Atarashii




Leśne Chaszcze
#81

Scythis, spadając, nie spodziewał się, że opór powietrza z tajemniczej sfery będzie tak mocarny. W przeciwnym wypadku może zachowałby się nieco inaczej i nie wystawiałby na szwank również Spryciarza. Miał szacunek do wszystkich swoich duchów i raczej nie chciał ryzykować ich zdrowia; choć odnawialne, zrozumiałby irytację kogoś, kto pojawia się na parę sekund tylko po to, by przyjąć strzał z czegoś, co powaliłoby nawet grube drzewo. Tak właśnie wyglądała sprawa w sytuacji między Szamanem a jego Stróżem. Przy najbliższej okazji trzeba będzie go przeprosić... jak tylko polepszy się jego stan. O ile Starzec dobrze pamiętał z nauk swojej matki - a fakty były takie, że pamiętał z nich nieszczególnie wiele - duch będzie potrzebował teraz jakiejś chwili na regenerację. Trudno powiedzieć, jakiej, póki nie będzie kolejnych prób przywołania pomocnika.
Dostrzegając, że wiatr z półkulistego, białego kształtu byłby prawdopodobnie wystarczająco silny, by na spokojnie wyhamować jego upadek, Scythis skinął głową na słowa Spryciarza. Trudno było jednak powiedzieć, czy ten to zauważył lub poczuł.
- Nie zdawałem sobie z tego sprawy! - odparł podniesionym głosem, nie będąc pewnym, czy jego podopieczny - a może w tej sytuacji na odwrót? - usłyszy. W końcu nie byłoby dziwnym, gdyby pęd powietrza zagłuszał... wszystko. Nie wystarczyło jednak czasu, by powiedzieć coś jeszcze, gdyż niecodzienna para zbłąkanych podróżników niebezpiecznie powoli zbliżało się do sfery. Zbyt powoli. W takim tempie może się okazać, ze nie będzie już okazji, by wejść do środka, a zdawało się, że to jedyne rozwiązanie istniejącego problemu. Spryciarz, który zareagował szybciej, na szczęście nie bez kozery miał takie imię. Powziął akcje konieczne do wepchnięcia Scythisa do wnętrza tajemniczej konstrukcji. Dalszy ciąg wydarzeń był jeszcze bardziej nieprzewidziany.
Nagła, choć jak mogłoby się wydawać - względnie powolna (w porównaniu do wystrzelonego morderczego pocisku wiatru) eksplozja odrzuciła anioła na tyle, by dłuższą chwilę zajął mu powrót do jego szefa. Ten z kolei nie odczuł wcale jej efektów i bez problemu spadł na ziemię, na cztery łapy, niczym dziki kot. Popis zręczności dał mu się jednak trochę we znaki i, chcąc sobie momencik odsapnąć, klapnął na - jak mu się wydawało - suchym podłożu. I rzeczywiście, może i ziemia w tym miejscu była dość sucha, ale za to to, co się na niej znajdowało, nie było szczególnie zadowolone z postępowania Scythisa. Jak pierdulło, to o panie złoty, Duronorze kochanieńki. Dobrze że jeszcze jędrne pośladki Szamana stłumiły rozchodzącą się falę uderzeniową, bo może i rozsadziłoby mu uszy, gdyby tak się nie stało. Z drugiej jednak strony, źle, że teraz w rzyci znajdowały się chyba jakieś odłamki tego cholerstwa... Ale przynajmniej zaliczył drugie, miękkie lądowanie. Twarzą we mchu. I resztą w sumie też.
- Ło cie chuj... Ty cholero jasna no, i znowu bede musiał dłubać... Aż mi sie przypominają czasy, jak jeszcze na gołych deskach z zadrami się siadało. Słuchaj no, ty kamieniu... - i począł opowiadać historię.
"Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze byłem małym szpadlem... Scythisem, znaczy się. Oj tak, jeszcze tak za dzieciaka. Wyobraź se, że znalazłem se taką koleżankę, hehe... no ładną, ładną, ale to nie jest główny wątek historii. Zresztą, mieliśmy wtedy po jakieś dziesięć lat! Co to za pytanie!" - skarcił kamień, jaki leżał teraz przybity w jego pośladkach. A może nie przybity? To bardziej grabarz był przybity tym kamieniem. Choć w sumie, nie było do czego. Trzeba więc założyć, że Szaman był przybity obrotem sytuacji, a kamień besztaniem. "I bawiliśmy sie w chowanego. Ona liczy, a ja się chowam w szafie. Tylko ze żem kurwa zapomniał, że ojciec desek nie hebluje, tylko matka, a akurat w szafie ponoć nie było potrzeby... tak sie właśnie, do stu otworów Thorna, przekonałem, jak nie było! Tylu zader naraz to chyba w życiu nie miałem, co wtedy. Trzy godziny wyjmowania zader z dupy. Ale przynajmniej mnie ta koleżanka nie znalazła. Hehe. Wiesz jaki morał z tej historii?", zagadnął w myślach do kamienia, zanim jeszcze zdołał zrozumieć, co tak właściwie robi. "Pierdol się", skwitował z czystą nienawiścią, bo pewnie sam będzie musiał się pozbywać teraz tych odłamków. "I dlaczego kuźwa myślę do kamienia?", zapytał już siebie sam. Co prawda często miał przeróżnego rodzaju przemyślenia, więc w sumie nie powinno go to dziwić. Zwykle przeprowadzał w swojej głowie tego typu monologi - czasem symulując odpowiedzi - zwyczajnie dla rozrywki. Zawsze była to jakaś stymulacja jego mozgu, by ruszył się do pracy w jakikolwiek sposób. Ba! Mając takiego rozmówcę, jak on sam - a przecież o takim przypadku mówimy, o rozmawianiu samemu ze sobą - miał całkiem sprytnego przeciwnika intelektualnego. Co prawda znał mniej-więcej jego możliwości, ale tym samym trudno było mu go zaskoczyć. Tego typu epizody były jednak przydatne: pozwalały ustabilizować myśli, poglądy, samopoczucie; podsumować wiedzę, potwierdzać lub odrzucać domysły. Zaiste, jedynie szaleniec mógłby powiedzieć, że gadanie samemu ze sobą jest szalone. A przynajmniej póki ma się sytuację pod kontrolą, a tak właśnie było w przypadku Scythisa. Może i paplaniem w myślach do kawałka skały nie pozwalał swoim przemyśleniom przybrać ładniejszej formy... z pewnością jednak w jakiś sposób rozluźniło go to i pozwoliło mu odpocząć przed zebraniem myśli na bardziej poważne.
Szpadel, zawsze wierny grabarzowi i rzadko go opuszczający, postanowił usadowić się w bezpiecznym miejscu, choć jakieś dwa kroki od swojgo posiadacza. I leżał. Niech będzie i tak - i jemu czasami należy się chwila odpoczynku.
Wokół natomiast powoli, lecz nieuchronnie zachodziły pewne zmiany. Takie, jak chociażby rozpływanie się powietrznej sfery, jaka odpychała i zagrażała wszystkiemu, co jeszcze kilka chwil temu próbowało się przebić do jej wnętrza. Gdy Scythis myślami wrócił z magicznego kamienia do tego, co go otaczało. Szybko stwierdził, że trzeba będzie się stąd niedługo zbierać. Bo o ile chwilowo było tu suchutko i bezpiecznie, to z pewnością to miejsce zostanie niedługo zalane przez błotniste bagno. A jeżeli nawet nie, to w oddali słychać było wyraźnie zbliżających się nieumarłych. Może przeciętne szkielety nie były jakimś wybitnie groźnym przeciwnikiem, ale przewodzący im Lich już tak. Nawet jeżeli i z nim Szaman by sobie poradził, to raczej nie w tej chwili. Był obolały, przemęczony i zdecydowanie niechętny na długotrwałą potyczkę, tak samo jak jego główny, nastawiony na bój Anioł. Stróż przyjął na siebie cios, który dla Scythisa byłby zapewne śmiertelny. Zasługiwał na ogromne uznanie, ale przede wszystkim - odpoczynek.
Mimo wszystko, nie należało działać pochopnie. Grabarz najpierw rozejrzał się po okolicy, próbując znaleźć najbliższe, względnie bezpieczne miejsce, o ile przyszło by mu uciekać nagle. W okolicy nie było żadnych wysokich drzew, ale nieopodal z błota wyrastał ogromny pień. Nie wyglądał na wygodny, bo widać było na nim nierówny ślad po złamaniu i wystające gdzieniegdzie zadry. Prawdopodobnie drzewo zostalo złamane pod naporem potężnej masy powietrza, jakiego jeszcze chwilę temu mógł doświadczyć szpadlowy dzierżyciel. Na pewno pniak był jednak stabilny i był najbliższym elementem do bezpiecznego lądowania.
Chwilę później Szaman powrócił wzrokiem na wysepkę, na jakiej się znajdował. W końcu może i nie chodziło o "skarb" będący zaklętym kamieniem wiatru? Moze chodziło o coś zgoła innego, a kamień wiatru pełnił swego rodzaju funkcję zabezpieczenia przed dostaniem się "skarbu" w niepowołane ręce? Jeżeli tak, to nie tyle do prawa, co do obowiązku Scythisa należało pozbieranie wszystkich przedmiotów, jakie zauważył w tym miejscu. No, prawie wszystkich. Dwa ludzkie truchła sobie odpuści. Wątpił, by były one w jakikolwiek sposób związane z Lichem, który przedstawił mu się jako Halm. Gorzej natomiast, że ta istota mogła je ożywić... chyba. Nic jednak niepokojącego się z nimi nie działo. Grabarz z całą, sobie chyba tylko znaną ostrożnością podchodził do zbierania przedmiotów z otoczenia ciał, a one nie zachowywały się w żaden dziwny sposób. Najwidoczniej były po prostu zbyt martwe, żeby nieumarły czarownik mógł je ożywić... czy coś.
Tak czy inaczej, prócz dwóch ciał, znajdowało się przy nich coś na kształt worka... nie, torby - w niej zaś był, o dziwo, kolejny, magiczny kamień. Jeżeli którykolwiek z przedmiotów wokół miał się jeszcze przydać Lichowi, to największe szanse na to miał ten fant. Został więc zwiniety przez Scythisa jako pierwszy. Ukrył go w swojej najgłębszej kieszeni, dwa razy jeszcze upewniając się, że nie jest dziurawa. Nie była. Ciekawym zaś pytaniem, jakie się rysowało, było to, jakiego żywiołu był ten głazik. Niewątpliwie był bowiem magiczny, ale Szaman, próbując rozgryźć jego aurę... cały czas czuł tylko kamień. Po niedługim czasie jednak doszedł do może zaskakującej, ale za to trafnej i ciekawej konkluzji: był to kamień kamienia! Albo żeby brzmiał poprawniej, choć wcale nie lepiej - kamień żywiołu ziemi, konkretniej rzecz zaś ujmując - skały.
Zagadką były również przedmioty wytopione z chyba brązu. Scythis wyczuł emanującą z nich, specyficzną energię, choć chwilę mu zajęło rozgryzienie, skąd się ona wywodzi. Najpierw zidentyfikował je jednak jako zwykłe rzeczy - jeden wyglądał jak bransoleta, którą najpewniej był. Znajdowały się na niej wytłoczone dwa nieduże motyle. Choć było to na swój sposób urocze, styl wykonania tej ozdoby wyraźnie wskazywał na to, że była ona przeznaczona dla... mężczyzny. Co więcej, całkiem się Scythisowi spodobała. Nie przepadał za noszeniem niepotrzebnych ozdób, ale po tym, jak na jego ciele zaczęły samoistnie wytwarzać się pierścienie czy naszyjnik - a czuł ich użyteczność, bo z nimi był jakby silniejszy - przestał odczuwać podobne opory. To znaczy, dalej nie pasowały mu do wyczucia stylu czy powagi, ale przedkładał nad to funkcjonalność. Jeżeli bransoleta miała jakieś interesujące właściwości, nie miał powodu, by ich nie odkryć i nie wykorzystać.
Drugi, znacznie mniejszy przedmiot, wyglądał dość... dziwnie. Był po prostu za drobny, by Szamanowi łatwo przyszło zrozumienie, czym właściwie jest ta ozdoba. Bo nie wątpił, że nią była. Świadczył o tym przede wszystkim miedziany motylek, czyli motyw, jaki łączył te dwie znalezione rzeczy ze sobą. Po dłuższej chwili zdołał skojarzyć, że niegdyś jego matka używała czegoś podobnego, wplatając sobie we włosy. Cóż... nie czuł szczególnej potrzeby takiego rozwiązania. Albo nie przez pierwsze kilka chwil. Bowiem gdy te minęły, zrealizował sobie, że faktycznie miał trochę przydługie włosy. W trakcie lotu niejednokrotnie wpadały mu w oczy. Stwierdził więc, że raz kozie śmierć i włożył pukiel siwizny do koralika, następnie zarzucając sobie go za ucho tak, że przedmiot praktycznie stykał się ze skórą na nim. Przy czym był nawinięty wystarczająco ciasno, by niełatwe było osunięcie się go.
Dopiero gdy Scythis poczuł dotyk przedmiotu o gołą skórę, upewnił się ostatecznie, że zarówno ozdoba na rękę, jak i do włosów, pełniły rolę naczyń dusz. Dlaczego nie zauważył tego wcześniej? Prawdopodobnie był zbyt zmęczony, ale było coś jeszcze. Mianowicie, biżuterią - zarówno brązową czy miedzianą, jak i z materiałów droższych, takich jak srebro czy złoto, był zazwyczaj szamańskie talizmany, w których mieściły się dusze anielskie... a niekiedy demoniczne. Tym razem było jednak inaczej, a przynajmniej tak się grabarzowi wydawało. Różnica polegała na tym, że nie wyczuwał tej szczególnej aury, jaka dawała się we znaki, kiedy chwytał w dłoń naczynie duszy takiego anioła. Nie było też wyczuwalnej złowrogiej, mrocznej, dzikiej, brutalnej aury demona. Wręcz przeciwnie, coś pozytywnego płynęlo z tych znalezisk. Czyżby jednak wewnątrz znajdowały się duchy ziemskie? Podejrzane - Szaman nigdy nie spotkał się z pieczętowaniem dusz ludzkich w talizmanach, tak, jak anielskich. Jego zmysły jednak nie mogły go mylić w tej sytuacji. Dałby sobie rękę, ba! Szpadel uciąć, że wewnątrz tych atrybutów znajdowały się albo zwierzęta, albo ludzie - z przewagą na to drugie. I miałby rację, co się miało wkrótce okazać. Ale jeszcze nie teraz... teraz był czas odpowiedni na zbieranie fantów i ucieczkę. Nie mógł sobie pozwolić na zwiększanie odczucia wysiłku i zmęczenia przez próbę przywołania dwóch zbłąkanych dusz, jakie właśnie odnalazł.
Tuż obok jednego ze szczątek ludzkich znajdowało się coś na kształt odlanej z brązu kurzej łapki. Ta natomiast nie miała nic do ukrycia - była całkowicie zwyczajnym przedmiotem. Trudno powiedzieć, czy była elementem czegoś większego, co w sobie już miałoby zapięczetowanego ducha. Mimo tego, wytężając swoje szamańskie zmysły, nie powiodło się Scythisowi dostrzeżenie czegokolwiek, co miałoby na sobie choćby ślad duchowej energii. Najpewniej więc stylowa drapaczka nie miała pełnić żadnej innej, ciekawszej funkcji, od... byciem stylową drapaczką. Do pleców.
Wyłączając te kilka łupów, niewiele ciekawych przedmiotów oczekiwało na zabranie przez grabarza. Co prawda były tu rozrzucone pieniądze, ale nie płynęła z nich żadna magia. W pierwszym momencie Starzec nie pomyślał nawet o zbieraniu ich, ale przypomniał sobie, że krucho u niego z kasą - ostatnio wydał sporo na zioła... które wydał na Jelenim Wzgórzu, by pomóc potrzebującym. Grunt, że się powiodło, ale może być kiepsko, jeżeli okaże się, że wróci do swojej rodzimej, poczciwej mieściny, zastanie dziesiątki ludzi potrzebujących jego pomocy... i okaże się, ze nie ma żadnych materiałów, by ulżeć im w cierpieniach. Poza szpadlem. Szpadlem zawsze można pomóc. Wykopać dół, przypieprzyć przez łeb, wrzucić do dołu, zakopać. Zaiste złoty środek, i to na prawie każdą chorobę. W tym momencie Scythis prawie poważnie zaczął zastanawiać się nad nadaniu imienia swojej broni - tak jak robili to rycerze ze swoimi mieczami - a imię to brzmiałoby "Panaceum".
Żarty żartami, ale zioła za darmo nie są. Szaman czym prędzej więc pozbierał rozrzucone dwanaście srebrnych smoków, nawet nie licząc ich zbyt dokładnie.
Po całej akcji nie widział już żadnych powodów, dla których powinien w tym miejscu zostać. Czyżby rzeczywiście takowych nie było? To juz nie jest takie proste, bo pewnie o czymś zapomniał. Oczywiście honor i godność, jaki tlił się w jego sercu, trochę przeszkadzał mu w podjęciu ucieczki, ale inna decyzja - choć może bardziej "honorowa i godna" - byłaby zwykłą głupotą. Brawurową, ale wciąż głupotą.
Gdy obok niego pojawił się na powrót Spryciarz, którego musiało całkiem mocno wypchnąć, skoro wrócił dopiero ładne kilkanaście-kilkadziesiąt sekund po zniknięciu powietrznej aury, Scythis gotowy był do podróży. Podszedł jedynie do swojego wiernego, odwiecznego towarzysza - szpadla - który leżał sobie spokojnie, odpoczywając przed następnymi epickimi bataliami, jakie bez wątpienia jeszcze czekały tych bohaterów. Z należną czcią i namaszczeniem, grabarz uniósł swe szlachetne narzędzie obiema rękoma i po krótkiej chwili bez większych już ceremoniałów otrzepał je z kurzu i ziemi.
- Spryciarzu, wiem, że jesteś zmęczony wydarzeniami jakie tu miały miejsce, ale musimy opuścić ten las. Sam nie dam rady, a ty jesteś jedynym, który może mi tak naprawdę pomóc. - powiedział Scythis, kierując się do swojego ducha z szacunkiem, ale i tonem mało formalnym, a bardziej przyjacielskim. Tak to zresztą zwykle miał w zwyczaju przy komunikacji ze swoimi duchami. Zachowywał raczej pozory działania na zasadzie relacji szef-pracownik lub tak, jak między dwoma współpracownikami, w rzeczywistości jednak polegając na swych aniołach jak na przyjaciołach i tak ich zresztą traktując. Podobnie zresztą działało to w drugą stronę, zatem Anioł bez wahania odparł twierdząco.
- Oczywiście! Co prawda lepiej by się w tym sprawił Stróż, ale skrzydła mam i ja - i puścił porozumiewawcze oczko do grabarza. Chyba kątem oka dostrzegł ten sam pień, za którym Scythis jeszcze kilka chwil temu się z niepokojem rozglądał. - Co uważasz? - rzucił, kiwając głową w stronę złamanego trzonu drzewa. Powinni na spokojnie się tam pomieścić i być bezpieczni, ba! Dałoby zapewne radę przywołać każdego ducha i wciąż byłoby całkiem luźno.
Bez zbędnego oczekiwania, zanim dopadło ich obu zgęstniałe błoto, rozbiegli się obaj i wyskoczyli, szybując na wyznaczone miejsce. Gdy już znaleźli się tam, mając poczucie względnego bezpieczeństwa - a przynajmniej póki co - Spryciarz wrócił do tematu. - ...więc jasne, że pomogę. Nie masz co pytać nawet. Jest tylko taki jeden problemik. Nie za bardzo orientuję się w tym miejscu, no i nawet mi trudno jest wypatrzyć najbliższą drogę wyjścia. Zdaje się, że powinniśmy zagadać do Starca o pomoc, co nie? - zapytał. Rychło w czas, bowiem Szaman już wyciągał talizman ze wspomnianym aniołem.
- Tak? - zapytał materializujący się kolejny szamański przywołaniec. Jak zawsze, nie różnił się z wyglądu niczym od Scythisa. Zaskakujące, ale nie przeszkadzało. Ba, często bywało szalenie pomocne.
- Starcze - uśmiechnął się Scythis. - Potrzebujemy jeszcze na chwilę twojej pomocy. Muszę wydostać się w miarę szybko z tego miejsca, ale trudno powiedzieć, w którym kierunku powinniśmy się udać, by dotrzeć do granicy lasu jak najszybciej. Da się to jakoś określić? - zapytał, wiedząc, że Starzec bez większych problemów w kilka chwil spełni tę prośbę. Nie było to dla niego nic trudnego.
- A czy nie powinieneś raczej kierować się tym, że z tamtego kierunku - wskazał dłonią gdzieś za siebie - pędzi cała horda nieumarłych? - zachichotał, patrząc gdzieś w niebo. Zanim Scythis zdołał odpowiedzieć, Starzec wysunal się z prognozą, rozglądając się tym razem po ziemi. - Mech i gwiazdy dają niejakie pojęcie co i jak. Prosto na południe - w tym momencie Anioł wskazał na kierunek uspokajająco odległy od tego, z jakiego miała nadbiec wataha wrogo nastawionych, niemartwych skurwisynów - powinno być chyba najbliżej. Pewności nie mam, bo nie jestem pewny, w którym dokładnie miejscu Starego Lasu jesteśmy, ale, hm, jestem prawie pewny, że ten kierunek będzie najlepszy. - rzekł, na potwierdzenie swoich słów kiwając jeszcze głową w miejsce, które chwilę temu pokazywał dłonią.
Scythis uśmiechnął się i skinął głową.
- Dzięki, przyjacielu. Jeżeli nic nie stanie na przeszkodzie, wkrótce znowu się spotkamy, w znacznie spokojniejszych i bardziej przyjaznych okolicznościach.
- Trzymam cię za słowo, stary pryku! - zaśmiał się duch, gładząc się po długiej, siwej brodzie – takiej samej, jaką miał sam szaman. Ironiczny żarcik został doceniony przez wszystkich tu zgromadzonych, zresztą – nie byli szczególnie liczną I wymagającą publicznością. Chwilę później anioł zrobił gest na kształt niezbyt dbałego salutu. W tym momencie pożegnali się, upływ many został przerwany.
- No to co, Spryciarzu? Jakiś pomysł na drogę powrotną, żebym nie utopił się w tym bagnie? - zagadnął Scythis, spoglądając na miejsce, z którego chwilę temu wyruszyli. Teraz już praktycznie niczym nie różniło się od całej reszty pobliskiego terenu. Gęste błoto nie pozwalało na zidentyfikowanie jakiejkolwiek wysepki, jaka mogła czaić się pod nim. Przerażające. Gdyby nie Spryciarz, teraz grabarz tonąłby w śmierdzącej, zgęstniałej mazi. Okrutna śmierć.
- Ano, w międzyczasie oglądałem gałęzie na najbliższych paruset metrach... Zdaje się, że bez problemu powinniśmy się przedostać. Będziesz tylko potrzebował tylko mi zaufać i, w miarę możliwości, szybko biegać i wysoko podskakiwać. Z resztą poradzę sobie sam. Dobra? Żadnego łapania się gałęzi samemu, żadnej paniki przed upadkiem i takich tam. Rozumiemy się? - uniósł kącik ust, wskazując rozwartymi palcami wskazującym i środkowym na swoje oczy, to na ślepia Scythisa, to znów na własne, jakby chciał powiedzieć coś w stylu "wiem, gdzie mieszkasz, uważaj!". Starzec zaśmiał się szczerze, pokiwując głową.
- Postaram się. Tylko mnie nie strasz za bardzo jakimś podrzucaniem i łapaniem pół metra nad bagnem, dobra? - zagadnął, przedstawiając dla żartu hipotetyczną sytuację. Wiedział przecież, że Spryciarz nie wystawiłby go na podobne niebezpieczeństwo.
- Pożyjemy, zobaczymy - kolejny raz Spryciarz puścił oczko z zawadiackim uśmiechem. - Teraz spójrz, widzisz tę sękatą, poskręcaną gałąź? Będziesz musial na nią wskoczyć. Rozbiegnij się teraz i wyskocz tak wysoko, jak możesz, no i rozłóż trochę ramiona. Chwycę cię pod nimi i podrzucę przed tamtą gałęzią, a twoim zadaniem będzie po prostu odbić się od niej tak mocno, jak będziesz mógł. Analogicznie na każdej kolejnej, będziemy powtarzać ten sam element, póki nie wydostaniemy się na całkiem suchy, bezpieczny teren. Jak mnie wzrok nie myli - uśmiechnął się sam do siebie, bo to, żeby Spryciarza myliły jego doskonałe oczy, było akurat mało możliwe - będziemy musieli wykonać chyba cztery takie skoki. Jeżeli będziesz po którymś potrzebował odpoczynku, informuj mnie od razu. Lepiej tak, niż jakbyś miał dostać skurczu przed skokiem i narazić swoje bezpieczeństwo. Nie mówię, że ja nie będę potrzebował odpocząć. Co jak co, są to dość długie skoki, ja nie jestem najlepszy w lataniu, a ty... no, swoje ważysz. - uśmiechnął się. - Jestem w stanie to zrobić, ale musiałem się dość mocno wysilić przy poprzednim skoku, a każdy kolejny może wyglądać jeszcze gorzej. - powiedział Anioł. I rzeczywiście, choć Spryciarz wyposażony był w skrzydła, nie był mistrzem w ich używaniu, a lot z kilkudziesięciokilogramowym balastem na rękach był co najmniej trudny.
- Bez obaw, jakoś se poradzimy. - skwitował krótko Scythis, poklepując towarysza po ramieniu. Miły gest, a co ciekawe, może nawet i mógł polepszyć jakość współpracy między nimi dwoma. Zwłaszcza w sytuacji, jaka się szykowała. Teraz bowiem nie mogą spocząć - walka o przetrwanie jeszcze się nie skończyła.
Bez szczególnego przygotowania, w krótką chwilę po ustaleniu, w jaki sposób będą teraz się poruszać, Scythis rozbiegł się i, za radą Spryciarza, wyskoczył możliwie jak najdalej i najwyżej się dało. Nie było to szczególnie imponujące, aczkolwiek i tak cały rozbieg i skok wyszedł sprawniej, niż można było się spodziewać. Ba, nie tylko ewentualny obserwator zdziwiłby się, bo takąż reakcją wykazał się również sam skoczek - a wiedział przecież, że jak na prawie że starego dziada, jest żwawy jak mało który.
Zanim zaczął opadać, poczuł szarpnięcie pod pachami i gwałtownie przyspieszył. Nie zdołał nacieszyć się lotem i jakże pięknymi widokami (kiepski żart), kiedy musiał przygotować się do lądowania i kolejnego skoku. Przekazał w myślach, by anioł zahamował delikatnie, żeby możliwe było w ogóle lądowanie na nogach. Scythis nie latał tak zręcznie, jak jego Anioł. Prawdę mówiąc, chociaż trochę wstyd - nie potrafił w ogóle latać.
W odpowiedzi dostał nie tylko krótką informację potwierdzającą zrozumienie rozkazu, ale również uczucie niepewności - jak gdyby duch miał na myśli coś w stylu "rozważam odpoczynek, bo trudno będzie wyrobić się z następnym skokiem". Nie był to jednak wyraźny przekaz, zatem nie było po co się przejmować. W końcu kiedy istniałoby zbyt wysokie ryzyko, duch zrezygnowałby z kontynuowania planu. Wbrew pozorom, mieli czas. Ostatecznie chcieli jednak wykonać całą operację dość sprawnie, by nie siedzieć na tych niewygodnych i zresztą wciąż groźnych bagnach dłużej, niż było trzeba.
Rozłożone nieco szerzej skrzydła spowolniły poruszanie się w przód, a ułamek sekundy po tym, anioł puścił Scythisa, zostawiając go samemu sobie. Temu zostawało nic poza próbą lądowania na dość dobrze wycelowanej gałęzi i natychmiastowemu zeskoczeniu z niej, próbując nie wytracić znacznej prędkości, z jaką poruszał się do przodu.
Wygląd drzewa okazał się być mylący. Solidny, choć nieco poskręcany dąb, zaskrzypiał okrutnie tuż po wylądowaniu na nim. Siła upadku była zbyt wielka, by Starzec sprężyście zdążył odbić się i wyskoczyć. Zamiast tego złamana gałąź ugięła się pod nim, a on na chwilę zawisnął w powietrzu, by chwilę później zacząć gwałtownie spadać, po drodze wymachując w niejako panicznym odruchu, próbując chwycić się czegokolwiek. Jedyne co mu się udało, to wplątać szpadel w gąszcz niedużych gałęzi, co tylko pogorszyło sytuację. Poczuł silny impuls w ramieniu, prawie tak, jakby zaraz miało wyskoczyć mu ze stawu. Parę patyków trzasnęło go niegroźnie po twarzy i wplątało się w jego włosy, wyrywając nieduży pukiel siwizny. Grabarz miał jednak gorsze zmartwienia. Spadał, obracając się, nie mogąc nawet poznać gdzie jest góra, a gdzie dół. Jeszcze kilka metrów i miał zderzyć się z wilgotnym bagnem, które - choć na pozór było dość rzadką mieszaniną błota - przy takiej prędkości było śmiertelnie niebezpieczne. Szaman nic nie mógł w tej chwili zrobić. Połamane kości, trwałe kalectwo, być może śmierć na miejscu.
To groziłoby Scythisowi, gdyby w porę nie chwycił go Spryciarz, używając rotacji w jaką Starca wprawiły gałęzie. Dzięki niej i sprawnemu wykorzystaniu Anielskich skrzydeł, chwilę później dwie postacie wylądowały z dość dużym impetem na korze drzewa, odczuwając bolesne uderzenie na całym ciele. Anioł starł sobie skórę na dłoniach i używał wszystkiego co się da, by zatrzymać się na drzewie, które było w tym miejscu niemal pozbawione elementów, o które można było się chwycić. Szczęśliwie, po krótkim czasie potrzebnym do otrząśnięcia się z szoku, Scythis wyczuł pod jedną z nóg niewielki sęk, ale wystarczający, by się o niego oprzeć. Ulżył w ten sposób swojemu skrzydlatemu towarzyszowi, który odetchnął z ulgą.
Szaman podwójnie odczuwał ból, gdyż wykazując się szczególnym refleksem i pewnym poświęceniem Spryciarz skończył w gorszym stanie, niż jego przywoławca. Prawdopodobnie miał w tej chwili zdarte i połamane paznokcie u prawej ręki. Nie były one jednak widoczne, a nawet jeśli pozwalałyby na to warunki, skrzydlaty mógłby próbować ukryć ten fakt. Trzeba było się bowiem skupić na ucieczce, nie na ranach czy dbaniu o swoją urodę. Takie myśli przyszły Scythisowi do głowy, nieco śmiesznie, że w kilkanaście sekund po tym, jak wsunął sobie na włosy koralik z motylkiem. Hipokryta jebany.
Wracając jednak do jakże dramatycznej sytuacji, czas zdawał się zatrzymać. Jedynie dyszenie, głębokie oddechy nie wybijające konkretnego rytmu przypominały o tym, że w jakiś sposób musiał płynąć. Gdy już się nieco uspokoiły, mięśnie obu postaci zawieszonych na drzewie przestały być tak napięte.
- Co teraz? - zagadnął Anioł, rozglądając się wokół i po drzewie. - Z tej wysokości nie możemy wystartować, prawie na pewno wpadniemy do tego błota. Nie mam siły cię unieść, szefunciu. A ty nie masz siły, żeby wspiąć się po drzewie. Jakieś pomysły? - mówił, cały czas rozglądając się po okolicy. Scythis jednak poczuł się trochę... urażony.
- Pewny jesteś, kolego? - zapytał, ściągając zawadiacki uśmiech ze swojego towarzysza. - Prawdę mówiąc, chyba wracam do niezłej formy. Powinienem dać radę się wspiąć. - powiedział, bacząc na kształt drzewa. Fakt, że było poskręcane i miało dość nieregularną budowę i szorstką mimo wszystko korę był bardzo pozytywny. Minusem było to, że wszechobecna wilgoć osiadała również na tym dębie, przez co gdzieniegdzie - przy fragmentach zdartych z kory - był szczególnie śliski. Mimo wszystko, takich nie było zbyt wiele. - Trochę wiary, co?
- W takim razie... będę czekał na górze. - uśmiechnął się Spryciarz, odskakując. Zawisnął w powietrzu tuż przy Scythisie, chcąc zobaczyć, czy ten w istocie sobie poradzi. Widząc, że słowa Starca nie odbiegały zbyt daleko od prawdy, rzeczywiście wzleciał ku górze, zostawiając Szamana samemu sobie.
"Cholera jasna... fakt faktem, czułbym się pewniej, mając go przy sobie", stwierdził grabarz w myślach. Obecność kogoś, kto potrafi latać i cię unieść naprawdę daje pewne poczucie bezpieczeństwa, kiedy wisisz nad śmiertelnie groźnym bagnem, czy chociażby zwisasz z klifu, czy w jakiejkolwiek innej sytuacji się znajdujesz.
Z drugiej strony, bardzo tego nie chciał. Do niedawna polegał praktycznie wyłącznie na sobie, sporadycznie korzystając jedynie z pomocy swoich znajomych i przyjaciół z Miasta Handlowego, na którą zresztą zasłużył aż nadto, lecząc ich i ich rodziny z przeróżnych chorób czy zranień, a niektórym ratując nawet życia. Z tego też względu... chciał czuć samowystarczalność. Albo inaczej, nie być ciężarem na czyimś grzbiecie. Nie mógł żyć w ten sposób. Chciał być dla innych pomocą, nie balastem. A aby to uczynić, nie mógł - nawet jako Szaman - w całości polegać na swoich duchach. Wręcz przeciwnie, odczuwał silną, wewnętrzną potrzebę, nakazującą mu być silniejszym od nich. Póki co nie uważał, żeby było to możliwe; taka już była natura Szamanów, że praktycznie całą ich mocą były przywoływane istoty. Silny sam w sobie mógł być na przykład Łowca, czy chociażby Mistyk, manipulujący swym potężnym żywiołem, by niszczyć hordy demonów często nawet skuteczniej, niż same zastępy Anielskie. Scythis, poza darem do komunikacji i manipulacji duszami, był jednak... zwykłym człowiekiem. Nie był silniejszy, nie był odporniejszy, nie był bardziej uzdolniony. Ale potrzebował być czymś... kimś więcej.
Nie wiadomo, co tak naprawdę pchało go ku górze - jego fizyczne, bardzo sprawne zresztą ciało, czy może siła woli. Ważne, że w mgnieniu oka znalazł się na wysokości, na której przysiadł Spryciarz. A może tylko wydawało mu się, że była to chwila? Samemu trudno byłoby mu to stwierdzić, jednakże jego przywołany kompan rozwiał niejako jego wątpliwości.
- Nieźle, jak na takiego stetryczałego capa. - powiedział, a Scythisa dopiero teraz dopadło zmęczenie, powodując u niego głębszy oddech, ale jeszcze nie zadyszkę. Starzec przez chwilę zastanawiał się, jak by tu się odgryźć, choć wiedział, że to żart. A może i nie? - Oj nie oburzaj już się tak! Czasem w każdym odzywa się nutka ironicznego agresora. Ale to nie było na poważnie, stary! - poklepał wdrapującego się na gałąź Szamana. - Chociaż zwykle stronię od takich żartów. Ale chyba muszę odreagować. - stwierdził, i jakby na potwierdzenie tych słów, wziął głęboki oddech, po czym powoli wypuścił powietrze, wysyłając w przestrzeń świszczący dźwięk, przypominający prawie gwizd jakiegoś ptaka. - Zwłaszcza po zetknięciu się z tym nieznanym mi przedmiotem, powodującym... no, coś na kształt gniewu we wszystkim dookoła. Nie wiem, cóż to mogło być, ale zaprawdę potężna była to broń. - powiedział, pozwalając grabarzowi nieco odetchnąć przed kontynuowaniem podróży. Sam jednak sprawiał wrażenie gotowego. Co więcej, byli na wyższej gałęzi, niż początkowo - ta złamana znajdowała się ze dwa metry niżej. To była dobra wiadomość - szybując, mogli dotrzeć dalej, niż poprzednio.
- No, Scythisie, chyba tym razem przeceniłem swój wzrok. A może inaczej: nie było widać po tej gałęzi, że chciała się zaraz rozpaść. Widocznie wiek i warunki zrobiły swoje. No ale teraz, z nowym doświadczeniem, będziemy działać trochę roztropniej. - powiedział, wstając i biorąc kolejny głęboki wdech. Jego sylwetka, niby krucha, ale emanująca silnym charakterem, wyprostowała się dumnie. - Gdy będziesz gotowy, wiesz co robić.
Kolejny raz, bez szczególnych prób uprzedzania, Szaman prawie natychmiastowo oddał skok. Tym razem Spryciarz chwycił go za ramiona nieco wcześniej, machając skrzydłami mocniej i przenosząc go o wiele dalej, niż poprzednio. Tym razem nie musiał go jednak unosić na znaczną wysokość, a raczej trzymać poziom, a może nawet i nieco zniżać lot.
- Ale chciałbym trochę zmienić plan... - powiedział, zaś łopoczące im w uszach powietrze nieco utrudniało komunikację. Obaj jednak słyszeli się wystarczająco dobrze. - Odbijemy się od tamtego dębu, popatrz. - wskazał na drzewo o grubym pniu. - W ten sposób zaoszczędzimy czasu i niebezpiecznych prób skoków. Wylądujemy na suchym podłożu w jednym susie.
- Zrozumiano. - odparł Scythis zwięźle, traktując wskazówkę bardzo poważnie. Co jak co, ale sam nie chciał przebywać tu wiele dłużej. Im dłużej zresztą siedzieli w Starym Lesie, tym większe szanse, że wytropi ich coś groźnego. Nie chciałby dostać kamieniem od jakiegoś minotaura... albo zostać pożartym przez Mutę, która mogła już zasadzać sieci na takie smakowite muszki jak on i jego Anioł. Póki jednak Spryciarz miał swe oczy, niegroźne były im ni nagłe potwory, ni pajęcze sieci. I rzeczywiście, wyglądało na to, że bezpiecznie uciekną z tego miejsca.
Przelatując obok dębu, Anioł postanowił ponownie wykorzystać rotację, by nadać impetu następnym ruchom. Zarzucił Starca na pień, a ten spiął muskuły i odbił się z całych sił, zapewne niewiele pozostawiając sobie do granicy, po której mięśnie nóg dopadłby potworny skurcz. Siła odbicia się była zauważalna, zwłaszcza, że Spryciarz dobrze nastawił skrzydła i zaczął szybować powoli, lecz skutecznie w dół. Pół minuty później obie postaci stąpały już po suchym gruncie.
- Dzięki za współpracę. To był ciekawy epizod. - rzekł Starzec, skinąwszy głową na znak uznania wobec zdolności i poświęcenia Anioła.
- Tak się umawiałem z tobą, panie kolego, i z twoją matką. - powiedział duch, powoli ulegając dematerializacji. Nie było bowiem potrzeby, by więcej podróżowali razem, narażając się na wzajemne zmęczenie, które i tak wystarczająco już chyba narosło w Scythisie.
- Rzeczywiście. Niedługo porozmawiamy ponownie! - powiedział grabarz, nie żegnając się umyślnie. Planował bowiem albo jeszcze tego samego dnia, albo nazajutrz zrobić... małe zebranie.
Dalsza podróż nie wymagała ani doskonałej kondycji, ani siły, gdyż zwyczajnie nie była najeżona niebezpieczeństwami i nie była wbrew pozorom nawet długa. Las przerzedzał się w tym miejscu dość znacznie, a z każdym krokiem zdawał się być coraz to odleglejszy. Scythis ani się obejrzał, a już był poza jego granicą, obserwując niedaleko biegnący główny trakt. Z pewnością nie minęło więcej, niż kwadrans od lądowania ze Spryciarzem.
Jeżeli się nie mylił - a były na to marne szanse, biorąc pod uwagę jego dodatkową konsultację ze Starcem - powinien kierować się w lewo, by wrócić do Miasta Handlowego. Była to na pewno długa i męcząca podróż, ale nic to - trzeba było ją jakoś przeżyć. Grunt, że udało się wydostać z otchłani Starego Lasu. Nie każdemu udawała się taka sztuka.
Mimo wszystko, zmęczenie dawało się we znaki. Jeżeli wkrótce Starzec nie odnajdzie żadnej karczmy czy gospody, będzie zmuszony do snu pod gołym niebem, a to nie było szczególnie rozsądne. Tymczasem za podobnym przybytkiem ani widu, ani słychu, a dotrzeć na pieszo do jakiejkolwiek wioski na tych pustkowiach mogło być co najmniej trudno. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, gdy wytężył swoje szamańskie zmysły, natrafił wzrokiem na jakąś zbłąkaną duszę zwierzęcia. Okazało się, że był to koń. Stary, nieszczególnie żwawy, ale taki właśnie potrzebny był Szamanowi. W końcu nie znał się za dobrze na jeździe konnej, zatem taki wierzchowiec był dla niego jak marzenie. Po niedługim czasie "namawiania" i "przedstawiania wzajemnych korzyści" duchowi, ten zgodził się udzielić swojego grzbietu szamańskiej rzyci. Co prawda gołego grzbietu, bez siodła, więc mogło być ciężko usiedzieć długo w miejscu, ale razem powinni dać radę dotrzeć do... czegokolwiek. Jakiegoś względnie bezpiecznego miejsca, w którym dałoby radę spocząć.
I rzeczywiście, trochę przysypiając, Scythis dostrzegł w końcu widok jakiejś wioski nieopodal, co go znacznie ożywiło. Powoli zaczynało już świtać, co rodziło pewne przemyślenia. Czy to na pewno już robi się ranek, czy może słońce zaczęło przedwcześnie wstawać?
Podjeżdżając coraz to bliżej na przywołanym wierzchowcu, grabarz dostrzegł jakiegoś chłopa, drążącego szpadlem w ziemi. Spoglądając na jego próżny trud, Szaman jedynie prychnął z politowaniem. Co ten wieśniak sobie myślał? Że jak weźmie byle jaką łopatę i zacznie wbijać ją w ziemie, to już taki fachowiec, fafarafa kurwa? W ogóle nie znał się na rzeczy, machał tym szpadlem jak cepem. Nie mogąc znieść tego widoku, Scythis skłonił swojego wierzchowca do kłusu i tak zbliżyli się do tego mężczyzny, gdzie siwobrody zeskoczył z przywołango zwierzęcia.
- Zupełnie nie tak! - zaczął rozmowę, odbierając szpadel skonsternowanemu chłopowi.
- Ale co pan, jak pan... - zaczął się pluć tamten, ale Scythis uciszył go groźnym spojrzeniem.
- Siadaj, nie gadaj! Patrz i się ucz, chłopaczyno, bo ja wiecznie żył nie bede. - rzucił, a wieśniak posłusznie przycupnął niedużą odległość dalej, obserwując, co też tajemniczy przybysz pocznie ze szpadlem. A ten, z całym swoim wieloletnim kunsztem i doświadczeniem, zaczął perfekcyjny taniec z narzędziem. Nie chodziło tu bowiem o jakieś tępe przerzucanie ziemi, o nie, nie; tu chodziło o charakter, o ideę. Jak to się mawia, do tanga trzeba dwojga, a idealną parą był właśnie szpadel i Scythis. Już po kilku chwilach przed Szamanem, jakby znikąd, pojawił się doskonale okrągły dół, a tuż obok kopiec, którego kształtu zazdrościłaby niejedna panna. Wieśniak zaś, nie potrafiąc wykrztusić słowa, siedział i ślinił się, próbując pozbierać szczękę z ziemi.
- Rozumiesz? No. - powiedział w ramach podsumowania grabarz, będąc już jednak zbyt zmęczonym, by bez snu kontynuować cokolwiek produktywnego, zwłaszcza w tym stopniu, jak kopanie dołów.
- P... pp-panie, jakże mam się odwdzięczyć tak z-zacnemu ee, sztukmistrzowi? - wypowiedział w końcu z trudem, patrząc jedynie na dół i szpadel - nie mógł bowiem, ze wstydu co jeszcze przed chwilą wyrabiał ze swym narzędziem, popatrzeć przybyszowi w oczy.
- Jeżeli jakieś miejsce do spania i strawa nie byłaby problemem... - zastanowił się Scythis, myśląc, czy nie prosił czasem obcego człowieka o zbyt wiele.
- Oooo, o... oczywiście, panie! - wypowiedział, chyba nawet żywiąc odrobinę obaw, choć trudno powiedzieć, czy względem kunsztu grabarza, czy może jego osoby. Nie było to jednak najważniejsze w tym momencie - to, co istotne, to to, że udało się tego człeka przekonać do udzielenia Starcowi dachu nad głową.
Kilka minut później znaleźli się zatem w jakiejś wiejskiej chacie (a koń w międzyczasie został niepostrzeżenie zdematerializowany do duchowej formy). Mariszka, względnie młoda i całkiem urodziwa blondynka, sprzątała akurat, racząc Scythisa, hehe, nieprzeciętnymi widokami, natomiast Agnes - doświadczona zarówno z charakteru, jak i wyglądu gospodyni, gotowała jakąś strawę, którą wkrótce miała uraczyć gościa. Może nie najlepsze, ale było za to miłe, do syta, i - co najważniejsze - darmowe.
A przynajmniej miało być. Scythis nie mógł przecież pozwolić, by jakaś biedna, chłopska rodzina utrzymywała go i pozwalała u siebie mieszkać, pić i jeść (no i cieszyć oko Mariszką, choć tego jakimś dziwnym trafem grabarz nie wliczył w koszta). Z tegoż względu postanowił odłożyć pięć sztuk srebrnych smoków na rzecz swoich gospodarzy, wręczając po dwie tym starszym, zaś jedną wręczając nastoletniej, choć dojrzałej już pannie. Rodzina, chyba nienawykła do takiego majątku, zaczęła skakać, tańczyć, śpiewać, radować się i w ogóle świętować z okazji przyjęcia tak znamienitego gościa, jakim niewątpliwie był Szaman. Ba! Dostało mu się nawet buziaka od Mariszki, a to już było coś. Resztę dnia dziewczyna kręciła się gdzieś w pobliżu, kręcąc biodrami, czasem schylając się po różne przedmioty, które niby przypadkiem spadły, innym z kolei razem przybierając różne, niekiedy nawet ciekawsze pozy przy sięganiu po rózne rzeczy. Chyba uznała grabarza za niezłą partię, ale temu nie seksy i nie biodra były w głowie, a sen. Prawie im zemdlał na oczach w trakcie śniadania, więc nawet nie próbowali pytać czy szykować jakieś posłanie. Wnet miał do dyspozycji może nie luksusowe, ale niezłe wcale posłanie, w którym mógł się ułożyć, co też bez ociągania się zrobił po kilku chwilach. Jedyne co go w międzyczasie dzieliło od snu, to włóczące sie powoli nogi. Jednak jak padł, to już nie wstał. A raczej: nie prędko. Jego świadomość poszła gdzieś w siną dal, oddając jego ciało błogiej regeneracji. A ta była mu potrzebna, jak nigdy, choć sam się tego nie spodziewał. W końcu nie każdego dnia budzisz się z kilkudziesięciokrotnie większym zapasem energii magicznej.

* * *

Scythis obudził się. Wstał, gdzieś na środku nieznanego sobie pustkowia. Zgliszcza pozostałe po budynkach. Wszechobecny popiół i pustka, i to nie tylko na zewnątrz, ale i... w środku? Szaman miał ochotę dosłownie odkaszlnąć zbierający się w nim dym, sadzę, kurz, ale jednocześnie towarzyszyło mu uczucie, jakby był zwykłą skorupą, wewnątrz której nie było już nic. Chyba że... nie, jednak nie. Gdzieś w głębokich czeluściach samego siebie mógł dostrzec coś, jakąś iskierkę... nadziei? Nadziei i determinacji. Ale w jakim celu? Nie miał żadnego celu. A wokół nic, co mogłoby go nadać.
Nagle zewsząd zdający się dobiegać dźwięk. Dziwny, niepokojący szum, łomot, tupot, jak gdyby zbliżała się jakaś armia. Armia, na środku pustkowi? Po co miałaby się tutaj zgromadzić? A może tylko przechodzić?
To, że tumult dochodził z praktycznie każdej możliwej strony i był coraz głośniejszy dawało pewną wskazówkę odnośnie jego celu. Chodziło o Scythisa... A ta iskierka determinacji i nadziei wewnątrz niego - jej chodziło o to wszystko wokół. Nagle to wszystko zaczęło układać się w całość. Zgliszcza zaczynały coraz bardziej upodabniać się do Jeleniego Wzgórza. A może nie? Nie, jednak nie... - zmieniały swoją formę, nieznacznie, a jednak sygnalizując, że nie są wyłącznie "jednym miejscem". Greathard. Lothil. Valen. Grimssdel. Ostatecznie ruiny swoim układem i strukturą terenu przypominały nic innego, jak dom Szamana - Miasto Handlowe. Silne ukłucie w sercu. Czy to mogła być prawda? Wszystkie te miejsca... nie było tam już ani jednej, żywej osoby?
Stąd ta dziwna pustka w Scythisie. Dlatego zdawał się być skorupą. A jednak - ten żar, który jeszcze w nim nie zgasnął, choć nawałnica pyłu usilnie próbowała zakończyć jego żywot. Co on oznaczał? Czyżby była jeszcze jakaś szansa, że wszystko, co było w jego sercu, przetrwało? Te zrujnowane budynki - czyżby były zwykłymi murami, jakie upadły, by uchronić odwrót ludzi, na którym tak bardzo w głębi serca zależało Szamanowi?
Nagle powód, dla którego wszędzie było tak zimno, tak okrutnie i podle, tak jałowo, wyszedł naprzeciw Szamanowi.
Z każdej możliwej strony zaczęły nacierać hordy potępieńców, ujawniające się w chmurach pyłu koloru nocy. Małe, zwinne diabelstwa, straszące ostrymi szponami i zębami. Wielkie, masywne potwory, o rogach wielkości ramienia rosłego męża. W końcu i kolosalne molochy, żądne rzezi, ludzkiego cierpienia, jakiego nie mogły odszukać nigdzie indziej, jak tylko w Scythisie.
Ale on przestał w tej chwili odczuwać jakiekolwiek emocje. Nie obawiał się własnego bólu. Iskierka, jaka jeszcze się w nim do niedawna tliła, zgasła... by po chwili wybuchnąć płomieniem tak jasnym i oślepiającym, że sami królowie piekieł kajali się przed jego siłą.
Szaman, buchający światłem, uwalniał dziesiątki... setki, tysiące aniołów! Nie było już odwrotu od tego miejsca. Śmierć która dosięgnęła ludzi, będzie musiała dotrzeć też do tego robactwa.
Dosięgnęła ludzi? Och, niestety tak. Stało się to jasne, gdy po uwolnieniu całych zastępów anielskich, wychodzić zaczęły dusze ludzkie. Wszyscy, którzy kiedykolwiek przyszli do Scythisa po pomoc, wszyscy, od których on kiedykolwiek potrzebował pomocy. Każdy, kogo choćby przelotnie, idąc ulicą, zauważył. Nawet Mariszka, chociaż ona zachowywała się nieco dziwnie. Jak gdyby w ogóle nie dostrzegała, co się dzieje dookoła.
- Panie Scythis? Wszystko w porządku?
- Rozejrzyj się... nic nie jest w porządku, pannico...

* * *

- Panie Scythis? Wszystko w porządku?
- Ebłebłe... Błeuełueuełełe... - wypaplał Szaman na granicy świadomości. Wiele chyba z niego się nie wydusi, póki co. Wcale nie wyglądał na rozbudzonego. Ale spało mu się nad wyraz dobrze. Na tyle dobrze, że Mariszka nie była w stanie go wybudzić swoimi delikatnymi próbami. Choć bardzo miłymi, ale nie na tym powinno polegać budzenie tego człowieka w jego aktualnym stanie.
Przyłożyła mu dłoń do czoła.
- Chyba ma gorączkę. - stwierdziła. Ale siwobrody nie miał ani siły, ani ochoty wyprowadzać ją z błędu. Jednak milej mu się leżało i spało ze świadomością, że tuż obok siedzi i opiekuje się nim młoda i urodziwa panna.
Zdawało mu się - przy czym nacisk należało położyć na "zdawało", bowiem ledwo kontaktował z rzeczywistością - że był już ranek, ale czy było to możliwe? Zastanawiać się nad tym nie miał siły, no i nie zależało mu na tym, by określić porę dnia. Po krótkiej chwili doszedł jednak do wniosku, że chyba dotarł do tej wioski nad ranem. Mimo że był cholernie zmęczony, trudno byłoby mu przespać okrągłą dobę.
Czuł się niesamowicie wypoczęty w porównaniu do tego, co odczuwał jeszcze kilka (a może kilkanaście?) godzin temu, ale też dziwnie wyczerpany. Nie miał siły podźwignąć się z posłania.
Proste więc można było wysnuć wnioski, co na niego dalej czeka.
Bodźce z zewnątrz powoli zaczynały zanikać. Gospodarze robili się coraz odleglejsi, a przecież Szaman nigdzie nie uciekał, leżał w miejscu. Ale to nie przez niego, ani przez nich przestrzeń ich dzieląca powiększała się. To przez gęstą, ciemną barierę, jaka w końcu, po kilku chwilach, ponownie dała Scythisowi błogie uczucie nieświadomości.

* * *

Tym razem obudził się w zupełnie innym miejscu. Polana, wysokie łany trawy, dająca przemiły cień w ten upał lipowa korona i pień, o który można było się tak wygodnie oprzeć, siadając na mchu. A raczej, próbując usiąść. Zbliżając się coraz to bardziej pod drzewo, dostrzegał wyraźniejszą z kroku na krok sylwetkę. Okazało się, że ktoś podebrał mu już owe wspaniałe miejsce, a w okolicy nie było żadnego innego, które dałoby mu tyle radości z wypoczynku.
Nie miał tego jej jednak za złe. W końcu to była Mariszka, ta urocza dziewoja o pięknym uśmiechu, tak opiekuńcza i miła. Całkiem chyba rozgarnięta jak na chłopkę, no i niespodziewanie jak na ten status społeczny... wykształcona. Choć może nie tak bardzo w znaczeniu wiedzy wyciągniętej prosto z uniwersytetów, co bardziej dosłownie kształtów. Szerokie biodra w zwiewnej, choć prostej sukience; talia - może nie osy, ale widocznie węższa; obfity biust, choć bez dekoltu. To wszystko zaś okryte jasnymi tkaninami, mocno kontrastującymi z ciemnym mchem i korą drzewa, jeszcze bardziej koncentrując samczy - bo trudno było w tej konkretnej chwili określić go inaczej - wzrok na tym, co najbardziej apetyczne.
Jej poza nie była zbyt uwodzicielska, raczej zwyczajna, choć wyraz jej twarzy był zdecydowanie "zapraszający", sugestywny. Nutka tajemniczości w jej zachowaniu i nieoczywiste sygnały były jeszcze bardziej kuszące, niż śmiałe, eksponujące co potrzeba maniery.
Scythis, choć był w podeszłym wieku i przez niektórych był traktowany jakby był dziadkiem, w środku był młodym, zdrowym bykiem. No, prawie. Można było się więc spodziewać, co nastąpi dalej, zwłaszcza, że z każdą chwilą rozwoju sytuacji Mariszka miała coraz to bardziej aprobującą minę.
Przyklęknął, pochylił się, odgarnął jej włosy z twarzy. Uśmiechnęła się, chwytając go za dłoń, by skierować ją na... nie, nad kolano. Podwijając spódnicę coraz to wyżej.
Tak się niestety złożyło, że coś musiało się w tej chwili niefortunnego stać. Coś, co niemal natychmiastowo przekształciło... interesujący sen w najokrutniejszy koszmar.

* * *

Scythis obudził się.
Tak kurwa, w takim ładnym momencie kulminacyjnym. A niech to jaja Thorna trzaskają te sny po pyskach.
- Wszystko w porządku? Wygląda pan na zmartwionego. - pochyliła się nad nim Mariszka w przesadnym ukłonie, jak gdyby coś jej zbyt mocno ciążyło na klatce piersiowej. Co zresztą nie odbiegało szczególnie daleko od prawdy.
- Nie, nie... - wymamrotał grabarz, otrząsając się. Chyba był gotowy, by w końcu wstać. - To tylko zły sen. Znaczy się, dobry, ale... eh, mniejsza. - powiedział, rezygnując z tłumaczeń. Przez chwilę krew, ciepła z podniecenia, uderzała mu do głowy o tyle mocno, że zaczynał się zastanawiać nad flirtem z panną, ale rozsądek mówił co innego. Nie wypada chyba takiemu staremu dziadowi zalecać się do młodej kobity, co? Niech sobie znajdzie lepiej jakiegoś młodego faceta, który mieszka w tym miejscu i nie w głowie mu... to, co chwilę później wróciło do niej Scythisowi, nadając mu nową determinację. Przypomniał sobie o swoich przemyśleniach sprzed trafienia do tej chałupki. Trzeba było działać, póki było jeszcze można. I głupotą byłoby zostawiać za sobą... jakiekolwiek zobowiązania. - Wszystko w porządku... o bogowie, nie! - podniósł nieco głos, w którym prawie można było dosłyszeć nutkę paniki. - A gdzie szpadel?!
- A spokojnie, w sieni został. - odparło dziewczę, uśmiechając się. - Przynieść?
- Ach... wybacz. Nie nie, nie, wezmę sam. Niedługo będę wychodził.
- Ale jak to? Zbliża się noc, na trakcie niebezpieczeństwa jakie mogą się czaić... - powiedziała z niesztuczną, choć i niezbyt wielką troską w głosie. Mimo wszystko, ledwo się znali.
- Och... Hm. - zastanowił się, kryjąc odrobinę zdziwienia. Zdawało mu się, że przespał już całą noc, ale widocznie drugi sen nie trwał zbyt długo. Maksymalnie z parę godzin, chyba. - W takim razie zdaje się, że będę zmuszony zostać tu jeszcze na noc. - stwierdził w końcu, wprawiając Mariszkę w odrobinę chyba lepszy nastrój.
- Zostało strawy trochę. To ja przyniesę może. Pan sobie leży, ja zaraz będę.
Jak powiedziała, tak zrobiła, z całą swoją gościnnością podając po chwili Scythisowi jakąś szamkę. Nie zwracając nawet szczególnej uwagi na jedzenie, Szaman podniósł się i zaczął żuć. Pannica usiadła sobie zaś obok niego. Gdy już odłożył miskę, długo nie trzeba było czekać. Zajęli się wtedy... ekhm, rozmową, której z pewnych względów tu nie opiszę.

Oczywiście chodzi o to, że nie była szczególnie interesująca ani istotna dla dalszego przebiegu akcji. Taka tam całkowicie zwyczajna konwersacja, ot, co.

Nazajutrz, jeszcze przed świtem, grabarz pożegnał się ze wszystkimi domownikami tej skromnej chałupki, obiecując po ich namowach, że z pewnością wróci, gdy będzie miał taką okazję, przebywając gdzieś w okolicy. Zebrał cały swój ekwipunek, chwycił szpadel w dłoń i ruszył, gdzieś w siną dal.
Znaczy się, w drogę, ku Miastu Handlowemu i Lothil.
Scythis tym razem nie miał tyle szczęścia z transportem - musiał wyruszyć pieszo. Duch konia, którym dotarł w to miejsce, teraz pewnie był gdzieś niezbyt daleko, ale krążenie za nim było jedynie stratą czasu. Równie dobrze Starzec mógłby godzinami krążyć i go nie znaleźć, a nie chciał  blisko wioski ujawniać swoich szamańskich zdolności, by wysłać któregoś ze swoich duszków na zwiady. Chociaż... czy one widzą duchy, które nie zostały przywołane? Raczej nie. W końcu same nie są szamanami. Tak czy inaczej, musiał wyruszyć piechotą.
Po kilkugodzinnej wędrówce stwierdził, że warto będzie na chwilę przysiąść. I tak idąc nie dotrze na miejsce zbyt prędko, więc półgodzinna przerwa wyjdzie mu tylko na dobre. Nie odczuwał zbyt ożywionej obecności w talizmanie ze Stróżem. Nie chciał jednak go niepokoić, być może naruszając proces jego rekonwalescencji. Przesłał mu natomiast nieco many, pożywki do regeneracji. Być może dzięki temu wkrótce duch znów stanie na nogach.
Przysiadłszy pod drzewem, wypoczywał, samemu zyskując trochę sił. Przyjemna, ciepła pogoda i orzeźwiający wiatr były miłą odmianą od bagien, jakie ostatnio zwiedzał. Wstyd się przyznał, ale przysnęło mu się na tym trakcie.
Tak się szczęśliwie złożyło, że zamiast bandy rabusiów, wkrótce przejeżdżała obok jakaś karawana, której woźnica zatrzymał się, widząc starca.
- Ejże? Psze pana... - zawołał, ciekaw, cóż taki stary cap może robić na środku pustkowi.
Scythis miał lekki sen, był wyspany po wizycie na wsi. Obudził się od razu.
- Hmh?... - wydusił z lekką chrypą i odchrząknął, by oczyścić głos. - O co chodzi?
- Eee... Znaczy, w sumie to ja się chciałem dowiedzieć, hehe. Wszystko w porządku? Nieczęsto się spotyka kogoś na środku opustoszałego szlaku, zwłaszcza w tak podeszłym wieku.
- Hm, no, właściwie. Wracałem właśnie do Miasta Handlowego i tak mi się przysnęło...
- Tak na pieszo? Panie, w pana wieku to ja będę o lasce chodził po chałupie, a co dopiero tak... wskakuj pan, nie męcz się tak. Przecie to tydzień drogi na bide! A i raźniej bedzie tak we dwóch posiedzieć, pogadać...
- No, przekonywać mnie specjalnie nie trzeba, hehe. - odparł już na zakończenie tej krótkiej gawędy grabarz. Z zaprzęgniętym koniem przebędzie drogę szybciej i lżej.
Siedzieli tak i gawędzili do późna. Okazało się, że kupiec był emerytowanym Łowcą, ale od momentu ciężkiego poturbowania przez jakąś bestię musiał zrezygnować z dawnego zawodu. Mimo wszystko, jakąś tam smykałkę do sprzedawania miał, doświadczenia trochę nabył, skórując wszelkiego rodzaju stworzenia i pozbywając się z ich trucheł innych skarbów (takich jak kły czy pazury), a znając rynkowe ceny i zapotrzebowanie jakoś zdołał przeżyć w tym okrutnym świecie. Co prawda sam stwierdził, że miał farta odnośnie bezpiecznych szlaków, chociaż i tu Scythis miał pewne wątpliwości - najpewniej lata praktyk z niebezpieczeństwami pozwoliły temu człowiekowi na poznanie zwyczajów zwierząt i bestii, a być może nawet i grabieżców, dzięki czemu jego szanse, nawet jeśli nie mógł już walczyć jak dawniej, były naprawdę spore. Starzec dowiedział się od niego paru ciekawych rzeczy, chociaż części pewno i tak zapomni.
Czas mijał im całkiem przyjemnie i szybciej zdecydowanie, niż samotnie na drodze, dzięki czemu ani się obejrzeli, a musieli się rozstać niedaleko Gór Trzech Szlaków.
- Żegnaj, przyjacielu. Jakbyś kiedyś potrzebował czegoś od zielarza, być może znajdziesz mnie w Mieście Handlowym. No, albo gdyby było ci trzeba grabarza! Chociaż tego ci akurat nie życzę. - zarechotał Scythis, podając dłoń do uściśnięcia na pożegnanie.
- Dlaczego nie? Jakby mnie jaki typ spod ciemnej gwiazdy wkurzył i trzeba było go zakopać, gdzie trzeba, to będę się kontaktował! - odparł kupiec, puszczając oko i dziarsko uścisnąwszy prawicę Szamana, pozwolił mu zeskoczyć z wozu. - Bywaj!
Niedaleko, z tego co pamiętał Scythis, powinna być jakaś gospoda. Dobrze będzie tam dotrzeć i wkrótce przenocować, jeżeli się uda. Góry nie są może brzydkie, ale nocą mogą nie być najbezpieczniejszym i najmilszym do spania miejscem.
Gracz opuścił wątek
31.12.2016, 18:54
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#82

Dopiero, gdy po trwającej już pewien czas wędrówce, dopiero gdy przebrnął przez wzgórza, minął drogę i dotarł do starego lasu - Vein zorientował się, że w zasadzie nie określił celu tej wędrówki. Opuścić zamarznięte jezioro, zdobyć pożywienie - tak, te cele były jasne. Ale gdzie zdobyć? Jak? Dlaczego? Nad tym się nie zastanawiał. Ostatnią z rybek - tę, którą chciał wykorzystać jako przynętę - pożarł już jakiś czas temu. Dlatego ucieszył go widok leśnych chaszczy, ucieszył go wiatr, ucieszyły go zapachy. Trafił do miejsca pełnego życia. W takim miejscu jak to, poradzi sobie ze zdobyciem jedzenia i bez przynęty. W najgorszym razie sam będzie przynętą.
Leniwie przeciągnął wzrokiem po drzewach, kępach pokrzywy, chaszczach. Jego wzrok mogący iść w konkury ze wzrokiem sokoła, na niewiele się tutaj zdał, zdecydował więc na nieśpieszny spacer, podczas którego pozostawał otwarty na wszelkie dźwięki, ruch czy zapachy.
Nie rozczarował się tym razem, ruch pojawił się szybko. I to niezupełnie taki, jakiego się spodziewał. To nie królik, jeleń czy wiewiórka zaczęli uciekać przed zakapturzoną postacią. To coś - w oczach smoczego dziecka ruchoma masa mięsa - biegło w jego stronę. Vein uśmiechnął się upiornie i z właściwym sobie opanowaniem znieruchomiał obserwując zmniejszający się z każdą chwilą dystans. Koniec końców, Vein był szaleńcem - chłopcem, który nie uciekł na widok rozwścieczonego smoka – jaka potęga mogłaby go więc przerazić?
Dzik szarżował bezpośrednio w jego stronę. Całkiem spory dzik, warto by przy tym dodać. Wciąż jednak był tylko głupim zwierzęciem. Zwierzęciem zupełnie nieprzygotowanym na sytuację, w której na tej prostej drodze między nim a jego celem pojawia się nagle przeszkoda. A pojawiła się - Vein aż kipiał ze zniecierpliwienia by przetestować nową zdolność  na czymś żywym. W chwili, gdy odległość między ofiarą a łowcą (gdzie w oczach każdej ze stron to ona była łowcą) wynosiła jakieś pięć kroków, Vein wyzwolił magię o krok od siebie, a pod kątem zaczęła wyłaniać się lodowa bryła wycelowana prosto w stronę szarżującego stworzenia.
Po leśnych chaszczach poniósł się donośny, choć szybko urwany kwik obwieszczający śmierć zwierzęcia. A z tym kwikiem zerwało się sporo mniejszej zwierzyny i ruszyło do ucieczki.
Vein z trudem powstrzymał potrzebę by rzucić się w krwawą pogoń za wszystkim co się poruszało. Ledwo powstrzymał dzikie pragnienie mordu. Z pewnym rozczarowaniem nawet przyjął fakt, że dzik był tylko jeden. Niemniej jednak, zapach krwi uderzył w jego nozdrza krzycząc nie tylko do uśpionej w nim furii, ale również potęgując głód. Białowłosy więc zatapiał już rzędy nierównych zębów w boku zwierzęcia, najpierw rozrywając i wypluwając kawał skóry pokrytej grubą warstwą sierści, a potem wgryzając się w mięso. Mędrzec nie przeżuwał na sposób podobny ludziom, bardziej wyszarpywał kawały pożywienia jak dziki pies. Gdyby nie pobudzenie wywołane zapachem krwi, prawdopodobnie poczułby nostalgię za czasami, gdy smok podrzucał mu równie martwą i surową zwierzynę do pożarcia.
Gdy w końcu zaspokoił głód, zarówno jego twarz i ręce wyglądały makabrycznie, ubrudzone krwią. Zamroził tą krew i odrzucił od siebie magią, co nie zmieniało faktu, że powinien znaleźć jakieś miejsce by umyć się dokładniej.
Niezły cel, zważywszy na to, że nie miał pojęcia gdzie jest Vin a jej lepiej szło zdobywanie informacji od ludzi.
Już stojąc spojrzał na martwe zwierzę z wygryzioną w boku dziurą. Postanowił wyrwać jeszcze kawał mięcha – tym razem bliżej tylnej części zwierzęcia – precyzyjnie używając jednego ze swoich ogonów. Oderwany kawał zmroził. I pokryty cienką warstwą lodu umieścił w jednej z licznych kieszeni skrywanych pod płaszczem.
Resztę makabrycznego obrazka zostawił tak, jak padła. Nabita na lodowy pal, rozszarpana nierównymi zębami w jednym miejscu i rozkrojona precyzyjnie w innym.
Niech las też ma coś z jego uczty.
Ruszył dalej. Znaleźć miejsce, w którym będzie mógł się obmyć.
Gracz opuścił wątek








04.06.2019, 10:54
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#83

STRAŻNIK


iepło ogniska zdawało się  nie dosięgać leżącej Tandary. Mimo, że kobieta była blisko ognia, nie czuła jego ciepła. Choć i to zdawało się być niepewne. Wokół niej panowała pustka. Trawa wokół niej urywała się nagle, ustępując miejsca nicości. Okrąg ogniska zdawał się być niczym wyspa. Wokół nie rozlegały się żadne dźwięki ani zapachy.
- Tandaro . . . - ktoś wołał ją delikatnie.
Kobieta zauważyła że siedzi oparta o pień drzewa. Jej wzrok błądził chwilę temu, lecz teraz spoglądał prosto w dół. Na krawędzi jej pola widzenia zaczęła pojawiać się mgła i cienie, które nienaturalnie tańczyły w rytm ognia.
-Tandaro? - głos ponownie rozległ się, lecz i tym razem pozostał jedynie dźwiękiem w pustce.
Jej umysł zdawał się być wycieńczony, lecz sen nie nadchodził. Trwając w dziwnym zawieszeniu, kobieta zauważyła przed sobą prosty, drewniany kubek z cieczą. Chwilę temu ziemia była pusta, a teraz przedmiot leżał tuż przed nią. Wystarczyło tylko po niego sięgnąć. Co i tak nie było możliwe.
- Tandaro. Obudź się.   - rozległo się ponownie. Tym razem głos był bliżej. Męski, lecz w jakiś sposób delikatny, jak gdyby zawierał w sobie matczyną miłość.
Tandara nie czuła swojego ciała. Jej nogo i ręce zdawały się jej nie słuchać, a ona sama miała wrażenie, jakby była jedynie parą oczu unoszących się nad ziemią.
- Tandaro, nie możesz spać. Ominą cię wszystkie atrakcje! - tym razem głos wydał się znajomy i bardziej stanowczy.
Nagle kobieta poczuła potężny ból w ramieniu, który wyrwał ją z zawieszenia. Powidoki i mgła zniknęła z oczu, gdy serce zaczęło mocniej pompować krew, ożywając całe ciało. Sił nadal nie starczyło jej nawet by podnieść głowę, lecz teraz czułą ból i wycieczenie własnego ciała.
Nagle ktoś złapał ją za czoło i podniósł jej głowę. Kątem oka zauważyła drugą dłoń, której palce tkwiły głęboko w jej ranie. Przed oczami Tandary pojawiła się twarz. Jej ojciec patrzył na nią z nienawiścią.
Po chwili wizja rozwiała się. Twarz mężczyzny przestała przypominać jej ojca. Nadal jednak w oczach czaiła się nienawiść. Przed nią stał Siergiej Medved, brat Niedźwiadka.
Mężczyzna przekręcił palcami w ranie, powodując kolejną falę obezwładniającego bólu. Uśmiech odsłonił zęby mężczyzny i nierówne, wysunięte do przodu kły, które mimo normalnych, ludzkich rozmiarów, nadawały mu niemal zwierzęcy wygląd.
- Wreszcie! Już się bałem, że nie będę w stanie cię dobudzić. A przygotowałem dla ciebie tyle atrakcji! - przerwał i szarpnięciem wyjął swoje palce z rany. Wytarł je z krwi o twarz Tandary, po czym łapiąc ją mocno za policzki, skierował jej głowę tak, by kobieta patrzała prosto w jego oczy, pełne nienawiści, gniewu i dziwnego, niemal szaleńczego, błysku - Witaj Tandaro. Mam nadzieję, że cieszysz się z naszego spotkania równie mocno co ja.











22.02.2020, 17:14
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#84

Ten świat był jakiś dziwny. Niby istniał, ale jednak nie w takim formacie, jak zwykły człowiek by odbierał. Tandara była w głębokim zawieszeniu, z jednej strony całe jej ciało pragnęło odpoczynku, zdrowienie zajmowało sporo czasu i pochłaniało jeszcze więcej energii. Natomiast coś nie dawało jej spokoju. Tym czymś był niedawno poznany przez nią mężczyzna. Tak jakoś się złożyło, że zabiła jego brata w pojedynku, chociaż tego nie chciała. Niestety, ilekroć jej dłonie były obleczone kolcem, tylekroć ktoś ginął z jej ręki. Teraz jej świadomość dryfowała gdzieś między snem, a jawą. Niby czuła, że fizycznie znajduje się gdzieś, ale nie potrafiła określić dokładnie swojego miejsca pobytu. Nawet ciało wydawało się czymś obcym, chociaż to były jej własne ręce i nogi.
Dopiero wciskane paluchy przywróciły Kołtucha do właściwej płaszczyzny rzeczywistości, na dodatek sprawiając jej niemiłosierny ból.
- Aaaaaargh! Kuuuuuhwaaaaaaaa! - Wrzasnęła, czując jak szalony puls aż dudni jej w uszach. Żyły musiały pompować w tej chwili coś więcej niż samą krew, bo adrenalina z pewnością uderzyła jej do głowy. Wzrok odzyskał bolesną ostrość, rozglądając się po całym polu widzenia. Dostrzegła tylko jedną, znajomą już mordę i jego paluchy wciśnięte nie tam gdzie trzeba.
- Oh, toś ty... - Warknęła przez zęby, nibym rozjuszony wilk czekający na atak... Tylko dlaczego chwilę wcześniej miała wrażenie, jakby widziała swojego ojca? Nie miała czasu myśleć o tym za bardzo, czuła zagrożenie całym swoim ciałem.
- Ty ssssskurrwiaałaaa chhhharłoo! - Wydzierała się po nim, kiedy zaczął śmielej przekręcać paluchy w ranie. Ona go zabije... Ona go naprawdę zabije!
Wyjął wreszcie łapę z rany, ale widząc na niej swoją krew, Tandara czuła że jest bardziej niż w ciemnej dupie. Jeszcze bezczelnie wycierał się w jej twarz. Odgryzłaby śmieciowi tą łapę, gdyby tylko jej ciało działało jak należy.

- Miałeś cosik ładniyszą mordę, dopókiś mi łapy brudnej do rany nie wciskoł, ani krzywego zymba ni pokozoł. - Chociaż nie powinna była mu pewnie dogryzać w tej sytuacji, to w końcu była Tandara. Skoro nie mogła mu naklepać, to przynajmniej odpysnąć musiała. Korzystając z okazji potrzebowała sprawdzić na tyle jej ciało funkcjonuje, a na ile wciąż było zawieszone. Spróbowała zacisnąć palce u stóp, mając buty nie powinno być tego widać, tym bardziej jeśli brat Niedźwiadka był bardziej skupiony na jej twarzy. Podobnie chciała zrobić z dłońmi, chociaż w ich przypadku musiała zrobić to znacznie ostrożniej.
- O jokich ty atrokcjach pipcysz. Aniś przystojnyś, aniś honorowy toś i męski ni, ciulaś jesteś... Ciszynke to bynde mioła, jak zdychniesz charło. - Odpowiedziała mu, czując pod skórą, że zaraz jej się za to oberwie.


Obnażam kły, gotując się do walki






01.03.2020, 15:37
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#85

W dalszym ciągu była z lekka zamotana, próbując odnaleźć siebie w tej rzeczywistości.
- Ty szmatło bez honoru... - Wybulkała jeszcze nie widząc co się święci. A co jeśli jeden z tych opatrunków sprawił, że teraz będzie mogła jedynie patrzeć na to co będzie się działo z jej ciałem? Nie mogła na to pozwolić, choćby miała na dredach stanąć. Była przerażona, ale i wściekła jak nigdy. Gdyby tylko mogła walczyć jak równy z równym.
- Że ino wstanę, a to jo Ciebie urządzę! - Chociaż nie miała żadnej pewności, czy wypowiedziała groźbę na tyle zrozumiale, by Sergiej wiedział co mówiła. Musiała się stąd jak najszybciej wydostać. Jej ciało nie chciało współpracować, ale może jakby wzmocniła je maną czy wtedy byłaby w stanie się ruszyć? Nie zaszkodziło spróbować, bo już i tak była w czarnej dupie. Dlatego ze wszystkich sił woli i myśli, chciała ruszyć to niemrawe ciało. Mimo wszystko ceniła sobie swój wygląd, a dodatkowe okaleczenie z pewnością by nie pomogło w dojściu do zdrowia...
Tylko dlaczego jakiś niezrozumiały szept z tyłu głowy sugerował jej, że nie tędy droga? Jakby była w kolejnej pętli własnych koszmarów.
To co robił porywacz było mocnym przegięciem. Naprawdę sadystyczny skurwiel z niego. Zwłaszcza te jego słowa, aż jej się słabo robiło. Jak śmiał się do niej odnosić w taki sposób. Dlaczego to ją spotyka?

To wszystko było dla dziewczyny co najmniej bez sensu. Dlaczego Sergiej był tak bardzo pewny, że ona nie ucieknie. Nie zamknął jej w klatce, nie odciął nóg, miał tyle możliwości zabezpieczenia sobie braku mobilności, a podszedł do tego jakby nie przemyślał tego. Dodatkowo te wszystkie dziwne majaki. Może on to przemyślał, tylko czy wcześniejsza wizja kubka była tylko mirażem jej głowy, a może serio coś wlał jej do ust, przez co była tak uziemiona. Przenosił ją jak worek kartofli, nad którym ma niby władzę. Z tyłu głowy także tliła jej się niewielka myśl, co jeśli on jej grzebał w głowie? Panika wymieszana ze wściekłością to było najlepsze połączenie emocji, na jakie mogła liczyć w tym momencie.
Jej magia w dalszym ciągu rozlewała się po ciele, rzeczywiście było to dziwne, bo miała czas się na tym skupić. Zawsze używała magii bez większego skupienia czy myślenia o tym, traktując jako intuicyjne przesunięcie własnych granic. Ni to mrowienie, ni to swędzenie, ale nie umiała poprawnie nazwać tego co czuła. Natomiast czuła, że wraz z przeciętymi rzemykami zaczyna myślami wracać do rzeczywistości. Nie pozwoli na to, by taki skurwiel ją traktował w ten sposób.

Pora zacząć przedstawienie.
Tandara poczuła przypływ mocy, najwidoczniej mana musiała zadziałać. Wewnętrznie już się rwała, żeby się odgryźć temu psycholowi, ale dalej jej coś nie dawało spokoju.
Żeby się upewnić czy ma do czynienia ze swoimi majakami po raz enty, użyła nieco zmienionej wersji kolczatki. Raz, że była rzadka, niewielka, to jeszcze pojawiła się we wnętrzu rękawicy, by lekko poranić wierzch przedramion. Niestety obraz przed nią się nie zmienił, dalej czuła za sobą obecność tego zboka. Następnie zniknęła z wnętrza, a przeniosła się na właściwą, zewnętrzną stronę. Bez ceregieli uaktywnił się alternatywny tryb. Korzystając z potencjalnego zaskoczenia, wykonała skręt tułowia by strzelić Siergiejowi w pysk. Oberwał tak mocno, że nawet Tandara była zaskoczona, że wylądował w krzakach. Drugą ręką szybko przecięła sznury na nogach.
- Mogłeś mnie naćpać do ryszty, byłoby łatwi. - Następnie zerwała się i zaczęła biec przed siebie, byle jak najdalej od tego popaprańca. Mana płynąca w jej splocie dawała nieopisaną siłę, a miała zamiar sprawdzić ile może z tego stanu wycisnąć.

Wyrwała do przodu, mając wrażenie, że jest o wiele lżejsza. Nie była nawet świadoma ile swojej zbroi straciła, natomiast powoli docierało do niej, że ma przewalone i o ile to wszystko przeżyje, to będzie musiała sporo wydać na nowy ekwipunek. Wyrzuciła myśl z głowy, teraz liczyło się tylko by przetrwać. Gnała co sił, nie miała w tym stanie szans na walkę. Czyżby tunika została w łapach Siergieja podczas uderzenia? Pewnie tak było, a to oznaczało, że można ją spisać na straty.
Kolejne kroki sprawiały, że była silniejsza. Nie rozumiała jeszcze jak to działało, ale pewnie wkrótce się przekona. Biegła co sił w nogach, wiedząc że albo ucieknie, albo znowu trafi w jakąś nieciekawą sytuację, a nie chciała już być bardziej naga. Z jednej strony zimno powietrza, z drugiej strony ciepło jej krwi, nie podda się. Gęstwina leśna była przed nią, ale nic sobie z tego nie robiła. Wskoczyła w nią niczym szarżujący dzik i znalazła się w nowym miejscu.
Trafiając na polankę, dostrzegła strumyk. Do tej pory biegła na południowy zachód, więc postanowiła że pobiegnie niedaleko strumienia, na południowy wschód. Północ z oczywistych powodów odpadała. Krzyk Siergieja sprawił, że biegła i biegła... Bo zatrzymywać się nie miała zamiaru. Coś zmieniło się w otoczeniu, ale nie rozumiała co takiego.

Kobieta przez sekundę nie dostrzegła zmiany z nocy na dzień. Była zbyt bardzo pochłonięta na tym, żeby stąd jak najszybciej zwiać. Natomiast kiedy już do niej dotarło co się stało... Tego nie dało się zrobić naparem, ona już dobrze wiedziała. Po księżycu czy nocnym niebie nie było ani śladu.
- Ty skurysynu... Następnym razem wydłubię Ci oczy i wyszarpię serce. - Powiedziała do siebie. Najbardziej na świecie nienawidziła magów, którzy gmerają w głowach. Gareth dobrze o tym wiedział, swoją drogą obiecał ją chronić... Spluwała na niego, był taki sam jak wszyscy faceci. Powie, że coś zrobi, ale nic z tego nie ma! Srał go pies.
Biegnąc tak, co jakiś czas uskakiwała, to zmieniała z lekka drogę. Nie mogła sobie pozwolić, by ten gnój ją dopadł. Przebierała nogami tak szybko jak tylko mogła. Na szczęście przestała słyszeć wrzaski tego śmiecia. Nie mogła być pewna czy aby na pewno jest bezpieczna. Nasłuchiwała, ale miała wrażenie, że już go nie słyszy. Mana z jej obiegu jakby wyparowała, a do Tandary wrócił cały ból. Jej ciało teraz było w złym stanie. Zerknęła na to co stało się z jej dziurą po Niedźwiadku.
Udało jej się dotrzeć do ścieżki. Oparła się o drzewo, ciężko dysząc. Zaczęła oglądać swoje ciało, nie wiedziała w jakim jest stanie i co teraz będzie. Jednak nie mogła się zatrzymywać. Ruszyła przed siebie po ścieżce, może uda jej się napotkać kogoś, kto okaże jej swoją pomoc. Ból był silny, ale wola przeżycia tej dziewczyny jeszcze silniejsza. Zaciskając swoje zęby parła do przodu, w nadziei na lepsze jutro.

Gracz opuścił wątek


Ilość użyć:
Kolczatka II: 1 (20 - 15 = 5)
Mściwa krew: 3 (10 - 14 = 1 + 2 x 2 = 5)
Mana: -10



Obnażam kły, gotując się do walki






07.04.2020, 18:58
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja bez grafiki