Atarashii




Posiadłość lady Tamplin
#61

Pierwsze godziny po rozmowie z Adalynn Metheor spędził spokojnie, zupełnie tak, jakby nic się nie stało. Postanowił wykorzystać ten czas na odpoczynek i ułożenie myśli. Nie musiał już chodzić za Desdemoną, aczkolwiek atmosfera, która zapanowała w posiadłości, skutecznie dobijała go niemniej niż nieprzerwany deszcz bębniący o szyby. Jednakże, swoistą melancholię i nudę Meth przywitał z pewną ulgą, ale i przyjaźnią. To mógł być ostatni raz, kiedy odczuwał coś takiego. Teraz nawet smród gówna byłby dla niego najwspanialszym zapachem, bowiem odczuwalnym ostatni raz w życiu. A więc tak się czują skazańcy, myślał, jestem skazany na śmierć, przysługuje mi ostatni posiłek, ostatnie słowa, różnica polega tylko na tym, że mój kat może stać się moją ofiarą. Brakowało mu rozmów. Nie potrafił przewidzieć przyszłości, zasnuta była czarną mgłą śmierci, niepewności i tajemniczości. Nawet służba, z którą od czasu do czasu lubił pogawędzić, którą traktował jak ludzi, a nie niewolników, unikała go. Było to niesprawiedliwe, ale zrozumiałe, potrzebował tylko jakiegoś oparcia. Otrzymał je tylko od krzesła, a następnie łóżka, na którym ostatecznie spoczął wpatrując się w sufit i wzdychając co chwilę bez powodu. Raz na jakiś czas schodził do kuchni, podjadając, najczęściej samemu szykując sobie coś do jedzenia. Stracił ochotę na kąpiel. Nawet rozmawiając z kapitanem straży miejskiej nie odczuwał żadnych palących uczuć, choć dokładnie odtworzył wydarzenia, przeżył je raz jeszcze. Tym razem wspomnienia poirytowały go tylko, nie wiedział jakie wnioski wyciągnąć z zaistniałych sytuacji, jakie doświadczenia zdobył i jaka jest ich wartość. Po raz pierwszy nie był sobą.
Położył się spać wcześniej, zasnął szybko. Pogoda umilała sen, otworzył nawet okno i szczelnie otulił się kołderką. Jedna z niewielu przyjemności, na które w życiu mógł sobie pozwolić. Nie stracił jednak czujności, przez co nawet śpiąc był nieco spięty i nie mógł się całkowicie zrelaksować, ale i tak czerpał przyjemność z chwilowego urlopu. Czuł się wolny, jednakże nie wiedział co z tą wolnością zrobić.
Następnego ranka przebrał się w swoje dawne ubranie. Ruchy miał powolne, a myśli gdzieś odleciały, czego akurat nie żałował. Kilkanaście minut beznamiętnie wpatrywał się w lustro. Nie wiedział, co przyniesie dzisiejszy dzień, jednakże nie mógł czekać. Nastał czas na kontratak i im dłużej Metheor o tym myślał, tym bardziej chciał uciec jak najdalej stąd, odciąć się od całej sprawy z organizacją mordującą szamanów. Nie potrafił jednak, nawet nie mógł, miał swój honor i, choć trudno w to uwierzyć, sumienie, które już spętało go grubymi kajdanami.
Jeśli przyprowadzono do niego dziwnego gościa, odruchowo spiął się, niemal przyjął bojową pozycję; każda inna dusza była dla niego teraz zagrożeniem, jego ciało i umysł reagowały same z siebie, natychmiastowo, kierowane bardziej strachem. Dłoń mocniej zaciśnie na drzewcu włóczni, z którą nie rozstawał się nawet podczas snu, kiedy druga ręka powędruje na klatkę piersiową, na ukryte pod ubraniem medaliony. Metheor będzie starał się wywnioskować po nieznajomym jak najwięcej, po grymasach jego twarzy, ruchach, ilości many jeśli zdoła. Stanowczo, ukrywając niepewność, nakaże mu mówić, wyostrzając swoje zmysły do maximum.
16.05.2015, 10:52
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Posiadłość lady Tamplin
#62

Kiedy Metheor przebrał się, aby spędzić następne długie chwile naprzeciwko swego lustrzanego odbicia, poczuł na łydce, jak coś otarło się o niego. Było to miłe odczucie. U jego stóp kręcił się kot, z góry wyglądający na zapasionego. Sierść miał biało-szarą w plamki, skołtunioną, z pewnością pełną robactwa. Spoglądał na mężczyznę wielkimi, zielonymi oczami podchodzącymi w odcień szarości, miaucząc, jakby szukając aprobaty dla jego obecności w tym miejscu. Gdyby mu się bliżej przyjrzeć, to okaże się, że to kotka, która, być może, w ciągu kilku dni wyda swoje maleństwa na świat. Za prawym uchem miała zakrzepły ślad po rance zlepiające futerko. Zwierzątko musiało dostać się w nocy przez otwarte okno uciekając przed burzą. Do tej pory siedziało cicho, lecz natarczywe trącenia łapką o łydkę Metheora i miauczenie, przywodziło na myśl, że głód wypędził ją z kryjówki, nakazując ujawnienie się.
Rozległo się grzeczne pukanie, po którym nastąpiło raptowne wejście do pokoju przy wtórze zaskoczonego okrzyku jednej ze służących. Kotka czmychnęła pod łóżko, czujnie obserwując obcych.
- Panie Metheorze, ten pan nalegał - zaczęła wyjaśniać zmieszana, zbyt piskliwym tonem głosu kobieta. - Podobno wie, gdzie jest Desdemona. Kazał natychmiast zaprowadzić do pana...
- Nie podobno, tylko na pewno! - zakrzyknął tubalnie duch staruszka zakutego w zbroję. Rozglądał się po pokoju, jakby oczekiwał wyskoczenia zza zasłon skrytobójcy. Wydawał się rozgorączkowany. Dopiero po paru chwilach jego wzrok spoczął na Metheorze, kiedy zadał stanowcze pytanie. Od razu podszedł i przywitał się, chwytając bez ostrzeżenia jego dłoń położoną na piersi i potrząsając. Nie zważał zupełnie na wyczuwalny dystans.- Jestem towarzyszem Desdemony. Służę jej jako dusza. Nazywam się sir Gregoire Debre. Panienka nakazała pośpieszyć do pana, naraża swoje życie, utrzymując mnie tutaj. Niechże pan pakuje się, nakaże służbie osiodłać konie i ruszajmy! Zaprowadzę do niej. Panienka mówiła, że pan pomoże, a ja gnałem co tchu w tym rzęsistym deszczu!
Duch wydawał się mówić prawdę, właściwie nie zdradzał się niczym podejrzanym prócz ekspresyjnym, emocjonalnym zachowaniem. Służąca stała z tyłu przy drzwiach nie wiedząc co robić z niezapowiedzianym gościem. Po jej minie można było dojść do wniosku, że uważa go za wariata. Ostatecznie zdecydowała się czekać na polecenie szamana.
16.05.2015, 19:47
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Posiadłość lady Tamplin
#63

Meth uśmiechnął się, kiedy zauważył ciężarną kotkę. Lubił te zwierzęta, miał z nimi więcej wspólnego niż z jakimkolwiek innymi. Nawet ludźmi. Był wybredny, nieufny, chodził własnymi ścieżkami, a mimo bycia obdartusem bez grosza, zachowywał godność i niemal szlachecką powagę w każdej sytuacji. Dlatego lubił koty i współczuł ich losowi, wiedząc, jak ciężko być wędrowcem bez dachu nad głową, bez kogoś, kto się zaopiekuje w razie potrzeby. Kotka, w dodatku, nosiła młode. Cud natury, za co Meth uważał każde narodziny bez względu na rasę. Powstanie życia, tak bliskiego śmierci. Lady Tamplin umarła, lecz bezdomna kotka wyda na świat życie. Równowaga została zachowana. Natura nie zna podziału.
- Zaraz coś wymyślimy - powiedział do zwierzątka, głaszcząc je.
Cisza i spokój zostały zakłócone przez wejście pokojówki oraz rycerza-ducha. Meth starał się nie okazywać po sobie lekkiego zdenerwowania, o braku ufności nie wspominając. Bo nie uwierzył w żadne słowo wysłannika Desdemony. Może było to błędem, a może nie, lecz w tej sytuacji nie miał zamiaru ryzykować. Jego umysł zadziałał błyskawicznie, zimna krew krążyła w żyłach, a spokojny głos rozbrzmiał w pomieszczeniu.
- Bardzo proszę nakazać osiodłać konie - rzekł Meth w stronę pokojówki. - Oraz zaopiekować się moją małą przyjaciółką, obecnie kryjącą się pod łóżkiem. Opatrzcie jej rany, nakarmcie i napoicie, przygotujcie wygodny kącik.
Teraz Szaman zwrócił się w stronę ducha. Zrobił krok do tyłu, choć twarz nie wyrażała wrogich intencji, jedynie zaciekawienie. Desdemonie udało się spętać rycerza... ale nie, nie mógł teraz o tym myśleć. Chwilowo był wybawicielem, bohaterem, łowcą, a nie badaczem dusz. Rozpoczął się wyścig z czasem, sytuacja nagliła. A słowa ducha wciąż wydawały mu się mocno podejrzane.
- Dziękuję za przybycie, Sir Debre, jednakże nie mamy czasu na wspólną przejażdżkę, możecie zniknąć w każdej chwili. Powiedzcie proszę, dzielny rycerzu, gdzie przetrzymywana jest Desdemona, kto ją przetrzymuje, ilu ich jest oraz jakimi mocami dysponują. Może pamiętacie imiona? Dokładne lokacje? Jakieś ważne słowa? Byle szybko - powiedział uprzejmie, aczkolwiek stanowczo, nie mając zamiaru ruszyć się nawet o centymetr.
Na wszelki wypadek, Metheor przygotowuje się do uwolnienia many, wlania jej w medalion i natychmiastowego przywołania Jelajela. Dodatkowo dokładniej obserwuje mimikę twarzy i dłonie rozmówcy.
31.08.2015, 12:42
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Posiadłość lady Tamplin
#64

Pokojówka dygnęła nerwowo, przyjmując polecenie szamana i zaraz potem wychodząc z pomieszczenia. Kotka pozostała w swoim miejscu, miaucząc cicho, z przerwami, kiedy ciekawskimi oczkami spoglądała z dołu na zakutą w brudną zbroję postać. Cofnęła się jeszcze bardziej w cień, jakby instynktownie wyczuwając, że ma do czynienia z czymś nienaturalnym.
Rozgorączkowany duch spoglądał na Metheora tak, jakby nie do końca rozumiał, iż jest w jego oczach niewiarygodny. Ba!, zapewne nawet nie przyszło mu to na myśl. Rozłożył bezradnie ręce. Minęła dłuższa chwila zanim wydobył z siebie głos.
- Było zamieszanie. Panicz Michael też tam był. Była kłótnia pomiędzy mężczyznami. Było ich trzech. Panicz Michael był umówiony z nimi poza miastem. Wściekł się o coś, nie słyszałem na co, bo padał rzęsisty deszcz, a moja panienka chciała jak najszybciej wezwać pomoc. Doszło do rękoczynów. Nie wiedzieli, że miała ukryty jeden medalion. Chciałem jej pomóc, ale ona błagała bym przybył po pana. Szybko ruszyłem, życie panienki Desdemony jest na szali!
Rozejrzał się bezradnie po pokoju, jakby w poszukiwaniu czegokolwiek, co pomogłoby w rozmowie z szamanem.
- Nic więcej nie wiem! Oni zmierzali dokądś. Należę do panienki, jest między nami więź. Wyczujemy się nawzajem. Mogę ją odnaleźć, ale potrzebuję kogoś, kto poradzi sobie z napastnikami. Nie mogę ot tak zniknąć! Zobowiązałem się! Mam honor! Panience nie może stać się krzywda - wykrzykiwał w dalszym ciągu rycerz.
- On mówi prawdę, Metheorze - odezwał się cichy głos lady Tamplin, która zjawiła się obok badacza. - Sir Gregoire Debre nigdy by nie zdradził. Dziewczyna straci wiele sił na przywołaniu, oby nie wszystkie.
Duch staruszka osłupiał, patrząc na nieboszczkę. Przerażenie odmalowało się na jego twarzy. Rzucił się na klęczki, zmawiając żarliwie modlitwę.
- A więc to prawda! To straszne! Potworne. Moja lady, jak się czujesz? Czy... bardzo cierpiałaś?
- Nie, umarłam zanim zrozumiałam, co czuję.
Sir Gregoire powstał zakłopotany. Nie mając już nic więcej do powiedzenia, poszedł w ślady kobiety, spoglądając wyczekująco na Metheora.
08.09.2015, 10:43
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Posiadłość lady Tamplin
#65

Metheor myślał, ale tylko chwilę. Nienawidził być popędzany, właściwie nigdy nie zmuszano go do tak nagłych decyzji, zawsze wszystkie sprawy załatwiał na spokojnie, stosując się do dobrze przemyślanego planu. Znalazł się w nieco niecodziennej sytuacji, jednakże krew, która w jego żyłach nabierała prawdziwego rozpędu, rozgrzewała, wyposażone w gotowe do działania mięśnie, ciało. Już wraz z pojawieniem się Adalynn, Meth wyzbył się wszelkich podejrzliwości, a to zdziałało jedynie na korzyść sytuacji. Wziął głębszy wdech i wyprostował się, dumnie wypinając szeroką pierś, niczym generał szykujący się do decydującej bitwy. Właściwie mężczyzna czuł nie mniejszą odpowiedzialność. Podczas przelotnej myśli, a te nawiedzają go dosyć często, doszedł do wniosku, że prościej byłoby mu wysłać na śmierć setkę żołnierzy, mężczyzn niż zezwolić na krzywdę jednej panienki. Nigdy jednak nie miał zamiaru uzewnętrznić swej szlachetności, która skrywała się głęboko w jego, z pozoru zimnym, wnętrzu; nawet smok nie kryje swych skarbów tak głęboko w legowisku.
- Rozumiem - oznajmił krótko. - Dobrze, w takim razie jestem pewien, co trzeba zrobić. Wybacz podejrzliwość, Sir Debre, ale gra toczy się o bardzo wysoką stawkę. Musimy zatem ruszać nim Desdemona całkowicie straci siły.
Szaman wyposażony był tylko we włócznię i medaliony oraz swój sztylet, jednakże miał zamiar zabrać również dwie mikstury lecznicze, które dobrze włoży za pas, by nie wypadły. Stwierdził, że nic więcej nie potrzebuje. Plecak będzie go jedynie obciążał. Miał zamiar wpaść do kryjówki wroga, zrobić porządek i wyjść trzymając wdzięczną, zalaną łzami szczęścia, Desdemonę w ramionach. Liczy, że będzie też dosiadał białego konia. Jednakże, jako zwolennik planowania, doskonale wiedział, iż rzeczywistość bardzo lubi zaskakiwać. Pewnie jego koń nie będzie biały.
Wiedząc, że ma jeszcze chwilę, postanowił porozmawiać krótko z Lady Tamplin.
- Adaylnn, obiecuję, że nie spocznę dopóty, dopóki nie przyprowadzę Desdemony w jednym kawałku. Również mam zamiar uratować twojego syna i zrobić porządek z organizacją, lecz ratowanie jest moim priorytetem. Mam jednak prośbę. - Zawahał się chwilę, zdając sobie sprawę ze słów, które ma zamiar wypowiedzieć. - Ponieważ istnieje duże prawdopodobieństwo, że dołączę do duchów, które sam pieczętuję i pochłaniam, prosiłbym, abyś w przypadku mojej śmierci lub zniknięcia, odesłała moje rzeczy do Lothil. Dokładniej, przekaż je Athlaunie Voegembe. Zależy mi na tym, to moja jedyna prośba. No, druga właściwie, zaraz po zaopiekowaniu się kotką ukrywającą się pod łóżkiem. - Podrapał się po głowie, nie bardzo wiedząc, jak się teraz zachować. Nigdy nie lubił pożegnań. - Cóż, w każdym razie, cieszę się, że cię poznałem, Adalynn. Gdybyś była młodsza i gdybyś wciąż żyła, spędzilibyśmy wiele przyjemnych chwil. Właście samo bycie żywą by mi wystarczyło. Doskonale sprawdziłbym się w roli pana domu i nie tylko. Zatem, na wszelki wypadek... żegnaj, Adalynn. Być może niedługo się spotkamy, chociażby w duchowej formie.
Po tych słowach i po usłyszeniu ewentualnej odpowiedzi, Metheor uśmiechnie się ciepło i wraz z Sir Debre czym prędzej ruszy do koni, a następnie wraz z duchowym towarzyszem wyruszy na ratunek pięknej, młodej damy.


[zt]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.11.2015, 20:18 przez Metheor.)

08.11.2015, 20:10
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja bez grafiki