Dziedziniec.
#21

oczekiwanie mogło budować napięcie, jednak zaglądając w jego serce niepokoju znaleźć można było naprawdę niewiele. Oczywiście perspektywa spędzenia nocy byle gdzie była zawsze gorsza, ale zrządzenia losu należy przyjmować z godnością. Trema zaś jest czymś, czego kilkudziesięcioletnia osoba winna się wyzbyć dziesięciolecia temu.
Nie opuszczał wzroku, wpatrzył się w drzwi, oczekując nieznajomego. Czyżby zauważyli go przez okno i specjalnie się pofatygowali? Albreht dopuszczał taką możliwość, jednak w takim razie mogło by to wróżyć bardzo niedobrze. Zakładając, że nie jest to budynek wolontariatu, najpewniej zamierzali po prostu go stąd przegonić. To mogło by wystarczyć by zniechęcić intruza do oczekiwania na rozwiązanie sytuacji (zwłaszcza, że rozwiązanie mogło oznaczać siniak po bucie w miejscu, gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę... Chyba, że intruz wiedział czym grozi spanie w dziczy i postanowił podjąć to ryzyko.
Cała ta teoria legła w gruzach, gdy zobaczył wybiegających z budynku młodzików. Przy okazji zorientował się już w znaczeniu budowli - był to jakiś uniwersytet. Z niesmakiem stwierdził, że za jego czasów młodości, a może po prostu w jego rodzinnych stronach, aby być przyjętym, należało coś sobą reprezentować. Za tych tutaj nie postawił by złamanego dukata.
- Jestem tylko strudzonym wędrowcem - mówił cicho. Głos faktycznie potwierdzał prawdziwość tego trzeciego słowa. W tej chwili w oczach osób mniej dociekliwych (a co poniektórych dociekliwszych pewnie też) mógłby mieć nawet i sześćdziesiąt lat.
- W podróży napadło mnie dzikie zwierzę - uniósł zakrwawiony rękaw. Nie poczuwał się sprostować póki co, że nie jest to jego własna posoka - Szukam kąta na nocleg...
Z niezadowoleniem stwierdził, że niepewność w jego głosie po tych ostatnich słowach, nie była tylko udawana. Naprawdę trochę się obawiał, że po prostu karzą mu odejść.
13.05.2014, 11:11
Przeczytaj Cytuj
Dziedziniec.
#22

Skrzeczący osobnik zbliżył się nieco, by przyjrzeć się obcemu. Wyglądał, jakby nie wiedział co ma teraz zrobić. Przyglądał się swoimi wyłupiastymi oczami, próbując ocenić całą tą sytuację. Świdrującym spojrzeniem przebijał wędrowca. Trzeba było przyznać, że im dłużej to trwało tym mniej przyjemne było to odczucie. W końcu odchrząknął, poprawiając swój płaszcz. Wziął sporo powietrza w płuca, bo aż się odgiął do tyłu, jakby próbował się wyprostować.
- No cóż, nadal nie odpowiedziałeś na pytanie o imię. Będę zmuszony zatem nazywać Ciebie wędrowcem, co nie jest zbyt miłe... zatem powiadasz, że szukasz u nas gościny i ciepłego kąta, by odpocząć? Niestety to miejsce musi się z czegoś utrzymywać, zatem dobrze by było, gdybyś zapłacił nam za jakąś izbę. - Ludzka ropucha tylko złożyła dłonie, zaczynając nimi pocierać. W nikłym świetle można było dostrzec powiększone opuszki palców, co łączyło się z ogólnym wyglądem tego mężczyzny. Na jego twarzy pojawił się niewielki uśmieszek, jakoby czekał tylko na te pieniądze. Wtedy do niego doszedł większy kolega. Przez kilka sekund zmieniał swój cel widzenia z ropuchy na wędrowca, później znów na żabę i nieznajomego. Widać było, że nie wie już za bardzo co ma zrobić. Po kolejnej chwili odezwał się całkowicie zmieszany.
- Noooo, bo ten, no. Po prostu jeśli nie masz no... złota, albo innych kosztowności, zawsze możesz zapracować na wypoczynek. To no wiesz... nic trudnego, tylko nam pomożesz. To chcesz? - Z początku jąkał się, czasami szukał słów, jakby nie umiał odpowiednio ubrać swoich myśli.
Trzecia postać dalej miała kaptur na swojej głowie, trzymając się ostrożnie z tyłu. Może czeka na coś innego, może jest tutaj z innych powodów, niż ta dwójka. Kto by to wiedział, pewnie byłby kimś. Jeszcze ani słowa nie było słuchać spod tego czarnego płaszcza, nie dane jest teraz dowiedzieć się co tam się kryje.
21.05.2014, 17:35
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dziedziniec.
#23

w głebi duszy, uporczywy wzrok młodzika, zaczynał go irytować. Gdyby nie zależało od tego jego życie - a poniekąd właśnie zależało - nawet chwili by mu nie poświęcił, a jeszcze może przegnał by sprzed swych oczu. Mimo lekkiego rozdrażnienia, nie odwracał wzroku, a wręcz odpowiadał mu tym samym, przypatrując mu się niczym wąż upatrzonej myszy.
Kiedy wreszcie się odezwał, wcale nie był mniej wkurzający. Podobne osoby - stwierdził Albreht - powinny trzymać się w cieniu, by nie gorszyć ludzi swym widokiem.
- Nie robi mi różnicy miano nadane przez ludzi - odparł spokojnie, nie spuszczając wzroku z ropuchowatego. Nawet szlachcic, przybrawszy żebracze szmatki, nie może oczekiwać szlacheckiego traktowania. A żebracze imię również nie znaczy zbyt wiele.
Kiedy młodzieniec wspomniał o zapłacie... Cóż, nie można powiedzieć aby mistyk był jakkolwiek zdziwiony. W dzisiejszych czasach ludzie naprawdę potrzebowali złota i niewiele osób miało go nadmiar, a nikt praktycznie nie przyznał by, że wadzi mu ciężka kiesa.
Oczywiście gdyby była to oberża, pewnie łatwiej byłoby mu przełknąć utratę kilku monet. Kto wie zresztą, czy wówczas nie były by one godziwą zapłatą za doborowe towarzystwo i może nawet miłą noc z córką karczmarza?
Problemem zaś było to, że ostatnie złote monety brzdąknęły, gdy przeprawiał się z wyspy na kontynent. Miał w prawdzie kilka błyskotek, zrabowanych jeszcze, gdy pływał na statku, ale ani myślał rzucać je przed przysłowiowe wieprze.
- Nie obawiam się pracy i przeciwny jestem darmozjadom - było to prawdą, chociaż drugie zdanie nieco zmieniło ostatnimi czasy swój kontekst. Kiedyś to jego stóp czepiali się żebracy i inne bezużyteczne wyrzutki społeczeństwa.
- O ile tylko siła mi pozwoli, chętnie zapłacę za gościnę, użytkiem własnych rąk.
Był świadom, że mogli oceniać jego zdolności jako średnio rozwinięte. Mimo jednak mizernego wyglądu, wciąż był przecież w sile wieku! A jeśli błedne interpretując jego możliwości, dadzą mu pracę na siły kruchego staruszka, czemu miałby za tym rozpaczać?
21.05.2014, 17:54
Przeczytaj Cytuj
Dziedziniec.
#24

Ropucha szybko odwróciła głowę i spojrzała na swojego towarzysza wzorkiem, który mógłby niejedno zwierze doprowadzić do problemów z sercem czy oddychaniem. Przekaz był jasny i klarowny - "na coś się odzywał głupi młokosie!" jednak raczej głębsze pogawędki odbędą się bez oczu jakichkolwiek świadków. Trzeba było przyznać, że oddalenie możliwości zarobku zdecydowanie zasmuciło ropuchę. Możliwe, że był on bardzo łasy na wszelkie pieniądze, błyskotki i inne wartościowe rzeczy. Mruknął coś niezrozumiałego pod nosem, być może jakieś przekleństwo czy inne niezbyt miłe słowo. Świst powietrza przy jego oddechu wskazywał na rozdrażnienie, albo nawet wściekłość. Kilka sekund później wyglądał jakby już nieco ochłonął. Wzruszył ramionami, niby próbując się rozluźnić.
- Skoro tak mówisz, co się będę sprzeczał. Z Twoją ręką wiele nie zdziałasz, ale jak chcesz... Od razu ostrzegam, że nie jest to łatwa praca, a bólu czy ran można się nabawić z dziecinną łatwością. Zatem chodź z nami, by zapłacić pracą za możliwość odpoczynku wśród nas. - Zarechotał pod nosem, chociaż dźwięk ten był znacznie bliższy czkawce. Kiedy już łaskawie skończył wykonywać tą czynność, szturchnął łokciem w kolano olbrzyma. Ten patrzył się na trzy razy niższego od siebie towarzysza, myśląc o co mu tak właściwie chodzi. Pytająco potrząsnął głową, kiedy ropucha odchrząknęła i chyba coś utkwiło wtedy w gardle karła. Gigantowi zajęło chwilę domyślenie się co miał właściwie zrobić.
- No taaaaaaaaak. Zaraz pokażę Ci co masz dokładnie zrobić. - Rękawem zdjął płaszcz z siebie, pokazując dosyć mizerne ciało. Wyglądał, jakby jedno solidne uderzenie mogłoby go ściąć z nóg. Dłonią powędrował do skórzanej torby ze sznurkami z końskiej grzywy. Kilka sekund grzebał w jej wnętrzu, by wyjąc z niej trzy srebrne kieliszki z licznymi zdobieniami i kamieniami szlachetnymi. Co najwyżej można było do nich włożyć koniuszek palca. Wyciągnął drżącą dłoń z nimi, w kierunku wędrowca.
- Rozłóż we w trójkąt, niech każdy bok wynosi dokładnie dziewięć metrów. To bardzo ważne, by odległości zostały zachowane. Zacznij od tego, który ma w sobie szmaragd, następnie ten z rubinem, na koniec zaś połóż kieliszek z szafirem. Kiedy skończysz weźmiesz to i położysz na środku. - Drugą ręką wygrzebał jakiś dziwny, złoty przedmiot. Wyglądał jak spłaszczona kulka z kolcami wzdłuż największego brzegu. Na czubku miała ona trzy topazy ułożone w kolejny trójkąt.
- Ułóż to w taki sposób, by złote kamienie wskazywały w środki boków kieliszka. Później wróć do nas i poczekaj na efekty, jeśli wszystko dobrze zrobisz to połowę pracy będziesz miał za sobą. - Olbrzym sprawiał wrażenie najbardziej uprzejmego z całej tej paczki, rzeczywiście chciał pomóc wędrowcowi.
22.05.2014, 18:08
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dziedziniec.
#25

obserwując reakcję podrostka - nie da sie ukryć, że dla Albrehta, Ropucha nie mógł być niczym więcej - próbował zinterpretować tę krótką wymianę zdań. Jego złość wskazywała, że albo był on osobą, która bardzo skrupulatnie podchodzi do kwestii należności finansowych (w co mistyk wątpił. Chłopak kojarzył mu się ze smarkaczem, który wszelakie prawa najbardziej lubi respektować, gdy idą mu one na korzyść) albo (co bardziej prawdopodobne) liczył, że zapłata dostanie się jemu. Przez chwilę, gdy chłopcy byli zajęci niewerbalną wymianą poglądów, uśmiechnał się paskudnie pod nosem. Jego twarz znów wyrażała zamyśloną powagę, kiedy wzrok młodziaków na niego wracał.
Uwagę odnośnie ręki puścił mimo uszu. Bardzo powątpiewał, by dzieciak był w stanie zrozumieć, ile siły wymaga nocowanie w miejscu, gdzie nie ma ciepłej pierzyny i czterech chroniących przed światem zewnętrznym ścian.
Wyprostował się, wsparłszy o wciąż ściskany kostur, najwyraźniej gotów do drogi. Okazało się jednak, że najwyraźniej słowo "chodź" nie było takie całkiem dosłowne.
Słuchając poleceń, przez chwilę rozważał, czy nie próbują go w coś wrobić. Komponenty wyglądały na bardzo drogocenne, ale mistyk nie wierzył, by należały bezpośrednio do któregoś z nich. Wysoce prawdopodobne, że zostały "pożyczone". Sam opis przypominał wykonanie jakiegoś rytuału. Mężczyzna mógł tylko zastanawiać się na ile rozważnego i czemu służącego. Nie obawiał się bynajmniej, że jeszcze do świata przeniknie jakaś paskuda i zrobi burdel. Do tego było trzeba czegoś więcej. Ale nikt nie chciał by uczestniczyć w czymś, czego zastosowania nie zna.
Albreht odrzucił jednak wszelakie dywagacje na temat tego czy powinien na to przystać czy nie. Odebrał kieliszki, nawet nie zdradzając, by jakkolwiek urzekały go kunsztem i wybrał spośród nich ten ze szmaragdem.
Nim jednak zaczął rozkładanie, zaznaczył swym kosturem niewielki krzyżyk w wybranym przez siebie miejscu, a potem zaczął iść wzdłuż linii, którą znaczył stawiając stopę równo za stopą, licząc coś cicho pod nosem. Tej techniki mierzenia nauczył się jeszcze na statkach i uważał za niezawodną, gdy nie ma się niczego innego. Ciekaw był w jaki sposób wyznaczyli by ją, gdyby mieli robić to sami?
Poniważ nie miał cyrkla, po odmierzeniu dziewięciu metrów linii i oznaczeniu jej końca drugim krzyżykiem, wrócił się do jej połowy. Ocenienie długości linii prostopadłej do tej wyznaczonej było dość łatwe, gdy znało się matematykę, o którą też miał okazję się otrzeć. Była ona bardzo potrzebna do rytuałów, jakie sam kiedyś odprawiał, gdzie figury geometryczne, również musiały zachowywać ścisłe proporcje.
Kiedy trzeci krzyżyk onzaczył miejsce spoczynku dla kieliszka, mistyk zrobił jeszcze jedną linię, biegnącą od drugiego rogu trójkąta do jego naprzeciwległej podstawy. Teraz miał również dokładnie wyznaczony środek.
Wkrótce wszystkie trzy kieliszki były na miejscach (uprzednio dopytał się jedynie o to, czy mają być stawiane zgodnie czy przeciwnie z ruchem zegara - obsatwiam że zaraz potem się dowiedział), a dziwny kamień zdobił środek znaku.
23.05.2014, 18:01
Przeczytaj Cytuj
Dziedziniec.
#26

Piszę z fona - za błędy i inne pierdoły przepraszam!

Trzeba było przyznać, że ropucha z początku niezadowolona z pomysłu, zaczęła się z wolna przekonywać. Mężczyzna patrzył jak wędrowiec bez przyrządów matematycznych tworzy figury geometryczne, co dla niego było z lekka dziwne. Dopiero teraz zaczął się zastanawiać się z kim mają tak naprawdę do czynienia, bo do samego przeżycia w dziczy takie zdolności są rzadko kiedy wymagane. W jego małej głowie zaczęła się rodzić jakaś sensowna myśl, kiedy to usłyszał pytanie o kolejność rozkładania kieliszków. Sekundę później wpadł na całkiem dziwny pomysł ośmieszenia gościa.
- Oczywiście, że przeciwnie do ruchu wskazówek zegara! Dziki wędrowiec co umie konstruować trójkąty, a takich podstawowych rzeczy nie wie! Cóż się z tym światem dzieje... A ty Manraorr tym razem nie spieprz tego! - Najwidoczniej karzeł musiał się odgryźć na prawie każdym tu obecnym. Olbrzym spojrzał przerażony na niego, słysząc te słowa. Najwidoczniej to nie był ich pierwszy raz, a ostatni musiał być w jakimś sensie niewypałem.
Kiedy wszystkie artefakty spoczęły na swoich miejscach, wielkolud złożył dłonie jak do modlitwy i zaczął mówić donośnym głosem.
- O pani, o pani! Usłysz wołanie duszy swojej na gorącej pustyni! Błagam, błagam! Użycz mi siebie, użycz nam siebie! Kamienno ostojo, wzywam! - Chwilę później spod ziemi było słychać mocne pęknięcia. Na chodniku uczelni zaczęły wyrastać kamienne filary białego koloru z szarymi pęknięciami. Na sam koniec miały one trzy metry wysokości, a było ich sześć - trzy za kieliszkami, kolejne trzy oddalone od połówek długości trójkąta, przez co z pozostałymi tworzyły prowizoryczny okrąg. Kiedy wreszcie nastała cisza, ropucha spojrzała na swojego wysokiego towarzysza.
- Chyba znowu Ci nie... - Jego słowa przerwało pękanie filarów u ich czubka, by wychodziła z nich ciekła magma, która unosząc się w powietrzu założyła realny okrąg na miejscu rytuału.
- Możemy zaczynać, wędrowcze... a z resztą, zaraz samo się to stanie. - Duży wzruszył tylko ramionami, kiedy z rękawa obcego zasknięta krew znów stała się płynna, by lecąc w powietrzu i tworząc zwariowane kształty, wlać się do dwóch kieliszków. Do trzeciego zaś z powiewem wiatru, dostały się cztery siwe włosy. Bardzo dziwne to było, oj bardzo.
Ze złotego niby dysku zaczął wydobywać się czarny dym. Nie wychodził poza sferę rytuału, ale za to formował się w całą masę nieregularnych kształów. Nikt nie mógł przewidzieć, co to właściwie będzie. Pył jakby zastanawiał się w co chce się upodobnić, aż zaczął wyglądać jak taki nietypowy pająk. Najpierw wydobyły się jego odnóża, następnie część odwłoku i cała reszta... tylko głowa nie chciała się ukształtować.
Cichy świst sztyletu przecinającego powietrze kompletnie zdziwił obecnych. Mały, srebrny z masą zdobień, wbił się w ciało ropuchy, który mimo wolnie wydał z siebie dławiony jęk. Z ledwością odwrócił głowę, by zobaczyć jak zakapturzona postać w rękawicach trzyma ową broń w jego boku. Nie mówiąc ani jednego słowa, wolno osuwał się na ziemię.
- To powinno wystarczyć... No ujawnij się duszo! Gotowi jesteśmy poznać Ciebie! - Damski głos krzyknął spod kaptura. Chyba ta cała akcja i słowa podziałaly, bo resztka dymu uformowała się w lwią głowę. Dziewczyna zdjęła płaszcz ukazując czarną togę, równie ciemne włosy i oczy. Na jej policzku był symbol gwiazdy z krwi.
- Witaj, jestem Vivallin z rodu Araongu, obok mnie jest Manraorr z rodu Gimmep, poza tym tutaj przebywa wędrowiec, którego imienia nie znam, ale jestem gotowa go zabić, jeśli wyrazisz takowe życzenie. Kim zatem jesteś i jakiego firnamentu strzeżesz? - Mówiąc to uklęknęła na oba kolana, wraz olbrzymem. Czyżby ta postać nie wyglądała znajomo?
26.05.2014, 17:49
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dziedziniec.
#27

//wybacz zamułę, miałam bardzo mało czasu na forum.

nie zareagował na kpinę, obrzucając jedynie znudzonym spojrzeniem te tęskniącą za rozumem twarz. Wciąż nie potrafił brać na poważnie całej tej zabawy, więc gdyby powiedział mu, że trzeba je rozkładać chaotycznie i skacząc na jednej nodze, nie zrobiło by mu to różnicy. No, może poza taką, że rozważył by poważnie, czy takie wygłupy to nie dość żałosna cena za jedną noc pod dachem.
Kiedy wszystko było już gotowe, instynktownie odsunął się od rytualnej figury. Nie żeby wierzył, że faktycznie coś uda im się zrobić, po prostu w niejednym obrzędzie już brał udział, kilka sam przeprowadzał i wiedział, że podczas podobnych 'zabaw' spodziewać się można najróżniejszych skutków. Nawet jeśli robiła to grupa dzieciaków - a tym byli w jego oczach - nawyk instynktownie uaktywniał u niego instynkt obronny.
Wsłuchiwał się w głos olbrzyma. Nie miał pojęcia czym jest kamienna ostoja i co właściwie może mieć na celu jej przywoływanie. Teraz jednak instynkt podpowiadał mu, że coś dzieje się źle. Że to, w co się wplątał może skończyć się źle dla niego, a on trochę przeliczył się w ocenie sytuacji. Na nieśmiertelne ciało Aandoka, czy bachory nie mogą zajmować się przywoływaniem kolorowych gwiazdek i transformacją małych zwierzątek, skoro już muszą bawić się w magię? Czy natrafiając na grupę dzieciaków nie można nawet być pewnym, że to ty jesteś tu górą, bo miałeś trochę więcej czasu by uczyć się władania mocą? Czy stary sędziwy wędrowiec nie może liczyć na odrobinę uznania i respektu i pełne szacunku zaproszenie do domostwa, na które on łaskawie wyraził by aprobatę? Cóż z tym światem się robi!
Podobne przemyślenia zostały gwałtownie przerwane, kiedy rytuał zaczął się dopełniać. I chociaż ropucha wydawał się w to wątpić, mag był już praktycznie pewien, że cokolwiek zrobili, koło ruszyło i zatrzymać się nie zatrzyma, najwyżej zmieni kierunek w zależności od dalszych wydarzeń.
Spojrzał na dużego, nie mając pojęcia jaka jest teraz jego rola, bo czegoś najwyraźniej jeszcze od niego oczekiwali. Wtem zauważył, że wilcza krew odrywa się od jego rękawa jak żywa. Utraty włosów był świadomy znacznie mniej, jednak...
Dym również nie wróżył niczego dobrego. Albreht zaczął zdawać sobie sprawę, że jego serce przepełnia się lękiem, może nie panicznym, ale wystarczającym, by na chwilę sparaliżować ciało. Kiedyś może nawet czuł by się na siłach wierzyć, że może przynajmniej bronić się przed przywołańcem i szaleńcami, którzy go wezwali. Teraz osłabiony, świadom bezużyteczności swej many, na tym pustkowiu, gdzie miał ograniczone możliwości używania mocy, wątpił by jego przyszłość rysowała się w barwach jaśniejszych niż ten dym. Może nawet uważał by, że sam przywołaniec nie był zbyt silny, gdyby właśnie nie przeczucie, które go ogarniało...
Tymczasem dym przybierał formę, która pozwalała mu poniekąd identyfikować postać. Pajęcze ciało nie wywoływało żadnych skojarzeń, gdyż myśli Albrehta zwrócone były bardziej ku rozważaniom po cóż w ogóle chcieli przywoływać coś z innego wymiaru.
Nie zaobserwował momentu śmierci ropuchy, kątem oka przyuważył tylko kiedy ciało jego opadło bezwładnie. Szybko jednak zorientował się czyim dziełem była ta ofiara. Jak się okazuje - ostatni składnik rytuału.
Zadziwił go zaś damski głos. Nie żeby miał coś do kobiet, pojawiały się one nawet w sekcie, choć zwykle jako służebne lub ofiary. Krzyki i przerażenie kobiet nie były zbyt wartościowe, gdyż istoty o bardziej strachliwych duszach łatwiej się łamały i dla Aandoka mogły stanowić najwyżej mentalną przekąskę. Kruszenie serc ze stali było zaś niczym uczta i wyznawcy często odczuwali ekscytację ich pana, kiedy pokłady magazynowanego za ścianą odwagi strachu, otrzymywały uwolnienie.
Nie rozumiał jednak cóż robi tu ona, tak bezwzględna i parająca się czymś, co u większości kobiet wywołało by mdłości.
Dość, że ofiara wywołała zamierzony efekt i postać uformowała się do końca.

Wstrząs przeszedł skryte pod płaszczem ciało, kiedy w całej swej okrasie dojrzał istotę, która do nich dołączyła. Mistyfikacja? Herezja? Bluźnierstwo?
Nie słyszał praktycznie słów kobiety, nie zwrócił uwagi na ofertę wykonania na nim mordu. Przez kilka sekund rozważał nad tym co właśnie widzi, a potem opadł na kolano wbijając swój kostur w ziemię, by u jego góry spleść ręce, a czoło oprzeć o drzewiec.
- Mój panie... - rzekł, ignorując towarzystwo, które go otaczało. Jeśli się pomylił i postać była tylko zjawą, mógł go czekać gniew Aandoka za tak łatwe pomylenie go z kim innym. A jednak świadomość, że nierozpoznanie go, gdy wprost stanął na przeciw, skończyło by się jeszcze gorzej.
Nie ruszał się, gotów przyjąć reakcję istoty. Jeśli Aandok faktycznie zaszczycił ich swą osobą, nawet dama z nożykiem była tylko śmieszną zabójczynią, mogącą odebrać mi najwyżej życie. To zaś leżało w istocie w objęciach Aandoka.
17.06.2014, 14:46
Przeczytaj Cytuj
Dziedziniec.
#28

Słowa wędrowca zdziwiły prawie wszystkich tu obecnych. Kiedy kobieta skończyła, usłyszała słowa skutecznie zbijające ją z tropu. W jej głowie narodziła się całkiem oczywista myśl. "Czy oni się znają?" Jej czarne oczy świdrowały mężczyznę, którego imienia nie znała. Nie lubiła, kiedy cokolwiek wymykało się jej spod kontroli. Mimo tego ona już swoje powiedziała, z szacunku postanowiła na razie się nie odzywać, pochylając głowę jeszcze niżej.
Duch rozłożył szerzej swoje pajęcze kończyny. Patrząc na niego można było śmiało dojść do wniosku, że jest mu z lekka ciasno w tej sferze. Cicho coś mruknął, w całkowicie niezrozumiałym dla ludzi języku. Czyżby przywołanie tak potężnej istoty tutaj mogło przynieść więcej niż uczniowie uczelni mogli się spodziewać? Dopiero po kilku sekundach aura przesiąknięta przerażeniem, strachem, chęcią natychmiastowej ucieczki rozniosła się po dziedzińcu, jak i okolicznych domach. Następne uczucia jakie przyszły wraz z przybyciem nieznajomej istoty to ból i niekończące się cierpienie. Głowa przywołanego zwróciła się najpierw do dziewczyny, która cierpliwie czekała na odpowiedź. W końcu jego głos rozbrzmiał, a był on pewny i donośny, pełen dumy i siły.
- Mawiasz, że jesteś Vivallin z rodu Araongu? Więc Wasza generacja nadal istnieje, to doprawdy rozkoszne. Pozdrów swego wuja, który jest w tym świecie, dawno go nie widziałem, a mamy tyle spraw do omówienia. Pytasz mnie kim jestem, czego strażnikiem jestem? Tak samo bezczelna jak wujek, doprawdy nie mam wątpliwości, że płynie w Was jedna krew. Za me imię przelano morza krwi i oceany łez, jestem tym, komu oddają pokłony, by w darze zanieść ból i cierpienie. Jam wznoszę przykrość i strach na zupełnie nowy poziom, czyniąc z nich całą i jedyną myśl mych wrogów. Zwany jestem Aandok, nosiciel bólu i przerażenia. A ty Manraorr skup się wreszcie na sobie. Twoje rodzeństwo już dało mi kawałek siebie. - Zarechotał złowieszczo, kiedy olbrzym wyraźnie się zasmucił.
Mężczyzna złożył swoje dłonie, zaplatając palce obu dłoni między sobą. Vivallin już chciała go powstrzymać, ale zobaczyła łzę sunącą po jego policzku.
- Wołam Ciebie drogo moja, wołam Ciebie wolo moja, wołam co ostoją niosąc, duszę Twą uronię prosząc. - Jego trzęsący się głos, przywołał na jego skórze kamienie, które miały na sobie różne, dziwne runy. Z początku najwięcej było ich na dłoniach, ale później rozniosły się na całe ciało, tworząc swoistą zbroję. Biały kamień z pomarańczowymi, jarzącymi się symbolami jakimś sposobem uspokoił mężczyznę, który chciał się odezwać, ale głos przywołanego ducha mu przerwał.
- Hm... Kogo my tu mamy? Mężu, któryś dzielnie wyznawał moje istnienie, a teraz uląkłeś się mej kary, gdybyś nie oddał mi teraz czci, bądź już spokojny. To ty masz sprawiać, by ból i strach innych mnie karmił, a nie Twój. Daleko zawędrowałeś, doprawdy od domu dzieli Ciebie spory szmat czasu. Vivallin, jak się domyślam, to ty tutaj pociągasz za sznurki. Weź pod opiekę tego wędrowca, bo wysłużył się i był mi oddany, nawet w godzinie próby. Dajcie mu to, o co poprosi. Tymczasem wracam do mojego świata, by patrzeć na poczynania słabych ludzi. - Po tych słowach dusza przestała mieć swój kształt, wracając do wcześniejszego czarnego pyłu. Kilka sekund później filary schowały się pod ziemią, prościej mówiąc wszystko wróciło do normy, a po tym rytuale nie zostało ani śladu.
Kobieta popatrzyła na ropuszego towarzysza, który wyglądał jakby był martwy. Z kieszeni swojej togi wyjęła grudę błota, która miała dziwny, liliowy zapach. Upuściła ją, by ta upadła na niego, tworząc słabe, różowe światło.
- Podobno chciałeś noclegu, możesz spać na terenie uczelni w pokojach, które są bez właścicieli. Najwięcej takich jest na południowym skrzydle. Pora na nas, ropucha zaraz dojdzie do siebie, a ty wędrowcze przysięgnij, że nikomu nie powiesz o tym co tu widziałeś, o tym co się tutaj stało. Masz to, przyda Ci się. - Rzuciła jakimś zawiniątkiem w zwykłym worku. Gdy to rozwinąłeś, znajdowały się tam zioła lecznicze, bandaż i pięć brązowych smoków. Kobieta zdecydowanie odbiegała od innych przedstawicielek płci pięknej. Była pewna siebie i nie bała się parania magią, która ściągała do tego świata zło wcielone. Po chwili ona i olbrzym wrócili do uczelni. Ten, którego jak myślano zabiła, wstał na cztery kończyny i jako duża, ubrania żaba skacząc podążała za nimi.


Przepraszam, że to się tak ciągnęło, mam nadzieję, że chociaż jakość i sens fabuły się spodobał. Obecnie jesteś już wolny fabularnie, życzę ciekawej fabuły i dalszego szerzenia wiary w Aandoka!
~Anshia
12.07.2014, 15:19
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dziedziniec.
#29

mężczyzna czekał, zapewne gotów rzucić się w razie czego do - zapewne bezsensownej - ucieczki. Może i miał już swoje lata, może wiedział, że wątpliwe by jego umiejętności wystarczyły na tę okazję, jednak nie zamierzał nigdy oddać swojego życia zupełnie darmo.
Nie drgnął jednak nawet, jakby nawet najmniejszy ruch przygotowujący go do zrywu czy też innego działania, miałby nadejść dopiero kiedy upewni się już, że należy się rzeczonego działania podjąć.
Czując falę gruchoczących nerwy emocji, był już pewien, że ma do czynienia ze swym Panem. Wszelaka myśl o ucieczce została gwałtownie porzucona, jak gdyby nigdy miała nie zawitać do jego umysłu. Pan miał prawo do jego życia i śmierci.

Nie rozumiał słów, jakie bóstwo zwracało do dziewczyny. Choć ta nie miała pojęcia kogo udało jej się sprowadzić na ten plan, skoro Pan poświęcił jej uwagę, najwyraźniej miał ku temu swój powód. Albreht nie śmiał by oczekiwać pierwszeństwa zwłaszcza, że owa uwaga mogłaby być ostatnim czego człowiek może pragnąć.
Słyszał również głos mężczyzny, jednak nie mógł dostrzec niezwykłych zmian, jakie zaszły w jego wyglądzie, gdyż cały czas patrzył z czcią na przybyła do nich istotę, nie pozwalając sobie nawet na krótką ucieczkę źrenic. Nie spoglądał mu w oczy, właściwie wydawało by się że wzrok jego pada na głowę Aandoka, a jednak nie osiada na jakimś konkretnym punkcie.
Rozpoznał jednak, gdy uwaga Pana spoczęła na nim. Wówczas wydawało się, że posąg, do którego upodabniał się w swym bezruchu, tchnie jednak jakimś życiem. Nie uśmiechał się, nie czuł się wyróżniony nawet, gdy Aandok ukazał mu swą przychylność. Wypełniał swą rolę i nie dosięgła go kara. Opieka, jaką zalecił nad nim bóg, nie była wyróżnieniem, dla Albrehta nie była nawet nagrodą. Była umożliwieniem dalszego wykonywania swych zadań.
Nie mniej obrał to jako znak. Wkrótce na ziemiach tych powstanie być może nowy kościół.
Po zniknięciu Aandoka, nie ruszał się jeszcze, póki filary nie zostały znów pochłonięte przez podłoże.
Wówczas to mógł stanąć na wprost dziewczyny, patrząc nań bez szczególnych emocji. Na ofertę noclegu, odpowiedział skinieniem głowy - był to skromny wyraz wdzięczności prostego mędrca. Na prośbę lub może rozkaz zachowania milczenia, wykrzywił wargi w praktycznie niedostrzegalnym uśmiechu, który zupełnie nie sięgał oczu. Te wciąż były martwe w swym wyrazie.
- Tylko nieboskłon i te mury świadome będą tych wydarzeń. - powiedział niezbyt głośno, ale chyba z jakąś satysfakcją. Nie myślał absolutnie o łamaniu przysięgi, nie przyniosło by mu to niczego. Jednak o tym, że władza Aandoka sięga nawet tutaj, wkrótce dowiedzą się nieliczni. O tym, jak wyglądało to pierwsze spotkanie, zapewne nie będzie konieczne mówić. Przynajmniej tak uważał w tym momencie.
Nie udało mu się jednak zupełnie ukryć zaskoczenia, gdy otrzymał podarek od nieznajomej. Tym razem wyraz satysfakcji, choć na krótko, przeszedł skurczem całą jego twarz.
- Niewątpliwie... - powiedział powoli - Prosty sługa swego Pana jest Ci wdzięczny.
Incydent z nagłym ożywieniem nie-martwego Ropuchy, zainteresował go jednak, nie na tyle by rozwodzić się nad tym zbyt długo.
On sam szedł na szarym końcu powracającej do uczelni eskapady. Czuł się zadowolony. Tej nocy nie spędzi pod gołym niebem, a wydarzenie z pewnością mógł wziąć za dobry omen.

Wnętrze budynku nie mogło wzbudzić w nim większych emocji niż zwykłe szczęście, że tam na górze znajduje się dach. Nie chcąc błądzić zbyt długo, od razu skierował się ku południowemu skrzydłu. Idąc niezauważony, przez opustoszałe korytarze, trafił wreszcie do wolnego pokoju. Był on całkiem skromny, praktycznie niewyposażony, gdyż czego można spodziewać się po pokoju dla zwykłego studenta, do którego nawet żaden lokator nie miał okazji naznosić własnych gratów.
Odłożył swój kij i nowy pakunek i legł na posłaniu, gdzie od razu zasnął snem głębokim, chodź dość czujnym.

Obudził się skoro świt, nim ktokolwiek inny zdążył wstać. Worek z wyposażeniem przywiązał do samego czubka kija i wymknął się z uczelni, nim ktokolwiek zdołałby zarejestrować jego obecność.

//zt
23.07.2014, 02:52
Przeczytaj Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna