Atarashii




Obrzeża
#61

Dziewczyna będzie potrzebowała znacznie więcej czasu, żeby przyzwyczaić się do pewnych rzeczy, albo przynajmniej by dopuszczać do tego, by facet ją komplementował. W dalszym ciągu miała wrażenie, że każdy wolałby ją przelecieć, bo przecież taka niespotykana uroda, może w tym osaczeniu była nawet trochę szalona. Przecież Gareth nie dobierał się do niej, ani nie wyglądał na jakiegoś wstawionego, więc to całe jej unoszenie się obiektywnie było bezpodstawne. Tak, tylko wytłumacz to zafiksowanej dziewczynie z parą w łapie, powodzenia.
- Nadal ciężko będzie mi uwierzyć... Sam powinieneś wiedzieć, że ludzie nie zwykli być bezinteresowni. Tym bardziej, że jesteś najemnikiem i znasz to lepiej od większości pospólstwa. - Niemniej po tych słowach już się nieco uspokoiła. Dalej kręciła noskiem, a głowa była ukryta w uniesionych barkach, ale przynajmniej siedziała względnie spokojnie na czterech literach. Tymczasowo nie stanowiła zagrożenia dla innych podróżujących w tej karawanie.

- Gniew to moje główne źródło wzmocnienia, lepiej dla Ciebie byś nie poznał mnie kiedy jestem w amoku. Ostatnio o mało co nie rozwaliłam karczmy w moich rodzinnych stronach, ale skończyło się na chlaniu do upadłego. Ot wyzywanie facetów na konkurs pod tytułem "Kto ma mocniejszą głowę", także wiesz. - Pokręciła głową, odpuszczając dalsze drążenie tego tematu. Zacisnęła dłoń, a towarzyszył temu dźwięk ściskanej skóry. Patrzyła na swoją broń, której powierzała życie każdego dnia. Nie wiedziała jeszcze, że wkrótce będzie miała okazję nieco pokazać co potrafi.
- Nie jestem zbyt dobra w myśleniu, ale pewnie to zauważyłeś. - Mruknęła tak cicho, że pewnie ledwo Gareth siedzący obok mógł zrozumieć co tam sobie burczała pod noskiem. Aż w głowie mignęły jej wspomnienia spotkania z innym akolitą, miała wziąć i przemyśleć jego słowa. Niby podjęła decyzję, że będzie dobrym człowiekiem, ale jej gorąca krew pragnęła siać zniszczenie. Dlatego tak chętnie obijała mordy, by dać upust swojej złości jak i chęci czynienia destrukcji.
- Naprawdę Verdugo jest tak skurwysyńsko dobry w naparzaniu się po mordach? Koniecznie, ale to poważnie koniecznie muszę go poznać... I, że to jest tam przywódca straży miejskiej, tak? - Chciała się upewnić, czy na pewno jej nowy idol jest po stronie tych, co mają kija między pośladami. Nie zmieniało to faktu, że chciała go poznać.
A jeśli mowa o strażnikach z Greathardu, to właśnie przed nimi zaczęła majaczyć budka. Dlaczego w ogóle na takim wypizdowie, pośrodku niczego miałaby stać strażnica. Rzeczywiście, nie miała zbyt wiele oleju w głowie, ale nawet dla niej coś takiego śmierdziało kantem niskiej jakości. Ani trochę się jej to nie podobało, a to co działo się później, tylko umocniło jej przeczucia. Nie byli na tyle blisko, by ludzie z tej prowizorycznej strażnicy mogli usłyszeć jej słowa, ba! Nawet jeszcze z niej nie wyleźli.
- Hehe, prosiliśmy wcześniej o jakąś rozrywkę w podróży, czyżby wysłuchano naszych słów? Może jednak Ci smoczy bogowie to całkiem łaskawe bestie. - Na jej twarzy pojawił się uśmieszek, a po dolnej wardze mimowolnie sunął kciuk, ukazując jej zęby. Źrenice rozszerzyły się, jakby doświadczała czegoś bardzo przyjemnego, a serce przyśpieszyło, może z ciekawości, może z radości... Była szurnięta, ale uwielbiała to. Ten dreszczyk, który towarzyszył jej przed takimi niespodziewanymi zrządzeniami losu. Zamiast używać swoich zmysłów, by skupić się na rozpracowaniu sytuacji, odpływała w swojej przyjemności. Typowa Tandara.

Dopiero kiedy podeszli mogła ocenić ich ekwipunek. Nie był najnowszy, ani najlepszej jakości, tym lepiej dla niej. Zmartwiły ją wytarte herby, czyżby wzięli coś wywalonego do śmieci? Tandara miała wrażenie, że jedyne gdzie kontrole się odbywają, to przy bramach miast, bo tam miało to jakikolwiek sens, a tutaj? Nie ufała za nic tym przebierańcom. Zerknęła na ich broń, długie drzewce lubiące trzymać przeciwnika na dystans, ale jeśli ktoś wielbi jeszcze krótszą odległość, zobaczą co to znaczy dostać po ryju od dziewczęcia.
Słowa Starego Cedrika tylko upewniły ją w tym, co przeczuwała od początku. Będzie miała okazję, żeby komuś naklepać po mordach! Ogniki radości iskrzyły w jej oczach, tylko coś jej nie pasowało. Przecież w trójkę nie zatrzymywaliby karawany złożonej z trzech wozów, wraz z najemnikami, którzy przecież tutaj byli. Coś jej nie pasowało w tym wszystkim, ale jeszcze nie mogła dojść do tego co konkretnie.
- Ja myślę, że zaraz znajdą coś, czego się nie spodziewają. Tą rzeczą, będzie wpierdol bez wazeliny czy innego masła. - Szepnęła te słowa do Cedrika i Garetha.
Widząc co wyprawia Beczułka, miała ochotę zeskoczyć z wozu, złapać go za fraki i przywiązać do jego poprzedniego miejsca. Zacisnęła jedynie mocniej dłonie na desce, słuchając tego co mówił do niej Gareth. Jak to ma nie robić niczego pochopnego. Wtedy już czuła się rozdrażniona, gdyż kolejną rzeczą, której nie lubiła to pouczanie. Rozdrażniona spojrzała na młodzika, który nie był pewien tego co robił.
Dźwięk łamanej gałązki dotarł do jej delikatnego ucha, sprawiając, że źrenica skurczyła się do wielkości ziarenka maku. Teraz wszystko wydawało się jej jasne. Trzy trąby stoją przed nimi, grając na zwłokę. Jej rozdrażniony wzrok przerodził się w żywe kurwiki z żądzą mordu. Oj te niemądre zbóje. Gdyby tylko miała swój dziki-latający-kijek, rzuciłaby w krzaki tym szmaciarzom. Jak ona gardziła takimi zasadzkami, zamiast walczyć jak honorowi ludzie, to nie! Skradają się jak śmiecie!
- Kurwy abaddońskie nas tutaj zagadują. Słyszę te śmiecie z lasu, ani krzty finezji w ich krokach... - Szepnęła do akolity, skupiając się na swoim najsilniejszym zmyśle.
- Te, Gareth zdążymy im natłuc i zwiać? Chociaż ten schlany spaślak zanim się wygramoli na wóz, to zajmie za dużo czasu. Szzzzh. - Sama sobie odpowiedziała, że przecież nie dadzą rady tego tak zrobić. Pozostaje albo natłuc im teraz, albo czekać aż tamte paszkwile z krzaków rzucą się na nich i otoczą. Nie wiedziała ilu ich tam jest schowanych, ale pewnie mieli pewną przewagę, skoro zdecydowali się na jakieś ruchy.
- Szkoda, że nie mam zasięgu na te cholerne krzaki. - Nie była pewna swojej nowej zdolności, mogłaby niby puścić tam salwę, ale z drugiej strony w swoim stanie mogłaby zranić wszystkich w okolicy, włącznie z kupcami, a to oznaczałoby podróż do Greathard z buta.
30.06.2019, 22:16
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża
#62

STRAŻNIK
Samo Południe.
Trakt tydzień drogi od Greathard


awołanie Geretha spotkało się tylko z nienawistnym spojrzeniem młodzieńca. Widać było, że wypomnienie mu zdenerwowania nie było czymś, czego młodziak by pragnął. W tym samym momencie dłoń chłopaka powędrowała do góry, a wskazujący palec odwróconej wierzchem dłoni podniósł się, do połowy.  Jak wiedział Tarian, gest ten, stosowany głównie w Greathard i Peronie, oznaczał w uproszczeniu „wsadź se miecz w dupę” i był obraźliwym gestem gęsto używanym przez pospólstwo.
- Ci tutaj to nasza ochrona. Wiesz pan. Przeciwko potworom, wilkom i tym no… nietopyrzom. Szczególnie tych ostatnich się namnożyło, bo jak żem jechał tędy ostatnio, tom ich prawie dwa tuziny widział – odrzekł Beczułka wesołym głosem wstawionego człowieka, jednocześnie odwracając się i szerokim gestem wskazując najemników oraz Geretha i Tandarę. Jak zauważyła Łowczyni, w oczach kupca nie było ani śladu pijackiego ognika, który zwykle pojawiał się u pianych mężczyzn.
W momencie, gdy kupiec wspomniał o nietopyrzach, Gereth poczuł, jak siedzący obok Cedrik spina się. W oczach starca pojawił się dziwny błysk, a ręka kupca powędrowała powoli w stronę miecza ukrytego na wozie, tuż za ławą, na której siedział. Także najemnicy, którzy do tej pory, mimo trzymania rąk w pobliżu broni, zdawali się być niemal rozluźnieni, powoli zaczęli spinać mięśnie, jaby przygotowując się do zbliżającej się walki.
- Ach tak… – rzekł bez przekonania przywódca zbrojnych, po czym spojrzał na stojącego po swojej prawej mężczyznę i zapytał o coś na tyle cicho, że siedzący na wozie tego nie usłyszeli.  W tym samym czasie, Beczułka zaczął zataczać się i iść w stronę swojego wozu. Widząc to, najmłodszy ze zbrojnych rzucił:
- Chwila! Gdzie się wybierasz?
To zwróciło uwagę przywódcy, lecz było już za późno. Beczułka zdążył minąć dwóch najemników, którzy obnażyli miecze i zdjęli  duże, okrągłe tarcze z pleców. Gruby kupiec jakby nagle stracił całą swoją pijaczkowi otoczkę, prostując się i dość spokojnym, lecz żwawym krokiem podszedł od do swojego wozu.
- A jebał by to pies. - Kląc, przywódca zbrojnych rzucił głośno jakieś dziwne słowo. Musiała być to komenda, którą ustalił wcześniej, dlatego że po krótkiej chwili, z zagajników po obu stronach drogi, wyszły dwie grupy zbrojnych. Było ich prawie dwa tuziny.
Ci, wydawali się być uzbrojeni różnie. Większość z nich miała na sobie przeszywanice lub grube, skórzane kurty. Wszyscy wydawali się być uzbrojeni w długą broń drzewcową, choć grot każdej z nich wydawał się być inny i grupa sprawiała niemal wrażenie, że specjalnie chcieli utrzymać ową różnorodność grotów oraz zakończeń. Duża część miała także tarcze.  
Wychodząc, zbrojni wyciągnęli przed siebie broń na sztorc oraz zaczęli ustawiać się w półksiężyc, tak, by nie pozwolić karawanie się wyminąć. Na komendę daną przez przywódcę, ci posiadający tarcze zasłonili się nimi i wykonali trzy kroki w przód.
- To co? Poddajecie się? Bo możemy to załatwić bez krwawo. Wystarczy ze dacie nam wszystko co macie, a pozwolę wam żyć. Inaczej zarżniemy was jak psy – rzucił groźbę dowódca zbrojnych. Wydawał się dość spojony i opanowany, lecz w jego oczach Tandara zauważyła obietnicę brutalnej rzezi i, co mogło znacznie bardziej zmrozić kobietę, sadystycznego gwałtu.


// Opiszcie co robicie i zapostujcie. Samą walkę (jeśli ją wybierzecie) zostawcie na konsultacje Oczko (będzie wyglądało to tak jak sparing Boromira, jeśli śledziliście)









02.07.2019, 19:49
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża
#63

śmiech był jedyną rzeczą jaką Gareth podarował młodzieńcowi. Ludzie naprawdę bywali wulgarni i niekultularni bez powodu. Uprzejmnie się człowiek zapyta a ten od razu każe miecz w dupę wsadzać. Słuchał jeszcze przez chwilę wypowiedzi Beczułki i zastanawiał się o co mu może chodzić. Nietopyrze? To konkretne słowo miało wyjątkowy wpływ na resztę karawany, ponieważ wyraźnie się spięli i zaczynali przygotowywać do walki. Choć nie miał pojęcia co konkretnie oznaczało to hasło to zaczynał się domyślać.
Akolita obserwował całe zdarzenie i zaklął cicho pod nosem widząc jak najemnicy przyjmują postawy bojowe. Rozkaz wydany przez przywódcę "strażników" tylko potwierdził jego wcześniejsze obawy. Cholerni bandyci. Gareth rozumiał, że różnie się w życiu układa ale nigdy nie zniżyłby się do kradnięcia towarów należących do innych ludzi. Westchnął ciężko po czym szepnął do Tan. -Chodź za mną i pilnuj Cedrika. Pozwól mnie mówić... Jak dobrze pójdzie to niedługo będziesz miała mordę do obicia.-To powiedziawszy złapał za włócznię i zeskoczył z wozu.
Broń uniósł wysoko, jakby pokazując, że nie zamierza jej używać... przynajmniej narazie. Powoli skierował się w stronę przywódcy tej całej zgrai renegatów. Chciał podejść do niego na tyle, żeby dzieliło ich parę metrów różnicy. Gdy już to zrobił wbił włócznię w ziemię i spojrzał na mężczyznę spokojnie. -Jak przypuszczam to pan dowodzi tym odziałem. Muszę przyznać, że podziwiam taktykę i skuteczność z jaką pan tego dokonał!-Rzucił spojrzeniem na najemników, którzy byli gotowi do walki. Miał szczerą nadzieję, że nie zrobią niczego głupiego. Jeżeli chcieli wyjść z tego cało... musieli współpracować. -Jest pan dowódcą. Szanuję to. Musi pan sobie cenić życie tych ludzi. Dlaczego mielibyśmy rozlewać krew i doprowadzać do rzezi? Macie olbrzymią przewagę, to oczywiste, ale człowiek przyparty do muru... potrafi ukąsić. Dlaczego miałby pan ryzykować utratę jakiegokolwiek wojownika jeśli można by załatwić to w prostszy sposób. Dlaczegoby nie rozwiązać tego problemu pojedynkiem? Pan, lub pański człowiek kontra mój wojownik. Jeden na jednego. Uczciwa walka. Jest pan gotowy walczyć za swoich ludzi?-Zazwyczaj bandyci tworzyli silne więzi wewnątrz swojej własnej bandy. Tarian w tym momencie modlił się do Ilhezin o to, żeby i ten przywódca okazał się być jednym z tych bardziej "honorowych" bandytów. -Co Pan na to?-Zapytał ostatecznie. Włócznia choć wbita w ziemię obok nadal znajdowała się w jego zasięgu. Mimo to liczył, że nie będzie musiał po nią sięgać.








03.07.2019, 16:10
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża
#64

Beczułka z każdą sekundą wydawał się coraz bardziej… Rozgarnięty? Miała go za takiego konkretnego pijusa, co by zamiast wody sączył jedynie słabsze lub mocniejsze, ale jednak palące ciecze. Ten jednak rozmawiał, a jego język nawet przestał się plątać. Może ten spacer jednak dobrze mu zrobił, przez co jakieś światło trzeźwości zajrzało mu do głowy, lub wszystko było do przodu rozsądnie przemyślane. Ta druga opcja zdecydowanie nie mieściła się dziewczynie w głowie, no bo jak to jakieś taktyki i udawanie pijaczka. Niemniej jakby się tak poważniej nad tym zastanowiła, to może miało jakiś sens, o czym z resztą przekonała się po chwili.
Nie ogarnęła nawet kiedy wszyscy się spięli, dostrzegła tylko Beczułkę gnającego ile miał mocy w nogach w kierunku karawany. Niewiele później wylazło to całe bydło z lasu. I tak miała w sobie tyle pogardy wobec nich, bo przecież musieli pokazać w takiej bandzie jacy to mocni nie są, ale tak walczyć z honorem jeden na jednego, to pewnie by w gacie narobili, a nie walczyli. Oj jak Tandara by im nosy połamała, albo i lepiej! Niestety, na razie nie mogła tego zrobić z dość oczywistych względów. W ogniu walki, całym tym zamieszaniu, pewnie znajdzie okazję by jednemu z drugiemu przyłożyć, a na tę myśl już się zaczynała powoli ślinić. Nic tak jej nie podniecało jak wizja nakopania komuś do czterech liter.  

Jej oczy, na słowa Garetha o możliwej mordzie do obicia, emanowały nieskrywaną radością. Jej niebieskie oczy zrobiły się tak duże, jak moneta złotego smoka. Uśmiechnęła się od ucha do ucha, zeskakując z wozu. Brakowało jeszcze, żeby zaczęła tańczyć i podskakiwać, jak podekscytowane dziecko. No nic, może kiedy indziej jej tak pozytywnie odbije. Tym razem jeszcze zachowywała pozory normalności.
- Jeśli tylko jesteś w stanie mi to zapewnić, to pójdę za Tobą wszędzie, oj wszędzie. - Zaklaskała optymistycznie, wyszczerzając swoje zęby. Idąc za nim żwawym krokiem,  rozglądała się po całej bandzie zebranych tutaj złodziejaszków. Zaczęła liczyć ich, uświadamiając sobie coś całkiem ważnego. Miała przecież przed sobą tyle ludu do obicia, że mogłaby wybierać i wybierać. Dlaczego zatem miałaby się ograniczać?! Ograniczenia są przecież dla słabych! Z resztą, zwróciła na to Garethowi uwagę chwilę później.
- Tylko nie rozumiem, przecież mam tutaj całą gromadę, znaczy się jest ich... No dużo, no. - Nie chciało jej się liczyć co do jednej głowy. Ciekawe tylko, czy ona sama miała w swojej chociaż trochę oleju, skoro była chętna na rzucenie się na taką bandę. Pewnie nie, ale zwrócenie jej na to uwagi w tej chwili mogłoby skończyć się nieciekawie, bo jakby tak rzuciła się na Garetha czy odwaliła coś, przez co wszyscy mieliby kłopoty? No cóż, z nieprzewidywalnymi osobami już tak jest, że to zagrożenie dla przeciwników, ale także dla swoich współtowarzyszy.
- Sugerujesz, że sobie z nimi nie poradzimy? W sumie nie wiem czy reszta najemników utrzymałaby ich na tyle, bym miała czas ich wykończyć. – Dodała już o wiele, wiele ciszej. No cóż, nic dziwnego, że nie chciała, by te słowa dotarły do kogokolwiek innego, niż do idącego z nią najemnika. Tylko czemu odnosiła wrażenie, że idzie jak na skazanie i egzekucję najgorszej maści? Oby to było tylko głupia myśl, która się nie spełni.
Dopiero teraz przypatrzyła się broni akolity. Musiała przyznać, że jego włócznia była imponująca, a przynajmniej oferowała znacznie większy zasięg, niż ten który miała do dyspozycji Tandara. Może tak by ją później przeszkolił z używania takiego wielkiego kijaszka. Ciekawiło ją także, czy umie tym rzucić, czy korzysta z niej jedynie w zwarciu. Jak już sobie wyjdą z tego pierdolniczka przed nimi, to porozmawia sobie z nim na ten temat. Przynajmniej taką miała nadzieję.

I dlaczego znowu miała siedzieć cicho? No żesz, a przecież miała tyle do powiedzenia, to nie, bo ma dać jemu mówić. Sama by chętnie powiedziała temu hersztowi bandy co sobie myśli o tej całej zasadzce, ale skoro Gareth obiecał jej, że jak teraz potrzyma język za zębami to dostanie do kogoś do obicia, to była skora przystać na taką propozycję. Jakby nie patrzeć, nie miała zbyt dużych wymagań, chciała tylko się z kimś lać, nic ponad to – no może jeszcze pić alkohol, ale to w przerwie!
W końcu stanęli przed tym przywódcą. Dziwiło ją, że dawał radę ogarnąć sobie tylu ludzi, ale pewnie dobrze nimi dowodził. W końcu to nie była jakaś niewielka grupka, tylko niespełna trzydziestu chłopa. Do tego Gareth tak zaczął wchodzić między poślady temu człowiekowi. Rany! On naprawdę robił mu dobrze i to nie dobierając się do jego spodni. Pytanie tylko czy to odniosło zamierzony efekt, czy czasami nie wpakowali się w jeszcze większe bagno. Przekonają się pewnie za moment, więc Tandara zaczynała się wewnętrznie przygotowywać na to co nadchodziło. Spojrzała na człowieka, od którego teraz wszystko zależało, włącznie z tym, czy jej cztery litery w dalszym ciągu będą nietknięte przez faceta.
Właściwie, to dopiero teraz powoli docierało do Kołtucha, że nie ma do czynienia z pijaczkami z karczmy, co nie potrzebowali wiele, by zostać powaleni, a miała wokół siebie ludzi z lasu, którzy jednak powinni coś umieć machać tymi ostrymi kijami, które trzymali w rękach. Dlatego po cichu zaczynała kibicować pomysłowi najemnika, żeby jednak doszło do tego nieszczęsnego pojedynku. Nie obchodziło ją z kim miałaby się zmierzyć, ale jednak zabawianie się z tyloma włóczniami mogłoby być problematyczne, nawet dla niej. Jakby umiała latać, albo się teleportować czy coś w tym guście, to by pewnie się uśmiała i poradziła z nimi bez problemu, ale nie była wszechmogąca.
Co zabawne, w obu sytuacjach wygrywała – jeśli będzie miała walczyć z jedną osobą, to mężczyzna wywiąże się ze swoich słów, jak nie to będzie miała się napieprzać ze wszystkimi, więc i tak czy siak wyjdzie na jej! Bo przecież to ona ma być tym wystawionym przez Garetha koniem, prawda? Tylko sama zaczynała się wahać, czy walka ze wszystkimi to coś co mogłoby ją przerosnąć.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2019, 22:28 przez Tandara.)

07.07.2019, 22:24
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża
#65

owódca zbrojnych roześmiał się potężnie na słowa Geretha. Rozejrzał się po swoich ludziach i rzekł: -Zabawny jesteś. Ale... Czemu nie. Chłopcom przydałoby się trochę zabawy. Nie chłopcy?-Jego pytanie spotkało się z pełnym zadowolenia odzewem ze strony jego ludzi i jękiem Cedrika, który na szczęście był słyszany tylko przez siedzących koło niego. Przywódca wyszedł przed swoich ludzi i ciągnął dalej.-Zrobimy tak. Są trzy wozy, więc trzy walki. Za każdą wygraną walkę obiecuję, że nie tknę jednego wozu. Jeśli wygracie zaś chociaż jedną walkę, to nie zaatakuje was i pozwolę wam ujść z życiem. Co ty na to?
Śmiech dowódcy nie zrobił na Garethcie większego wrażenia. Nawet pomimo jego słów... nie mógł mieć pewności, że przywódca dotrzyma słowa. Jego uszu dobiegł jęk jednego z kupców... zapewne Cedrika. Czyżby starzec wiedział więcej o tej sytuacji? -Brzmi dobrze! I sprawiedliwie. Jak dokładnie to wygląda? Do pierwszej krwi, do powalenia na ziemię, czy może walczymy na pięści? I czy jeden wojownik może walczyć częściej niż raz?- Powiedział Gareth spokojnie. Nadal byli zdani na ich łaskę. Ewentualny plan walki z całą grupą kiełkował w głowie akolity, ale wolał tego jednak uniknąć.
-Zasady są proste. Wy wystawiacie dwóch ludzi i ja wystawiam dwóch ludzi. Najpierw będą dwie walki jeden na jednego a potem ostatnia walka dwa na dwa. Walczymy... powiedzmy do momentu poddania się lub niezdolności do walki. Walczcie czym chcecie. Możecie używać magii, broni i czego tam potrzebujecie. -Dowódca uśmiechnął się. Widać było, że perspektywa pojedynków przypadła mu do gustu.
Gareth zastanowił się przez chwilę nad ich sytuacją. Odwrócił się, żeby rzucić okiem na ich skromną ekipę. Nigdy nie miał ochoty oddawać swojego losu w czyjeś ręce... -Cedriku... chciałbym, żebyś z pozostałymi najemnikami uważnie obserwował wozy podczas pojedynków. Oni mogą coś kombinować. -Powiedział cicho do starego woźnicy. Odwrócił się ponownie do przywódcy bandziorów. -Zgoda. Podobają mi się te warunki. Naszą karawanę będzie reprezentowała Tandara.-Wskazał palcem na dziewczynę.-Oraz ja.-Powiedział głośno. Ona wydawała się być utalentowaną wojowniczką, zaś on... miał po swojej stronie magię.
-Dla mnie pasuje. Ty walczysz włócznią prawda? To dobrze. Dawno nie miałem okazji walczyć z innym włócznikiem. Pierwszą walka odbędzie się między tobą, a mną.-Odparł dowódca zbrojnych, po czym wziął do ręki włócznie i małą tarczę, którą podał mu jeden ze zbrojnych po czym rzekł: -Kiedy będziesz gotów. Zwą mnie Yavrin od Włóczni. Mówią, że jestem najlepszym włócznikiem w północnym Atarashii, bo od lat nie było jeszcze nikogo, z kim bym przegrał pojedynek. Jeśli umiesz używać magii, dobrze ci radze używaj jej, bo bez niej możesz nie przeżyć tego pojedynku.-Mężczyzna wyszedł do przodu i stanął luźno, czekając, aż Gereth przygotuje się i stanie do walki. Zbrojni ustawili się w półkolu wyznaczając mniej więcej granice areny, na której mieli walczyć.
Gareth zwalczył ochotę, żeby lekko się skrzywić. Liczył na to, że to jednak Tandara zawalczy pierwsza. Westchnął lekko i przeciągnął się. Całe szczęście, że jego ciało przez te wszystkie lata przyzwyczaiło się do ciągłych podróży. Mimo to mała rozgrzewka z pewnością nie zaszkodzi. Rozciągnął swoje mięśnie spoglądając na Tandarę. -Przygotuj się do swojej walki.- Po krótkich ćwiczeniach złapał za swoją włócznię przyglądając się miejscu w którym przyjdzie mu walczyć. Każda przewaga miała znaczenie. -Mnie zwą Gareth.
Akolita nie spuszczał wzroku z twarzy mężczyzny. Znał swoje możliwości. Był dosyć zdolnym wojownikiem i wiedział jak groźną bronią była włócznia. Co sprawiało, że był bardziej zmartwiony nadchodzącą walką. Stanął przed Yavrinem obserwując jego uzbrojenie. Skinął tylko głową na znak, że jest gotowy. Nie miał zamiaru atakować jako pierwszy... z oczywistych względów.
Yavrin stanął w pozycji gotowej do walki, z włócznią luźno opuszczoną i gotową do uderzenia jednocześnie zasłaniając się tarczą. Przez chwilę oboje walczących stanęło naprzeciwko siebie, po czym nagle sylwetka mężczyzny rozmyła się i w mgnieniu oka znalazł się w pobliżu Geretha, tuż na granicy zasięgu broni i wyprowadził nagły cios.
Gareth nie zdążył nawet zaklnąć. Jebany... Jedyną opcją, która akolicie pozostała to natychmiastowe użycie odparcia i próba zasłonięcia prawej nogi i próba ataku w miejsce w którym powinien znajdować się korpus Yavrina. Jedno było pewne. Będzie musiał użyć swojego... asa w rękawie.
Gereth poczuł, jak jego prawy bok piecze, gdy włócznia przeciwnika przebiła pancerz i lekko rozdarła skórę. Wyprowadzony cios dosięgnął celu, lecz zatrzymał się na tarczy przeciwnika, nie robiąc mu krzywdy. Postać znów rozmazała się, i tym razem Gereth poczuł pieczenie na łydce, tuż poniżej ścięgien kolana, a Yavrin pojawił się za plecami Geretha, tuż poza zasięgiem jego broni. Zebrany wokół tłum zareagował wesołymi okrzykami na początkowe części walki.
Gareth zorientował się, że bezpośrednie starcie nie ma sensu. Postanowił więc szybko odskoczyć i spojrzeć na Yavrina. Miał nadzieję, że jego wcześniejsze przechwałki i popisy... dobrze oddawały jego charakter. -Kurwa... szybki jesteś Yavrinie od włóczni. Uniósł swoją magiczną tarczę w razie nadchodzącego ataku. Całe szczęście, że cios minął ścięgna... -Gdzie nauczyłeś się tak walczyć?-Zapytał licząc, że kupi odrobinę czasu na nabranie dystansu.
-Nauczyłem się tego dzięki łasce Abaddona. Jeśli przeżyjesz tę walkę, może sam ci ją okaże i pozwolę dostąpić zaszczytu zbawienia.- rzucił Yavrin i jednocześnie rzucił trzymaną włócznią w stronę Geretha z niesamowitą mocą i prędkością, która zaskoczyła Tariana.
Tym razem akolita znalazł czas na zaklęcie pod nosem. Jego manewr był prosty. Uskok w lewo i przesunięcie swojej magicznej tarczy tak aby chroniła prawą część jego ciała. Podczas uniku postanowił przywołać Zaporę która otoczyłaby swoimi ścianami Yavrina. Narazie nie miał czasu, żeby podtrzymywać ją za pomocą uniesionych rąk, ale na samo przywołanie powinno starczyć.
Włócznia przeleciała koło prawej strony korpusu i odbiła się od niewidzialnej tarczy stworzonej przez Geretha. Nim ten zdążył jednak cokolwiek zrobić, broń przeciwnika rozmazała się i pojawiła się z powrotem w jego ręce.
Yavrin ruszył do ataku, chcąc skrócić dystans, lecz odbił się od zapory stworzonej przez Tariana. To widać musiało zdziwić włócznika, bo zatrzymał się  i delikatnie zaczął jeździć po barierze włócznią starając się ją wybadać. Usta przeciwnika rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, gdy ten zrozumiał, że nie jest w stanie ominąć niewidzialnej bariery.
- Nieźle, nieźle. Wreszcie jakiś ciekawy przeciwnik. Może czas, bym i ja zaczął być poważny?  - rzucił włócznik z uśmiechem na ustach. Widać było, że walka cieszy go. Nagle Gereth zobaczył, że broń przeciwnika zaczyna jarzyć się na dziwny ciemno-fioletowy kolor, po czym Yavrin wykonuje dziwny zamach i uderza włócznią w niewidzialną barierę. Cios rozszedł się po niej, lecz cios był na tyle silny, że wzniecił pył leżący na drodze tuż poza granicami bariery.
Gareth wbił włócznię w ziemię obok i uniósł obydwie dłonie aby utrzymać barierę. -Wybacz... nie jestem zbytnio religijną osobą. I najwyraźniej jestem gorszym wojownikiem.-Akolita zaśmiał się lekko widząc reakcję Yavarina. Jebaniec wyznawał boga wojny? Czemu musieli mieć takie szczęście, że trafili na jakiś kultystów czy inny syf?
Słowa oponenta nie zrobiły na Garethcie większego wrażenia... ale jego akcje już jak najbardziej. Potężny cios wyprowadzony w barierę sprawił, że Gareth lekko stęknął. Zastanawiał się... jak długo będzie w stanie wytrzymać tę próbę sił. -Powiem ci szczerze, że nie tego się spodziewałem podróżując do Greathadu.
-Religia nie ma tu nic do rzeczy. Zbawienie jest prawdą i rzeczywistością. Musisz tylko zobaczyć by zrozumieć. Ale nie ważne. W końcu nie da sie przekonać kreta o istnieniu gwiazd, jeśli ten nie widział nawet nieba.-powiedział Yavarin spokojnie, krążąc przy granicy bariery. -Ja także nie spodziewałem sie znaleźć tutaj tak dobrego wojownika. Nie martw się, nawet jeśli się poddasz, twój honor będzie nienaruszony. I podtrzymuje to co powiedziałem. Jeśli chcesz, pozwolę ci dostąpić zbawienia dobrowolnie i pokażę ci, jak stać się jeszcze lepszym wojownikiem. Z twoim potencjałem mógłbyś osiągnąć niesamowite rzeczy.-Kolejne silne uderzenie padło na barierę. Zdawało się, że każde kolejne uderzenie przeciwnika jest coraz silniejsze, jak gdyby używanie tej dziwnej zdolności jedynie wzmacniało ją.
-"Łaska Abaddona" sugeruje, że religia ma tu sporo do rzeczy. Ale jak mówisz... zobaczyć znaczy uwierzyć czyż nie? A jeśli można prosić. Jeżeli musisz porównywać mnie do zwierzęcia to porównuj mnie do konia. Koń skupiony na jedzeniu trawy też gwiazd nie widzi czyż nie?-Powiedział akolita uśmiechając się lekko. -Wojownikiem jestem tak dobrym jak mogę. Nie potrzebuję do tego pomocy bóstw. Wszystko co umiem wypracowałem krwią i potem.
Prowokowanie przeciwnika może nie było najlepszym pomysłem, ale równie dobrze mogło przynieść korzyści. Uderzenie w barierę i uświadomienie, że z każdym ciosem ataki Yavarina są mocniejsze sprawiły, że Gareth postanowił ponownie przyzwać odparcie na swojej lewej ręce. Jednocześnie chciał ocenić szybkość z jaką wojownik wykonywał ten dziwaczny atak, jego ruchy i przede wszystkim... słabości.
-Zbawienie nie zamieni cię w lepszego wojownika. Pokaże c tylko cel i drogę. W lepszego wojownika zmieni cię trening, który przychodzi wraz z nim i ludzie tacy jak ja, którzy pozwolą ci się rozwinąć.-Powiedział przeciwnik. -Myślę, że czas byś zrozumiał, czemu zwą mnie najlepszym włócznikiem. Mam w swoim arsenale pięć zdolności, które pozwalają mi pozostać najlepszym. Trzy z nich już widziałeś. Jednej nie użyje, ponieważ mogłoby to poskutkować śmiercią moich i twoich towarzyszy, a tego nie chcemy. Pozostaje mi pokazać ci czwartą z moich zdolności.
Nagle dziwna poświata, która do tej pory obejmowała jedynie broń Yavarina, rozeszła się i cała postać zaczęła świecić się na delikatny fiolet. W tym samym momencie, uderzenia w barierę stały się niezwykle szybkie, uderzając czterokrotnie w czasie, w którym do tej pory padał pojedynczy cios.
Gareth zauważył jednak pewną dziwną prawidłowość. Za każdym razem, gdy przeciwnik uderzał lub wykonywał czynności, zawsze zaczynał z prawej nogi, tak jakby instynktownie chronił lewą. Nawet teraz balans jego ciała przechylony był nieznacznie na prawą stonę, lecz wystarczająco by Gereth mógł to zauważyć.
-Moja droga jest dla mnie w tym momencie jasna. Ty i twoi kompani na niej stoicie.-Z ciekawością obserwował kolejne poczynania przeciwnika. Z mniejszą ciekawością przyjął fakt, że tym razem mana opuściła jego ciało w zastraszającym tempie. Zaklęcie wpływające nie tylko na broń, ale i na całe ciało... -Muszę jednak przyznać, że twoje umiejętności są imponujące Yavarinie. Nawet bez używania tej tajemniczej zdolności byłbyś w stanie mnie poszatkować i podziurawić, bez mojej magii oczywiście.
Wziął głęboki oddech. -Zaś twoje umiejętności to coś więcej niż po prostu talent do włóczni. Nawet najbardziej utalentowany wojownik nie ma takiej kontroli nad bronią, by przywołać ją z powrotem do swych rąk.- Gareth ponownie rzucił Odparcie wzmacniając tarczę znajdującą się na lewej dłoni.
Yarvin znów przybrał pozycję po czym wykonał szybką sekwencję następujących po sobie uderzeń. Każde było tak szybkie, ze tylko dzięki wielokrotnym treningom Gereth dostrzegł, ze były to cztery ciosy a nie jeden. [-60 many]
-To jest coś, co daje mi przewagę. Ale gdybyśmy walczyli na same włócznie, bez magii, myślisz że byłoby inaczej? Umiejętności walki i obycie z bronią pozwoli ci wejść na poziom, który dostępny jest tylko dla mistrzów oręża. I to właśnie proponuje ci zbawnienie. Magia, zdolności i cała reszta przychodzi później. Pojawiają się niemal samoistnie gdy opanujesz wystarczająco swoją broń oraz zrozumiesz drogę.-odparł zbrojny.
Gareth uśmiechnął się blado ponownie wzmacniając Odparcie. Jego sytuacja wyglądała nieciekawie. Niby mógł przeciągać tę walkę w nieskończoność, ale jaki miałoby to cel? -Twoje umiejętności są imponujące. A nawet przerażające. Ale ja nie mogę się poddać. Zawarłem umowę z jednym z tych kupców. Dałem mu słowo. A ja zawsze słowa dotrzymuję. Nawet jeśli ma to doprowadzić do mojej śmierci.-Powiedział Gareth ponownie wzmacniając swoją tarczę znajdującą się na lewej dłoni. -Myślę, że wystarczy już gadania...-Po tych słowach wyjął włócznię z ziemi i rozproszył Zaporę. Obserwował uważnie Yarvina. Gdyby ten wykonał choć jeden ruch, gdyby jego sylwetka się zamazała Gareth byłby gotowy do ataku.
Czując, że bariera znika, Yarvin odetchnął dziwnie głośno. W tym samym momencie poświata zmniejszyła się, obejmując tylko broń. Mężczyzna uśmiechnął się do Geretha i trzymając włócznie w pozycji gotowej do ataku, zaczął wolnymi krokami zbliżać się do przeciwnika, wodząc jednocześnie końcem broni.
Gareth oddychał wolno. Miarowo. Ta walka mogła mieć tylko jedno zakończenie... chyba, że. -Co się dzieje? Nie masz zamiaru ruszyć na mnie z pełną prędkością? Czyżbyś się bał... bądź nie wierzył w swoje umiejętności?-Zaczął prowokować. Robiąc krok w tył i przyjmując postawę... -Możesz zakończyć tę walkę tu i teraz.-Mimo prowokacji nie spuszczał przeciwnika z oczu od momentu wypowiedzenia pierwszego słowa. Gdyby pojawił się najmniejszy ślad rozmycia... Gareth przywołałby Zaporę tak, że jej ściana znajdowałaby się tuż przed nim. W walce nie miał z nim szans... dlatego musiał wygrać podstępem.
-Daj chwilę, takie serie trochę zabierają dechu.-zaśmiał się Yarvin. Lecz Gereth bardzo łatwo zrozumiał, ze jest to kłamstwo. Oddech mężczyzny był może przyśpieszony, lecz nie był ciężki, jak u kogoś kto stara się odzyskać dech. Nagle mężczyzna rzucił się w przód rozmywając się.
I zaraz pojawił się tuż przed Gerethem, wpadając na jego zaporę z prędkością, która wymykała się ludzkiemu oku. Jednocześnie rozległ się potężny trzask, jak gdyby coś ulegało złamaniu, a na barierze, w miejscu gdzie mężczyzna uderzy, rozkwitła czerwona plama krwi. Zbrojny nie wydawał się jednak stracić przytomności, bo upadając wykonał nagły przewrót w tył i w iście ekwilibrystycznym skręcie stanął w klęku z włócznią w pozycji obronnej.  Jego twarz byłą jednak cała czerwona od krwi,która zalewała mu oczy i usta, a nos wydawał się być co najmniej kilkakrotnie złamany.
Gareth bez słowa obserwował ruchy Yarvina. Rozmycie, bariera i trzask, który sprawił akolicie niemałą przyjemność. Z podziwem spoglądał jak jego oponent wykonuje przewrót w tył. -Udało ci się zachować przytomność... imponujące.- Po tych słowach opuścił Zaporę i przyjął postawę bojową nadal czujnie obserwując przeciwnika. Jego oponent, choć ranny, nadal pozostawał groźny. Mimo to zaczął kroczyć do przodu. -Możesz się poddać Yarvinie!- To była jedyna szansa jaką dostanie.
Krztusząc się własną krwią spływającą mu po twarzy, Yarvin zaśmiał się i nagle zamachnął się na oślep, bazując tylko na dźwięku jego kroków i głosie przeciwnika. Grot minął twarz Geretha o niecały cal nie robiąc mu krzywdy.
Nie chcąc więcej ryzykować Gareth postanowił zrobić uskok w prawo i wykonać pchnięcie celując w jego szyję. Samą tarczę zaś utrzymywał tak, że zasłaniała większą część jego głowy i górną część korpusu.
Przeciwnik resztką siły aktywował zaklęcie, które znów rozjarzyło poświatą jego broń i wykonał cięcie. Ono jednak usiadło na tarczy Geretha nie czyniąc mu krzywdy, choć jego siła sprawiła, że po ramieniu przeszedł mu niezwykle silny prąd, a samo zaklęcie rozpadło się.
Wymierzone uderzenie dosięgło celu, lecz jedynie drasnęło szyję Yarvina, gdy ten wykonał niemal desperacji wierzg, który uratował go przed śmiercią, jednocześnie jednak przewracając go na plecy.
-Dość. Poddaje sie. -padło z jego ust. Mężczyzna odrzucił włócznie na bok i ciężko dysząc leżał na plecach, jednocześnie starając się zmyć krew z twarzy rękami. Po chwili jeden z jego ludzi podszedł do niego trzymając w ręce bukłak z wodą i kawałek szmaty, którym ten zaczął się oczyszczać. Gdy udało mu się wytrzeć wystarczająco krwi, by widzieć, spojrzał tylko na Geretha i uśmiechając się rzekł:
-To była dobra walka Gerethcie. Cieszę się, że mogliśmy ją odbyć. Wystaw swojego drugiego zawodnika, a ja wystawie za chwile mojego.-To powiedziawszy, mężczyzna ruszył między swoich ludzi. Jeden z nich podbiegło do niego dzierżąc torbę, z której wystawały bandaże.
Gareth skłonił się przed swoim przeciwnikiem wyrażając szacunek do jego umiejętności. -Wygrałem podstępem i szczęściem. Nadal jesteś najlepszym włócznikiem na północy.- Powiedział cicho po czym zawrócił w stronę swojej... skromniejszej drużyny. Piekło go w boku. Piekło go na łydce. Ale przynajmniej wygrał. Powinni przeżyć... o ile Yarvin i jego ludzie dotrzymają słowa. Podszedł do Cedrika i Tandary spoglądając na dziewczynę. -Twoja kolej. Zaproponowałbym ci użycie podstępu, ale nie wiem czy należysz do osób, które chcą z podstępów korzystać. Spojrzał na starego kupca. -Macie może jakieś bandaże? Albo chociaż wodę, żeby przemyć ranę i się napić. To nie było łatwe starcie...



Odjąłem sobie 193 many za wszystkie spelle!
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.07.2019, 17:14 przez Gareth.)









09.07.2019, 17:12
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża
#66

No cóż, chyba mieli całkiem szczęśliwy dzień, przynajmniej z perspektywy Kołtucha, bowiem ten cały dowódca przystał na propozycję Garetha, chociaż wydawała się być niedorzeczna. Musiała przyznać w tym wszystkim, że najemnik miał smykałkę do wchodzenia innym między cztery litery, bo gadany to mogłaby się od niego uczyć. Pozostawało liczyć, że herszt bandy wykaże się honorem i dotrzyma słowa, jeśli już spiorą wybranych wojowników na kwaśne jabłko! W innym wypadku, musiałaby im natłuc wszystkim, co nawet jej się podobało. Mimo wszystko walka to był jej żywioł, jedyne w czym się odnajdywała w swoim życiu. Okazało się także, że Tandara miała brać udział w dwóch walkach. Uśmiechnęła się na taką kontrofertę, bo przecież jedno obijanie mordy to zdecydowanie za mało dla niej! Oj chciałaby więcej i więcej! Nie wiedziała jeszcze co się stanie, ale ślinka jej ciekła.
Gareth zaczął omawiać szczegóły zasad walki. Miała ochotę powiedzieć, że najchętniej to do zabicia oponenta, ale ten cholerny najemnik wspominał, żeby siedziała cicho. Dodatkowo nie wiedziała jak dobry jest sam Gareth jeśli chodzi o jego władanie włócznią. Zawsze mógł być mierny w posługiwaniu się nią, a używać jej jako całkiem dobrego straszaka. Jakby nie patrzeć, mało kto lubił  się nabić na takiego drzewca. Przywódca zbirów dogadał się na dość nietypowych warunkach warunkach, wszystko dozwolone, włącznie z poddaniem się. Oj, ona pokaże zaraz co potrafi…
- Mi pasuje... Chociaż kto będzie drugi walczył od nas? - Spojrzała na Garetha, który właściwie zajmował się reprezentowaniem karawan. Nie wiedziała kto będzie jej towarzyszyć podczas drugiego starcia. Nie podobało jej się to co mówił ten przywódca, ale z drugiej strony obijanie mordy jakoś uspokajało jej nerwy. Oczywiście powinna być bardziej czujna, ale gdzie tam.
Na szczęście okazało się, że jej współrozmówca będzie walczył z nią ramię w ramię podczas finałowej potyczki. Nie wiedziała jeszcze, że za kilka chwil będzie żałować tego entuzjazmu i pluć sobie w brodę.
Ale zaraz? Jak to ona teraz nie walczy?! Skrzywiła się, podnosząc ręce. No cóż, teraz wszystko w rękach i włóczni Garetha. Stanęła z boku, by nie oberwać czasami tym, co będzie miało miejsce na prowizorycznym polu walki. Tym bardziej, że miał być to pojedynek dwóch władających drzewcami. Oj, podobało jej się to. Dalej oczywiście czuła się niezadowolona z tego, że nie walczy jako pierwsza, ale patrzeć na walkę dwóch użytkowników tego samego oręża, tego jak podążają tą samą, bądź zupełnie inną ścieżką w tej samej broni. To było piękne, pierwotna sztuka w walce.
Mało ją interesowało, że ten typ miał na imię Yavrin, natomiast podawał się za prawdziwego mistrza w swojej dziedzinie. Tym chętniej zerkała na pole walki, oczekując czegoś niesamowitego. Jakie asy z rękawa wyjmie Gareth? Czy uda mu się pokonać przywódcę bandy? A może tylko tak gada, żeby przestraszyć jej znajomego? Mogli się wszystkiego spodziewać. Na sugestię najemnika, odpowiedziała skinieniem głowy. Podskakiwała sobie w miejscu, rozciągając swoje lekko zastane stawy. Mimo wszystko, zwykła podróżować o własnych nogach, to też jazda na karawanie nie służyła jej najlepiej. Dlatego też od razu zabrała się za przygotowanie do walki. Nie chciała wypaść gorzej od swojego sojusznika, a przy okazji mogła chociaż odrobinę rozładować swoją ekscytację.

Walka facetów się rozpoczęła. Między kolejnymi rozciągnięciami, zerknęła sobie na pole walki. Dostrzegła tam broniącego się Garetha, ale Yavrin… No cóż, on wyglądał jakby się teleportował. No żesz, kolejny śmieć, który używa magii w taki sposób. Już myślała jak chętnie mu dokopie do tyłka, kiedy spostrzegła, że jej towarzysz również używa magii. Nie tak jak zwykli to czynić łowcy, on odrzucił broń i parał się tym, czym Kołtuch gardziła z całego serca. A przecież wydawał się taki normalny kiedy rozmawiali. Niemniej akolitom trudno jest zaufać, przeklęte węże, fałszywe to to! Zaczęła wyklinać pod nosem, markując ciosy w powietrzu. Oj, sprałaby mu pysk. Poza tym, skoro to akolita, to na pewno zna jakieś magie, które sprawiłyby, że bez większego wysiłku powinien sobie poradzić z bandą rzezimieszków.
W międzyczasie włócznicy urządzili sobie pogadankę o jakiś łaskach Abbadona. Nie wsłuchiwała się za bardzo, bo nie interesowało ją nic związanego z tym bóstwem. Co chwila zerkała jedynie na postęp w walce, co by się upewnić, kto dostaje po zadzie bardziej. Z początku miała wrażenie, że ten Yavrin to jakiś człek na ostrych dopalaczach czy innych miksturkach od zielarza. Walczył jak szalony tą swoją włócznią, która na dodatek się świeciła. Co bardziej ją interesowało, Gareth nie radził sobie tak dobrze jak się spodziewała. Nie dość, że polegał na swojej magii, to jeszcze wyglądało na to, że całkiem mu to szło. Aż miała ochotę zaklaskać bezdźwięcznie na znak braku swojej aprobaty.
Była ciekawa tej zbieraniny, co sobą reprezentowali, co nosili. Coś, co mogłoby jej pomóc w przygotowaniu się na jakąś konkretną broń. Rozglądając się po tłumie, Kołtuch zauważyła, że w tłumie zbrojnych nie ma samych mężczyzn. Parę postaci musiało być kobietami, lecz spod pancerzy i hełmów ciężko było to dostrzec na pierwszy rzut oka. Wszyscy jednak wydawali się być w dobrej formie fizycznej. Większość z nich z wielkim skupieniem śledziła walkę i widać było, że jest to dla nich nie lada rozrywka. Nie wydawali się także przejmować tym, że ich szef wydawał sie być na straconej pozycji. Przyglądając się im dokładniej, w oczy kobiety wpadł fakt, że mimo iż każdy nosił inną zbroję i i inną broń, były to tylko pozory. Cały ekwipunek grupy był bowiem niemal taki sam w swojej bazie, a pojedyncze różnice wygadały, jak próba maskowania owej jednorodności.
Ostatni raz zerknęła na walkę facetów. Wyglądało na to, że już dobiega końca… Zaskoczyło ją to co ujrzała. Ten cały Yavrin od włóczni zwyczajnie nabił się na barierę. Przechyliła swoją głowę, mrucząc po cichu coś, co mogłoby brzmieć jak serio?, ale trudno było to określić z całą pewnością. Moment później Gareth prawie go zabił, a brakło mu całkiem niewiele. No cóż, spisał się ze swojej części, co nie zmieniało faktu, że była na niego zła. Przeklęty akolita! Pewnie jeszcze zacznie jej grzebać w głowie albo zrobi coś innego! Najgorsi użytkownicy magii! Jeszcze się szczyci, że wygrał podstępem. Brak honoru oraz akolita, no doskonałe połączenie jak dla niej.

Nie spodziewała się takiego obrotu spraw, ale właściwie jakby nie patrzeć to Gareth wygrał. Teraz pozostało jej nie dać dupy, dosłownie i w przenośni. Najemnik po skończonej walce podszedł do niej, sugerując skorzystanie z fortelu. O nie, nie, nie! Ona ma honor! Ona ma dumę! Nie będzie się zniżać do takich brudnych sztuczek, to też popatrzyła na niego jedynie z byka, dając mu do zrozumienia, że ma o coś żal. Pewnie się domyślił, że chodzi o magię, a jak nie, to niech się goni! Do Thorna z nim! Zanim wystąpiła do środka okręgu, zadała pytanie
- No dobra, to kto zmierzy się ze mną? - W między czasie zaczęła się finalnie rozgrzewać, co by ją zastane podróżą mięśnie nie zaskoczyły w najmniej odpowiednim momencie. - Czemu mam wrażenie, że jakoś mnie zaskoczycie? - Powiedziała to czekając na swojego oponenta.
- Twoim przeciwnikiem będzie Niedźwiadek - odparł jeden ze zbrojnych. - Mam nadzieję, że potrafisz co najmniej połowę to, co twój towarzysz. - Po chwili spośród zbrojnych wyszedł przeciwnik Tandary. Był nim wysoki na ponad dwa metry i niemal równie szeroki mężczyzna o północnym wyglądzie. Miał długie, czarne włosy, wielkie wąsy i potężną brodę oraz potrójną bliznę na twarzy ciągnącą się przez prawe oko i policzek, która kojarzyła się kobiecie z raną zadawaną przez pazury niedźwiedzia. Niedźwiadek dzierżył w dłoniach zweihander, dodatkowo mając przytoczony zwykły miecz do boku i tarczę na plecach. Stanął naprzeciwko Tandary i zlustrował kobietę wzrokiem. Jego mina z hardkiej zrobiła się niepewna i mężczyzna obrócił się do swoich towarzyszy i zapytał:
- Czy wy próbujecie ze mnie żartować? - Jego głos był dość głęboki i potężny, lecz było w nim coś, co skojarzyło się dziewczynie z niegroźnym pieskiem bardziej niż z niedźwiedziem. Po chwili Niedźwiadek obrócił się w stronę Tan i rzekł.
- Przepraszam, nieczęsto widzi się kogoś, kto wystawia do walki kobiety. Szczególnie, że najczęściej robi się tak żarty. Ty nie masz żadnej broni? Może chcesz jedną z moich? - Widać było, że mężczyzna czuje się lekko zakłopotany walką z przeciwnikiem, który nie ma broni.
- EJ! Od razu żartować! - Ale musiała przyznać, że Niedźwiadek zdecydowanie górował nad nią wzrostem. Ogólnie to wyglądał na osobę, która mogłaby ją zdmuchnąć za pomocą oddechu.
- No wiesz, wszędzie spotkasz takiego frajera, co się będzie próbował wysługiwać i kobietą, chowając się pod jej kiecą. - Warknęła, jakby była porządnie wkurzona na Garetha, ale tylko ona na razie wiedziała o co miała do niego żal. -
W sensie, że jakiś miecz, drzewiec, czy inny łuk? To nie, nie mam takiej broni. Twoim mieczem prędzej zrobię sobie krzywdę, niż jakkolwiek mi się przyda... Ale możesz sam odrzucić swoje uzbrojenie jeśli chcesz by było bardziej wyrównanie? - Wzruszyła ramionami zostawiając mu wybór. Miała bowiem nadzieję na walkę na pięści, prawdziwie męski pojedynek.
- A. Znaczy że magiczna. Jeśli chcesz walczyć bez broni to twoja rzecz. Ja tam lubię mieć w dłoni stal. Jak tylko będziesz gotowa, możemy zaczynać. Postaram się uważać na twoje ciało i nie zostawić ci blizn. Wiem, że to ważne dla kobiet. Szczególnie na twarzy. - Odparł Niedźwiadek i przygotował się do walki, ustawiając się w luźniej pozycji z bronią w stosunkowo prostej lecz skutecznej gardzie.
Delikatnie podskoczyła, kończąc swoją rozgrzewkę. Stanęła nisko na nogach, w lekkim rozkroku. Czyżby trafiła na kogoś, kto chciał jej dawać taryfę ulgową tylko ze względu na to, że miała cycki, oj srogo tego pożałuje!
- W porządku, kolejny który się lituje. No to zatańczmy, bo ja nie będę się powstrzymywać. - Nie była pewna jaką szybkość będzie mieć jej przeciwnik, dlatego stała miękko na nogach, by móc odskoczyć w przypadku jego ataku. Wolała na razie na niego nie nacierać, by sprawdzić co Niedźwiadek potrafił.
Niedźwiadek skinął tylko głową. Stanął w pozycji obronnej i zaczął wpatrywać się intensywnie w Tandarę poważnym wzrokiem. Po chwili klinga jego zweihandera zaczęła zataczać powolne koła wokół Niedźwiadka, z niskim wizgiem tnąc powietrze. Mężczyzna zaczął przemieszczać się po okręgu kierując się w swoje prawo, cały czas powoli skracając dystans. Jego kroki były pewne i stanowcze, lecz uważne, a na twarzy panował spokój. Tandara obnażyła swoje kły, przypominając rozdrażnego kociaka. Patrzyła groźnie na Niedźwiadka, roztopierzając swoje dłonie.
- Powinnam teraz Ciebie zaczarować... - Markowała sus w kierunku oponenta.
- Ale nie umiem, a akolitami gardzę. - Zaczęła kroczyć w swoje prawo, by utrzymywać równy dystans. Nie chciała jeszcze zaczynać, obserwowała jakie ciekawe elementy swojego opancerzenia ma na sobie Misio. Wiedziała, że jak wpadnie w szał, to nie będzie miała wtedy dość uwagi, by tego szukać.

Mężczyzna miał na sobie ciężką zbroję będącą składaniną przeszywanicy oraz kolczugi, wzmocnionej w wielu miejscach skórą. Dodatkowo na lewej ręce miał stalowy naramiennik oraz karwasze. Jego nogi były równe mocno opancerzone i wzmocnione stalowymi wstawkami nogawic na wysokości uda oraz łydki oraz specjalne wzmocnienia na wysokości bioder. Widać było, że prócz paru wrażliwych punktów, zwykłe uderzenie pięścią nie zrobi mężczyźnie nawet drobnej krzywdy. Niedźwiadek ciągle zachodził Tandarę od prawej, cały czas z wolna skracając dystans... Tandara nie była zachwycona, że jej przeciwnik jest tak bardzo opancerzony. Niestety, nie była w stanie pozbawić Niedźwiadka jego pancerza, więc pozostawała jej walka w zwarciu i to w najgorszej kombinacji. Dodatkowo to ona miała zaatakować, nie wiedziała jeszcze tylko gdzie będzie najlepiej się rzucić. Oceniła dystans jak wiele jeszcze dzieli ją od potencjalnego machnięcia półtorakiem, zanim będzie musiała zacząć naprawdę tańczyć ze swoim przeciwnikiem.
Łatwo było zauważyć, gdzie przeciwnik miał słabe punkty: wewnętrzna część kolan, słabiej osłonione pachy, szyja oraz głowa, a także łączenia między kawałkami zbroi. Niestety wszystko między połową ud a szyją było ukryte pod przeszywanicą, w wielu miejscach wzmocnioną jeszcze kolczugą. Po dłuższej chwili Tan zauważyła jednak jeszcze jedną ciekawą rzecz: Cała zbroja, a także kolczuga była spięta w wielu miejscach małymi pasami. Widać było, że zabieg ten został zastosowany, by ułatwić zakładanie opancerzenia samemu. Z tego co udało się dojrzeć kobiecie, z przodu widoczne były cztery klamry, spinające kolczugę i skórzano-stalowe wstawki. Znajdowały się one w parach tuż powyżej bioder mężczyzny z każdego z jego boków. Niedźwiadek zbliżał się, był jeszcze praktycznie trzy metry od Tandary, lecz z coraz bardziej zaczął zachodzić kobietę od boku, sprawiając, że ta stała teraz do niego pod kątem, wystawiając swoje ramię i bok.
Obserwacja dała pomysł dziewczynie do walki z Niedźwiedziem. Nie miała w swoich rękach noża, ani innego ostrza, więc musiała sobie pomóc Kolczatką na rękach. Przywołała ją, a następnie zaczęła swój taniec od... Natychmiastowego odwrócenia się frontem do Misia i Susa w kierunku oponenta, bo ileż mogła tak unikać walki. Gdyby stała tak jeszcze chwilę, to byłaby w zasięgu ostrza więc musiała działać. Postanowiła podjąć próbę przecięcia pierwszych klamer, tych od jego prawej strony, a następnie trzymania się na plecach Misia, z pomocą swoich zwinnych nóżek.

Nagły skok kobiety zaskoczył przeciwnika. Nim ten zdążył zareagować, wojowniczka wezwała zaklęcie i uderzyła w klamry po prawej stronie, rozrywając pierwszą klamrę i mocno nadgryzając drugą. Siła uderzenia, które padło na bok mężczyzny, wydawała się nie zrobić na Niedźwiadku dużego wrażenia, lecz wszystko było na tyle niespodziewane, że Tandara zdążyła przeskoczyć i znaleźć się za plecy oponenta. To nie spodobało się przeciwnikowi. Wykonując obrót wokół własnej osi, wojownik wykonał potężny młynek na wpół ślepo, lecz ostrze minęło Łowczynie nie robiąc jej krzywdy. Dało mu jednak na tyle dużo czasu, by znów ustawić się frontem do przeciwniczki. Tan trochę żałowała, że nie miała czasu by przypatrzeć się plecom Niedźwiadka, może by znalazła tam kolejne potencjalne słabe punkty. Na szczęście nie oberwała tym mieczem, bo czuła że mogłoby wtedy być z nią krucho. Niemniej udało się jej naruszyć jedną stronę pasków, z czasem zobaczy czy jeśli pozostałe będą zniszczone, to ten nadgryziony puści. Odskoczyła, by zwiększyć dystans, odsuwając się od swojego przeciwnika z każdym krokiem w kierunku końca okręgu.
Niedźwiadek wykonał krótki młynek i poprawił chwyt na swojej broni, po czym ruszył nagle za Tandarą, błyskawicznie skracając dystans, i gdy ta znalazła się w zasięgu, mężczyzna wykonał potężne uderzenie znad głowy, mierząc w tors kobiety. Wojowniczka nie mogła się cofnąć - to sprawiłoby, że wpadłaby na krąg tarcz utworzony przez zbrojnych, gdy ci zauważyli, że zbrojni zbliżają się do krawędzi okręgu. Uderzenie zbliżało się z zabójczą szybkością i Łowczyni wiedziała, że ma tylko ułamki sekund na zareagowanie.
A tego to się Tan nie spodziewała. Nie mając wiele czasu, najszybsze miejsce do ucieczki wydawało jej się... Między nogami oponenta, biorąc pod uwagę ich różnicę wysokości jak i rozmiarów. Mocno się pochyliła, a następnie odbiła z całych sił w kierunku swojej bramy. Złapała się jednej nogi Niedźwiedzia, by nie polecieć za daleko, a przy okazji wbić mu ze Spluwka solidny kolec w nieosłonięte wnętrze kolana kiedy już przeleciała za niego, o ile cała akcja się udała.
Tandara skoczyła między nogi Niedźwiadka i tylko dzięki temu uniknęła zabójczego cięcia. Udało jej się wykonać dziwną akrobację, będącą czymś pomiędzy rzuceniem się w przód a przewrotem, lecz nie udało jej się zrobić tego wystarczająco szybko i poczuła jak końcówka ostrza przeciwnika zahacza o jej łydkę. W tym samym momencie kobieta użyła swojej dolności i kamienny kolec wielkości pięści poleciał w stronę wewnętrznej strony kolana Niedźwiadka. Mężczyzna zawył z bólu, gdy pocisk trafił go i rozerwał spodnie ze wzmocnionej skóry, wbijając się głęboko w ciało. Zdziwiony krzyk bólu mężczyzny zdławił się, gdy pod przeciwnikiem załamały się nogi. Niedźwiadek w ostatniej chwili złapał końcówkę tarczy jednego ze zbrojnych i oparł się na niej by nie upaść.
Korzystając z chwili, kiedy jej przeciwnik skupiał się na utrzymaniu się na nogach, Tandara ponownie użyła Spluwka, tym razem na drugie kolano, by pozbawić Niedźwiedzia mobilności. Dopiero po tym zerknęła co jest z jej nogą, która miała niemiłe spotkanie z ostrzem przeciwnika.

Niedźwiadek widząc co się święci, oparł ciężar na tarczy i zbrojnym po czym wykonał coś pomiędzy skokiem a rzuceniem całego ciała i uniknął lecącego w jego kierunku pocisku. Noga Tandary nie wyglądała najgorzej. Widać było, że ostrze weszło w mięsień, lecz nie przecięło raczej żadnych ważnych ścięgien lub żył. Krew kapała jednak dość mocno z rany, a przy każdym napięciu mięśnia Tan czułą duży ból oraz sączącą się krew.
Syknęła widząc co stało się w jej nogę. Ten Misiek zaraz dostanie to na co jej zdaniem zasłużył. Wściekłe kurwiki w oczach, powolny i bardzo ostrożny krok Tandary wskazywały na to, że ma zamiar to skończyć. Mimo wszystko starała się nie obciążać zbyt mocno nogi. Jej ręce otuliły się jeszcze większą skorupą, sprawiając wrażenie jakby zostały otoczone pancerzem. Korzystając z tego, że Niedźwiedź musiał trzymać zweihandera w jednej ręce, postanowiła przyjąć uderzenie miecza na osłonięte rękawice. Jeśli chciałby cofnąć swoją broń, użyłaby kamiennego chwytu, żeby zablokować jego ruchy. Następnie zbliży się do oponenta i sprzeda mu cios w twarz, podczas gdy druga ręka w dalszym ciągu będzie blokować miecz.
Niedźwiadek zrobił coś, czego Tandara nie mogła się spodziewać. Podniósł on bowiem swój zweihader rzucił nim w przeciwniczkę niczym włócznią. Ta zdążyła w ostatniej chwili cofnąć się i miecz zamiast w jej nogę, wbił się niegroźnie w ziemię. To jednak, jak miało się okazać, nie było prawdziwe zagranie mężczyzny, a jedynie zmyłka, która miała przyciągnąć uwagę kobiety. Ledwie Tan odwróciła wzrok od broni z powrotem na przeciwnika, a zobaczyła, że ten z krótkim mieczem i tarczą w dłoni rzuca się w przód. Wkładając całą siłę i ciężar w ten iście ekwilibrystyczny wyczyn, Niedźwiadek wpadł na Tandarę, taranując ja i przewracając na ziemię, jednocześnie wykonując uderzenie mieczem. Wojowniczka zdążyła tylko ustawić ręce w bloku i przyjąć na nie ostrze. Chłód stali przeszedł przez rękawiczki, lecz materiał wzmocniony zaklęciem wytrzymał. Kobieta wiedziała jednak, że uderzenie zostawi po sobie potężnie siniaki. Upadając, Łowczyni znalazła się pod przeciwnikiem, przygważdżana przez tarczę i leżącego na niej Niedźwiadka.

No rzeczywiście, za cholerę nie spodziewała się tego co ten Niedźwiadek odthornielił. ONA MU KURDE POKAŻE, ŻE KOBIET SIĘ NIE DOTYKA BEZ JEJ WCZEŚNIEJSZEJ ZGODY! Zaczęła go okładać póki jeszcze mogła cokolwiek zrobić i nie była uduszona przez jego ciężar. Zaczynając od słabiej opancerzonych pach, a potem przechodząc na boki, gdzie właściwie miał te nieszczęsne rzemyki, które miały mu trzymać ten przeklęty pancerz, by ponownie wrócić go do okładania gdzie popadnie. Teraz pozostawało mieć nadzieję, że nie utnie jej rąk.
Tandara zaczęła okładać mężczyznę na oślep po bokach. Siła jej uderzeń nie robiła początkowo wrażenia na Niedźwiadku, lecz po chwili, gdy Tan wyczuła, że paski po bokach puszczają, udało jej się dostać pod dużą część ochronnej warstwy. Kolejne uderzenia padały teraz jedynie na pojedynczą warstwę przeszywanicy, lecz nie miała ona szans z ostrymi, skalnymi kolcami utworzonymi na pięściach kobiety. Po chwili dało słyszeć się dźwięk łamanych żeber, a wojownicza poczuła na rękach ciepło krwi. Niedźwiadek jęknął przeciągle z bólu, lecz walczy dalej. Chcą jak najszybciej zakończyć walkę, pchnął mieczem na wpół ślepo, celując w korpus Tandary. Ostrze weszło gładko między kości i przebiło ciało tuż przy prawym obojczyku. Siła ciosu oraz napór ciężaru ciała mężczyzny sprawił, że miecz wyszedł gładko z drugiej strony i wbił się końcówką w ziemię. To jednak był jedynie łabędzi śpiew Niedźwiadka. Po chwili mężczyzna znieruchomiał, a jego ciało zwiotczało. Z jego boków, przemienionych w papkę, sączyła się krew, która spływała pod leżącą pod nim łowczynię.
Chwilę jej zajęło zauważenie, że coś nie gra. Dziewczyna czując z lekkim opóźnieniem, że jej przeciwnik jest martwy, próbowała go powoli zepchać na jedną stronę ze swojego ciała. Jeśli to sprawiałoby, że miecz wciśnięty w nią, zacząłby się ruszać, przestałaby na moment, machając dłonią na zewnątrz na znak pomocy w zdjęciu olbrzyma.


Suma zużytej many: 52 punkty
Tandaro, żyj!
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.07.2019, 22:40 przez Tandara.)



Obnażam kły, gotując się do walki






13.07.2019, 22:39
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża
#67

STRAŻNIK
Samo południe i trzydzieści minut później
TRAKT TYDZIEŃ DROGI OD GREATHARD


areth obserwował starcie Tandary, jednocześnie będąc opatrywanym przez Fernando. Kupcy oraz towarzyszący im Rivier także patrzyli na starcie, lecz jednocześnie mówili o czymś przyciszonym tonem.  Nagle odgłosy walczących ucichły, a towarzyszące im krzyki zbrojnych zagrzewających do walki zniknęły. Nagła cisza wydawała się wręcz nienaturalna.  
Tandara, leżąc pod martwym Niedźwiadkiem zaczęła zrzucać olbrzyma, lecz sama nie byłą w stanie sobie poradzić. Po chwili dobiegł do niej Gereth oraz Fernando, który dzierżył w ręce jakiś pakunek z którego wystawały buteleczki i bandaże. Pomagając kobiecie, mężczyźni zrzucili zbrojnego z Tandary.   Martwy wojownik spadł na bok z głośnym uderzeniem połączonym ze sprzętem metalu.
Fernando klnąc niczym szewc zabrał się do opatrywania ran Łowczyni. Nim kobieta zdążyła zareagować, złapał on miecz tkwiący pod obojczykiem i wyszarpał go płynnym ruchem, po czym odrzucił broń na bok i nim krew na dobre zaczęła płynąć z rany, wepchnął w nie bandaż z wtartymi w nie mieszanką ziół i jakiejś cieczy. Mając to z głowy, wręczył czyste bandaże Gerethowi i pokazał mu, by zabandażował resztę rany, samemu zajmując się rozcięciem na łydce.
W tym samym czasie dwóch zbrojnych zabrało ciało Niedźwiadka. Widać było, że zbrojnym powoli rzedną miny, a widoczna wcześniej radość ustępuje powoli zacięciu przeplatającemu się ze smutkiem. Yarvin spojrzał na ciało swojego podwładnego i skrzywił się ze smutkiem, po czym podszedł do Geretha i Tandary, mówiąc:
- Źle zrobiliście, że zabiliście Niedźwiadka. Trzeba było się powstrzymać. Przecież wystarczyło przywalić mu w twarzy raz, a porządnie. Miałaś okazje przecież. – przerwał na chwilę, po czym obejrzał się na swoich ludzi. Po chwili westchnął i kontynuował – Chcecie to kontynuować? Wtedy to była zabawa. Teraz… już nie. Zresztą, na waszym miejscu uciekałbym tak szybko, jak się da. Bo nie wiem, jak długo będę w stanie powstrzymać moich ludzi. Wszyscy lubili Niedźwiadka. Ale tak jak obiecałem. Ja nie będę was gonił i nie będę z  wami walczył.









16.07.2019, 17:59
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża
#68

ojedynek Tandary różnił się od poprzedniego. Mało w nim było kombinowania i sztuczek. Mało w nim było taktyki i czytania przeciwnika. To było brutalne stracie w którym padał cios za ciosem. Gareth obserwował walkę z rosnącym zaniepokojeniem. Ani Tandara ani Niedźwiadek nie wyglądali na osoby, które chciałyby odpuścić. Dzikość z jaką walczyli była godna podziwu... i nie na miejscu. Z zaskoczeniem dostrzegł, że Tandara również używa magii. Łowca? Zapewne. Akolita skrzywił się widząc jak mężczyzna ląduje na łowczyni podczas gdy ta zaczęła dźgać go po boku. Cholera...
Szybko pomógł zrzucić wojownika z ciała towarzyszki i posłuchał rad Fernando bandażując ranę w okolicy obojczyka. Spoglądał od czasu do czasu na grupkę stojących przed nimi zbrojnych. Nawet ślepiec wyczułby, że nastroje z radosnych stały się niemalże agresywne. Nic dziwnego. Jeden z ich kompanów leżał martwy na ziemi. Widząc podchodzącego Yarvina, Tarian wstał z klęczek, w końcu zakończył już zawiązywanie bandaża i spojrzał włócznikowi w oczy. -To prawda... ale jak sam wiesz umysł nieraz wypełnia się czerwoną mgłą... zwłaszcza w trakcie tak zaciętej i trudnej walki. Jestem pewny, że to rozumiesz.-Skłonił lekko głowę. Słysząc kolejne słowa zmrużył lekko oczy. -Odejść? Bez niczego? Wygraliśmy dwie z trzech walk, a teraz każesz na odejść ot tak? Jak wiele warte jest twoje słowo? Jak wiele jest warte słowo wojownika? Jeżeli mamy odjeść bez niczego... zgoda. Ale powinieneś się zastanowić czy zasługujesz na dowodzenie tymi ludźmi, jeżeli słowo, które ty dajesz nie jest dla nich nic warte.-Gareth gardził ludźmi, którzy składają obietnice, których nie są w stanie spełnić. -Ciekawi mnie co by się stało, gdyby miecz Niedźwiadka przebił jej płuco.-Powiedział akolita pokazując ręką na leżącą na glebie Tandarę. -Albo gdyby twoja włócznia dosięgnęła mojego gardła, co prawie się wydarzyło.
Pomimo tego cofnął się odrobinę i podszedł do Fernadno i Riviera. -Bądźcie w gotowości. Może dojść do walki. Jeżeli do tego dojdzie to przygotujcie się na mój znak. Bądźcie blisko niej. Yarvin nie panuje nad swoimi ludźmi. Być może będziemy musieli uciekać zostawiając za sobą wozy.-Rzucił przepraszające spojrzenie w stronę Cedrika. -Okazuje się, że słowo bandyty wyznającego Abaddona jest gówno warte. Zero honoru...-Akolita zerknął na formację bandytów jeszcze raz, próbując opracować jakiś sensowny plan działania.








16.07.2019, 18:51
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża
#69

Młoda łowczyni nie była zachwycona tą wielką masą, która na niej leżała. Przecież jakby tak jeszcze trochę na niej pobył tymi zwłokami, to by się udusiła, a może by jej się coś zmiażdżyło. Chyba potrzebowała iść do medyka, ale w środku dziczy szansa na spotkanie takowego była raczej niska. Niemniej chyba towarzysze z karawany postanowili jej pomóc się ogarnąć i zebrać do jednego kawałka, chociaż tymczasowo dziurawego. Dziewczyna miała nadzieję, że te obrażenia z tej walki zejdą jej całkiem szybko, ale nie wiedziała ile kuracja może potrwać oraz co się z nią wiąże, poza biciem innych po ryjach, czego się już spodziewała.
- Kurweeeeesyn! Jaaaakiż on jeeeeeest cięęęęęężki! - Wrzeszczała, kiedy bezskutecznie próbowała zrzucić z siebie jego cielsko. Zasapała się strasznie, a skutek tego właściwie żaden. No jednak musiał mieć chłop sporo swojej masy, skoro miał pokaźny wzrost, a chuderlakiem nie był. Dodatkowo jeszcze ten jego ciężki pancerz, no po prostu wyśmienite wyzwanie dla dość mocno pokiereszowanej walką dziewczyny. Ta jeszcze działała na oparach adrenaliny i swojego szału bojowego, bo jej świadomość własnego bólu nie była zbyt... Poprawnie działająca. Niestety, ten stan miał utrzymywać się jedynie jeszcze przez chwilę, bo później wszystkie zmysły powinny wrócić do normalności, a także właściwie odczuwanie bólu.
Na całe szczęście dla Tandary, jej pomoc już biegła do niej. Oczywiście to byłoby wstydem się przyznać, że potrzebowała jej od dwóch mężczyzn, w tym jednego akolity, ale jednak obiektywnie rzecz biorąc, była niezbędna do tego, by wyleźć z potrzasku. Na dodatek, zanim była chętna wstać, Fernando złapał za tkwiący w niej mieczy i go wyjął. Prawie zapomniała o tym, że miała tą przerośniętą wykałaczkę w sobie. Pewnie przypomniałaby sobie, jakby przypatrzyła się rękojeści, albo co gorsza przydzwoniła nią w coś. Na całe szczęście, Fernando doskonale wiedział co robi, albo przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Dostała profilaktycznie zioła i inne medyczne wytwory do swojej rany. No cóż, chyba powinno to sprawić, że nie dostanie zakażenia czy innego syfu do środka. Później nastąpiło szybkie obandażowanie łowczyni. Unikała wzroku Garetha, bo czuła się gorzej niż gówno największe, kiedy ten opatrywał jej rany. Oj ciężko jej było przełknąć tę sytuację, bardzo ciężko.

Kiedy Fernando opatrywał jej nogę, zerknęła kątem oka na zwłoki Niedźwiadka. Przez moment zaczęła czuć, jak wszystko to co jadła ostatnio, powoli zbiera jej się do ust. Aż zakręciło jej się w głowie, przez co oparła się mocniej o swojego medyka, ale finalnie nie zwymiotowała, ani nie odpłynęła. Mimo to było jej przykro. Nie chciała zabijać kolejnej osoby tymi rękawicami, ale miała wrażenie, jakby w nich był jakiś dziwaczny i niewytłumaczalny głód krwi.
Słysząc reprymendę ze strony Yavrina, miała ochotę strzelić mu w pysk. Szkoda tylko, że jeszcze nie wstała na równe nogi, by mu dać taką soczystą lepę, a w jej mniemaniu to sobie człowieczek zasłużył na takie coś. Od razu, jak zwykle, Tandara wszystkiemu winna! No bo jak nie ma na kogo zwalić, to trzeba na nią, oczywiście! Oj nie, tak się bawić nie będziemy panie pajacu od włóczni. Zaraz mu powie, co o nim myśli! Znalazł się taki cwaniaczek, nie ma co! Ciekawe tylko, czy inni będą podzielać jej spostrzeżenia, ale to już w sumie nie był tak bardzo jej problem.
- Sam żeś go wystawił... - Burknęła pod nosem Tandara, nie czując się wybitnie winna. Owszem, dalej było jej przykro, ale nawet ona wiedziała, że się broniła i w każdej chwili jej oponent mógł krzyknąć, że się poddaje. Przecież nie zabiła go umyślnie! Z resztą, nie lubiła odbierać innym życia. Nawet swojemu wujowi, który był skończoną gnidą i kimś, kto nie zasługiwał na życie, niezbyt chciała mu je odbierać w taki sposób jak to się stało.
- Tak, jak on miał okazję zabić mnie, przebijając mi płuco na wylot! - Muskała dłonią okolice zbroi, gdzie był wetknięty opatrunek. No cóż, może i często nie świeciła inteligencją, za to całkiem dobrze znała się na ludzkim ciele, mniej więcej wiedziała gdzie co w sobie ma ułożone, jakie bebechy, które mogą być tykającą bombą czy doprowadzić do czegoś dużo gorszego niż omdlenie. Na szczęście w jej przypadku skończyło się to całkiem niegroźnie, ale jakby parę centymetrów przesunął miecz, wtedy to mogłaby już zacząć sobie kopać grób swoimi rękawicami.
- Przynajmniej walczył do końca, nawet kiedy nie mógł już chodzić! - Powoli zaczęła wstawać, mając jednak nadzieję, że otrzyma nieco pomocy ze strony Fernando. Kołtuch wolałaby nie obciążać teraz za bardzo swojej zranionej nogi i nawet jeśli to rozcięcie nie było głębokie, to chciałaby jak najszybciej wrócić do obijania innym mord.
- Takich wojowników jak Niedźwiadek cenię i zasługują oni na wieczną cześć. - Popatrzyła jeszcze raz na jego zwłoki, które już przenieśli jego współtowarzysze. Naprawdę, ten facet chciał dać jej swoją broń, by nie czuć, że walczy z kimś bezbronnym. Nie traktował jej z góry, lecz jako wojownika, który mógł mu zagrozić. Doprawdy, dobry był z niego człowiek. Tandara nie zauważyła nawet, kiedy w kąciku oka zaczęła kręcić się łezka. Trudno było nie uronić ani jednej na myśl o tym, co się tutaj stało i komu właściwie odebrała życie.
- Następnym razem to byś może nie wystawiał kompanów na śmierć, jak cwaniak co stoi z daleka od zagrożenia! Takimi to gardzę nawet bardziej, niż cholernymi magami! - Warknęła rozzłoszczona na Yavrina. Być może przyjdzie jej ponieść konsekwencje tych słów, ale miała je gdzieś. W jakiś niezrozumiały sposób, było jej szkoda reszty bandy. Dowodzeni przez takiego człowieka. Całkowicie popierała słowa Garetha, który no zjechał Włócznika Północy z góry na dół. Zastanawiała się co z tego wszystkiego wyniknie, czy jakaś kolejna walka, czy może jednak rzeczywiście będą musieli brać nogi za pas.


Obnażam kły, gotując się do walki






16.07.2019, 22:41
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża
#70

STRAŻNIK
SAMO POŁUDNIE I TRZYDZIEŚCI MINUT PÓŹNIEJ
TRAKT TYDZIEŃ DROGI OD GREATHARD


arvin skrzywił się tylko na słowa Garetha i Tandary, po czym odwrócił się i odszedł do swoich ludzi. Po chwili zaczął rzucać komendami i jego część jego ludzi zaczęła przygotowywać prowizoryczne nosze dla Niedźwiadka.
Po chwili z grupy wyszedł mężczyzna i podszedł do Tandary. Jego twarz wyglądała na dziwnie znajomą i dopiero po chwili kobieta zauważyła, że rysy twarzy postaci wydają się być niezwykle podobne do tych u Niedźwiadka. Widać było, że w oczach nieznajomego czai się nienawiść i ledwo powstrzymywana wściekłość.
- Yuri zginął w honorowej walce, więc trafi przed same oblicze Abaddona. Jednak nie myśl, że ujdzie ci to płazem. Przez wzgląd na jego honor i na słowo Pritrybuna Yarvina puszczę was wolno. Lecz nie martw się Tandaro. Kiedy już uczczę honor mojego brata, odnajdę cię i zabiję. Zapamiętaj imię Siergieja Medveda, człowieka, który cię zabije. To ci przysięgam. – powiedział z nienawiścią w głosie mężczyzna, po czym nie czekając na odpowiedź odwrócił się i dołączył do reszty zbrojnych, pomagając im zabrać ciało Niedźwiadka na nosze.
Zbrojni zeszli z traktu i ruszyli w las, zapewne swoimi własnymi ścieżkami chcąc wrócić do obozu. Yarvin obrócił się jeszcze w stronę Garetha i spojrzał na niego z ubolewaniem, po czym także zniknął w lesie.
Trakt pozostał pusty i jedynie ślady butów oraz wielka plama krwi na drodze świadczyły o tym, że cokolwiek wydarzyło się na drodze.

// Jeśli chcecie możecie pisać tutaj lub na konsu









21.07.2019, 14:32
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja bez grafiki