Atarashii



Wioska Tredea
#1

STRAŻNIK

Cisza, dość niepokojąca. Martwa. Gdzie się podziało całe życie?


WIOSKA TREDEA




Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza. Jednym jesteś ty. Drugim zaś śmierć.


roga do Tredei nie była aż tak trudna, jak głosiły plotki. Nie czaiły się na niej żadne krwiożercze bestie, brakowało magicznej, trującej mgły, nie można było odnaleźć wzrokiem band rozgoryczonych życiem rabusiów. Żeby oddać prawdę, droga była idealnie pusta. Nie dało się na niej dostrzec ani jednego człowieka, usłyszeć ani jednego zwierzęcia. Zupełnie, jakby ścieżka ta prowadziła do swego rodzaju siedliska śmierci - czym, tak właściwie i bez zbędnego owijania w bawełnę, faktycznie była ta wioska.
Isidur oraz Ormus w towarzystwie Dorotki i Balbinki podążali wyznaczoną przez ciszę drogą. Jedyne, co było słychać, to szum zbóż, z którymi bawił się od czasu do czasu zimny, porywisty wiatr oraz cykanie różnego rodzaju owadów. Słońce świeciło ostro i nieprzyjemnie, mimo dość późnej godziny. W powietrzu już można było wyczuć zapach choroby.
Zanim wjechali do wioski, po lewej stronie minęli farmę, dość dużą i wydawałoby się zadbaną, jednak Ormus rzucił tylko na nią okiem i pokręcił głową, dusząc w zarodku wszelkie możliwe pytania ze strony młodego uzdrowiciela.
- Harlen i jego rodzina byli jednymi z pierwszych. - powiedział tylko, patrząc przed siebie zmęczonym wzrokiem. W jego głosie słychać było wyraźnie ból i niechęć do wyrzucania z siebie większej ilości słów. Powrót do domu nie był niczym przyjemnym dla starca. Konie zastrzygły uszami i zatańczyły w miejscu, jakby podzielały uczucia Ormusa. Po krótkiej chwili uspokajania zwierząt, obaj mężczyźni mogli przejść przez nieduży, drewniany mostek. Szeroki strumień, który biegł pod nim nie wzbudzał przerażenia, choć woda była mętnie mulista i pełna wszelkiej maści glonów. Z tego, co powiedział Ormus, strumień był niegdyś rzeką o nazwie Reslya, który łączył się z kolei z rzeką Doern, a następnie jako Doelya wpadały do wielkiego jeziora Tannum, które w sumie nie wiadomo czy jeszcze istniało (biorąc poprawkę na aktualne rozmiary samej Reslyi). Strumień okalał Tredeę od zachodu, północy i południa, ale dało się go przebyć w wielu miejscach nie mocząc sobie nawet jajek (a przynajmniej tak twierdził starzec).
Tredea nie była ani wielką, ani bogatą wioską, ale na pewno zadbaną i w miarę czystą. Domy (było ich około trzydziestu), farmy (mniej więcej dwadzieścia), stajnie, trzy gospody i najróżniejsze pomieszczenia gospodarcze były zbudowane w niemal identyczny sposób: kamienne, pobielane wapnem ściany, słomiane lub drewniane dachy i koślawe, brzydkie płoty, które nadawały mimo wszystko specyficznego uroku temu miejscu. Wioska miała swój mały rynek, gdzie stały dwie studnie i kamienny podest, zapewne używany do różnego sortu ogłoszeń czy występów. Tredea miała nawet swoją basztę, z której kiedyś z pewnością wypatrywano niebezpieczeństw - teraz jednak przypominała ona kupę gruzu niż utylitarny budynek. Do jednych z ciekawszych miejsc z pewnością należał dość skromny, ale niepokojący budynek, który kiedyś był ewidentnie świątynią Duronora, lecz teraz... cóż. Na pewno ktoś w dalszym ciągu odprawiał tam modły, ponieważ ponad budynkiem unosiły się stróżki różnobarwnego dymu.
Ormus skierował ich kroki w stronę rynku i domu sołtysa, który - jak stwierdził starzec - jedną nogą był w grobie i ma nadzieję, że butów nie zapomniał ze sobą zabrać. Nie czekając na pytania, wyjaśnił, że tak się u nich mówi o osobach, które pewną śmierć mają wypisaną na twarzy i jeszcze za życia trzeba im życzyć, aby siedziały kuźwa w zaświatach, gdzie miejsce umarłych, a nie nawiedzały żyjących w tym i tak, dość chujowym w chwili obecnej, łez padole. Nie musieli pukać nawet do drzwi sołtysa... znaczy, mogliby, oczywiście. Ale przed jego domostwem zebrał się dość spory tłumek, a na kamiennym podwyższeniu stała wysoka kobieta o smutnych, jednak zdeterminowanych, niebieskich oczach. Miała sięgające ramion blond włosy, związane czarną wstążką w dwa luźne warkocze. Blada cera upstrzona piegami mocno kontrastowała z czerwonym, ostro zakończonym nosem, który mógł być wynikiem jedynie wielu godzin zakatarzonego płaczu. Ubrana była po męsku, w skórzane, obcisłe spodnie i buty do kolan. Na lnianą koszulę nałożyła wełnianą kamizelę w romboidalne wzory. Kobieta była bardzo ładna, choć w dość specyficzny sposób. Jej aura ewidentnie wskazywała na smutek, wściekłość i upór.
- Ormus! - otworzyła szerzej oczy i zeskoczyła ze zwinnością górskiej kozy z podwyższenia. Tłumek rozstąpił się przed nią, kiedy zmierzała w ich kierunku. - Ormus, wróciłeś! - kobieta uśmiechnęła się szczerze i przytuliła starca, jakby znali się całe życie. Było to zresztą bardzo możliwe.
- Solie... - mężczyzna odsunął ją na długość ramion i popatrzył z głębokim żalem na blondynkę. Przytulił ją raz jeszcze. - Tak bardzo mi przykro z powodu twojego ojca. Wiedz, że nie ma dla niego lepszego następcy, niż ty, dziecko.
Blondynka zesztywniała na moment, można było odnieść wrażenie, że zaraz się całkowicie rozklei. Ta jednak uśmiechnęła się krzywo i powstrzymała łzy. Otarła nos rękawem. Widać było, że postanowiła sobie wziąć się w garść, przynajmniej publicznie.
- Dziękuję. Obawiam się, że nikt inny i tak nie chciałby teraz zostać sołtysem tego umierającego miejsca. - Solie wyprostowała się i zmierzyła Isidura twardym spojrzeniem. - A ten to kto? Czy to ma być nasz cały ratunek? Jeden dzieciak? Ormusie, zaklinam cię na wszystkich bogów, powiedz mi proszę, że to są jakieś żarty... - brew jej drgnęła, kiedy skrzyżowała ręce na piersiach.




Przyszliście od północy, przez mostek. Aktualnie znajdujecie się przy budynku z numerem 5. Jeśli chcesz sobie połazić i pozwiedzać, wywiedzieć się czegoś - droga wolna (;









15.12.2019, 14:17
Przeczytaj Znajdź Cytuj




Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja bez grafiki