachowam, jeśli zobaczę, że Sha'riv już został skrzywdzony... - zacisnęła dłonie w pięści, a jej oczy zapłonęły gniewem. Miała wrażenie, że wokół niej zebrał się chłodniejszy wiatr. Spojrzała jednak na pierścień od Jardira i westchnęła przeciągle. Musiała nad sobą panować.
Lia przez cała drogę do majątku Caherada patrzyła przed siebie. Trasa nie była specjalnie długa, ale dla niej ciągnęła się niczym wieczność. Kiedy w końcu dotarli, dziewczyna ujrzała wysoki mur, który jednak nie wydawał się bardzo wytrzymały. Popukała w niego delikatnie pięścią, ciekawa, czy zaprawa się odkruszy. Wzruszyła ramionami i podeszła do drewnianej bramy. Zastukała w nią trzy razy i uniosła głowę. Jej spokojne, czujne spojrzenie spoczęło na strażnikach znajdujących się na murach.
- Przybywam w imieniu Jardira Avaedavara! - krzyknęła mocnym, wypracowanym głosem, po którym znać było, że śpiew nie był jej obcy. Uniosła dłoń, na której jaśniał pierścień jej pana. Sha'riv, słysząc jej głos, zaryczał gromko. - Jestem Aeolian z Arsh'Ghem. Chcę się widzieć z Williamem Caheradem. Mam dla niego propozycję. - odsunęła się od bramy, a serce zabiło jej mocniej. - Nie do odrzucenia... - mruknęła cicho, tak, by tylko Samuro mógł ją usłyszeć.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.08.2019, 21:42 przez Aeolian.)









17.08.2019, 21:25
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Majątek Caheradów
#4

Z racji, że strażnicy faktycznie skupieni byli bardziej na doglądaniu wnętrza murów niż sprawdzaniu czy ktoś nie próbuje się dostać z przeciwnej strony, od momentu gdy Aeolian uderzyła w bramę do momentu wychylenia się głów dwóch strażników minęła dłuższa chwila.
W końcu jednak dziewczyna mogła spojrzeć na surowe, w żadnym razie nie wojownicze twarze mężczyzn prawdopodobnie po czterdziestce, którzy w rękach, w dosyć swobodny sposób trzymali kuszę z bełtem na cięciwie. Pierwszy z nich na widok dziewczyny gwizdnął mimo woli i wyprostował się zupełnie, jakby chciał sprawiać godniejsze wrażenie, otworzył nawet usta żeby coś powiedzieć ale najwyraźniej zabrakło mu słów.
Przemówił za to drugi ze strażników, ten, który w reakcji na widok nietypowego przybysza raczej zmrużył oczy i pewniej chwycił za broń. Na razie wprawdzie nie żaden z nich nie celował do dziewczyny, ale to mogło się przecież zmienić.
- Już przybyli w imieniu Jardira Avaedavara. Godzinę temu. - padło szorstko z muru. - Z tego co mi wiadomo, porozumienie zostało zawarte. - kolejne, dosyć szorstkie zdanie z ust strażnika.
Mężczyzna spróbował dostrzec pierścień, który dziewczyna unosiła na dłoni, jednak taka odległość niezbyt sprzyjała badaniu sygnetów.
- Rzuć go tutaj. - nakazał.
W tej samej chwili z wnętrza murów rozległ się donośny ryk na co obaj strażnicy zerknęli w stronę wnętrza posiadłości.

Tymczasem William, widząc nietypowe zachowanie zwierzęcia drgnął i upadł z tym swoim stołkiem.
- Niech to szlag! - burknął z mieszanką strachu i irytacji, przez jakiś czas cofając się od lwa i nie wstając z ziemi.
Szybko jednak zorientował się, że zwierzę ani nie zaczęło się szarpać, ani nie zrobiło się agresywne. Zastygł więc w pozycji półleżącej i przyglądał się zwierzęciu. Lew sprawiał wrażenie nie patrzeć na Williama. Kierował swój pysk natomiast w stronę bramy. Caherad również tam spojrzał. Jeden ze strażników gestem pokazał "dwa", a następnie, "okej". William spojrzał ponownie na lwa. A więc to ktoś przed bramą tak go ożywił?

Gdy strażnicy doszli do słusznego wniosku, że lew wcale nie zerwał się z łańcucha ponownie skierowali uwagę w stronę przybyszów.
- Kim jest Twój towarzysz, Aeolian z Arsh'Ghem? I dlaczego przynosicie tu broń która wcale nie wygląda na paradną dekorację?
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.08.2019, 22:05 przez William Caherad.)

17.08.2019, 21:57
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Majątek Caheradów
#5

ziewczyna zdecydowanie nie tego się spodziewała. Opieszałość strażników, którzy wyglądali jakby walki nawet z daleka nie widzieli. Broń trzymali w sposób tak godny nagany, że mimo woli Aeolian skrzywiła się na ten widok. Kiedy usłyszała, jak jeden z nich na nią gwiżdże, płomień złości rozgorzał w jej sercu. Zacisnęła dłoń w pięść z taką siłą, że miała wrażenie, że zaraz paznokcie przebiją skórę. Mimo to, spokój na jej twarzy pozostał nienaruszony.
- Teraz przybywają w jego imieniu po raz drugi, złożyć korzystniejszą ofertę. - odpowiedziała, mierząc mężczyznę niechętnym spojrzeniem, w którym błyszczała narastająca irytacja. Zmrużyła oczy niebezpiecznie, kiedy usłyszała kolejne żądanie.
- Pierścień Avaedavara miałby trafić w Twoje brudne łapska, które nawet kuszy nie potrafią dobrze trzymać? - no, i tyle było z jej spokoju. Nie zamierzała jednak przekrzykiwać się ze strażnikiem stojącym na murach. - Jeśli chcesz go sprawdzić... sam tu zejdź. - jej włosy, które wymknęły się z warkocza, rozwiały się na wietrze. Tak samo jak jej spódnica. Aeolian jednak nie spuszczała wzroku ze strażników. - Każda kolejna chwila, w której brama się nie otwiera, to obelga dla Avaedavarów. A naprawdę nie sądzę, że chcecie ich obrażać. - dodała już spokojnie, choć te dwa zdania były oczywistą groźbą.
Kiedy Lia usłyszała ryk lwa, serce zabiło jej żywiej. Sha'riv był tuż obok. Uśmiechnęła się do strażników, a w jej oczach zatańczyły figlarne iskry.
- Sha'riv! - powiedziała głośno, patrząc się na mężczyzn. Lew raz jeszcze zaryczał. Dziewczyna tym razem usłyszała także szczęk łańcucha, a jej oczy zmrużyły się w złości. Mimo wszystko, narzuciła sobie spokój. Zerknęła na Samuro i westchnęła cicho.
- Mój towarzysz to Wilk z Teolii. Jest gwarantem waszego bezpieczeństwa. - powiedziała pewnie, choć wcale tego nie planowali. Zresztą, to była prawda. Aeolian wierzyła, że będzie bronił tych ludzi przed jej wściekłością. Uniosła brew. - Bo ta broń nie jest dekoracją. Chronię ród Avaedavarów od wielu lat, a do tego potrzebna jest prawdziwa broń. - uśmiechnęła się delikatnie. - Nie to, co wasza. - puściła oczko strażnikowi. Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, dodała. - Przychodzimy z ofertą, a jesteśmy traktowani jak złodzieje. Czy taką odpowiedź mam zanieść Jardrowi Avaedavarowi? Wasz pan jest tego pewien...? - Lia raz jeszcze uderzyła w bramę pięścią. Dlaczego, do cholery, oni są tacy durni?
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.08.2019, 22:18 przez Aeolian.)









17.08.2019, 22:16
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Majątek Caheradów
#6

ziewczyna która z dzikiego świata pełnego szaleństw po pustyni trafiła wprost pod opiekę jednego z najbogatszych rodów Azaratu była rozczarowana opieszałością strażników służących średniej klasy handlarzowi szkła? A to dopiero nowina! Czy ona naiwnie wierzyła, że wszyscy „źli, niedobrzy i wolni” ludzie w tym mieście mogą sobie pozwolić na usługi porządnie przeszkolonych i zdyscyplinowanych wojowników? Dla Williama wystarczyło, by Ci ludzie potrafili wycelować - i w razie potrzeby wystrzelić - pocisk w stronę potencjalnych intruzów. Bardziej zresztą pełnili rolę straszaka niż faktycznej obrony posiadłości. A fakt, że nie byli totalnymi kretynami i nie wpuszczali do środka każdego kto bardzo się tego domagał, dodatkowo działał na ich korzyść. Ale gdzieżby im tam do standardów Jaśnie Pani Niewolnicy!
Żaden ze strażników nie skomentował hasła o drugiej, korzystniejszej ofercie. To byli prości ludzie, którzy wierzyli, że zawarte umowy należy uszanować. Zmienianie zawartych umów nie było dobre. A już w szczególności, gdy jakaś paniusia odziana w złoto próbuje ich pospieszać.
Im płacono za pilnowanie bramy. I za nie przepuszczanie ludzi, których intencje nie są znane. Przed sobą mieli dwójkę uzbrojonych po zęby ludzi, wyglądających na biegłych wojowników. No dobra, jednego biegłego wojownika i tajemniczą piękną damę odzianą w masę błyskotek, ale również posiadającą broń. W dodatku niezbyt skorych do współpracy, skoro dziewczyna nie chciała rzucić im tego cholernego sygnetu.
- Spokojnie, Eryku! Ja zejdę! - wyrwał się cicho drugi ze strażników, ten, który zagwizdał na widok kobiety. Jego słowa majaczyły na granicy słyszalności ludzi znajdujących się przed bramą. Drugi z mężczyzn wzruszył ramionami.
- Jak sobie chcesz. - odparował podobnie cichym tonem. - Ale jak Cię zaszlachtują, to nie miej pretensji. Sam poleciałeś za ładną buzią. - zaśmiał się cicho.
W następnej chwili z widoku łowców przed bramą zniknął jeden ze strażników, a drugi dalej się w nich wpatrywał, trzymając swoją kuszę.
Dziewczyna rzuciła słowa na temat nieotwierającej się bramy i obrażania wielkiego rodu Avaedavarów. Mężczyzna patrzący na nią z góry roześmiał się na tą groźbę. Szczerze, być może napawając się trochę frustracją obwieszonej złotem kobiety z rodzaju tych, o jakich nie ośmielał się nawet fantazjować.
- Tak mówisz, paniusiu? - podjął. - Ale nam, wyobraź sobie, płacą za to, by ta brama nie otwierała się zbyt szybko. Za to, by nie wpuszczać podejrzanych, uzbrojonych ludzi, którzy bez wcześniejszej zapowiedzi i wyraźnego uprzedzenia od naszego chlebodawcy, żądają wstępu na teren posiadłości. - zaśmiał się mężczyzna rozkładając ręce, w tym jedną trzymającą kuszę. - I nie uważam, by szlachetny Pan Jardir Avaedavar poczuł się urażony tym, że dochowujemy procedur. W szczególności, że mamy sytuację wyjątkową. - w tym miejscu mężczyzna wyszczerzył się w nieładny sposób. - A zamknięta brama stanowi jedno z zabezpieczeń, by z terenu akurat tych włości nic nie uciekło ku zgubie biednych ludzi na bazarze.

Później dziewczyna wypowiedziała głośno imię lwa a zwierzę szarpnęło się energicznie.
William ponownie dał się złapać w objęcia lodowatego strachu a kontakt ze światem zagłuszyło mu walenie własnego serca i szum przepływającej krwi. Zebrał się w sobie i spróbował wstać z pomocą laski, nie odrywając wzroku od lwa. Ręka mu drżała. Łańcuchy były dużo bardziej napięte, zwierzę wydawało się wyjątkowo pobudzone, ale jego uwagi wcale nie przyciągał zbierający się z ziemi przemytnik, lecz drewniana brama.
- Eryk, do jasnej cholery, co się dzieje? Kto tam jest? - w na ogół spokojnym głosie Williama dało się wyczuć wyraźną irytację. Irytację, która skutecznie maskowała strach jaki go ogarniał.
Odpowiedział mu drugi ze strażników, ten, który wyrwał się by sprawdzić sygnet Aeolian.
- Jakaś kobieta, piękna kobieta i… mężczyzna wyglądający na wojownika. Podobno są od Avaedavarów, ale nie chciała rzucić Erykowi sygnetu. - wyjaśnił mężczyzna.
William powoli kuśtykał w jego stronę, z niepewnością zerkając na lwa i oddychając głęboko.
- Z czym przychodzą? - padło z ust Caherada
- Podobno z propozycją. Jednak uzbrojeni po zęby. Eryk nie chciał wpuścić bez weryfikacji! - zrelacjonował mężczyzna.
- Wpuśćcie. Kimkolwiek są, nie zrobią większych szkód niż lew jeżeli zerwie się z tych cholernych łańcuchów. - zawyrokował William. - Miejcie jednak broń w pogotowiu. - dodał po chwili.
I otrzepał się z piachu w którym ubrudzone było jego ubranie.

Eryk nie słyszał co prawda rozmowy Williama z drugim strażnikiem, ale widział, że taka się odbyła. Skrzywił się wyraźnie widząc zadowolenie na gębie współpracownika. Ta twarz w całości mówiła "wpuścić ich". Mężczyzna pokręcił z rezygnacją głową i darował sobie odpowiadanie na zaczepki dzikiej wojowniczki.
Brama uchyliła się lekko. Na tyle tylko, by przepuścić pojedynczego człowieka.
17.08.2019, 23:17
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Majątek Caheradów
#7

zybki bieg przez miasto, wieczorny, choć nadal ciepły wiatr we włosach i plecy Aeolian to jedyne rzeczy, które Samuro był w stanie przypomnieć sobie od momentu wybiegnięcia z rezydencji Avre... Aver...Avara... właścicieli Lii. Majątek do którego dobiegli... kompletnie nie przypominał pałaców skąpanych w złocie i przepychu. Wręcz przeciwnie. Posiadłość ta bardziej przypominała najzwyklejszy w świecie dworek, których dużo było zarówno na kontynencie jak i w samej Teolii.
Nadal nie był do końca pewny jaka była jego rola tutaj. Miał wspierać Lię... czy może bronić tych biednych strażników przed jej furią? Jeśli chodziło o pierwsze to był gotów jej pomóc, choć mordowanie w grę nie wchodziło, zaś jeśli chodzi o to drugie to nie był pewny czy dałby radę ją powstrzymać gdyby ta walczyła na poważnie.
Uważnie przysłuchiwał się wymianie zdań pomiędzy Lią a strażnikami starając się na chłodno ocenić sytuację. Obie strony poniekąd miały rację. Wymagania Aeolian dotyczące wierzenia jej na słowo i wpuszczaniu na teren cudzej posiadłości były dosyć absurdalne, ale z kolei chyba każdy słyszał o Demonie Pustyni będącym własnością Avaedavarów i jeżeli podeszła pod ich bramy to faktycznie w ich imieniu. Nadal jednak musieli zapytać swojego pracodawcy o pozwolenie na wpuszczenie dwóch uzbrojonych nieznajomych.
Ryk, który dobiegł ich ze środka sprawił, że serce łowcy zabiło nieco szybciej... cóż to za bestia musiała wydawać taki dźwięk? Sam głos Lii, tak przepełniony radością i ulgą, wkrótce zmienił się w ciszę i groźne spojrzenia rzucane w kierunku strażników. Jeżeli ryk zwierzęcia oddawał jego rozmiary to Okami naprawdę nie dziwił się, że do jego opanowania użyto łańcuchów. Słowa dziewczyny podsumował lekkim westchnięciem. A więc druga opcja. To on miał być osobą, która będzie rozsądna. Że też się wplątał w taką aferę... I fakt, że wszyscy ciągle nazywali go gladiatorem, wojownikiem z Areny! Podczas gdy on zaledwie stoczył cztery wstępne walki!
Aeolian zachowywała się nierozsądnie. Prawdopodobnie górę wzięły emocje. Podszedł do niej powoli i położył dłoń na jej ramieniu. -Uspokój się. Krzki i walenie w drzwi na nic się nie zdadzą. Musisz zachować spokój. Za tymi drzwiami jest twój towarzysz. Zapewne skuty w łańcuchy, przerażony i nierozumiejący swojej sytuacji. Nie pozwól, żeby twój gniew jeszcze pogorszył sytuację. Nie każdy jest w stanie spoglądać na takie zwierze bez strachu. Ja z pewnością bałbym się do niego podejść... -Tłumaczył jej spokojnym głosem. Pochopność i złość to byli ich najgorsi wrogowie. -Nie oceniaj tych strażników w ten sposób... gdybym ja podszedł pod waszą rezydencję i zaklinał się, że jestem twoim przyjacielem i, że domagam się wejścia to czy zostałbym natychmiast wpuszczony?-Zza wrót dało się usłyszeć przytłumione odgłosy rozmowy. Po chwili uchyliły się umożliwiając przejście. Samuro przytrzymał Lię jeszcze przez krótką chwilę. -Pamiętaj... spokój. Myśl o swoim przyjacielu, o niczym innym. Jesteśmy tutaj dla niego, nie dla siebie.-Powiedział cicho. Gdyby Lia przeszła przez przejścia ruszyłby jej śladem.








18.08.2019, 03:37
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Majątek Caheradów
#8

erce Aeolian biło jak szalone. Za tą bramą znajdował się jej towarzysz, a ona nie miała pojęcia jak go traktują, w jakim jest stanie i jakie mają plany w stosunku do niego. Choć była w tym momencie głosem Jardira Avaedavara, strażnicy traktowali ją jak śmiecia. Gdyby oni chociaż wyglądali na strażników, a nie zwykłych parobków, którzy czerpią satysfakcję z poczucia wyższości nad każdym nowo przybyłym... może złość nie oplatałaby kolejnych części jej wnętrza, kiedy spoglądała na nich spokojnym wzrokiem drapieżnika.
Lia w końcu zmrużyła oczy, słysząc z daleka głos jednego z mężczyzn. Zniknął jej z oczu, a nie była pewna jak to interpretować. Drugi jednak, ten, który powodował, że miała ochotę zignorować obietnicę daną Jardirowi, został i dalej mierzył do niej i Samuro z kuszy. Zielonooka, słuchając jego słów przeniosła wolno spojrzenie na murowane ściany, bramę, rozkład wieżyczek - czy może bardziej podwyższeń strażniczych. Płomienie wściekłości w jej oczach zatańczyły, kiedy znów spojrzała na mężczyznę z kuszą.
Paniusiu? Dziewczyna uniosła brew i westchnęła krótko. W milczeniu przypatrywała się strażnikowi. Nawet nie zauważyła, że tak mocno wbiła paznokcie w dłoń, że przebiła sobie nimi skórę. Pochyliła lekko głowę w stronę strażnika, by nie zauważył kpiny malującej się na jej twarzy.
- A ja jestem tutaj właśnie przez wzgląd na waszą... wyjątkową sytuację. - powiedziała tylko, a kiedy się wyprostowała, na jej twarzy malował się obojętny spokój. Furia w jej wnętrzu jednak szalała. Lia ze zdumieniem niemal poczuła na ramieniu czyjś dotyk. Odwróciła się z mętnym spojrzeniem, które dopiero po chwili rozpoznało Samuro. W oczach dziewczyny pojawił się przebłysk paniki. Przełknęła ślinę, kładąc drążą dłoń na jego ręce. Zmarszczyła brwi, widząc ślady krwi.
- Wiem... - powiedziała cicho, patrząc w bok. Oddychała powoli, próbując ugasić żarzący się gniew rozlewający się po jej ciele. - Ale tam jest mój przyjaciel... - Lia w końcu spojrzała w brązowe oczy wojownika. - Co Ty byś zrobił, gdyby tam było Twoje dziecko? Na wyciągnięcie ręki? Za kruchą ścianą? A ludzie stojący wyżej nie pozwolili Ci go nawet ujrzeć? - w oczach dziewczyny zaszkliły się łzy, ale szybko doprowadziła się do porządku. Mocniej uścisnęła jego rękę, jakby była jej jedną ostoją siły i spokoju. - Bądź tu ze mną, Samuro. Inaczej to się skończy źle. - powiedziała cicho, a ten spokój na jej obliczu... Aeolian nie wątpiła, by był dla niego czymś obcym. Koncentracja wojownika przed walką. Spadek emocji. Wzrost adrenaliny. - Samuro. - przełknęła ślinę. Spojrzała na niego przez ramię, a w jej zielonych oczach przez moment zalśniła radość. - Wgrałeś pojedynek. Wybrałeś nagrodę. - uśmiechnęła się smutno. - A ja się na nią zgodziłam. - dodała, znów przenosząc spojrzenie na bramę. Chciała mu to powiedzieć, nawet jeśli było to głupie... w tym momencie. Jej plan nie był skomplikowany. Ale kosztował ją wiele. Mógł odebrać jej te resztki wolności, którymi cieszyła się jako sługa Avaedavaradów. - To prawda. Jesteśmy tu dla Sha'riva... - powiedziała cicho, a kiedy brama w końcu uchyliła swoje wrota, Aeolian z gracją przez nie weszła.
Zielonooka rozejrzała się niespiesznie wokół, zatrzymując się kilka kroków za bramą. Spojrzała na strażników i lekko pochyliła ku każdemu z nich głowę. Jej uwaga skupiła się jednak na mężczyźnie, który szedł ku nim o lasce. Powoli, niezgrabnie. Wyszła ku niemu i zatrzymała się w pół drogi. Złożyła ukłon pełen szacunku, nie patrząc na właściciela tego majątku. Kiedy jednak się wyprostowała, wbiła w niego jadowicie zielone spojrzenie dzikich oczu.
Odpięła swoją katanę, uśmiechając się kącikiem ust i już czując na swoich plecach groty strzał. Zamiast jednak wyjąć ostrze z pochwy, odwróciła się do Samuro i podała mu swój miecz. Po chwili odpięła także pas z Pazurami, które wcisnęła mu w ręce.
- Panie... - Aeolian dotknęła dłonią najpierw serca, a potem czoła. - Mam nadzieję, że znajduje Cię w dobrym zdrowiu. - powiedziała spokojnie, dalej patrząc się na Caherada z uwagą. - Bez broni. Bez złych zamiarów. Z nową propozycją, mimo zawartej już umowy.
Dziewczyna uniosła lekko dłoń, na której złotem połyskiwał sygnet Jardira.
- Z błogosławieństwem i wolą mego pana, Jardira Avaedavara... - jej wzrok padł nagle na zwierzę przykute łańcuchami i zniewolone metalową obrożą. Oczy rozszerzyły się nieznacznie, a serce zabiło mocniej. Dziewczyna czuła na sobie spojrzenie Samuro, które osadzało ją w miejscu. Tylko dlatego jeszcze nie ruszyła ku swojemu towarzyszowi. Lew zaryczał niemal bezradnie i targnął się na łańcuchu. Zielonooka spojrzała na Caherada. Niepewnie. Z niemą prośbą.
- Czy mogę do niego podejść...? - spytała cicho, przeklinając się w duchu za to, że znów zgina przed nim kark. - Panie? - dodała, zamykając oczy. Kiedy się wyprostowała, jej maska spokojnej obojętności znów była na swoim miejscu.








18.08.2019, 10:07
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Majątek Caheradów
#9

dy tylko oboje przeszli przez szczelinę, która ukazała się by ich wpuścić, brama ponownie się zamknęła.
William, który jeszcze nim jego goście wyłonili się zza drewnianej przeszkody, wędrował już w ich stronę.
Najpierw ukazała się ona - wystrojona dużo bardziej dostatnio. Czarny, jednolity strój Caherada wyglądał przy jej ubraniu jak najzwyklejsze łachmany. To dosyć ironiczne, dziewczyna sama jedna sprawiała bardziej dostatnie wrażenie, niż wcześniejsza ekspedycja prowadząca cholernego lwa.
Gospodarz przystanął na chwilę widząc jak dziewczyna mu się kłaniała. Ukłon ten był pełen szacunku, ale William, choć niewątpliwie spoglądał na piękną kobietę, miał mieszane uczucia odnośnie całej tej sytuacji. Sama rewelacja jaką był lew szalejący na bazarze, rany jednego z ludzi Caherada i fakt, że teraz on był w posiadaniu wyrośniętej bestii... Już to wystarczyło, by William miał niemałą zagwozdkę.
Natomiast, gdy tego samego dnia Jardir przysyła do niego niewolnice... William szczerze wątpił, by ten cholerny bogacz miał nagle do niego inny interes niż chronienie swojego dobrego imienia i sprzątanie bałaganu wywołanego przez jego zwierzątko.
Niemniej Caherad zapanował nad twarzą - zapanował również nad drżeniem ręki w której trzymał swoją czarną laskę i przywołał na usta cierpliwy, wyrozumiały uśmiech.
Mężczyzna uzbrojony z kataną poruszał się kilka kroków za dzikuską, William więc najpierw skupił się na niej.
Nie od razu ją rozpoznał. Prawdę powiedziawszy Caheradów od czasów tragicznej śmierci ojca Williama i utraty połowy dobytku na rzecz jego wuja, niespecjalnie zapraszano na wszelakie bankieciki. Caherad był tolerowany, ale choć gorszy status go frustrował, większość znaczących postaci w Azaracie postrzegało go - jeżeli w ogóle zwracali na niego uwagę - jako usługodawcę. I mało znaczącego człowieczka.
Nie miał więc okazji naoglądać się wystrojonej w złoto i bogactwo strażniczki tamtej jasnowłosej... damy. Miał za to okazję widzieć, jak dziewczyna przed nim walczyła. Dlatego też czuł w gardle nieprzyjemną gulę. Gdyby Aeolian chciała go skrzywdzić, prawdopodobnie zrobiłaby to szybciej, niż jego ospali strażnicy zdążyliby wypuścić pocisk.
Na razie jednak wyłącznie wpatrywała się w Williama tymi swoimi jadowicie zielonymi oczyma. A on skinął jej głową, niżej niżby mógł ceniony szlachcic, ale bez przesadyzmu pomniejszych włazidupców. I przeniósł spojrzenie przyglądając się drugiemu ze swoich gości.
Zachciało mu się histerycznie śmiać. Ten mężczyzna również wyglądał na zdolnego pozbawić biednego Caherada głowy szybciej, niż którykolwiek z jego strażników był w stanie wycelować i wystrzelić z kuszy. Ten mężczyzna jednak nie był tak wystrojony a przez jego ubranie dało się dostrzec literę "G" na jego klatce piersiowej. A więc prawdopodobnie był... mniejszym ewenementem od dzikuski ubranej w złoto. Sprawiał wrażenie przywykłego raczej do walki, a nie do "wyglądania na bankietach". Jemu William również skinął głową, lecz dużo płycej. Ot, uprzejme powitanie.
A później wznowił wędrówkę w ich stronę.
Dziewczyna tymczasem oddała swoje bronie drugiemu z wojowników a dopiero później podjęła wędrówkę w jego stronę.
Cóż, może więc nie przyszła go wcale zabić? Była szybka i precyzyjna, ale mimo wszystko była lekką zgrabną dziewczyną. Przywołując w głowie wspomnienia tryskającej krwi i licznych ran, które zadawała na arenie swoimi pazurami, Caherad nie sądził, by była wyszkolona w walce gołymi dłońmi.
To jednak było całe lata temu - zganił się w myślach.
Gdy jej melodyjny głos dotarł do jego uszu miał ochotę się roześmiać i dość upust temu wszystkiemu co się w nim kotłowało. Czy widzi go w dobrym zdrowiu? A jak jej się, cholera wydaje? Ograniczył się jednak do uprzejmego słuchania.
Gdy uniosła dłoń z sygnetem William uniósł własną rękę. I delikatnie, opuszkami palców zaledwie ujął dłoń dziewczyny i przechylił tak, by lepiej przyjrzeć się znakowi.
Nie potrzebował tego robić, zarówno jej strój jak i fakt, że po jej walce wątpił, by ktoś biedniejszy od Avaedavarów mógł sobie pozwolić na taką niewolnicę były wystarczającym poświadczeniem jej słów. Ale po części oddawał ukłon zwyczajom, po części napawał się nietypową dla niego sytuacją, gdy uwagę "ważnych" przykuł ktoś taki jak Caharad. Nawet, jeżeli nie była to jego zasługa. W końcu wyzwolił jej dłoń.
- Witam Cię... - zaczął i urwał wyraźnie czekając na odpowiedź jak miał się do niej zwracać. "Dzikusko z Areny" nie wydawało się stosowne w tej sytuacji. Jeżeli podała mu jakieś imię, powtórzył je łagodnie. Potem dodał - Witam też Twojego towarzysza.
- Twój Pan wykazuje się niezwykłą elastycznością. Człowiek o prawdziwie bystrym umyśle, jak widzę. - wyraz twarzy Williama zrobił się jeszcze bardziej uprzejmy, choć tak naprawdę pragnął zerknąć przez ramię czy skuta łańcuchami bestia właśnie się na niego nie rzuca.
William przypuszczał jednak, że gdyby coś takiego się działo, odczytałby to z twarzy kobiety przed nim. Jej twarz jednak wyrażała raczej tęsknotę i prośbę. William z trudem przełknął ślinę na jej pytanie.
- Tylko, jeżeli jesteś pewna, że nie zacznie przez to szaleć. - odpowiedział, a w jego głosie rozbrzmiała surowa nuta, zupełnie odmienna do dotychczasowej łagodności. - Nie mamy tu środków by... uspokoić go bez powodowania niepotrzebnej krzywdy. - wyjaśnił w podobnym tonie.
- A także, pod warunkiem, że Ty nie dasz mu się skrzywdzić. - dodał odrobinę łagodniej. Czy dlatego, że drugi warunek był mniej ważny dla sprawy, czy też dlatego, że chciał nadać głosowi nutę troski, ciężko ocenić.
Odwrócił się w stronę lwa, jednocześnie uspokajając szalejące serce. Lew na niego nie biegł. Ogromna to ulga dla kulawego człowieka.
- Czy możesz obiecać mi te dwie rzeczy?
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.08.2019, 11:03 przez William Caherad.)

18.08.2019, 10:56
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Majątek Caheradów
#10

nętrze siedziby faktycznie było dosyć imponujące. O ile w głowie łowcy nadal widniały bogate ogrody pałacowe to był w niej też widok posiadłości Mugherda. Skromny dwupiętrowy domek... i tyle. Tutaj natomiast widać było, że majątek był zadbany i dobrze zarządzany. Brak przepychu nie świadczył o właścicielu gorzej. Ze zdziwieniem wziął uzbrojenie z rąk Aeolian. A więc jednak zamierzała rozegrać to spokojnie... tyle, że Samuro wiedział, że bez broni jest równie zabójcza co z nią. -Tylko spokojnie.-Zamruczał w jej kierunku.
Mężczyzna, który zmierzał w ich stronę niewątpliwie musiał być Williamem Caherdarem. To z nim Lia musi zawrzeć ugodę i zmienić warunki poprzedniej umowy. Na pierwszy rzut oka mężczyzna nie wyglądał ani trochę imponująco. Drobny, kulejący, noszący okulary człowiek. Na dodatek wyglądał na wątłego i słabego. Mimo to... Przyglądnął się niewolnikom znajdującym się na terenie posiadłości. Dobrze ubrani, wyżywieni i zadbani. Jak na niewolników oczywiście. Ponownie spoglądnął na pana na włościach.
Dokładnie w tym samym momencie w którym ten spojrzał na Samuro. Nie był pewny, jak Catherad zareagował na jego obecność. Agresja? Strach? Zgorszenie? Wielu ludzi nie chciało przebywać w obecności kogoś z literą "G" wypaloną na piersi. Z zaskoczeniem dostrzegł, że wolny człowiek w Azaracie skinął w jego stronę głową. Cóż... jakiś to początek. Odpowiedział głębokim ukłonem charakterystycznym dla jego ludu.
Głos właściciela działał Okamiemu na nerwy. Brzmiał jak ktoś kto nigdy nie powiedział prawdy w całym swoim życiu. Było to irracjonalne zmartwienie, zapewne ugruntowane w powoli rosnącym przeświadczeniu, że szlachta Azaratu, nieważne jak zamożna, raczej szuka we wszystkim własnego zysku. Nie miał jednak zamiaru wtrącać się do rozmowy. To nie był jego interes i gdyby nie fakt, że to chodziło o przyjaciela Lii... pewnie nigdy by go tu nie było.
18.08.2019, 11:56
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna