Atarashii




Sieć ulic Południomostu
#51

MG

Klara obudziła się. Ostatnie, co zapamiętała, to leczenie Whitestone'a. A później? Ciemność, upadek w błoto i chaos - niejasny, przeszywający dźwięk, który mógł oznaczać wiele, zaś najwięcej interpretacji mogłaby wysnuć właśnie Klara, jako mędrzec... Tylko, że nie zapamiętała akurat tego. Chociaż być może to, co się jej przydarzyło, było jedynie dziwnym przywidzeniem, niewiele znaczącym - w końcu z różnych powodów można tracić przytomność. Zwłaszcza przy zasklepianiu ran magią, gdzie oddaje się własną energię.
Niemniej jednak niedługa śpiączka zakończyła się. I... Co? Ano nic - zupełnie. Dopiero chwilę później Klara zaczęła rozpoznawać dźwięki - świergot ptaków, szelest liści i szmer owadów. Leżała na ziemi, gdzieś w krzakach, na skraju Południomostu, pod murem. Miejsce dość niedostępne i mało widoczne - zasłonięte budynkiem, kamienną ścianą (niedaleko były schody) i właśnie roślinnością, chociaż może niezbyt bujną. Zapach nie był najprzyjemniejszy - w końcu zaledwie dwadzieścia metrów dalej była masa pijaków i rabusiów; nie brakło też spelun i zwykłych ruder, w których kryli się bezdomni. Mimo to było to najświeższe miejsce w tej dzielnicy.
Gdy już doszła do siebie (a minęło ze dwie minuty) wstała, otrzepała się - choć nie było z czego - i zaczęła analizować sytuację. Cóż, ubranie miała czyste. Próbując zbadać swoją twarz i fryzurę dłońmi doszła do wniosku, iż te też są w porządku. No, włosy może mniej, ale przynajmniej nie były w błocie. Sakwa... Na pierwszy rzut oka w porządku. Ale nie, było w niej coś jeszcze. Zwitek pergaminu. Stary, pogięty, niepusty. Był na nim jakiś napis, choć żeby go rozszyfrować, trzeba było paru chwil.
"Masz szczęście, że to moje dzieci cię znalazły. Inaczej czekałby cię marny los. Niewiele mam przestrzeni do pisania, to będę się streszczać. 1. Zabrałam ci dwie monety z sakwy. Za opiekę, na przeżycie. 2. Nie chcemy cię widzieć w Południomoście. I ty też nie chcesz tu zaglądać. Tak będzie lepiej - zwłaszcza dla ciebie. 3. Ciekawa jesteś. Zostawiłam ci małą niespodziankę. Ale odkryjesz ją w swoim czasie.". Tak właśnie było napisane. Chociaż plamy i charakter pisma bardzo utrudniały przeczytanie tego.
Cóż... Wyglądało na to, że od teraz Klara była całkiem wolna. Mogła pójść sobie gdzie chciała. Najpewniej najpierw do oberży. Była teraz cholernie głodna.

(niechże tylko nie szaleje za bardzo z tą karczemną rozrzutnością - zostało jej przecież "tylko" 38 srebrnych smoków!)
25.11.2014, 22:21
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sieć ulic Południomostu
#52

Nim tylko zdołała stracić przytomność w jej głowie zapisał się rozmazany obraz dwójka towarzyszy która była przy niej, ryk który runął na nich niczym grom burzy i to wszystko. Powoli dochodziła do siebie, ledwie i wolno odchylała płatki powiek aby przejrzeć na świat, do jej uszu dobiegały przeróżne dźwięki natury przy czym swąd i nieprzyjemny zapach zatykał jej nozdrza lecz jednak zdążyła przywyknąć. Oparta o zimny mur, leżała na trawie która o dziwo była zielona, rozejrzała się badawczo po okolicznym terenie, podniosła ręce opierając się dłońmi przy czym za chwilę wstała o własnych siłach. Jej ubranie było czyste. Niebawem wspomnienia powróciły do jej pamięci. Utrzymując się w tej pozycji zbadała swoje ciało. Włosy były zbrudzone rosą i ułożone w nieładzie, zaś jej suknia okalała jej ciało przy czym znalazła niebawem wierzchem dłoni, był to zwitek czegoś co miała przytwierdzone do boku, wyjmując to, rozwinęła czytając treść i bacznie się skupiając. Analizowała to za każdym słowem. Acz za chwilę zwinęła kartkę skrywając ją pod materiałem który czynił jej jako pas.

- No dobrze, kiedyś Ci za to podziękuję dobra kobieto. -

Niebieskookie dziewczę rozejrzało się dookoła przy czym ruszyła tam gdzie jest ujście z tego smrodliwego miasta, byleby jak najszybciej uciec z tego miejsca. Ruszyła pewnym krokiem znikając z oczu tubylczym mieszkańcom.

Z/T
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.12.2014, 12:49 przez Klara.)

05.12.2014, 00:34
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sieć ulic Południomostu
#53

Arvel dotarł do bram miasta Lothil. Dzielnica Południomostu napawała lękiem i zgrozą. Budowle postawione w nieładzie utrudniały poruszanie się po mieście a o ich estetyce nie warto było wspominać. Cała okolica był brudna, a ludzie w niej nie wyglądali na szczęśliwych. Więcej w niej było szczurów niż ludzi. Arvel skupił teraz się nieco bardziej na obserwacji otoczenia. Nie mógł sobie pozwolić na atak z zaskoczenia.-Każdy tutaj wygląda jakby chciał mi wbić sztylet w plecy. Muszę dostać się w jakąś lepszą dzielnicę. Najlepiej jak pójdę w głąb dzielnicy to końcu wyjdę do centrum... chyba -
Labirynt uliczek nie miał końca a Arvel był lekko poirytowany zaistniałą sytuacją. Gdy tylko zauważył szerszą uliczkę od razu w nią skręcił. Przypominała główną a przynajmniej była szersza od innych. Nieznośna woń atakowała nozdrza Arvel'a jednak starał się tym nie przejmować. Wiedział, że gdy tylko się stąd wydostanie będzie już raczej z górki. -Nie mogę tracić czasu na pogaduszki z ludźmi, nie w tym rejonie. Wszystko może być pułapką.-rozmyślał. Okoliczni mieszkańcy a raczej niedołężni walali się po ulicach. Cały rejon wyglądał jak piekło, jak apokalipsa pokazująca najgorszy możliwy scenariusz świata. Nie było także problemu z prostytutkami. Co drugą alejkę stała jedna, i czekała na klientów. Idąc dalej zauważył w bocznej alejce trupa. Arvel to nie ruszyło, zerknął tylko raz po czym szedł dalej nieprzerwanie. -To jest właśnie nasz świat, nikt mu nie pomógł. Był zdany sam sobie... Ludzka dola jest taka oczywista. Cały ten świat jest taki pusty, bezduszny. Mrok spowija całkowicie naszą erę...-
Nim minęło pół godziny Arvel zauważył zmieniającą się architekturę. To mogło oznaczać, że zmienia się dzielnica. Pozostało mu tylko wydostać się z padołu i ruszyć ku lepszej części miasta.
09.04.2016, 15:57
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sieć ulic Południomostu
#54

d czasu, kiedy ostatni raz byłem w stolicy Atarashii bardzo wiele rzeczy przeszło zmiany. Przede wszystkim ilość mieszkańców drastycznie wzrosła a co za tym idzie, ilość budynków i sieci ulic potrafiła wpędzić człowieka w kozi róg. Było to o tyle irytujące, że sam poczuwałem się zagubiony w naturalnym, miejskim labiryncie. Nie żebym się jakoś specjalnie dziwił tym faktem, bo to normalne, że ludzie grzmocą się po kątach i płodzą bachory, a ich bachory płodzą kolejne bachory. Taki już cykl życia, zwłaszcza w wśród biedoty. Mogłoby się wydawać, że to właśnie oni nie powinni wydawać na świat potomstwa skoro sami nie są w stanie godnie wyżyć, ale o ironio, rodziny szlacheckie zatrzymują się często na trójce dzieci a biedota potrafi płodzić po dziesięcioro dzieciaków. Nie rozumiem. Naprawdę nie rozumiem tego fenomenu. Da się przyjąć do wiadomości, że nie mają nic lepszego do roboty, ale kurwa... Chociaż róbcie to mniej zuchwale. Serio. To już n-ty raz, kiedy widzę dwa nagie ciała dybiące się niczym dwójka dojebanych królików na sex-głodzie. Ufff, czuję się wyjątkowo sfrustrowany tym faktem, ale nie ma tego złego. Może przejdę się do jakiegoś domu uciech i sam pozwolę sobie ulżyć. Brzmię jak hipokryta? Może troszkę, ale nie chodzi mi o sex sam w sobie, bo on jest zawsze dobry i potrzebny, a o brak szacunku do samego siebie. Można się pieprzyć, ale gdzieś ustronnie. Nie muszę oglądać jak dziadek z babką oddają się ostatniemu uniesieniu.
Przeprawa z peryferii Lothil przez pierwszą bramę, okolicę południomostu i tych wszystkich biedaków jest wyzwaniem samym w sobie. Jeszcze w czasach, gdy mieszkałem tutaj i szkoliłem się pod okiem Arcymagów, ludzie z biedniejszej strefy potrafili się wstrzymać, a teraz zero hamulców. No poza tą babcią i dziadkiem. Zawsze kiedy widywałem ich za młodu, puszczali mi oczko tak jakby chcieli być dla mnie mili. Wtedy odbierałem to za coś strasznego, ale dajcie wiarę, że mój umysł bardzo długo próbował pozbyć się z pamięci, nagiej babki, puszczającej oczko w moją stronę, kiedy dziad jeden posuwał ją z prędkością zaprawionego królika, wypruwając z siebie ostatnie tchnienie.

Brrr... Dość myślenia o tym ponurym widoku biedoty. Po dwóch godzinach plątania się między brudnymi, poniszczonymi budynkami, wreszcie natrafiłem na wyjście do strefy kupieckiej a dalej wieży Arcymagów, czyli mojego celu podróży. Ciekawiło mnie gdzie teraz jest Gemma, ale pal ją licho, da sobie radę. Ja także. Skoro potrafiłem znaleźć drogę, to i dalsza przeprawa nie będzie mi straszna.

Kroczyłem, ciągnąc za sobą Łatę a razem z nią Szczęściarza. Czułem wzrok ludzi skupiony na mnie. Czułem, że ktoś w gąszczy wścibskiej ciekawości rzuca mi spojrzenie pełne znajomości. Problem polegał jedynie na tym, że za cholerę nie byłem w stanie odszukać wzrokiem tej osoby. Uśmiechnąłem się z wolna, poczułem ekscytację na plecach. Tak jakby niewidzialna energia wstąpiła nagle w moje ciało. Spojrzenie z ponurego i nieustępliwego, zmieniło się w pełne optymizmu i radości, choć jeszcze cel przede mną. To trochę tak jakbym wracał do dawno niewidzianej rodziny. Byłem ciekawy jak wiele pozmieniało się u nich, co nowego słychać w Lothil, jakie nowe przygody mogliby opowiedzieć mi przy dobrym, miodowym dzbanku piwa. Wilk wyczuł we mnie zmianę nastroju i samoistnie poczuł się mniej spięty, jednak ciągle nastraszając uszu. Człapał obok mnie, a jego lekko brudne, białe futro "złagodniało". Wcześniej miałem wrażenie, że jest odrobinę nastroszone jakby z gęsiej skórki. Teraz wyraźnie poczuł spokój.
Weszliśmy na most. Nasze oczy ujrzały pierwsze bogatsze budynki, a atmosfera z ponurej zrobiła się bardziej zabawowa. Możliwe, że tego dnia organizowany był mały, wewnętrzny festiwal lub któryś z przybytków obchodzi własne święto. W każdym razie, ludzie w tej części dzielili się na dwa typy: tych uśmiechniętych, szczerych, życzliwych i tych ponurych, ciężko zabawnych, dwulicowców.

Po mojej lewej widniał bank z wielkim malowniczym szyldem przedstawiającym mieszek z monetami oraz ozdobnie wykonany napis "Bank Braci Reymont". Wyglądał zupełnie jakby najpierw został wygrawerowany w drewnie, a następnie pomalowany czarną farbą. Tuż przy wejściu stało dwóch strażników. W odróżnieniu od tych przy bramie do miasta, Ci byli obojętni na mnie, zaś ludzie którzy co rusz mijali się ze mną, wydawali się być bardzo otwarci i gościnni. Fenomen Lothil, gdyż można tutaj spotkać zachowania skrajnie odwrotne. Gdybym miał przyrównać do czegoś naszą stolicę, to byłaby to kobieta. Zmienna, humorystyczna, niebezpieczna, piękna.
Po prawej stronie ciągnął się bardzo długi budynek. Wyglądał na nowy, ale wiszący szyld przeczył temu stwierdzeniu. Karczma "Stara Rama". Jeden z najstarszych lokali w Lothil, trochę się powiększył od czasu, kiedy ostatni raz tutaj byłem. Wydawało mi się, że przechodzę obok części mieszkalnej karczmy, zaś wszystkie okna, które były w zasięgu mojego wzroku, zostały zasłonięte. Znajdowały się pod daszkiem, który z kolei tworzył przed oknami długi taras. Na jego końcu było wejście do Starej Ramy. W powietrzu już zacząłem wyczuwać fenomenalną pieczeń z dzika, która pobudzała moje ślinianki. Jak się okazuje, nie tylko moje, bo Szczęściarz ślinił się bardziej niż zawsze. Hehehe. Już zapomniałem, że ten lokal jako jedyny w mieście importował z Valen mięso z dzika. Ciekawe czy wciąż mają monopol na swoją pieczeń. Pewnie po tylu latach, przybyło konkurencji importującej z Valen tą samą zwierzynę.
- Zdaje się, że nie mam wyboru. - Powiedziałem do Szczęściarza unosząc z wolna kąciki ust. On wiedział co powiem, ja wiedziałem co powiem i... Jedynym problemem było to, że straciłem na chwilę język w gębie.

- Hej! Hatsu! Czy to ty?! To naprawdę Ty?! Nie ma mowy o  pomyłce! - Zabrzmiał jakiś ciepły, serdeczny, kobiecy i co ważniejsze, znajomy głos. Zamarłem na chwilę, bowiem od bardzo dawna nikt nie zwracał się do mnie po imieniu. Moja dawna tożsamość jest rzeczą bardzo drażliwą, owianą w tej chwili aurą tajemniczości. A wracając, niestety nie potrafiłem przypomnieć sobie, kto to mógł być, ale prawie natychmiast zlokalizowałem ją, odwracając głowę w prawo i unosząc ją delikatnie w górę.
Z drewnianego okna, wychylała się kobieta, mniej więcej mojego wieku może odrobinę młodsza. Miała na głowie bawełnianą chustę ozdobną, która związywała jej szatynowe włosy. Ciemne oczka i dziecinny uśmiech. Chciałem się odezwać, ale ona zrobiła kolejną rzecz, której się nie spodziewałem. Zgrabnie wyskoczyła przez okno, robiąc dwa kroki po dachu tarasu i skoczyła w moją stronę. Zasadniczo, to skoczyła na mnie, krzycząc żebym ją złapał. Moje podstawowe pytanie brzmi. Co jest, kurwa?
- Pieronie szalony! Allys to ty?! - Zawołałem łapiąc ją na ręce i okręcając dookoła żeby prędkość spadania rozłożyła się kręciołkiem. Objęła mnie i splotła dłonie za moim karkiem, wtulając się we mnie. Zatrzymaliśmy się, ale wciąż trzymałem ja na rękach. Łata na chwilę wydawała się być zainteresowana sytuacją, ale chwilę potem znowu olała moje życie, które było dla niej nudne. Wilk przynajmniej usiadł, oklapł uszy z politowania i spojrzał na kobietę, bacznie ją obserwując.
- Żaden pieron! Pewnie, że to ja! Co cię sprowadza do Lothil?! Tosz to dziesięć lat już będzie, prawda? No jak nie jak tak! Pewnie, że dziesięć! Ale żech się stęskniła za Twoją mordką Hatsu! - Wyjaśniła, nie bacząc na żadne konsekwencje. Tak. Allys była wyjątkową kobietą. Nawet ja chwilami potrafiłem się jej bać, bo była nieprzewidywalna a do tego jej szalony, gorący temperament zawsze w pewnym stopniu sprawiał, że wybaczałem jej kobiece neologizmy, których zwyczajny facet nie dałby rady znieść.
- Ally! Formalnie Hatsu nie istnieje. Zginął w Dravnul i tam teraz jest jego ciało, dlatego nigdy nie wspominaj o mnie na głos. Nadali mi nowe imię, Duriel i nim się posługuję. A tak swoją drogą... - Zacząłem obserwując jej kształty.
- No przyznam, że zrobiła się z ciebie seksowna kobieta. - Uśmiechnąłem się niczym rodowity diabełek, spoglądając w jej oczy.
- Duriel? Ha! Kto Ci takie głupie imię nadał? Ja ci coś wymyślę. Leopacy? Chcesz być Leopacy? Albo Knurek, haha. Dobra dość żartów. - Wyjaśniła poważniejąc. Na chwilę nie wiedziałem co się dzieje. Moje zmysły krzyczały, że zaraz mnie zaatakuje. Przybliżyła się do mnie, objęła rękami moją rękę, umieszczając ją między swoim bujnym biustem. Uśmiechnęła się podejrzanie, patrząc na mnie bardzo drapieżnie.
- To co? Pieczeń z dzika jak za dawnych dobrych czasów? - Zapytała, a ja prawie wybuchłem śmiechem. Dawniej planowaliśmy jak ukraść pieczeń, kiedy nie mieliśmy pieniędzy żeby stołować się w tak ekskluzywnej karczmie. No i raz nam się udało. Daimon zrugał mnie okropecznie, ale całą przygodę pamiętam do dzisiaj bardzo miło.
- Wiesz, dzisiaj to możemy wziąć dwie pieczenie. Jedną dla nas i jedną dla tego tam siedzącego wilka. Poznaj, to jest Szczęściarz. Głodomor, mój przyjaciel.
- Dwie pieczenie, jedna dla nas? Jedno łóżko też nam wystarczy. - Oznajmiła szyderczo, ciągnąc temat dalej.
- Pracuję w Starej Ramie od trzech lat. Mam tutaj swój pokoik a i pieczeń mogę nam przynieść bez potrzeby płacenia. Co ty na to? Jedyna opłata, to wspominanie starych czasów w moim pokoju i trochę czułości. - Mówiąc to, zrobiła bardzo uroczy wyraz twarzy, na którym malował się równie uroczy i niewinny uśmiech. Kurcze, bardzo lubiłem ją w tamtych czasach. Byliśmy nieformalną parą, ale ja miałem własne cele, misje i życie. Nie mogłem zostać w Lothil chociażby ze względu na dumę i dumę Tooru. Allys była bliską przyjaciółką mojej siostry Ivii, dlatego miałem wielką nadzieję, że powie mi coś o niej więcej później. Może plotka o tym, że zginęła nie była prawdziwa? Byłym rad, ale jeśli umarła chciałbym mieć potwierdzenie.
Kiwnąłem głową na znak, że się zgadzam. Przed tym jednak musiałem gdzieś zostawić swojego wierzchowca i znaleźć dogodne miejsce dla Szczęściarza, bo niestety nie mógł wejść do karczmy. Poszliśmy więc standardowo na tył przybytku, gdzie znajdowała się prywatna stajnia. Allys opowiedziała mi, że każdy kto jest wyżej w Starej Ramie, posiada na wyłączność kawałek stajni. Ona nie posiada własnego konia, ani nie umie na nim jeździć dlatego nic w jej miejscu nie stało. Zostawiliśmy tam Łatę, przynieśliśmy wody ze studni, który była kilka kroków przed stajenką. Przynieśliśmy trochę siana z którego powstało prowizoryczne legowisko dla wilka, a także trochę jedzenia Łacie. Zerknąłem na Szczęściarza i poleciłem mu pilnować naszej Łaciatej towarzyszki. Kiedy zajmowałem się wszystkim co było przy mnie, Allys udała się do kuchni i wróciła z jedną pieczenią dla mojego futrzatego przyjaciela. Myślałem, że będzie miał mi za złe spanie jak zwykle z kobietą, ale ten tylko pomachał ogonem i pełen szczęścia zaczął pałaszować ciepłą strawę. Uśmiechnąłem się bardzo szczerze i życzliwie, nie tak jak do Gemmy, bo z nią wiązała mnie jeszcze dziwna relacja, ale w taki sposób w jaki można powitać dawną kochankę.
Wyszliśmy ze stajni i udaliśmy się do drzwi za karczmą. Kiedy się zamknęły, ogarnęła mnie ciemność. A chwilę potem poczułem na sobie usta Allys. Pocałowała mnie, wtulając się. Miałem wrażenie, że przez krótką chwilę trzęsła się, ale w następnym momencie pojawiło się światło. Wskazując palcem w górę, tworzyła świetlistą kulkę. Odsunęła się na chwilę ode mnie i powiedziała zadowolona.
- Brakowało mi tego, ale brakuje mi też kilku innych rzeczy. A tak poza tym, nauczyłam się wreszcie używać magii! Norn pokazywał mi jak manipulować energią i wydobywać ją z siebie. Teraz jestem pełnoprawną akolitką! Chodź, bo nasza pieczeń wystygnie! - Zawołała swoim dziecinnym, pełnym radości głosem.
Weszliśmy do jej pokoju. Nie był specjalnie duży, ale znajdował się na poddaszu i był dostatecznie wyposażony a także miał dostatecznie dużo miejsca. Duże łóżko a obok niego stoliczek z jednym krzesłem i szafa po drugiej stronie. Widać było także całkiem ładną, ozdobną komodę, na której stało wiele różnych rzeczy: flakoniki, biżuteria i tak dalej. Musiałą być dość majętna na swojej pozycji, skoro mogła pozwolić sobie na takie luksusy.
Usiadłem na krześle, zdjąłem uzbrojenie i postawiłem je po przeciwnej stronie łóżka. Miałem teraz na sobie tylko białą linianą koszulę, oraz skórzane spodnie oraz buty. Podwinąłem rękawy. Moje dłonie były brudne. Zniesmaczyłem się tym faktem, ale Ally widziała jaki malowałem wyraz twarzy. Usiadła na moich kolanach, przynosząc dwa lampiony wina i sięgnęła po srebrne sztućce, krojąc oraz nabijając kawałek dziczyzny na widelec.
- Pozwól się nakarmić, potem pokażę Ci gdzie możesz wziąć kąpiel. - Wyjaśniła. Kiwnąłem głową na znak swojej aprobaty. Otwarłem usta, a w tym momencie zabrała widelec i sama zjadła kawałek.
- Zołza z ciebie Allys. - Rzuciłem skonfundowany.
- Oj tam zołza, ale twoja. Masz, ten jest dla ciebie. - Powiedziała, nakładając kolejny kawałek i podając mi go do zjedzenia. W ten sposób oboje jedliśmy i rozmawialiśmy o starych dobrych czasach. Opowiedziałem jej jak spotkałem Szczęściarza, o tym ile było problemów w Dravnul, jak bardzo napięta atmosfera tam panuje oraz o wyczuwalnej w powietrzu wojnie. Ponad to powiedziałem o Gemmie, którą poznałem w tamtejszej karczmie a potem naszych dalszych podróżach. Śmiała się ze mnie, że zawsze miałem dziwne szczęście w nieszczęściu. A teraz? Nawet ona dojrzała tu i ówdzie. Nie da się zaprzeczyć, że ma bardzo jędrne ciało i kobiece kształty. W dodatku nauczyła się wreszcie magii! Za czasów, kiedy mieszkałem w Lothil razem z Vanarim, Nornem i Daimonem, Allys próbowała nauczyć się magii, ale była w tym strasznie słaba, za to nieźle radziła sobie w walce sztyletami. Była zwinna i gibka, do tego całkiem akrobatyczna, ale ostatnie dzięki mnie. Mimo to marzyła jak moje rodzeństwo o tym żeby nauczyć się używania magii. Próbowała i próbowała, ale nie wychodziło jej. Pewnego dnia Norn pokazał jej jak tworzyć świetliste kule. Nie była to bardzo wymagająca magia, ale Allys potrafiła jedynie tworzyć jednosekundowe rozbłyski. Teraz podobno potrafi znacznie więcej, ale nie chciała opowiedzieć mi czegoś więcej, za to przeszła do pytania o mnie i moją smoczą moc. Jako jedyna z bliskich mi osób w tamtym okresie, wiedziała o mnie i smoczym kamieniu dusz. Arcymagów nie liczę. A ja, jak ja. Pokazałem jej przechodzące dookoła mojej dłoni błyskawice. Była wyraźnie podekscytowana tym co zobaczyła. Od kiedy sięgam pamięcią miała bzika na punkcie magii.
- Allys, wiesz co się stało z moją siostrą Ivią? - Zapytałem po jakimś czasie, ale Ally smutno westchnęła, że zginęła na statku płynącym do Teolii. Miała tam jakąś misję, ale nic więcej nie wie. Nie dostała znaku życia od Ivki, od kiedy doszły ją słuchy o zatonięciu Morskiego Szakala. Posmutniałem, bo gdzieś we mnie żyły resztki nadziei, że mogła przeżyć.
Spojrzała w moje oczy, przykładając policzek do mojego policzka. Nie mówiła nic więcej, ani ona, ani ja. Każde z nas przeżyło śmierć Ivii, ale obecnie przeżywałem ją ponownie. Nadzieja umarła. Ilekroć głośniej wzdychałem, ona mocniej wtulała się i wtulała jak jakby czuła bijące bezpieczeństwo. Miałem także nadzieję, że coś jest nie tak, ale nie chciałem wyciągać od niej informacje na siłę. Zapytam potem. Ona zaś odsunęła się ode mnie i usiadła okrakiem na moich nogach, zaplatając dłonie za karkiem.
- Chcesz wziąć kąpiel? A może chciałbyś, umyć moje piersi? - Zadała pytanie, na które odpowiedź w obu przypadkach brzmiała "tak". Wstaliśmy od stolika i ruszyliśmy do wyjścia. Obok drzwi stała kotara, której wcześniej nie zauważyłem. Za nią był drzwi do kolejnego pomieszczenia. Było niewiele mniejsze od pokoju Ally, na środku stała metalowa wanienka. A przy niej różne olejki. Karczemna łaźnia miała niezwykły aromat, który o dziwo nie wydostawał się na zewnątrz.
Poczułem dłonie na swoim torsie, które zaczęły rozpinać moją koszulę, ja zaś zrobiłem to samo z odzieniem swojej dawnej kochanki. Rozebraliśmy się do naga. Wzięła olejek fiołkowy i zaczęła wcierać go w moje i swoje ciało, bardzo intensywnie. Wszystkie blizny, które miałem, zdawały się odpoczywać pod delikatnymi dłońmi Allys. Zapytała mnie o blizny, wróciłem więc do historii z wilkiem, a ona tylko odpowiedziała "biedaku mój". Kiedy oboje byliśmy przygotowani, a woda została podgrzana, weszliśmy do wanienki. Usiadła na mnie, polewając mnie wodą, ja zaś pieściłem jej piersi, pozbywając się zbytniej ilości olejku. Myłem i myłem. Myłem i myłem. Myłem i myłem. Myłem i myłem aż poirytowana zapytała czy skończyłem się bawić. Nie skończyłem, ale co tam. Chwyciłem ją mocniej za pierś, a ona uśmiechając się, zaczęła unosić się do góry i w dół, cicho pojękując. Gładziłem jej plecy, ramiona, brzuch, piersi, przyprawiając ją o gęsią skórkę, a ona bawiła się w najlepsze pojękując nieznacznie głośniej. Było mi dobrze. Seks trwał dobre dwie godziny i skończył się tylko dlatego, że woda wystygła. Wróciliśmy do jej pokoju. Zamknęła drzwi na klucz, popychając mnie na łóżko.
- Nie będziesz mieć problemów jeśli tak długo cię nie będzie na dole w karczmie? - Zapytałem zaciekawiony.
- Dzisiaj moimi jedynymi obowiązkami było posprzątanie pokoi, a to zrobiłam, poza jednym pokojem. Nikt się nie będzie czepiał jeśli sprowadzę sobie ukochanego mężczyznę do łóżka co? Zresztą nie będą mi mówić jak mam postępować. Chcę cię tutaj, teraz. Tak jak kiedyś. - Wyjaśniła, nie wchodząc w dalsze wyjaśnienia. Podeszła do mnie wolnym, uwodzicielskim krokiem, zniżyła się do jego poziomu i zaczęła sprawiać mi przyjemność pieszczotami. Po pewnym czasie zamieniliśmy się, by ostatecznie wrócić do pełnej żaru bliskości.

Nadszedł wieczór. Chciałem zobaczyć się z Arcymagami, ale nieoczekiwane spotkanie ze starą kochanką i niespełnioną miłością, było równie ciekawym wydarzeniem. Nie wychodziłem. Zostałem z nią do końca. Bawiliśmy się ze sobą bardzo długo, bez słów. Ona pojękiwała, ja oddawałem się przyjemności. Nasze ciała tańczył w świetle świetlistych kulek, które rozstawiła po pokoju.

W nocy położyła dłoń na moim torsie, kiedy było po wszystkim.
- Ej... Zostaniesz ze mną na zawsze? Nie opuścisz mnie już więcej, prawda? - Zapytała głosem, który nasączony był goryczą, smutkiem i wątpliwościami. Czułem jak serce zaczęło jej szybciej bić.
- Nie zostawię Cię Ally. Wróciłem. - Rzekłem mając w głowie wspomnienie o Angafei z Greathardu, innej kochance, która pojawiła się na mojej drodze niespodziewanie ratując życie moje i Szczęściarza.
- Nie chcę znów stracić kogoś bliskiego. Jesteś moją jedyna rodziną Hatsu... - Wyjaśniła, a w jej głosie wyczułem coś niezwykłego. Była to ziejąca śmiercią samotność, w którą ponownie została wrzucona Ally.
- Nie zostawię. Jestem tu i będę, ale musisz pamiętać, że będę musiał czasem wyruszyć w drogę i załatwić pewne sprawy. Nie dam się łatwo zabić, a jeśli ty będziesz chciała stworzyć ze mną rodzinę, to tym bardziej zostanę tutaj dla ciebie. - Wytłumaczyłem troskliwie.
- Głupku... My już jesteśmy rodziną. - Odpowiedziała, a ja wiedziałem, że nie muszę nic więcej dodawać.

Rankiem, zacząłem się ubierać i szykować do wyjścia. Poranne ćwiczenia i szybkie przemycie twarzy, bródki i dłoni. Ubrałem się, kiedy ona spała. Wyglądała uroczo w tej swojej niewinnej i bezbronnej sennej wersji. Kto by pomyślał, że Allys potrafi taka być. Zmieniła się przez ten czas. Usiadłem obok niej, ucałowałem ją w czoło, a ona przekręciła się z uśmiechem, obejmując mnie i całując w usta.
- Więc idziesz już? - Zapytała. Tak naprawdę nie oczekiwała na odpowiedź "tak idę", chciała wiedzieć kiedy wrócę.
- Chcę spotkać się z Arcymagami, muszę także załatwić sprawy z Dravnul i uzyskać pozwolenie na założenie oficjalnej gildii magicznej. Chcę stworzyć grupę ludzie, która będzie broniła Lothil pod jednym szyldem, jednym hasłem i jedną ideą. Oficjalnie jej nie ma, ale nieoficjalnie jest. Saberwolf. - Kończąc, pogładziłem jej włosy, a potem wyszedłem. Łata zebrała się od razu, kiedy mnie zobaczyła, zaś Szczęściarz drzemał sobie rzucając mi wymowną wiadomość "jeszcze pięć minut". Ruszyliśmy dalej. Do wieży Arcymagów. Czas na spotkanie pierwsze od wielu, wielu lat. Wziąłem Łatę za uzdę i resztę ekwipażu załadowanego na wierzchowca. Byliśmy w drodze do zamku, lada moment i dopniemy naszego celu.

Gracz opuścił wątek


DURIEL THEME SONG
Łaskawość nie jest narzędziem Sprawiedliwego Boga.
Prawdziwego Grzechu nie da się odpokutować.






09.10.2016, 18:35
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sieć ulic Południomostu
#55

Kiedy doszli do mostu południowego ich oczom ukazała sieć ulic wokół których wyrastały zniszczone budynki czy też wszelkiego rodzaju rudery. Widać było że to dzielnica biedoty i miejsce cieszące się złą sławą.
Sotyh widząc ten widok gwizdnął cicho przez zęby. Co prawda wielkiego wrażenia na nim to nie wywarło gdyż niejeden raz lądował w różnorakich mordowniach czy innych dzielnicach biedoty ale mimo wszystko widok imponujący w negatywnym słowa znaczeniu.
Zagłębiając się między uliczki rozglądali się wokoło.
- No dobra. Wie może ktoś gdzie znajduje się dom numer trzydziesty siódmy? Albo raczej rudera trzydziesta siódma?- zapytał zaciekawiony ponieważ w tej sieci ulic zaskoczeniem by było jakby ktokolwiek numerował jakiekolwiek budynki. Okolica była niezbyt ciekawa toteż by zająć czymś dłonie zaczął bawić się jednym ze swoich noży do rzucania wyjętych z pasa na plecach.


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






19.12.2016, 12:35
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sieć ulic Południomostu
#56

Dziewczyna rozglądała się po zaniedbanych uliczkach wytężając wzrok. Czuła się trochę jak na polowaniu. Tyle że zamiast przechadzać się pomiędzy drzewami szła zapyziałymi brudnymi uliczkami. Okoliczne budynki sprawiały wrażenie bardzo niestabilnych.
- Za ładnie to tu nie jest. I myślałby kto, że to nadal ta sławna stolyca. - Odrzekła do Sotha dość niepewnym głosem. Zwykle starała się unikać takich miejsc. Teraz jednak znalazła się tu poniekąd z własnej woli. No i trzeba było to jakoś przetrwać. Sprawdziła przy boku czy bolas jest na swoim miejscu. W razie co mogła szybko zareagować szybko sięgając po niego i rzucić w agresora by spętać go albo połamać mu nogi. Kuszy nie chciała brać do ręki, bo mogło być to tutaj uznane za przejaw prowokacji.
- Wiemy gdzie to miejsce jest? - Zapytała Gavetha.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.12.2016, 22:16 przez Sabetha.)

22.12.2016, 12:19
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sieć ulic Południomostu
#57

Jaszczur szedł pewnym krokiem, twardą stąpając po ziemi. Mocno uderzał swymi grubymi butami o ulicę, na tyle głośno, że mógł zwracać uwagę wszystkich osób dookoła. Przyzwyczajenia z dziczy, albo stąpasz pewnie, ale spadasz z gałęzi i lądujesz w łajnie jakiejś chędożonej sarny, która akurat postanowiła sobie nasrać na zieloną trawkę. Oznaczało to, że był w tej chwili wyjątkowo ostrożny. Gdy przybył do Lothil słyszał to i owo na temat tej dzielnicy. Ponoć tutaj trupy się po ulicach snują, a ludzie jakby wredniejsi, niż normalnie. Co wydawało się abstrakcją, bo zwykle lud i tak skakał sobie do gardeł, nawet o monetę o najmniejszym nominale. Cóż, takie uroki miastowej ciemnoty, która widzi tylko materialną część swego życia.
- No ja to wiem tyle, że tutaj to ponoć chujnia z grzybnią i bida jest, bo tyle to żem słyszał jakżem tu przybył Nic wincyj mi nie wiadomo. - odrzekł na pytanie Sotha, ściszając głos. W końcu był już w Południomoście, tutaj lepiej trzymać mordę cicho. Bacznie rozglądał się dookoła, przy okazji łypiąc dociekliwym wzrokiem na Gavetha. Interesowało go, czy drab będzie wiedział cokolwiek więcej od reszty na temat tej dzielnicy. I przede wszystkim - gdzie do kurwy nędzy mieszka ta szmata i niszczycielka sklepów Lambadabalavalalinenalin.








25.12.2016, 22:30
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sieć ulic Południomostu
#58

MG


Bieda wylewała się stąd chyba na każdej możliwej płaszczyźnie. Budynki wyraźnie zaniedbane, zniszczone, wołające o renowację albo wyburzenie. Zapach tego miejsca... Hm, chyba nawet odór z paszczy Jaszczura nie był tak odrażający. Fekalia przy drzwiach niektórych ruder powinny mieć zielono-brązowe dymki nad sobą. Do tego część ludzi siedziała pod drzwiami lub ich prowizorycznymi odpowiednikami, wychudzeni, nieobecni wzrokiem. Rzeczywiście, to miejsce nie było najprzyjemniejsze.
Gaveth rozejrzał się, szukając czegoś co mogłoby naprowadzić towarzystwo na ich cel podróży.
- Myślę, że powinniśmy iść przed siebie, aż znajdziemy coś co podpowie nam gdzie jesteśmy. Nie mam pojęcia dokąd powinniśmy podążać. - Jak powiedział, tak też zrobił.
Kilkanaście metrów dalej stał dom z kamiennymi filarami, a nad drzwiami na metalowym drążki wisiała drewniana tabliczka z wyrytym "S".
25.12.2016, 23:48
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sieć ulic Południomostu
#59

Trzeba było powiedzieć że okolica nie zdawała się za ciekawa. Sothowi coraz częściej zdarzało się że przybierał poważną minę a jego spojrzenie starało się być wnikliwe choć w jego przypadku trudno było to osiągnąć gdyż alkohol w jego organizmie wciąż robił swoje. W efekcie im częściej łowca starał być poważny i ostrożny tym częściej się potykał, wpadał na towarzyszy a i głośniej mówić mu się zdarzało.
Kiedy Gaveth potwierdził przypuszczenia wszystkich jak powinni się zachować uniósł nieco brew i spojrzał na niego z ukosa.
- Mieszkaniec Lothil a nie zna obowiązującej tu normy numeracyjnej?- zapytał z przekąsem. Nie żeby to było złośliwe, nie chciał swymi słowami wzbudzić kłótni ale tak jakoś wyszło że musiał się przyczepić. Choć też mógł się mylić, Gaveth nie musiał być rodowitym mieszkańcem Lothil tylko przez jakiś czas tu pomieszkiwał mając na tyle funduszy by móc kupić domek dla swego rodzeństwa czyli zaginionej siostry.
Gaveth w zasadzie powiedział rozsądną propozycję i w zasadzie chyba każdy by na nią przystał w tej sytuacji.
Widząc dom w oddali Soth postanowił zbliżyć się w jego stronę. Filary mogły sugerować że to budynek bardziej urzędowy niż mieszkalny. Podchodząc bliżej ujrzał tabliczkę a na niej widniała litera S.
- Ej!...- zakrzyknął w ich stronę. W tym momencie alkohol włączył u niego tryb cichego krzykacza, w sensie myślał że cicho mówi ale w efekcie krzyczał.- To chyba budynek straży. Albo stajnia. Sralnia. Szczalnia.- głośno wypowiadał swe przypuszczenia. W tej chwili nie zachowywał żadnych pozorów bezpieczeństwa poza tym że trzymał w dłoni nóż do rzucania. Wypowiadając ostatnie słowo spojrzał na Gavetha.- Musiałeś coś wiedzieć o tym budynku skoro mnie do niego wysyłałeś.- dokończył tym razem już nieco ciszej.


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






26.12.2016, 19:21
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Sieć ulic Południomostu
#60

Odpowiedź Gavetha trochę ją zdziwiła. Mieli iść na ślepo. Ładnie podsumował go Soth. Uśmiechnęła się pod nosem słysząc słowa łowcy o tym że Gaveth nie zna numeracji budynków w dzielnicy. Najwyraźniej nie rozpoznał miejsca wcześniej działając pod wpływem chwili.
Sabetha rozglądała się w koło uważnie. Ludzie siedzący na progach domów nie zdawali się groźni, ale również nie wyglądali zachęcająco by zapytać ich gdzie jest miejsce do którego mieli dotrzeć. Dodatkowo wszechobecny smród sprawiał że musiała robić płytsze wdechy inaczej mogłaby zwrócić zawartość żołądka mimo iż było tego niewiele.

Gdy Soth skupił swą uwagę na budynku na którym była tabliczka z literą S i zaczął domniemywać co tu mogło być.
- A może skarbiec? - Zaśmiała się cicho podchodząc do towarzysza i wpatrywała się w fasadę budynku.  Na tle rozwalających się innych budynków w okolicy ten zdawał się z frontu wyglądać dość porządnie. Kolumny nawet stały całe. - Znając jednak twoje szczęście to może być równie dobrze i s-peluna. - Zażartowała znając Sothową zdolność do wydawania ogromnych sum pieniędzy na alkohol zamiast cokolwiek z zarobionych smoków zainwestować i mieć jakiś zysk na przyszłość.
28.12.2016, 17:25
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja bez grafiki