Dzielnica Bogaczy
#51

ężczyzna skinął lekko głową. Nie wszędzie jest tak samo. Szlachta traktuje swoich poddanych w najróżniejszy sposób. Niektórzy traktują ich jak niewolników, a niektórzy jak przyjaciół.  -Myślę, że i ja mógłbym odnaleźć tam szczęście... O ile zostałbym przyjęty. Nie lubię być cudzoziemcem jeśli mam być szczery.-Westchnął lekko. A następnie spojrzał na Lię jakby była niepoważna. -Ja i rządzenie? Szczerze wątpię. Zresztą... raczej nigdy do tego nie dojdzie. Mój ród nie istnieje a jedyne do czego mogę dążyć to sprawiedliwość za przelaną krew. -Powiedział z powagą. W jego głosie nie było goryczy. Wypełniony on był ponurą pewnością.
Dźwięk swojego imienia. Nie słyszał go od ponad dwóch miesięcy. Od kiedy schwytano go na polach Teolii... Spojrzał na Lię w osłupieniu jakby nie wierząc, że właśnie odezwała się do niego w ten sposób. -Dziękuję, Lio.-Wydawało mu się, że dziękuje jej po raz setny, a mimo to uważał, że nie robił tego wystarczająco często.
Jej słowa sprawiły, że poczuł się odrobinę głupio. -Wybacz, ale azarackie szlachcianki to mało interesujące kobiety, mój właściciel ocalił mnie od losu gorszego niż walka na arenie, ale nie darzę go miłością. Osoba, która zawładnie moim sercem powinna być w stanie do niego dotrzeć, a w ostatnim czasie... tylko jednej się to udało.-Ostatnią część zdania wypowiedział ciszej, wręcz nieśmiało. Nadal nie powiedział niczego bezpośrednio. Dlaczego miałby? W miejscu takim jak Azarat nadzieja to była choroba. Na szczęście lekki temat... panowania nad zwierzęcymi instynktami rozgonił niezręczność. Następnym razem... W tym momencie do głowy przyszedł mu najgorszy możliwy komentarz.-Cóż... na arenie nazywają mnie Wilkiem. Może zapanujesz nad moimi instynktami?-Dopiero wtedy zorientował się jak źle to zabrzmiało. Zarumienił się i wymruczał pod nosem przeprosiny, których i tak się nie dało zrozumieć. Po chwili jednak zaśmiał się lekko. Po raz pierwszy to imię skojarzyło mu się z czymś pozytywnym! -Jak ty to robisz? Sprawiasz, że jestem w stanie śmiać się z tego, że jestem niewolnikiem!-To naprawdę była dla niego zagadka.
Wzruszył lekko ramionami nadal się uśmiechając. -Nie mam zamiaru. To, że dla mnie to jest naturalne i normalne nie znaczy, że jest dobre.-Spojrzał na nią. -Nie chodzi o to, że jest posłuszne. Chodziło mi o wysłuchanie tego co leży ci na sercu. Zwierzę cię nie oceni, nie potępi i zawsze cierpliwie wysłucha co masz do powiedzenia!-Na propozycję przejażdżki pokręcił lekko głową. -Myślę, że ta decyzja nie należy do ciebie... Zwłaszcza po tym co usłyszałem o tych zwierzętach.-Zaśmiał się lekko. Zaś na jej przedrzeźnianie parsknął lekko. Mimo to był wdzięczny. Lia doskonale wiedziała jak pozbyć się niezręczności. Jedna z cech, której tak bardzo mu brakowało.
Jej pochopność w ocenie trochę go irytowały. -Nie rozumiesz. To twój wybór kim będziesz! Ja po prostu chciałem... nie wiem co chciałem zrobić... Ja. Cholera...-Naprawdę był beznadziejny w te klocki. Najpierw pokazał wyidealizowany obraz swojego domu, a teraz mówi, że szlachta Teolii nie różni się zbytnio od tej azarackiej. Ciężko było opisywać mu możnych Teolii kiedy sam spędzał tak mało czasu w ich towarzystwie. Był zawstydzony tym jak poprowadził tę rozmowę. Lia musiała czuć się oszukana. I całkiem słusznie. Lecz tłumaczenie tego teraz... tylko pogorszyłoby sytuację. Gdyby miał więcej czasu na wytłumaczenie, wyjaśnienie tego jak funkcjonuje świat poza pustynią i Azaratem. -Popełniłem błąd... Po prostu chciałem przedstawić sytuację zbyt szybki i podałem najgorszy z możliwych przykładów...-Powiedział pokornie.
Tym razem podszedł do pytania ostrożniej. Nie chciał jej bardziej urazić swoimi nieprzemyślanymi słowami. -Zrozumieliby, że jesteśmy bratnimi duszami. Tak wiele nas łączy Lio, że uznaliby cię za jedną z nich!-Również się uśmiechnął... nadal jednak był przygnębiony swoją nieostrożnością. -A ja byłem pewny, że zdołałem się wyzbyć arogancji! Obyś nigdy nie musiała, a raczej nie chciała, smakować mojej krwi. O wiele bardziej wolałbym stać u twego boku niż naprzeciw ciebie!-Powiedział szczerze. Nigdy nie rozumiał żądzy krwi u niektórych wojowników, ale akceptował to jako przejaw pewnego rodzaju miłości do walki. -Nie rozumiesz... gdybym nadal był żonaty i spotkał ciebie to... bałbym się o swój honor.-Powiedział. Miał nadzieję, że tym razem Aeolian zrozumie, ponieważ dalsze tłumaczenie sprawiłoby, że chyba by zemdlał ze wstydu.
Odetchnął gdy wspomniała o walce. Temat, który był mu znany i w którym czuł się naturalnie.  Chociaż z nią nigdy nie wiadomo... -Mam nadzieję, że nie zawiodę oczekiwań. Lecz nie zdziw się jeżeli będę wyglądał gorzej niż na treningu. Takie mam polecenia...-Powiedział z goryczą w głosie.

Wszystko wydarzyło się nadzwyczajnie szybko i niespodziewanie. Krzyk chłopaka, odpowiedź Lii. I cała historia z lwem, atakiem na targowisku. W co też Samuro się wplątał?! Lecz jej spojrzenie... pełne rozpaczy, desperacji. Potrzebowała go. Nie mógł jej zawieść nawet jeżeli wiązało się to z karą. Coś mu mówiło, że po zainwestowaniu dziesiątek złotych smoków jego właściciel nie będzie chciał się go pozbywać... lecz na ile Samuro był w stanie sobie pozwolić? Skinął tylko głową. -Też nie chciałbym się żegnać w taki sposób. Pomogę ci... na tyle na ile zda się moja pomoc. -Spojrzał na wstążkę obwiązaną dookoła jego nadgarstka. Nie mógł jej ot tak opuścić.
Gdy tylko Lia pobiegła w stronę swojego domu... Samuro ruszył w ślad za nią.

Gracz opuścił wątek
17.08.2019, 14:56
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna