Atarashii




Peryferie Valen

oczątek dnia przywitałem z ogromnym zmieszaniem. Składało się na to naprawdę wiele rzeczy. Po pierwsze sen, który przyszedł właściwie mimowolnie po obciążającej podróży i treningu, po drugie bijące się z wizją pragnienia naczelnego marzenia senne, w których uczestnicząca Czerwonowłosa zdawała się rzucać coraz mocniejszy urok. Po trzecie kolejna noc w warunkach ledwie zahaczających o komfortowe, zwłaszcza po tym wszystkim czego doświadczałem przez ostatnie dni. Widząc Valen na samo wyciągnięcie ręki, zdałem sobie sprawę z kolejnego powodu, który właściwie łączył się z poprzednimi... Noc pozbawiona bliskości, której tak zaczynałem pożądać, można by powiedzieć, że była to stracona noc. No i po ostatnie... - Gdzie do cholery jest ten jebany ptak... - skwitowałem schodząc z wozu i rozglądając się dookoła. Niestety, nie było mi dane przekonać się o tym tak szybko jak tego oczekiwałem.

Słońce leniwie wznosiło się ku górze oznajmiając już wszystkim nadejście nowego dnia, a ja korzystając z tego, że nie było jeszcze nikogo dostatecznie blisko mnie musiałem obmyślić inny plan, niż powiadomienie Sfory i sprowadzenie jakichś jej pachołków. Na początek zająłem się względną segregacją przedmiotów... czyszczeniem ich z ewentualnej krwi oraz dokładnym przeliczeniem. Po zakończeniu, chciałem przystąpić do segregacji, tak by na wozie w widocznym miejscu znajdowały się głównie narzędzia, zaś w skrzyniach narzędzia przykrywające i wymieszane z broniami. Chciałem w ten sposób zniwelować problem jaki mógł być sprezentowany przez pytania nazbyt zainteresowanych strażników. Nie chciałem oczywiście w razie czego nikogo oszukiwać, czy bawić się w szmuglerkę... toć po prostu zniwelować optycznie ilość bojowych narzędzi.

Widząc, że żaden chłop nie przystępuje jeszcze do mojego bliższego otoczenia postanowiłem wykorzystać czas, aby aby przeprowadzić mały trening. Miał być minimalistyczny z racji na fakt, że chciałem ukrywać swoje magiczne zdolności. Na obecnym etapie skupiłem się głównie na opracowaniu mechanizmu oraz dostosowania ciśnienia do wodnego systemu ucieczkowego, czyli na pomyśle z zeszłego dnia wiążącego się z połączeniem wodnego płaszcza i wodnego pistoletu. Nie mogło to być wiele, ale zawsze parę kroczków do przodu w kierunku ukończenia tak istotnej techniki. Tak więc, chowając się pomiędzy wozami i upewniając co do komfortu zbędnych oczu zacząłem swój krótki, acz znaczący trening...

Po zakończonej nauce spróbowałem raz jeszcze przywołać smolistą towarzyszkę z nadzieją, że może obecna aktywacja many ją zachęci do pokazania się, a następnie zająłem się opracowywaniem dalszych poczynań. Plan był w zasadzie prosty, znalezienie dwóch chłopów, przekonanie ich przy pomocy daru przekonywania do współpracy oraz danie im obietnicy nagrody po wykonaniu zadania. Który by nie chciał na coś takiego przystąpić, wiedząc że może ot tak zarobić wielokrotność dziennego dłubania w ziemi.

- Thornie, mój jedyny panie, ześlij mi tylko dobre sługi!


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






25.11.2019, 17:55
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen

dy tylko okazało się, że moje wzywanie smolistej towarzyszki nie przynosi skutku zgodnie z planem ruszyłem, aby znaleźć pomocników którzy pomogą mi w mojej niedoli. Oczywiście nie pozwoliłem sobie na większą odległość, ponieważ chciałem mieć wozy w zasięgu. Przede wszystkim zależało mi na dwóch choć trochę rozgarniętych chłopach i gdy tylko znalazłem odpowiednią ekipkę to nie czekając zacząłem mówić. Pamiętałem, aby korzystać, ze swojego daru przekonywania, więc zniżając trochę ton i uśmiechając się serdecznie zacząłem przekonywać, żeby udzielili mi wsparcia.

- Witajcie panowie dobrodzieje! Bogowie niech wam błogosławią! Wybaczcie, że trapię, ale jestem trochę w kłopocie i potrzebuję wsparcia mężów takich jak wy. Oczywiście nic za darmo i wynagrodzę was za wasz wysiłek i czas! - mówiłem wyszukując kogoś do kogo mógłbym się zwracać bardziej bezpośrednio. Reakcja chłopów była jak najbardziej do przewidzenia. Przede wszystkim powoli zaczęli schodzić się w kierunku nowo przybyłego gościa. Praca była ważna, wiadomo, ale każdy pretekst żeby zrobić sobie przerwę był dobry. Czułem na sobie spojrzenia mężczyzn. Nie były one ani agresywne, ani przyjazne. Po prostu próbowali określić kim w ogóle byłem. Korzystając z ich uwagi mówiłem dalej.

- O tam, znajdują się dwa wozy, którymi potrzebuję wjechać do miasta i rozładować towar. Wczoraj moi towarzysze ruszyli przede mną, aby zawiadomić mojego szefa, ale wiecie jak to jest czasem, jak zmęczony człowiek trafi do gospody gdzie leją dobre piwsko... No i cóż... towar musi być na dziś... a ja jestem sam! No poratujcie człowieka w potrzebie! Też muszę chleba do domu nakupić, by córę i żonkę nakarmić, a jak nie dowiozę na czas to nici z wypłaty i wyrzucą mnie z roboty, a gdzie przyjmą kalekę? Będziemy musieli głodować! Za dobre uczynki bogowie błogosławią! To jak, pomożecie?  - starałem się mówić i prosto i naturalnie, żeby zjednać sobie przyszłych pomocników, tak jak go uczył Mistrz, zmieniając emocje w zależności od części wypowiedzi. Widziałem, że utworzenie więzi nawet w tak błahych sprawach jest istotne, a temat głodu powszechnie dotyka dusze ciężko pracujących.

Wspomnienie o zarobku i wynagrodzeniu faktycznie przyciągnęło zainteresowanie chłopów, ale widać było po ich twarzach lekkie zawahanie. Możliwe, że nie w smak było im opuszczanie roboty, która przecież w rękach się paliła niezależnie od czasów. A może ich głowy dręczyła inna sprawa? I faktycznie. Mężczyzna wyglądający na około pięćdziesiąt lat wystąpił przed resztę chłopów.

- A co dokładnie jesteście nam w stanie zaoferować panie? Wszak wycieczka do Valen to cały dzień w polu zmarnowany! Co to za zapłata, którą obiecujecie? - Po chwili jednak westchnął lekko spoglądając na mój brak ręki. Podrapał się po głowie. -Cóż... pomożemy. Ale z poczucia sprawiedliwości muszę prosić o faktycznie uczciwą zapłatę. I poza zapłatą, żeby chociaż strawę zapewnić w mieście. Wiecie panie jak to jest...

- Wiem, wiem panowie... wiem również, że tym samym zakłócam waszą pracę. Niestety, za tę robotę dużej sumki nie mogę zaoferować, bo jako tako płacę za głupotę towarzyszy z własnej kiesy i myślę, że tu mnie zrozumiecie... mógłbym jednak... hm... niee - przerwałem lekko dramatycznie, okazując swoje taktyczne zawahanie. Po czym dodałem z lekkim uśmiechem - Ujmę to tak. Myślę że mam pomysł jak mogę zachęcić i tym samym wyrównać czas stracony na polu. Na wozach mam narzędzia, które wiozę z Grimssdel na zlecenie tego p... znaczy mojego pracodawcy. Potrzebuję dwóch z was, którzy sumiennie wykonają zadania które im powierzę... Jeżeli sprawicie się jak należy, nie wprawicie mnie w żadne kłopoty i pomożecie mi dostarczyć towar... Wezmę to na siebie i pozwolę, żeby z wozu zniknęło po jednym narzędziu. A muszę przyznać, że to nówki sztuki! - powiedziałem serdecznie z lekko konspiracyjnym tonem. - To jak? Którzy ze mną? - rzekłem na koniec dosyć pewnie...

Pięćdziesięciolatek spoglądnął po grupce wieśniaków, która mnie otoczyła, ponownie zerknął na jego brakującą rękę i skrzywił się lekko. -Wiecie panie co? Wyślę moich synów z panem. Pani Ilhezin by mnie chyba piorunem zdzieliła jakbym kalece nie pomógł. Że też Ci przyjaciele tak pana ostawili... wstyd. Maćko! Zawołaj no tam chłopaków, pomożecie panu! A o zapłatę niech się pan nie martwi. Już nasza bogini przychylnym okiem na nas spojrzy i to wystarczy. - Powiedział życzliwym tonem.-Choć mimo to prosiłbym o wykarmienie ich jakoś. Długa to droga i mało przyjemnie podróżuje się z pustym brzuchem. - Po tych słowach do grupki zbliżyło się czterech mężczyzn na czele z Maćkiem. Po rysach twarzy widać było, że są synami starszego rolnika.

Wyraźnie uradowany obrotem spraw wyciągnąłem pozostałą rękę w kierunku pięćdziesięciolatka i poklepałem go po ramieniu. - Dziękuję! Naprawdę dziękuję... Bogowie na pewno wynagrodzą Twoją dobroć! A o tych tutaj proszę się nie martwić, potrafię się odwdzięczyć. - powiedziałem po czym spojrzałem na swoich nowych tymczasowych kompanów. - To co panowie? Gotowi na małą przygodę? - dodałem z lekkim uśmiechem. Po czym się odwróciłem na pięcie i ruszyłem w kierunku wozów zapraszająco kiwając ręką...



Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






28.12.2019, 19:49
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Peryferie Valen

Gdy tylko ekipka dotarła do wozów. Od razu zacząłem mówić:

- Nie chcę wam zabierać całego dnia, więc im szybciej się z tym uwiniemy tym lepiej dla nas wszystkich. Jestem Mest i przez najbliższe parę godzin będziecie mi pomagać. Sprawa wygląda następująco, sprzęt ten został zakupiony przez mojego szefa - pana Aegora w Grimssdel i potrzebuję wjechać tym do Dolnego Valen. Następnie, będę musiał uzgodnić z osobą odpowiedzialną, szczegóły odbioru towaru. Pomożecie mi rozładować i ruszymy razem do gospody, na jakieś dobre jadło i zasłużone piwerko. Pasuje? No i gdyby cokolwiek, bądź ktokolwiek robił problemy kierujcie do mnie, bądź powtarzajcie to co już wiecie. - mówiłem przydzielając do wozów. - Ech...- zamyśliłem się patrząc na to jak najzwyklejsze z aparycji chłopy mają obsługiwać karawanę i jak lekko nieporadnie to wygląda... Często bywacie w Valen, znają was tam?[/color][/i][/b]

Chwila ciszy władowała pierwszy ładunek zniecierpliwienia. Na szczęście na moje pytanie w końcu zareagował Maćko nieśmiało podnosząc rękę, po czym zaczął mówić. - No zdarzało się parę razy z tatkiem przyjechać do miasta. Jak brat chory był... no i jak trzeba było znaleźć kogoś kto wybuduje nową stodołę. Reszta braci nigdy w mieście nie była. - z całej tej rodzinki intuicja podpowiadała mi, że to właśnie Maćko posiada największy potencjał i obycie, gdyby przyszło co do czego. Popatrzyłem się na niego lekko wzdychając nad losem nieszczęsnych chłopów i ich nudnego linearnego życia pozbawionego świadomości, misji, bądź czegokolwiek więcej... następnie wracając tematu zacząłem tłumaczyć, tak by wszystko było jak najbardziej zrozumiałe.

- Ogólnie tę karawanę miało bronić oprócz mnie jeszcze paru moich ziomeczków, ale te przyłomy zostawiły mnie, żeby zapewne iść chlać. Więc, żeby wyglądać jak normalna karawana i nie wzbudzać zastrzeżeń straży oraz żeby jakieś chłystki w dolnym Valen nie wpadły na pomysł wzięcia czegoś przymusem, mam tymczasowo dla was trochę ekwipunku. - mówiłem entuzjastycznie rozdzielając między nich tarcze, siekierki, miecze i włócznie i inne elementy zostawione przez poprzednich ich właścicieli. -Nooo i teraz wyglądacie jak należy! Pasuje wam rola tymczasowych najemników z krwi i kości? Jeśli tak, ruszajmy!  - rzekłem entuzjastycznie obserwując reakcje. Wszystkie informacje jakie w ogóle podrzucałem przychodziły im do pomyślunku z niemałym trudem. Właściwie już na początku, gdy tylko zacząłem mówić, czterech młodych mężczyzn w reakcji co najwyżej podrapało się po głowach w dodatku niemalże dokładnie w tym samym momencie, mową ciała wskazując na ogromne opory z przyswajaniem wiedzy. No dobra, przynajmniej widać było, że próbują i starają się zapamiętać wszystkie informacje, imiona i powiązania. Niestety, definitywnie nie szło im najlepiej...

I tak oto zacząłem bawić się w dowodzenie moją pierwszą małą prywatną armią. No dobrze... może przesadziłem ze słowem "dowodzenie", no i tym bardziej ze słowem "armia" bowiem ci moi pomocnicy wcale nie wyglądali jakby można było im jakoś bardziej umiejętnie przewodzić... - No dalej! - pośpieszałem ich w umyśle hamując jednocześnie swoje stare mordercze popędy na wszystkim co przedstawiało jakąkolwiek bezużyteczną formę. Niestety chłopaki brały ekwipunek do rąk z lekkim zawahaniem, wyraźnie się tego wszystkiego nie spodziewając i wyraźnie nie podzielając mojego wykreowanego na potrzebę sytuacji entuzjazmu. Mimo to w końcu Maćko zasiadł za pierwszym z wozów. Dla odmiany widać było, że wie co robi oraz że nie pierwszy raz prowadzi wóz. Drugim natomiast kierować miał jeden z jego braci, który również radził sobie nie najgorzej, choć z mniejszą dozą pewności.

Gdy wszystko było już ustalone i ruszyliśmy zasiadłem na drugim wozie i zająłem się dokładnym liczeniem wszystkich elementów idących na sprzedaż dla paserki, potem to samo zrobiłem z wozem pierwszym i już na nim zostałem. Uzgadniając raz jeszcze z chłopami wersję zdarzeń obserwowałem jak zbliżamy się coraz bliżej upragnionego Valen. Generalnie samo liczenie elementów na pierwszym wozie przyniosło lekki zawód. Jak się okazało bardzo dużą część przestrzeni zajmowały narzędzia uszkodzone lub przestarzałe. Tylko część skrzyń zawierała cokolwiek wartego uwagi. Całą zawartość wozu wyceniłem na około sześć złotych smoków. Na drugim wozie było odrobinę lepiej, chociaż tylko trochę. Bezużytecznych rzeczy raczej nie było, ale narzędzia nie wyglądały, jak coś z najwyższej półki. Ich wartość wynosiła około siedem złotych smoków. Nie mogłem zrozumieć, jaki w ogóle taka karawana miała sens, bacząc na pierwotną odległość najemników w pakiecie z nie najgorszym mistykiem i jeszcze jakąś abstrakcyjną chętkę, czyli zarobek...



Zniechęcony liczeniem postanowiłem się chociaż upewnić co do tego, czy chłopi przynajmniej wiedzieli co powiedzieć, w razie gdyby zaszła potrzeba. I słusznie żem uczynił, bo jak się okazało każdy z nich mówi co innego. Jeden, że jadą do Aegora, inny że od Aegora. No... ogólny chaos. Ale wreszcie po parokrotnym powtórzeniu oficjalnej wersji wszystkie zaczęły się zgadzać i to w samą porę, bowiem na horyzoncie zaczęły pojawiać się już bramy miasta wraz z pilnującymi ich strażnikami. Poczułem lekkie napięcie... całe życie polegałem na sobie, z wyjątkiem momentów kiedy przewodził mną smok, czy Mistrz, ale oni przewyższali mnie pod praktycznie wszystkimi względami. Tutaj sprawa miała się inaczej, nie byłem pewny co do tego jak w danej sytuacji zachowają się moi podwładni i czy nie wpakują mnie w jeszcze większe bagno, niż zwiedzałem ostatnio. Musiałem choćby w najmniejszym stopniu zaufać istotom do bólu wręcz zwyczajnym, co nie było w zgodzie z ogólnymi postanowieniami jakimi kierowałem się w życiu. Próbując odgonić napinające ciało myśli luźno rzuciłem w stronę Maćko, który siedział najbliżej mnie chcąc wybadać parę kwestii:

- Słuchaj Maćko... Co Ci daje szczęście w życiu? Jak to jest być chłopem? Tak pewnie ze dwadzieścia lat orzesz jak możesz razem z ojcem, braćmi i innymi... Nie czułeś nigdy, że chciałbyś robić coś innego, coś dającego większe emocje i doznania? Weźmy choćby tę karawanę... to już jest więcej, jeżdżenie od miasta do miasta, zwiedzanie różnych nowych terenów, poznawanie wspaniałych kobiet, rozwijanie samego siebie... pytam, bo zwyczajnie nigdy nie potrafiłem zrozumieć tej strony medalu, a innego życia, niż ciągły bieg nie potrafiłem zaznać. - powiedziałem całkiem szczerze zainteresowany, po czym dodałem masując oczywisty barak na ciele... - Co zresztą przypłaciłem kalectwem... nie potrafię jednak żałować tego co było...

Widząc, że cel jest tuż tuż, powiedziałem tylko jeszcze tylko jedną rzecz... - A i generalnie, co by się nie działo Maćko podczas mojej nieobecności, Ty tu dowodzisz! Wierzę w ciebie, że sobie poradzisz. Oczywiście mówię to tylko na wypadek ostatecznej ostateczności, której nawet nie przewiduję. - Dodałem pokrzepiająco z uśmiechem poklepując go lekko po plecach.



Thornie prowadź mnie w tym plugawym gnieździe insektów. Obiecuję, że gdy zdobędę niezbędną potęgę zmienię to miejsce na twoją cześć!


Gracz opuścił wątek


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






06.01.2020, 19:55
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja bez grafiki