Chata wdowy Curtis
#11

Jeden martwy człowiek, jedna wdowa, podejrzenie morderstwa i dwójka ludzi zajmująca się na co dzień ratowaniem życia. Biorąc pod uwagę taką mieszankę, Lu nie musiał długo kalkulować by uświadomić sobie wrastającą powagę i niebezpieczeństwo całej sytuacji. Mógł w końcu na chwilę obecną usilnie pokładać wiarę w to, że kobieta będąca w żałobie myliła się w przypuszczeniach dotyczących śmierci małżonka.
Z ponurych myśli wyrwał go chłopięcy głos. No tak. Był to pewnie rzekomy syn wdowy, którego nieświadomie wcześniej zignorował. Poczuł się z tym źle, tym bardziej, gdy sobie uświadomił fakt, że owe dziecko w tak młodym wieku zostało pozbawione ojca. Szaman nie pozwolił jednak współczuciu wypłynąć na twarz.
-Luthien Tenzari – Przedstawił się młodemu, zaraz po Nemeth. Ukłonił się lekko, jednak niezobowiązująco, po czym czekał na reakcję chłopaka na prośbę uzdrowicielki.
17.04.2014, 23:36
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#12

Chłopak wyraźnie zmieszał się. Bardziej spodziewał się reakcji w stylu: "To ty jesteś tą sierotką?", "Biedne dziecko!" czy nawet "Jak się czuje twoja matka?"; nie oficjalnego przedstawienia się i potraktowania Joachima jak dorosłego. Na pokłony w jego stronę, zareagował jedynie wybałuszeniem zapłakanych, jasnoniebieskich oczu. W ciągu ostatnich dwóch tygodni nasłuchał się tylu współczujących słów, że zachowanie dwójki szamanów zbiło go dostatecznie z tropu, aby bąknął jedynie:
- Zaprowadzę.
Przełknął ślinę, ponownie spuszczając wzrok. Cała odwaga opuściła go, nie wiedział, co powinien powiedzieć, aby dwójka przybyszy nie patrzyła się na niego z takim wyczekiwaniem. Dlatego zaczął mówić cokolwiek, co mu przyszło do głowy, a było to związane tylko z jednym tematem, który zadręczał młodego Curtisa dzień w dzień.
- Pomożecie, prawda? Znajdziecie bestię, która zabiła tatę? Mama tego chce. Codziennie płacze w swoim pokoju, kiedy myśli, że już śpię. - Głos mu się załamał. - Tęsknię za tatą, ale nie chcę żeby mama smuciła się. Nie wiem, co robić. Wy coś zróbcie! Odszukajcie potwora i niech odpowie za to!
Joachim po swym nagłym wybuchu obdarzył Nemeth oraz Luthiena błagalnym spojrzeniem. Wstrząsającym mogło się wydawać, jak szybko dziesięciolatek zapałał takim uczuciem jak pragnienie zemsty. Najwyraźniej także zapomniał, aby niezwłocznie poprowadzić śmiałków do matki. Zamiast tego czekał na odpowiedź.

Kolejność dowolna
18.04.2014, 13:35
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#13

widziałam, że młody faktycznie jest troszeczkę zmieszany, ale nie dziwiłam się. W bardzo wczesnym wieku stracił ojca, a rozmawianie z dwójką nieznajomych musiało być stresujące. Pewnie jego życie było dużo trudniejsze niż życie wielu dzieci. Ja swego ojca w ogóle nie znałam. Ale matka starczała mi za cały świat.
Z kolei mnie trochę zakłopotało, kiedy tak nagle wybuchnął. Nie wiem, czy popierał przypuszczenia matki, czy też mówiąc "bestia" miał na myśli zwykłe dzikie zwierzę, jednak wyraźnie pragnął zemsty. Ze smutkiem pomyślałam, że jeśli jednak wdowa się myli, to nawet gdybyśmy znaleźli akurat dokładnie tę istotę, która pozbawiła pana Curtis życia, nie było by z tego żadnej nauczki dla nikogo. Dziki zwierz nie posiada sumienia ani uczuć, nawet nie zda sobie sprawy z przyczyn, dla której jest ścigany. Inaczej, gdyby faktycznie był to jakiś potwór, który zagnieździł się zbyt blisko miejsc, gdzie mieszkają ludzie. Wówczas przynajmniej tyle by było dobrego, że nie stanowił by już dłużej zagrożenia. Czy jednak przed śmiercią zdołałby odczuć skruchę? Też wątpliwe.
Odgarnęłam kosmyk włosów z czoła.
- Zrobimy co w naszej mocy. - zapewniłam chłopaczka, bedąc niemalże pewna, że mój towarzysz podobnie przejmie się prośbą nieszczęsnej sieroty i również bardzo weźmie sobie do serca nasze zadanie. Nie mogłam obiecać, że faktycznie znajdziemy sprawcę i pozbawimy go życia. A nawet dzieci nie powinno się okłamywać. Takie postępowanie już prowadzi do tego, że postrzega się takie osoby jako mniej warte szczerości. A gdy już utworzymy taką pulę osób, jakże łatwo wrzucać do niej także innych.
- Myślę, że gdy tylko omówimy szczegóły z twoją mamą, bedziemy mogli zdecydować kiedy wyruszymy. - dodałam, chcąc delikatnie, subtelnie przypomnieć mu, że miał nas zaprowadzić. Uważałam, że powiedzenie mu tego wprost, mogło by jeszcze bardziej go zmieszać. Może i nie umiałam zacząć się nad nim rozczulać (naprawdę ciężko jest pocieszać ludzi, gdy dopadająca ich tragedia jest zbyt duża, by dało się ją załagodzić słowami, a jedynym lekarzem może okazać się czas), ale z zdecydowanie chciałam oszczędzić mu dodatkowych stresów. Zwłaszcza, że teraz ten "młody mężczyzna" musiał dźwigać na swych wątłych ramionkach nie tylko ciężar leżacy na jego sercu, ale też rozpacz matki, która niewątpliwie również dotykała go boleśnie.
18.04.2014, 14:55
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#14

-Nie martw się. Będzie tak jak mówi Nemeth, zrobimy co się da. - Położył dłoń na chłopięcej czuprynie, potargał ją uśmiechając się i puścił pociesznie oczko. Lubił dzieci i jako starszy brat sześciu sióstr miał niemałe doświadczenie w obchodzeniu się z tymi małymi potworkami, toteż w jego geście była sama szczerość. Swoją drogą teraz dopiero było widać kolosalną różnicę między jego kontaktami z kobietami, a przykładowo dzieckiem. Jakby posiadał dwie osobowości. Sam oczywiście nie był z tego zadowolony.
Nie dodawał już słów do tego, co powiedziała koleżanka po fachu. Swoją drogą był pod wrażeniem jej delikatnych sugestii i opanowania. Był ciekawy, czy to była kwestia jej charakteru czy maniera wyuczona przez profesję w której się trudniła. Gdy ta myśli przebiegały mu przez głowę złapał się na tym, że ostentacyjnie się jej przyglądał. Zmieszał się, mając świadomość że było to niegrzecznie. Chrząknął, naciągając kaptur na głowę by zakamuflować zawstydzenie.
-Um, do tego zmierzcha już, powinniśmy ruszyć. - Dodał i czekał aż chłopiec zacznie ich prowadzić.
18.04.2014, 16:36
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#15

Najwyraźniej słowa szamanów nie były tymi, które chciał usłyszeć chłopiec i przez mgnienie oka można było dostrzec na jego twarzy zrezygnowanie, jak i złość, którą bardzo szybko zastąpiło zaskoczenie, kiedy Luthien potargał go po czuprynie. Łypał na niego wzrokiem dopóki mężczyzna nie zabrał z powrotem dłoni.
- Na bestię poluje się tylko w nocy. Za dnia w lesie jest bezpiecznie.
Joachim niezwłocznie ruszył z miejsca, machinalnie nakładając kaszkiecik. Dłonią ponownie zebrał grzywkę z oczu, która przyklapnięta przez czapkę, wydawała się zbyt długa. Z pewnością ani on, ani tym bardziej jego matka nie mieli głowy do tego, by przystrzyc chłopakowi włosy. Kiedy ich mały przewodnik zniknął dwójce szamanów z oczu w jednej z uliczek, minęło dobre kilkanaście sekund zanim ponownie pojawił się we wlocie, spoglądając na nich tak, jakby sami nie wiedzieli, co tu właściwie robią. Chcieli, aby ich zaprowadził do matki, a nawet nie ruszyli się z miejsca... Joachim machnął na nich ręką, aby dołączyli do niego.
- Tu jest mnóstwo uliczek. Postarajcie się nie zgubić. Nie lubię chodzić wieczorami po mieście. Mama zawsze boi się, że coś mi się stanie - powiedział tak, jakby wręcz spodziewał się, że żadne z dwójki nie nadąży za nim. Miał powody do obaw - omal nie zostawił za sobą pary i to na samym początku trasy!
Nie czekając już ani chwili dłużej, kontynuował wędrówkę, pociągając Luthiena za rękaw, a na Nemeth ledwo zerkając. Lawirując pomiędzy domostwami, mijając wąskie zaułki i mniejsze sklepiki, z których ponuro spoglądali na nich biedni sklepikarze, jakby nie wierząc, że ktokolwiek z nich choć zatrzyma się na moment, by przyjrzeć się ich towarowi; dotarli do bardziej zamożnej części miasta. Teraz pojawiały się domy, wyższe, bardziej zadbane i... niestety coraz gęściej postawione, prawie obok siebie, ignorując zasady prywatności. Uliczki były na to kolejnym dowodem - szerokie na ledwo dwóch dorosłych mężczyzn przekreślały jakikolwiek pomysł na dostanie się w te rejony jakąkolwiek bryczką. Co najwyżej można by było przewieźć tędy nędzną dwukółkę i to o własnych siłach. Joachim prowadził najmniej znanymi uliczkami, wciśniętymi pomiędzy budynkami.
- Tak jest najszybciej - wyjaśnił w trakcie, skręcając w następny zaułek. Co chwilę odwracał się, sprawdzając czy aby na pewno szamani idą za nim. Zaraz potem przyspieszał kroku.
Wędrówka trwała ponad piętnaście minut, gdy oczom wszystkich pojawiła się chata, która z miejsca powinna zbudzić skrajne reakcje. Wybijała się niekorzystnie na tle innych domostw, wręcz nie pasowała ze swą żałosnością i odosobnieniem. Szare ściany, jak i bordowe, porysowane drzwi nie zachęcały jakoś szczególnie do przekroczenia progu. Niepodlewane kwiaty w prostokątnych, długich donicach smętnie pochylały ciemnoróżowe łebki.
- To tutaj - obwieścił Joachim i nie czekając na reakcję, podszedł do drzwi i zapukał. - Mamo, to ja. Przyszedłem razem z tymi ludźmi od ogłoszenia.
Usłyszeli zgrzyt zamka.
- Zaczynałam się już martwić. - Wdowa Curtis najpierw pogłaskała czule synka po policzku, a zaraz potem rzuciła badawcze spojrzenie jego towarzyszom. Otworzyła szerzej drzwi. - Wchodźcie do środka. Zaparzę wam herbaty albo kawy, jeśli wolicie. Niestety nie będę mogła ugościć was niczym do jedzenia - ostatnie oszczędności pozostawiłam jako wasze honorarium. - Jej głos był szorstki i beznamiętny.
Kobieta przepuszcza Joachima i czeka z niedostrzegalnym napięciem na ruch szamanów.

Kolejność dowolna
18.04.2014, 18:18
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#16

doprawdy nie wiedziałam czego może oczekiwać ten nieszczęsny dzieciak. Widać było, że nie poczuł się pocieszony, a pojednawczy gest Luthiena zapewne wcale nie został odebrany, jak to sobie szaman zażyczył, ale cóż mogliśmy na to poradzić? Naprawdę nie chciałabym go obdarować wątpliwymi obietnicami.
Sądząc po jego słowach, uważał zabójcę swego ojca nie za zwykłego morderce, ale leśnego potwora. Wówczas na łowy faktycznie należało by wyruszyć nocą. Nie przepadałam za ciemnością, kiedyś wręcz sie jej lękałam. Ale kilka nocnych podróży do potrzebującego pacjenta, nauczyło mnie, że naprawdę pewnych strachów trzeba się wyzbyć. Poza tym naprawdę liczyłam tutaj na pomoc duchów.
Z początku zamyślona nawet nie ruszyłam się z miejsca, gdy chłopiec nagle zaczął iść, dopiero kiedy nas przywołał, pchnęłam lekko Luthiena i sama podążyłam za naszym młodym przewodnikiem.
Plątaninę uliczek Perony dostrzegłam już wcześniej, przybywając do miasteczka. Pierwszą godzinę mego pobytku tutaj, spokojnie można było nazwać zwykłym błądzeniem pomiędzy domostwami. Nie lepiej prezentowały się moje próby dotarcia tutaj.
Toteż starałam się nie stracić Joachima z oczu. Dzieciak czy nie, wychował się w tym miejscu i prędzej on mógłby czuć się w nim bezpiecznie niż dwoje, zupełnie niezorientowanych w tym miejscu przejezdnych.
Przechodząc, kątem oka obserwowałam okolice. Tutejsi hanldarze z pewnością mieli zarobki równie marne, co ich klienci. Bieda mogła utrudniać im życie, ale zapewne też uniemożliwiała wyrwanie się z osady. Zarówno oni, jak i ich dzieci mogli tylko pomarzyć o lepszym życiu. Tak przynajmniej wyobrażałam sobie byt tutaj.
Bogatsza część miasta robiła na mnie niewiele lepsze wrażenie. Przyzwyczajona do warunków w Valen, niemal z niedowierzaniem stwierdzałam, że najwyraźniej nawet ktoś bardziej majętny, był w stanie godzić się na taki los tutaj.
Przeciskanie się wąskimi uliczkami, również nie poprawiało mi samopoczucia. Musiałam jednak uwierzyć, że "tak jest najszybciej". A dla mnie to miasto naprawdę przedstawiło już stanowczo zbyt wiele atrakcji, bym chciała zobaczyć ich jeszcze więcej.
Nie mniej faktycznie, do kresu wędrówki dotarliśmy szybciej niż się spodziewałam. Musze jednak przyznać, że mieszkanie chłopca skrzywiło trochę moje poczucie estetyki. Oczywiście, w przeciwieństwie do reszty domostw, przynajmniej posiadało trochę przestrzeni osobistej. Jednak stan samej chaty pchnął mnie ku rozmyślaniom - czemu doprowadzili dom do takiego stanu? Niepodlane kwiaty z pewnością były skutkiem żałobnej bezczynności, ale odrapane drzwi? Ściany nawet nie tyle wybielone co zwyczajnie szare? Jednak zaraz potem skarciłam się za te myśli. Moja matka naprawdę dużymi pieniędzmi też nie grzeszyła, więc wszelaka krytyka była bardzo nie na miejscu.
Samą wdowę, gdy zobaczyłam ją po raz pierwszy, oceniłam jako surową kobietę, która nie daje sobie w kaszę dmuchać. Jednak jeśli wierząc słowom jej syna, naprawdę musiała przeżywać śmierć męża.
Jej uwaga o honorarium bardzo mnie uderzyła. Nagle poczułam się wstrętnie, jakby sam fakt, że mogłabym pobierać jakąkolwiek opłatę za czyn wobec biedniej kobiety, był po prostu barbarzyństwem. Uczucie to jednak trwało tylko chwile.

Kiedy zaczynałam dorabiać jako adeptka u pewnej uzdrowicielki, przyszła do nas raz pewna bardzo biedna kobieta z przeziębionym dzieckiem. Na twarzy miała siniaki, krucha była niczym kostucha obleczona w skórę, a ubranie jej (właściwie szmatki) świadczyły tylko o tym, w jak beznadziejnej sytuacji się znajduje. Kiedy przygotowywałam mieszankę ziół, a moja przełożona doglądała dziecka, kobiecina zaczęła nam kwilić, jak ciężko jej być samotną matką, jak od ust odbiera sobie by nakarmić dziecko, jak kiedyś umiała oddać się pewnemu handlarzowi, byle tylko zarobić trochę grosza i przeżyć następny dzień. Uzdrowicielka wyraziła głębokie współczucie wobec nieszczęsnej, a potem wystawiła rachunek. Kobiecina długo przetrząsała swe szmatki, aż w końcu wyszperała z nich sumę, która tylko połowicznie starczała na opłatę. Obiecała przyjść dnia następnego, gdyż miała sprzedać nazajutrz jakieś ryby czy inne tam półprodkuty.
Ja z kolei popatrzyłam na swą chlebodawczynię, przyznam dziś, że krytycznie. "Czemu nie odpuścisz tej kobiecie marnych kilku groszy?" - zapytałam, przejęta jej stanem - "Pomyśl chociaż o tym dziecku".
Wtedy popatrzyła na mnie rzeczowo, na chwilę rozpraszając ten wyraz twarzy smutnym uśmiechem. "Moje dziecko" - rzekła do mnie - "Takich jak ta kobieta, przyjęłam dużo w swoim życiu. Z początku i mnie sumienie kusiło, by odpuszczać im honoraria. Jednak ich pieniądze to mój byt. Nie uratuję ich od biedy, a zapominając o sobie, łatwo sama mogę stanąć na ich miejscu. A uwierz mi, temu miastu potrzebny jest jeszcze jakiś przyzwoity medyk, bo ten stary karzeł Erugh prędzej otruje cię niż wyleczy. Pamiętaj o tym, bo w tym fachu spotkasz innych, wyglądających jeszcze nędzniej".

Nie wiedziałam jednak cóż powiedzieć na takie przyjęcie, odparłam więc tylko krótkie "dziękuję" i weszłam do środka, starając się nie rozglądać zbytnio, jakby już to mogło wystarczyć do oskarżenia mnie o wścibstwo/
O zapłacie nie chciałam teraz rozmawiać i miałam nadzieję, że mój towarzysz również nie poruszy tego tematu. jak można mówić o pieniądzach za coś, czego jeszcze się nawet nie zrobiło?
18.04.2014, 19:37
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#17

Luthien ani trochę się nie speszył, gdy chłopiec odrzucił jego gest. Właściwie ta iskra buntu wywołałaby prawie szerszy uśmiech, gdyby nie niebezpieczne zapędy chłopaka, które przyprawiały o zmartwienie. Najwyraźniej młody oczekiwał, że z miejsca ruszą polować na jakiegoś potwora, czy też demona, choć tak właściwie sprawca owego wydarzenia nie był znany. A z tego co też Lu się dowiedział, ledwie trzy dni temu w karczmie w Peronie, w okolicy nie działały żadne siły nieczyste, a śmierć potwora o którym mogły rozchodzić się po wiosce plotki widział dwa dni temu. Tak właściwie, sam się do niej przyczynił. Luthien jednak nie uważał, że to są informacje jakimi powinien się dzielić w takim miejscu, okolicznościach i z taką osobą jak Joachim, dlatego też milczał, pozwalając młodemu ciągnąć się przez labirynt ciasnych, jak i krętych uliczek. Kiedy znaleźli się przed domostwem, jeszcze przed uchyleniem się tamtejszych drzwi, szaman poprawił swoją pelerynę, zsunął kaptur z głowy i na wprędce zaczesał tłuste pasma włosów palcami do tyłu.
Zaniemówił przez chwilę, po słowach wdowy. Cóż, spodziewał się bowiem zaznać pewnego rodzaju "chłodu" ze strony samotnej matki, lecz to co zastał przerosło nieco jego oczekiwania. Niemal uszami wyobraźni słyszał niewypowiedzianą pretensję: "Widzicie pazerni szamani!? Ostatnią monetę wydałam na was, tak, że o sucharach muszę żyć! Wstydźcie się!". Obijała się ona głuchym echem od zakamarków umysłu, sprawiając, że chłopak miał ochotę zapaść się pod ziemię bądź też paść na nią jak długi i błagać wdowę, oraz bogów o przebaczenie za bycie tak potwornym człowiekiem...
W każdym bądź razie dusza Luthiena płakała rzewnie, twarz poczerwieniała, pochyliła ku ziemi wraz ze wzrokiem, a usta ostatecznie rozchyliły się dobrotliwie wypowiadając:
-Ach..Tak...niech będzie herbata, porozmawiajmy przy herbacie.
18.04.2014, 23:31
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#18

Wdowa taksowała wzrokiem przybyszów, oceniając na ile będą zdolni wypełnić wyznaczone dla nich zadanie. Kiedy Nemeth przekroczyła próg, ta nieznacznie skinęła głową i utkwiła na dłużej spojrzenie w Luthienie.
- Wchodzisz czy nie? - Widoczne zawstydzenie szamana nie sprzyjało pierwszemu wrażeniu. Kobieta zniknęła w drzwiach, pozostawiając je otwarte dla niezdecydowanego.
- Nie zapomnij zamknąć ich za sobą.
Wewnątrz chaty panował pozorny porządek. Znajdowali się teraz w pokoju, który musiał pełnić funkcję "salonu", gdzie każdy przedmiot położony na półkach, kredensach czy innych meblach wydawał się być w odpowiednim miejscu, nieprzestawiony w akcie roztargnienia czy zwykłego bałaganiarstwa. Na pierwszy rzut oka nie dostrzegało się śladów bytności dziecka. Dopiero gdy goście skupiliby wzrok bardziej na jednej z komód, gdzie znajdowały się drewniane, pomalowane figurki, dostrzegliby dwa różnego typu rzeźbienia. Jedną typowo wyćwiczoną, doświadczoną ręką, drugą amatorską, jeszcze nie tak dokładną jak autorytet z wyższej półki.
Na meblach zalegała pierwsza warstwa kurzu. Nieomylny znak, że żaden z domowników nie tykał od pewnego czasu niczego prócz robótki ręcznej zostawionej na zydlu, stołu jadalnego i wieszaka na ubrania, przytwierdzonego do ściany obok wejścia.
- Usiądźcie, proszę.
Pani Curtis wskazała dłonią na cztery, podniszczone krzesła. Joachim nie pytany o nic, pobiegł za matką do małej kuchni i bardzo szybko wrócił, wgryzając się w bułkę i zasiadając przy stole. Najwyraźniej także chciał uczestniczyć w rozmowie dorosłych.
- Nie wyglądacie na silnych, ale podobno jesteście magami - oświadczył. - Widziałem kiedyś czarodzieja. Wystrzeliwał z palca prawdziwe fajerwerki na nasze miejskie święto. Też tak potraficie?
Chłopak nagle zmienił nastawienie, jakby perspektywa rozwiązania ich trosk z pomocą tej dwójki, była wręcz pewna. Podekscytowanie spowodowane braniem udziału w czymś ważnym, także skłaniało go do zadawania pytań przybyszom.
- Podobno magowie dzielą się na klasy. To prawda? Istnieje różnego rodzaju magia?
- Joachim, zdejmij kaszkiet. W domu nie powinno się chodzić w czapce, a tym bardziej jeść.
Wdowa wróciła z tacką, którą postawiła na blacie. Rozstawiła gliniane kubki przed każdym z nich. Nalała herbaty i dopiero gdy usiadła, goście mogli się jej bliżej przyjrzeć. Sypkie, płowe włosy opadały na wąskie ramiona przykryte grubą opończą. Twarz pełna zmarszczek wydawała się należeć do kogoś znacznie starszego, lecz dłonie, nawet naznaczone ciężką, fizyczną pracą, zdradzały, że mogła mieć nie więcej niż czterdzieści lat. Najprawdopodobniej miała około trzydziestu pięciu, biorąc pod uwagę wiek, w którym musiała mniej więcej urodzić jedyne dziecko. Podkrążone oczy, wyschnięte usta i zmęczenie w głosie. Wdowę nie oszczędzał los.
- Mam na imię Barbra i tak możecie się do mnie zwracać. Opowiedzcie mi coś o sobie.
Kobieta potrzebowała nieco czasu, aby przejść do rzeczy.

Kolejność dowolna
19.04.2014, 14:44
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#19

-T-tak, już, już. Proszę o wybaczenie...- Zaskomlał wtaczając się do mieszkania. Zamknął powoli drzwi za sobą i stał tak przy nich przez chwilkę. Musiał doprowadzić swoje emocje do porządku. W końcu emanowanie choć krztą pewności siebie i opanowaniem przy pracodawczyni było jak najbardziej wskazane. Wziął więc kilka głębszych wdechów, po czym natychmiast dołączył do reszty. Przed zajęciem swojego miejsca pozwolił sobie zdjąć pelerynę i przewiesił ją przez oparcie krzesła, na którym następnie sam zasiadł. Swoją laskę oparł o krawędź stołu. Poprawił liczne tobołki przy pasie, by było mu wygodniej siedzieć i słuchał trajkotania Joachima. W pewien sposób czuł się, jak w obecności Wilka.
-Jesteśmy i właśnie dlatego nie wyglądamy na silnych. Magia jest tu, a nie tu. - Zapewnił chłopca, pokazując palcem swój umysł,a następnie swoje wątłe ramię. Niestety, to drugie nie było przyczyną tego, że był magiem, lecz tego, iż trudno było wyrobić jakąkolwiek muskulaturę zajmując się mieszaniem wywarów bądź bandażowaniem. Oczywiście, wspominanie tego było niekonieczne.
-Może...- Rzucił tajemniczo uśmiechając się do blondasa. Lubił się droczyć z dziećmi i prowadzić tego typu konwersacje. W ten sposób, poprzez skupienie na tym, czuł się kompletnie rozluźniony nawet pomimo obecności dwóch dam.Właśnie...kobiety...Dopiero, gdy tacka z herbatą znalazła się na stole, Lu zwrócił uwagę, że właśnie zbyt małą uwagę im poświęcił, a w końcu jedna była pracodawczynią, a druga jego partnerką. Zganił się w myślach za tą beztroskę, ignorując tym samym ostatnie pytanie chłopca. Podsunął do siebie swój kubek i obracając go w rękach zaczął mówić.
-Nazywam się Luthien Tenzari. Wychowałem się w Grimssdel, gdzie też od ojca przyuczałem się magii. Jestem znachorem, zajmuję się leczeniem żywych oraz umarłych i z tego właśnie się utrzymuję podróżując z miasta do miasta, jednocześnie spisując mapę Atarashi i zbierając wiedzę na temat stworów oraz demonów z różnych terenów. Jeśli więc pani zna ciekawe plotki na te tematy, posiada aktualna mapę jakiegoś regionu bądź jest pani w stanie polecić mi kogoś obeznanego...jestem gotowy odstąpić części swojego honorarium. - Przerwał na chwilę, będąc zadowolonym z tego jak dobrze mu idzie ta rozmowa. Choć może powodem był fakt, że przez cały ten monolog wpatrywał się w taflę herbaty miast w rozmówczynię, jednak liczył się efekt, prawda?
-I tak nawiązując do tego...W Peronie znajduję się od trzech, czterech nocy. Zdołałem już zwiedzić obrzeża miasta, jak i Stary Las, tak, więc jestem obeznany mniej więcej w sytuacji dotyczącej potworów bądź demonów w okolicy. Myślę, że wiedza ta, może być przydatna...Jednak, o tym w odpowiedniej chwili...- Podniósł ostatecznie wzrok na wdowę, co przyczyniło się do tego, że jego pewność siebie wyparowała,sprawiając, że zaczął nieco jąkać się pod koniec swojej wypowiedzi. Pokrótce wzrok zaś przeniósł z wdowy na dziecko i z powrotem, dając do zrozumienia, że obecność Joachima nie jest raczej wskazana przy takiej rozmowie. W końcu mieli rozmawiać o szczegółach śmierci, możliwości jej powodów. Sam zaś cieszył się ze wcześniejszej wyprawy do Starego Lasu z Lavią, gdzie zabił jaszczurzą bestię. Jeśli więc owy małżonek zmarł dawniej niż te kilka dni, a rany na jego ciele były jakby od wielgachnych szponów to sprawca był jak najbardziej znany i martwy. Gdyby jednak rozmyślać o powodzie śmierdzi mając na myśli siły nieczyste, z karczmy "Dębowy Skarbiec" wyniósł informację, że żadnej z tych mrocznych istot nikt nie zaobserwował. Zrzucaniem tych informacji jednak się wstrzymał. Chciał najpierw posłyszeć co o całości sądzi wdowa.
19.04.2014, 18:08
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#20

nieco współczułam nieszczęsnemu Luthienowi, który najwyraźniej do starszych kobiet miał nie więcej śmiałości niż do młodych. A ta tutaj najwyraźniej nie stosowała taryfy ulgowej wobec takich, zresztą przypuszczam, że miało to coś wspólnego z wyrzutami, jakie mało dyskretnie postawiła nam, o zubożanie jej. Cóż, ostatecznie mogłam w każdej chwili powiedzieć, że wciąż nie jestem kupiona i też wcale nie muszę przyjąć oferty i zostawić komu innemu to zadanie, ale mimo wszystko szanowałam także jej czas i - muszę przyznać - chciałam też pomóc nieszczęsnemu chłopcu. Jeśli to trochę rozluźni atmosferę w tym domu, chyba będę w stanie uznać to za sensowne wykorzystanie moich sił.
Opadłam łagodnie na wskazane krzesło, czekając na naszą gospodynię. Chociaż nie miałam śmiałości się uśmiechać, pocieszny wydał mi się obraz młodego Joahima sadowiącego się razem z nami, w dodatku zagryzając bułką. Trochę to zmieniło obraz tego domostwa, jaki pojawił się w mojej głowie, gdyż byłam pewna, że przy tak rygorystycznie prezentującym się porządku (cóż, lekkie zaniedbanie wydawało mi się absolutnie uzasadnione), wdowa zapewne trzyma też chłopca dość sztywno. Czyżbym się myliła?
Naiwne pytanie dziecka wreszcie wywołało delikatny uśmiech na mej twarzy. Och, jakże naturalne dla osób postronnych lub też po prostu młodziutkich, jest fascynowanie się spektakularnymi, choć często mało użytecznymi możliwościami magii. Niektórzy magicy, specjalizujący się właśnie w pokazach ku uciesze gawiedzi, zwykli też głośno wykrzykiwać słowa, będące jakoby wyzwalaczami zaklęcia, a w rzeczywistości jedynie podkreślające wszystkie te wybuchy i błyski.
Jeśli chodzi o stosunek masy mięśniowej do inteligencji... cóż, bardzo ciężko jest rozwijać równocześnie siłę umysłu i siłę fizyczną. Mój mentor w prawdzie powtarzał, że w zdrowym ciele magia lepiej krąży, więc również starałam się zachowywać kondycje, jednak z wiekiem siła umysłu niewąpliwie ma szanse wzrosnąć, siła fizyczna zaś - nieubłagalnie maleje.
Luthien w sumie opisał to całkiem sprawnie. Nie widziałam sensu dodawać w tym czegokolwiek. Jeśli zaś chodzi o kasty magów... Cóż, nie zdążyłam odpowiedzieć, gdyż wróciła nasza gospodyni.
Odebrałam swój kubek delikatnie, jakbym obawiała się, że rozpadnie się w mych dłoniach. Kobiecie nie przyglądałam się zbyt wnikliwie. Patrzenie w oczy to podstawa konwersacji, jednak wiele osób naznaczonych biedą, po prostu może źle odebrać kiedy ktoś ocenia ich wygląd. Nawet jeśli jest to tylko ich własne wrażenie.
Kiedy wdowa dosiadła się do nas i zaproponowała byśmy przedstawili się jej jakoś obszerniej, przypomniałam sobie, jak bardzo nie lubię mówić o sobie. Może gdybym faktycznie miała za sobą choć kilka podróży, choć trochę przygód, z których mogłabym wynieść doświadczenie, którym mogłabym się pochwalić...
Kiedy Lu opowiadał, starałam się równocześnie słuchać go i myśleć nad tym, co ja sama mogę powiedzieć.
- Mmm - zaczełam bardzo błyskotliwie, pierwsze kilka głosek skupiając się na tym, by nie uciec wzrokiem z linii oczu Barbary - Nazywam się Nemeth de Quuen i podobnie jak mój towarzysz, zawodowo służę jako uzdrowicielka. Pochodzę z Valen, a do Perony wybrałam się również z przyczyn zawodowych. - cóż, w gruncie rzeczy teraz doszłam do wniosku, że będąc kobietą i tak nie posiadam fizycznach walorów, które mogły by przysłużyć się w walce. A moja wiedza jako uzdrowicielki, zawsze prezentowała się ciut lepiej niż gdybym była zwykłą szwaczką albo handlarką.
- Warto dodać, że jestem szamanką, więc moja magia działa na trochę innych zasadach niż u większości osób magicznie uzdolnionych. Nie wiem na ile moje umiejętności mogły by się przydać w samym zmierzeniu się z... - na krótką chwilę mnie przyblokowało. Zrozumiałam wreszcie czemu Luthien tak znacząco patrzył na dziecko. Postanowiłam jednak zaryzykować myśl, że naprawdę chłopiec lepiej nawet niż ja zna ból słowa "morderstwo" i unikanie go i tak nie zmieni tego, jak głęboko musi ta świadomość ranić jego psychikę - zabójcą pani męża - mimowolnie i tak zniżyłam ton - jednak z pewnością dają pewną przewagę przy samym tropieniu go.
22.04.2014, 22:13
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna