Dziedziniec.
#11

- Jesteś magiem światła? – powtórzył udając zaskoczonego – Dzięki niech będzie bogom! – szepnął westchnąwszy z ulgą i zamknął oczy.

Cholera! – zaklął w myślach przykładając dłoń do szmatki na czole. Tylko tego mu brakowało. Odetchnął próbując pokonać ból i obmyślić plan. Szczęście w nieszczęściu. Gdyby nie ten mężczyzna zapewne by tam zginął, ale…ten jego zwrot – „Jedyna dobra magia to magia światła”. Co jeżeli okaże się być typem fanatyka, na co wiele wskazywało? Chce zniszczyć zwój. Z pewnością wierzy w tę swoją śmieszną „misję”. Kolejny. Wielu już takich spotkał na swojej drodze życiowej. Gdyby mężczyzna się dowiedział, iż pomaga Pożeraczowi zapewne samemu ukróciłby mu życie.

Uśmiechnął się w myślach. W takim przypadku będzie musiał udawać tak, jak to robił przez całe życie. W Lothil żył tuż obok wielu jemu podobnych i nikt nigdy nie odgadnął jego tożsamości. Tym bardziej poradzi sobie i w tej sprawie. Zresztą – lubi udawać. Bycie dobrym, miłym, opiekuńczym – to takie śmieszne. Widzieć wdzięczność na twarzach ludzi, którzy są nieświadomi, iż jutro stracą życie z rąk swego wybawcy. Nawet teraz – kiedy tak o tym myślał – chciało mu się śmiać, lecz nie mógł sobie na to pozwolić.

- Kwintesencja zła? – powtórzył ze strachem w głosie, lecz wewnątrz jego ból przerodził się w rozkosz nienawiści. Taak, to było dobre uczucie. Z chęcią doświadczyłby go raz jeszcze, ale z większą dozą ostrożności.

- Całe szczęście, że byłeś w pobliżu, magu. Zawdzięczam ci życie. Chciałbym ci jakoś podziękować, ale nie mam nic przy sobie wartościowego.

Zdjął szmatkę z czoła i szybkim ruchem – pozorowanym na nieuważny – zasłonił nieco oczy swoimi długimi włosami. Chciał wyjść na speszonego, zagubionego i przestraszonego. Z wyglądu zewnętrznego wielu mu mówiło, iż był niepozorny. Każdy szczegół ma znaczenie.

- Nie, nie to było moim celem, dobry magu – odpowiedział słabym tonem – Mój mistrz przysłał mnie tutaj w celu zbadania złej aury tego miejsca i ustalenia jej źródła, ponieważ jego pragnieniem jest przywrócenie temu miejscu dawnej chwały. Chciałby pozbyć się zła tutaj żyjącego, a ja podzielam jego marzenie, ale…

Usiadł z trudem na kamiennym łożu dysząc głośno.

- Pierwszy raz słyszę o Pożeraczach. Mógłbyś mi o nich odpowiedzieć?

Gdyby tylko czuł się na siłach pożywiłby się energią życiową tego maga, ale w obecnej sytuacji to on miał przewagę. Do czasu…
03.05.2013, 03:14
Przeczytaj Cytuj
Dziedziniec.
#12

Biały mag uśmiechnął się i odetchnął z ulgą. Nie trudno było stwierdzić, że słowa Isiriego bardzo go uspokoiły. Wstał i podszedł do drugiej ściany. Niestety była ona nie oświetlona i nie dało się zobaczyć co dokładnie mężczyzna ma zamiar zrobić. Po chwili podszedł do młodego maga i podał mu żelazny kufel z wodą i kawałek mięsa. -Zjedz, a ja pójdę po rzeczy, które musiałem zostawić, gdy Cię niosłem. Mam tam plany całej akademii łącznie z miejscem położenia zwoju. Jest to jedyny obszar, w którym nie byłem, więc zwój na pewno musi tam być...o ile wgl gdzieś tu jest. Niestety samemu nie dam rady ram wejść, gdyż w ścianie są otwory na czworo dłoni. -Wychodząc spojrzał jeszcze w stronę łóżka z uśmiechem i udał się po swoje rzeczy. W pomieszczeniu zapanowała cisza, której towarzyszył półmrok. W jednej chwili powietrze stało się bardziej wilgotne, a od strony zaciemnionej ściany dało się usłyszeć kapanie kropel do wiadra. Zapewne sufit w tamtym miejscu przeciekał.


— STRONA ZNALEZIONA W LESIE MIRAŻU —
Każdy człowiek, jeśli tylko nie jest obłąkany, potrafi na pewnym poziomie
świadomości poznawać różne głosy, którymi przemawia jego wyobraźnia.







03.05.2013, 19:25
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dziedziniec.
#13

Przyjął dany mu posiłek z uśmiechem, a kiedy mężczyzna wyszedł uśmiech zmienił się w gniewny grymas. Spojrzał na zawartość kufla. Woda. Zwykła, prymitywna woda. Tym miał zregenerować siły? Gdzie krew – esencja życia? Wystarczyłoby parę łyków świeżutkiej posoki dopiero co upuszczonej z ciała, zaś mięso…chętniej zjadłby serce tego mężczyzny. Ociekające krwią. Wyrwane prosto z klatki piersiowej.

Mimo to posilił się z kamiennym wyrazem na twarzy, rozmyślając. Mężczyzna nie odpowiedział mu na pytanie. Trudno. O wiele bardziej ciekawił go ten cały zwój. Pożeracz światów? Bestia? Gdyby zdobył zwój i nauczył się przywoływać tę istotę…tak, to byłoby odpowiednie. Mieć na swoje usługi olbrzymiego węża. Czuł dziwną sympatię do tych pełzających gadów. Same w sobie stanowiły symbol tego, co wyznawał i czemu był posłuszny. W głowie pojawił mu się plan.

Skoro mag miał mapę ruin to powinien się go trzymać. Pomagać i w odpowiednim momencie nieuwagi – uderzyć. Zadać zdradliwy cios – zupełnie jak wąż. Delikatnie uniósł kąciki ust i czując, że już może stać wstał zakładając swój płaszcz. Wciąż odczuwał pewne zawroty głowy i ogólne osłabienie, ale te efekty mijały. Czerpał siłę ze swej żądzy i ambicji.

- Będziesz należeć do mnie, wężu – pomyślał z satysfakcją i tym razem ubrany usiadł na skraju kamiennego łoża, czekając na maga.
04.05.2013, 02:47
Przeczytaj Cytuj
Dziedziniec.
#14

Nie minęło wiele czasu, a do środka z powrotem wszedł biały mag. Podszedł do Isiriego i podał mu jedną z map tego budynku samemu oglądając jej duplikat. Przeleciał po niej kilka razy wzrokiem, a podsunął mu mapę pod nos i wskazał miejsce, w którym jeszcze nie był. -Tu. To jedyne miejsce w tej akademii, do którego wejść mi się nie udało. Mam jednak nadzieję, że z Tobą u boku będzie to o wiele łatwiejsze. -Powiedział uśmiechając się po czym spakował coś do torby i podszedł do wyjścia. -Pójdę przodem, a Ty postaraj się wstać. Będę czekał na Ciebie na końcu korytarza. -Rzucił w Twoją stronę zabierając swoja mapę i wyszedł. W Twoich rękach została druga mapa, oryginalna. Zawierała opis całego budynku razem ze wszystkimi tajnymi przejściami.


— STRONA ZNALEZIONA W LESIE MIRAŻU —
Każdy człowiek, jeśli tylko nie jest obłąkany, potrafi na pewnym poziomie
świadomości poznawać różne głosy, którymi przemawia jego wyobraźnia.







06.05.2013, 13:42
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dziedziniec.
#15

Przyjął mapę uśmiechając się delikatnie.

- Oczywiście, zaraz przyjdę – odpowiedział przyglądając się otrzymanemu przedmiotowi.

Cóż za głupiec – pomyślał śmiejąc się w duchu, kiedy mężczyzna wyszedł. Więc jednak udało mu się oszukać świętego maga światła. Plan jednak nie uległ zmianie. Wciąż zamierzał posiąść zwój i zdobyć kontrolę nad bestią. Czarodziej był potrzebny jedynie do otwarcia komnaty. Następnie się go pozbędzie odzyskując przy okazji swoje witalne siły. Pożywi się jego krwią i energią.

Wstał. Z początku poczuł niewielkie zawroty głowy, ale wystarczyła tylko chwila, aby te minęły. Odetchnął parę razy i ruszył tam, gdzie miał czekać na niego mag – wciąż nieco osłabiony, lecz już nie tak jak wcześniej. Razem otworzą przejście, zdobędą zwój i…

Użyteczność maga dobiegnie końca.
08.05.2013, 16:32
Przeczytaj Cytuj
Dziedziniec.
#16

Przekraczając próg Isiri znów wkroczył w jednolitą ciemność. Tym razem jednak na końcu korytarza paliła się świeca ukazująca twarz maga, który uratował mu życie. Korytarz nie był zbyt długi, więc dojście na koniec nie zajęło aż tak dużo czasu. Białowłosy spojrzał na młodego pożeracza. Kiwnął głową na znak, że ruszają i przesunął palcami po ścianie, aby ta po chwili mogła się rozsunąć i stworzyć im przejście. Obaj w milczeniu weszli na korytarz, gdzieś w środku akademii. Mężczyzna z pochodnią rozejrzał się wkoło i spojrzał na mapę. Odwrócił głowę na zachód i wskazał ogniem przed siebie. -Tam. -Ruszył przed siebie nie czekając nawet na ewentualne pytania chłopaka. Widocznie Duncan'owi strasznie spieszyło się do zniszczenia tego zwoju. Czyżby się czegoś obawiał? Czy to co było tam zapieczętowane było aż tak potężne, że nawet sam Mag Światła bał się to coś ujrzeć?


— STRONA ZNALEZIONA W LESIE MIRAŻU —
Każdy człowiek, jeśli tylko nie jest obłąkany, potrafi na pewnym poziomie
świadomości poznawać różne głosy, którymi przemawia jego wyobraźnia.







13.05.2013, 13:21
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dziedziniec.
#17

mógłby wyglądać na absolwenta uczelni, chociaż wówczas stanowił by dla instytutu wyjątkową antyreklamę: "przyjdź do nas, na starość nie osiągniesz nic i będziesz chodził po żebrach, w obdartych łachmanach". Bo w istocie zachęcająco nie wyglądał.
Przygarbiona sylwetka, okryta szarym płaszczem (o dziwo nawet czystszym niż można by się spodziewać), wydawała się stąpać ostrożnie, jakby ciało było wyjątkowo kruche. Mozliwe, że tak właśnie było, bo dłoń wystająca z długiego rękawa (przykrwawionego nieco na samym końcu), była dziwnie chuda, a palce zaciskały się na trzymanym w niej kosturze, na podobieństwo powykrzywianych szponów jakiegoś ptaka.
Postronny nie wykrył by w nim nic niezwykłego. Może poza faktem, że "w jego wieku" powinien siedzieć w domu i grzać przed kominkiem ciało skażone reumatyzmem. Osoby będące w stanie wykryć cudzą manę zaś... Cóż, prawdopodobnie nawet najmłodszy ze studentów czuł by się silniejszy niż to nieszczęsne chodzące truchło.
Jakże pozory mogą mylić... Arthur wiedział o tym najlepiej.
Tymczasem osobnik stanął niemal na środku dziedzińca i oparłszy się na kosturze, uniósł głowę, by spojrzeć na budynek. Kaptur zsunął się wówczas z nachodzącego zmarszczkami czoła. Zarost, który pokrywał jego twarz był poplątany i zaniedbany. Najwyraźniej od dawna nie miał wystarczającej ilości mydła i czasu, by doprowadzić się do porządku. Zbliżając się zbytnio zaś można potwierdzić, że za zestaw kąpielowy służyć mu mogło pobliskie morze lub rzeka. Nie można powiedzieć by śmierdział... No dobrze, można. Ale osoba, która spędziła trochę czasu na tułaczce mogłaby jeszcze spróbować zrozumieć, że po prostu starał się zachować wszelkie możliwe warunki higieny na najwyższym poziomie jaki mogła oferować mu Matka Natura.
Powoli zmierzchało już, a on nie zamierzał drugiej już nocy spędzić w lesie, zastanawiając się czy tym razem spotka coś groźniejszego niż samotny wilk, który podszedł do niego znacznie bliżej, niż Arthur by tego sobie życzył. Uchlapany krwią zwierzęcia rękaw był czymś, co najmniej przejęło maga - mało brakowało by do szkarłatu posoki wilka, dołączyła jego własna krew. Wtedy pierwszy raz od miesięcy i zapewne ostatni na kolejne kilka, użył magii. W ostatniej zresztą chwili, jak uznał wkrótce potem, budzony niekiedy błyskiem wilczych kłów, które śniły mu się potem noc w noc. Na krew pajęczego boga, jak to dobrze, że byli jeszcze miłościwi ludzie, którzy czasem pozwalali mu spędzić tę najniebezpieczniejszą dla samotnych podróżników porę, na ich własnych włościach. Nigdy w domu. Ale stajnia, obora czy nawet składzik na drewno, wydawały się być pałacem, gdy miało się takie porównania.
Właśnie, miłościwi ludzie... Albreth patrzył w światełka migoczace w oknach uczelni. Nie zdąży już dojść do żadnej wioski, nie wiedział zresztą jak daleko i w którą stronę jej szukać. Bez większych nadzieji rozważał noclego tutaj. Póki co najwiekszym dylematem jego było, czy zamierza o tym noclegu informować pracowników i mieszkańców budynku...
30.04.2014, 21:52
Przeczytaj Cytuj
Dziedziniec.
#18

[MG Mode!]

Gwiazdy migotały, kiedy księżyc był zasłonięty delikatną otuliną chmur. Światła nie było zbyt wiele, ale to nie problem dla ludzi przyzwyczajonych do ciężkich warunków. Na dziedzińcu panowała błoga cisza, która pozwalała wytchnąć nadchodzącemu wędrowcowi. Tylko raz za czas odgłos świerszcza rozbrzmiewał na dziedzińcu, jakoby była to jego własna hala koncertowa. Ciemność, która panowała w tym miejscu dawała pewne poczucie bezpieczeństwa, gdyż w nocy ludzie widzą najmniej. Wytężając zmysły, można było dojść do wniosku, że na zewnątrz nie ma innych istot rozumnych.
Chłodny powiew wiatru przyniósł zapach palonych ziół, jakby były składnikami eliksirów magicznych. Kto wie, co może dziać się w tych budynkach, które były nad wyraz ciche. Jakby nikogo nie było w środku. Może wszyscy stąd zniknęli, wyjechali albo odpłynęli. Nikt tego nie wie, żadnej informacji nie było tutaj pozostawionej. Co dłuższy czas lekki szum wiatru odbijał się od kamiennych pomników, które stały niewzruszone od wielu, wielu lat.
Po długiej chwili coś mogło przykuć uwagę. Bowiem jedno maleńkie światło sunęło przez wszystkie okiennice, być może szukając czegoś szczególnego. Było niewielkie, ale pośród gęstego mroku łatwo było je dostrzec. Wtedy też zapach palonych roślin stawał się silniejszy i intensywniejszy. Czuć było delikatne uderzenia w ziemię, ale co to właściwie mogłoby znaczyć. Malutki, świecący punkt znajdował się na coraz to niższych piętrach, przeskakując z sąsiadujących okiennic, dalej i dalej.
08.05.2014, 17:25
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dziedziniec.
#19

cisza... Towarzyszyła mu już nie dzień i nie dwa, rzadko kiedy przerywana, jeszcze rzadziej - na wystarczająco długo, by się od niej odzwyczaić. Ale choć zwykle kojarzyła mu się tylko z bezpieczeństwem, teraz naprawdę docenił by obecność innego człowieka w pobliżu. potrzebował przecież tego noclegu.
Nic więc dziwnego, że jego oczy wychwyciły niemalże od razu mały punkcik światła, zwiastujący przy tym nadzieję na spędzenie tej nocy w miejscu ciekawszym niż na kępkach trawy lub pod zimną bramą. Z drugiej strony rozważał już, że w ostateczności faktycznie przycupnie gdzieś pod murami. Rano zawsze budził się wtedy bardzo zziębnięty. Ale uniwersytet, nawet na zewnątrz, dawał osłonięcie od wiatru i bezpieczeństwo od dzikich zwierząt. Może nie absolutne, ale przynajmniej względne.
Pociągnął nosem, przerywając ciszę jeszcze chwilę nim zrobiło to również nieznajome zjawisko. Uderzenia kojarzyły mu się z krokami, a zapach ziół... Przywołał gwałtownie wspomnienia. Taki sam dobywał się z jednej pracowni budynku rady magów jego rodzinnej wioski. Nie były to dobre wspomnienia, ale uśmiech wypełzł na jego twarz, na chwilę sprawiając dość nieprzyjemne wrażenie mrocznego spiskowca. Kto wie czy nie obiecywał sobie, że pewnego dnia tam wróci, by zmienić niewielką wioskę w popiół i perzynę?
Tymczasem jednak czekał na dalszy rozwój wydarzeń, zastygłszy w bezruchu niczym jeden z towarzyszących mu posągów. W mroku jego kształt mógłby pewnie uchodzić za właśnie taki monument, gdyby nie lekkie ruchy jego szat, gdy wiatr baraszkował w ich fałdach.
09.05.2014, 10:52
Przeczytaj Cytuj
Dziedziniec.
#20

Kiedy światełko skończyło zwiedzać budynek, po cichu zaczęły otwierać się wrota. Jakikolwiek ruch nimi wymagał od stróża niebywałej siły, ponieważ były one masywne. Delikatne skrzypienie dawało znak, że zostały one rozwarte do granicy swoich możliwości. Nie minęło więcej jak kilka sekund, a wyłoniły się z nich trzy postacie odziane w szare szaty z kapturem. W tych ciemnościach jedyne co można było o nich powiedzieć, to że jeden nie mierzył więcej jak metr pięćdziesiąt, drugi był za to bardzo krępy, trzeci natomiast odznaczał się wzrostem gigantów. Ta oto grupa zmierzała w kierunku centralnego dziedzińca. W rękach nieśli wiadra pełne różnorakich palonych ziół. Zapach ten roztaczał się nad całą okolicą, tworząc nietypową mieszankę.
- Jak myślisz, może dzisiaj uda nam się kogoś złowić... Nasz mistrz byłby co najmniej zachwycony. - Rzekł najniższy. Jego skrzeczący głos z pewnością drażnił pozostałych słuchaczy, ale nie wiadomo czy to po sobie pokazywali.
- Ja tam nie wiem, ale chętnie bym sam dla siebie coś złapał. Wizja robienia tego przez całe moje akademickie życie wydaje się nudnawa. Jest także możliwość, że traktuje nas teraz jak swoich pachołków, a swojego wynagrodzenia nie dostaniemy, co wtedy? Przecież mu się nie postawimy, a po uczelni różne plotki krążą... - Odpowiedział olbrzymi. Miał bardzo przyjemny, ciepły głos z nutką strachu, jakby bał się tego o kim mówią. Średniego wzrostu postać nie rzekła na razie nic, podążała za dwójką mężczyzn, rozglądając się uważnie po dziedzińcu. Po kilku sekundach wypatrzyła przybysza, który szukał schronienia. Lekko szturchnęła rozmawiających. Stali kilkanaście metrów od nieznanego im mężczyzny.
- Widzisz, to się nazywa talent. Jeszcze nie zaczęliśmy, a coś złapaliśmy... Hej ty, jak Ci na imię? Czego szukasz w naszej uczelni? - Zapytał skrzeczący. Im bliżej stał, tym bardziej przypominał swoim głosem i wyglądem ropuchę. Miał zielone, wyłupiaste oczy i nietypową mimikę twarzy.
11.05.2014, 23:54
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna