Atarashii




Obrzeża
#91

ieświadomy niepokojących snów swojej towarzyszki Gareth drapał się po głowie myśląc nad stosunkowo prostym zaklęciem, które mogło okazać się dosyć przydatne w przyszłości. Ot... postawienie zwykłej ściany przypominającej tę, którą tworzy rzucając Zaporę. Tyle, że ta miałaby znacznie bardziej ograniczone możliwości strategiczne, byłaby mniejsza... ale doskonale chroniłaby od frontu. Dlatego też nie było sensu planować tego jako umiejętności dalekodystansowej. Bardziej służyłaby ona jako zasłona przed ostrzałem, przed wrogą szarżą lub przed szalonym włócznikiem pędzącym w twoim kierunku z zawrotną prędkością. Akolita wdrapał się na wóz z zamyśloną miną nawet nie patrząc na woźnicę. Był zbyt skupiony na zastanawianiu się nad sposobem rzucenia tego konkretnego zaklęcia.
Oczywistą rzeczą od której należało zacząć był skupienie się na strukturze Zapory. Niesamowicie twarda, nieprzekraczalna w fizyczny sposób bariera. Jednak zamiast dużej szklanej kuli w głowie mężczyzny zaczął rodzić się inny obraz. Kwadratowa ściana. Wysoka i szeroka na dwa metry. Dosyć łatwa sprawa do przywołania. Lecz chciał też sprawić, że ta ściana będzie niewidzialna. Uczyniłoby to z niej idealny element zaskoczenia! Koń wpadający na nagłą przeszkodę tuż przed uderzeniem w cel szarży? Łucznicy ze zdumieniem spoglądający na ludzi których nie imają się strzały? Och, jak cudownie!
Zastanawiał go sens przywoływania ściany w momencie w którym siedział na poruszającym się wozie. Zważając, że nie podróżowali w zawrotnym tempie stwierdził, że może zostać z tyłu na chwilkę lub dwie. Dla pewności chwycił za włócznię i ponownie zeskoczył z wozu jednocześnie zwracając się do woźnicy. -Nie martwcie się. Włócznia jest tylko na wszelki wypadek. Idę trenować.-Powiedział z uśmiechem na twarzy. Zaraz po zeskoczeniu podszedł na przód karawany schodząc jednocześnie na skraj drogi. Nie chciał, żeby jego eksperymenty skończyły się jakimś wywróceniem się wozu lub co gorsza rannym koniem.
Ponownie przywołał w głowie obraz dwumetrowej ściany jednocześnie wyobrażając sobie, że ściana ta nie ogranicza w żaden sposób jego pola widzenia. Że jest w stanie dostrzec przez nią karawanę, las znajdujący się po obydwu stronach drogi i sam trakt, który wyglądał na bardzo rzadko uczęszczany. Mając w głowie ten obraz skupił w sobie energię magiczną i rzucił zaklęcie.



Koszt many pozostaje do oceny Mistrza Gry








24.12.2019, 01:40
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża
#92

Nadchodzący cios sprawił, że łowczyni odrzuciła gryzące ją przeczucie. Nawet jeśli mogło to być złudzeniem, to jednak ból, który odczuwała na swoich rękach był dla niej prawdziwy. W takim wypadku wolała doprowadzić do sytuacji, w której byłaby bezpieczna, potem znajdzie sobie czas na dumanie, które to Gareth tak bardzo lubił. Dziewczyna ledwo uniknęła uderzenia, ale jej poczucie równowagi w dalszym ciągu odmawiało współpracy, w wyniku czego przewróciła się na swój kufer. Syknęła cicho, próbując się podnieść, ale bez rezultatu. Miała wrażenie, że zamiast dochodzić do siebie, to czuła się coraz bardziej słabsza. Jakby... Adrenalina zamieniła się z alkoholem. Przecież normalnie w takiej sytuacji Tandara byłaby najgorszą bestią, walącą nawet na oślep, byleby nakopać swojemu oponentowi, a teraz nawet nie potrafiła się podnieść z podłogi. Na dodatek walczyła z kimś, komu już kiedyś udowodniła gdzie jego miejsce.
Następne uderzenie pasem smagnęło Kołtucha w plecy, gdyż nie zdążyła uskoczyć. Wrzasnęła, jakby wrzątek wylał się na nią. Rechot wuja zabrzmiał w pomieszczeniu, ostatecznie rozjuszając dziewczynę. Korzystając z chwili, kiedy się rozproszył, łowczyni rzuciła się do przodu z całej siły, wywracając mężczyznę. Ten, podczas upadku zahaczył o stół z wazonem. Gliniany dzban rozbił się obok nich z głośnym hukiem. Nie przeszkodziło im to jednak w szarpaninie. Brakowało tam wyszukanych czy czystych technicznych uderzeń, bardziej przypominało to pijacką walkę w gnoju i błocie. Nie mogąc zyskać widocznej przewagi, Tandara sięgnęła obok siebie po gliniane odłamki. Nie zważając na to, że sama pokaleczyła swoje palce, jej ręka zaczęła otaczać się ziemią. Cisnęła nią z całej siły w twarz wuja. Wzmocnione dodatkową masą uderzenie musiało zadziałać, bo do jej uszu dobiegł dźwięk skowytu pełnego bólu. Teraz to ona się śmiała. Spróbowała unieść dłoń, by zobaczyć jakie spustoszenie poczynił jej atak, ale nie mogła się ruszyć. Miała wrażenie, jakby jej lewa ręka ulegała stopniowej petryfikacji, zaczynając od koniuszków palców. Nie spodziewała się tego, próbowała z całej siły oderwać się od krewnego, ale bez skutku. Wolną ręką złapała inny odłamek stłuczonego wazonu, by przeciąć szyję mężczyzny, ale zamiast krwi, trysnął w nią piasek.
- Noś pamiątkę swojej zbrodni w dumą... - Łowczyni usłyszała to w głowie, kiedy jej ręka stopniowo obejmowała się kamieniem. Jej zdolność zaczęła zmieniać kształt i formę. Teraz wyglądała nieco inaczej, w dalszym ciągu ręka zdawała się być masywna, ale na barku widziała twarz swojego wuja. Dopiero kiedy skończyła się kształtować, mogła podnieść dłoń. Przeklęła pod nosem, uciekając z pomieszczenia, zostawiając za sobą zwłoki krewnego.

Płatki śniegu iskrzyły się, odbijając promienie słońca. Najemniczka oddalała się od budynku, brodząc po kolanach w zaspach. Nie była w stanie przyśpieszyć, z ledwością przesuwając się do przodu. Nie pamiętała kiedy ostatnio widziała tyle śniegu, mogłaby lepić smocze bałwany czy rzucać się śnieżkami. Teraz jednak miała problem, skamieniałą rękę z wyrytą twarzą. Gdyby tylko jakoś mogła się tego pozbyć. Nie potrafiła tego zrzucić samodzielnie, więc pewno będzie musiała się zmęczyć i to samo odpuści, a przynajmniej tak myślała.
Nie wyczuła kiedy stanęła na skraju dołu. Następny krok nie natrafił na dostateczny opór podłoża i Tandara runęła w dół, do jakiejś jamy. Śnieg w niewielkim stopniu zamortyzował jej upadek, ale nadal nie było to zbyt przyjemne. Rozejrzała się gdzie trafiła, od razu zauważając, że nie wydostanie się poprzez wyskoczenie stąd. Pozostało jej iść przed siebie i modlić się o znalezienie drogi wyjścia... Gdyby tylko nie stał przed nią niedźwiedź brunatny, to może by to było o wiele, wiele prostsze?


Obnażam kły, gotując się do walki






26.12.2019, 02:19
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża
#93

STRAŻNIK


Tandara
alsza część snu Tandary została brutalnie rozwiana. Nagle jej oczy otworzyły się, ukazując ciemne wnętrze powozu oraz nachylającego się nad nią Fernando. Mężczyzna delikatnie potrząsał zdrowym ramieniem, najpewniej chcąc ją wybudzić.
Cienie drzew na dworze zaczynały już powoli przechodzić w ciemność. Jak szybko zrozumiała Tandara, jej majaki musiały trwać niezwykle długo, jako ze cała karawana zdążyła zatrzymać się już na postój. Mimo tak dużej ilości snu, wojowniczka czuła, że jest jeszcze bardziej zmęczona niż przed walką. Jej ciało było ciężkie i ospałe, rana z każdym, nawet najmniejszych ruchem, eksplodowała bólem, a język kobiety zdawał się być suchy niczym papier.
Widząc, że udało mu się wybudzić Łowczynię ze snu, Fernando pomógł jej wstać do pozycji siedzącej, po czym podał kobiecie manierkę z wodą, a sam zajął się zmienianiem opatrunku na jej ramieniu.


Gareth
kolita większą resztę dnia spędził na trenowaniu swojej umiejętności i jechaniu na wozu. Jak szybko okazało się, dalsze rozmowy z Tandarą nie mogły być możliwe. Kobieta zapadła w głęboki, lecz niespokojny i urywany sen. Według słów Fernando rana była poważna i dziewczyna potrzebowała wszystkich sił by dojść do siebie. Zakazał też Garethowi przeszkadzać i męczyć Łowczynię.
Gdy przyszedł czas na rozbicie obozu, Tarian został szybko zagoniony do pomocy przez Riviera oraz kupców.


ak minęły kolejne trzy dni. Podróż ciągnęła się, gdy nastroje grupy opadały, wraz z rosnącym znużeniem podróżą oraz stresem, związanym z ciągłym oglądaniem się przez ramię. Nikt w końcu nie wiedział, czy ów Yarvin nie zmieni znania i nie postanowi dogonić ich karawany wraz ze swoją grupą zbrojnych.
Zdrowie Tandary także wisiało na włosku. Dnie upływały jej na majakach, nierównym śnie i męczących koszmarach, przerywanych zmianami opatrunku. Z każdym opatrunkiem jednak, zdawało jej się, że coraz bardziej opada z sił. I choć Fernando mówił, że rana zaczyna się goić w niezwykle szybkim tempie, kobieta nie miała nawet wystarczająco siły, by samemu odgiąć opatrunek.
Wreszcie, pod koniec trzeciego dnia, karawana dotarła na rozstaje. Do Greathard pozostały niecałe dwa dni drogi. Fakt ten zdawał się działać rozluźniająco na kupców, którzy postanowili nawet wyciągnąć jedną z karafek Beczułki i otworzyć ją, częstując także najemników i Garetha. Nastroje zdawały się polepszać, a gorzałka zdawała się zmywać ze wszystkich trudy podróży.
Fernando, zanim dołączył do reszty, zmienił opatrunek Tandarze. Ten miał jej starczyć na całą noc i kolejny dzień, jako że decyzją kupców było nie zatrzymywać się jutro na postój aż do późnego wieczora. Widząc, że śpiąca kobieta ma lekkie dreszcze, najemnik przykrył ją szczelnie kocem i położył głęboko wewnątrz wozu, pomiędzy zwoje tkanin jednego z kupców. Tak pozostawiona, kobieta zdawała się być nieodróżnialna na tle ładunku.
Dopiero późno w nocy, gdy karawana spała głęboko dzięki magicznemu połączeniu zmęczenia i mocnego trunku, ktoś cicho przekradł się przez obozowisko. Nie wykonując niemal ani jednego dźwięku, wszedł do powozu z tkaninami. Dzięki silnym dłoniom podniósł ukrytą w środku kobietę i niezauważony przez nikogo, wyniósł ją w las.
Rankiem, gdy wszyscy doszli do siebie, karawana została szybko zwinięta i ruszyła dalej. Nikt nie pomyślał, by sprawdzić co u Tandary. Jedynie Fernando, którego poczucie obowiązku było silniejsze od kaca, rzucił okiem do wnętrza wozu, lecz widząc kształt zawinięty w koc, postanowił nie przeszkadzać kobiecie w złapaniu pierwszego spokojnego snu od wielu dni. . .



// Gareth możesz opisać swoje 3 dni i trening magiczny
// Tandara możesz opisać swoje majaki jak chcesz. Na końcu posta daj z/t










10.02.2020, 21:56
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża
#94

oczątkowo akolita nie był pewny czy jego próby opanowania nowego zaklęcia spełzły na niczym. Zaczynał się już nawet zastanawiać, czy i gdzie popełnił jakiś błąd gdy nagły podmuch wiatru poderwał liście leżące na trakcie. Dopiero po krótkiej chwili dotarło do niego, że on żadnego powiewu na sobie nie poczuł, a i liście znajdujące się w powietrzu nagle zatrzymały się na czymś. Lekki uśmiech pojawił się na ustach mężczyzny. A więc udało mu się! Z satysfakcją powrócił do reszty kompanii siadając obok starca, który wynajął go do ochrony. Ta wyprawa już mu się podobała.




raczej podobałaby się gdyby nie pogarszający się stan Tandary. Dziewczyna źle spała, wyglądała nie najlepiej i nie była w stanie choćby ruszyć palcem. Jedyną pozytywną informacją były zapewnienia Fernando, że rana goi się w zaskakująco szybkim tempie. "Wspaniale!" Można by rzec. Mimo to Gareth nie przestawał się martwić o młodą łowczynię. Bo martwienie się to jedyne co mógł w tej sytuacji zrobić. Żaden z niego medyk, a i poganianie karawany na nic się nie zda. W końcu i zwierzęta mają swoje limity. Postoje były potrzebne dla wszystkich. Nawet jeżeli sprawiały, że dotarcie do Greathadu, i potencjalnego medyka, tylko się opóźniało.
Pomimo zmartwienia włócznik nie zaprzestawał prób rozwijania swoich możliwości magicznych. Opanowanie Ściany przyszło mu ze sporą łatwością, ale jednak zaklęcie to nie należało do specjalnie skomplikowanych czy trudnych. Ot uproszczenie zaklęcia, które już znał. Dwa kolejne zapewne okażą się większym wyzwaniem. Na warsztat w pierwszej kolejności wziął unieruchomienie. Powód tego był bardzo prosty... nad drugim zaklęciem nie bardzo miał jak pracować, bo do jego testowania i badania potrzebował osoby, która jest w stanie wyprowadzać jakiekolwiek ataki magiczne. A jedyną taką osobą, przynajmniej w oparciu o jego wiedzę na temat reszty kompanów, była Tandara. A ostatnią rzeczą jakiej ona potrzebowała był trening. Dlatego też wieczorem Tarian oddał się treningowi. Skupił się przede wszystkim na próbach złapania stworzeń leśnych, które był tylko w stanie dostrzec. Wiewiórka, ptak przyczajony na drzewie i tym podobne cele. Na pierwszy ogień wziął zwierzęta nieruchome. Przede wszystkim chciał opanować możliwość dostosowania bariery do rozmiarów istot na które to zaklęcie rzucał. To była podstawowa rzecz, którą musiał opanować. Kolejnym krokiem było używanie zaklęcia na celach, które się poruszały. Złapanie lecącego ptaka graniczyły z cudem, a i wiewiórka była irytująco zwinnym zwierzęciem, dlatego też z uwagą rozglądał się za czymś wolniejszym, a większym. Wolno spacerująca sarna, może jakiś borsuk. Cokolwiek co nie skakało lub nie latało.
Pomimo zapału z jakim starał się opanować nowe umiejętności akolita unikał trenowania do upadłego. Zawsze się wysypiał i zmieniał towarzyszy na wartach przy obozie. Często rozmawiał zarówno z najemnikami jak i z kupcami. Zawsze wolał się co nieco dowiedzieć o osobach z którymi przyszło mu podróżować, a że najciekawsza osoba tutaj, poza nim oczywiście, leżała obecnie na jednym z wozów walcząc o swoje życie to musiał sobie jakoś radzić. Fernando i Rivier byli wspaniałymi celami na zabicie odrobiny czasu w podróży. W końcu oni również byli najemnikami, a Gareth zawsze z przyjemnością rozmawiał z kolegami po fachu. W szczególności chciał wypytać się o znajomość tych terenów, to jest Greathadu, oraz o ewentualne wskazówki co robić, a czego nie robić w mieście. Jeżeli oni nie dostarczą mu odpowiednich informacji to zacząłby wypytywać kupców.
Gdy zbliżał się kolejny wieczór do jego głowy przyszedł kolejny pomysł na zaklęcie. Od jakiegoś czasu czuł, że w jego arsenale brakuje czegoś ofensywnego. Czegoś co byłoby w stanie zaskoczyć przeciwnika. Owszem potrafił wywijać włócznią, lecz nie był w tym ani mistrzem, ani nie było to nic zaskakującego. A zaskakiwanie wrogów to było coś co sprawiało mu niemałą satysfakcję. Nadal miał przed oczyma widok najlepszego włócznika północy uderzającego twarzą w przywołaną przez niego barierę. Gdy przyszedł czas na obozowanie Gareth odszedł parę kroków od obozowiska i użył Odparcia. A gdyby tak... nim rzucić? Nie był pewny na ile to jest możliwe, lecz mimo wszystko postanowił spróbować. Zawsze gdy rozmawiał z innymi magami słyszał, że jego magia jest dosyć ograniczona i jednokierunkowa, lecz według niego brakowało im wyobraźni. On sam widział wiele kierunków w które może rozwinąć swoje magiczne możliwości. Po prostu jak dotąd był zbyt leniwy by to robić. Najwyższy czas to zmienić.
Kolejne dni poświęcił na rozwój tych dwóch zaklęć. Co do jednego był pewny, a co do drugiego... czas pokaże. W leczenie Tandary zbytnio nie wnikał. Po prostu zastosował się do poleceń Fernando. W końcu to on się znał na tym lepiej. Jego funkcjonowanie ograniczało się do rozmów, treningów, jedzenia i odpoczynku. Niewiele więcej mógł robić gdy jedyna kobieta nie była w stanie wykrztusić z siebie ani słowa!
Wieści o dotarciu do rozdroży przyjął z niemałą ulgą. Jeszcze tylko dwa dni... Widząc jak reszta ekipy otwiera alkohol i zachęca do świętowania Gareth stłumił w sobie zdrowy rozsądek mówiący, że nadal znajdują się w drodze. Że nadal powinni zachować czujność i nadal powinni rozstawiać warty przy obozie. Zamiast tego oddał się alkoholizacji, śmiechom i żartom. Jak to on! Oj tego wieczoru wypił niemało... Ale nie sposób przecież odmówić kompanom z którymi przecież już tyle przeszedł! Następnego ranka obudził go przede wszystkim lekki kac, który sprawiał, że akolita wolałby się nie budzić wcale. Powoli podniósł się ze swojego posłania i przetarł oczy. Natychmiast zobaczył Fernando sprawdzającego stan młodej łowczyni. Tarian skrzywił się lekko. Miał nadzieję, że niedługo się jej poprawi. Albo, że wytrwa aż do Greathadu... Wyglądała na twardą. Nie chcąc krzyczeć mężczyzna podszedł powoli do najemnika. -Co z nią? Tylko bądź ze mną szczery bo nie mam chęci słuchać standardowych bzdur. Dotrwa do Greathadu?-Kac sprawiał, że miał ochotę na bezpośrednią rozmowę. Bez owijania w bawełnę.








11.02.2020, 05:09
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża
#95

Śnieg wydawał się coraz wyższy z każdym krokiem. Nie pomagało to w poruszaniu się, natomiast ten niedźwiedź miał w głębokim poważaniu opór z białego puchu. Przez moment obserwował intensywnie Tandarę, by warknąć na nią ostrzegająco. Niestety, łowczyni nie miała innej drogi do wyboru, musiała iść do przodu inaczej zamarznie. Kolejny krok był tym, który przeszedł przez linię ostrzegawczą, teraz zwierze już nie miało zamiaru się patyczkować, rzucając się na Kołtucha. Łowczyni starała się uniknąć, jednak bezskutecznie. Ogromne cielsko opadło na nią, a sekundę później zlało się z białym śniegiem. Nie rozumiała co się dzieje wokół niej…
Dopiero uporczywe poklepywanie po ramieniu obudziło dziewczynę z letargu. Miała wrażenie, jakby śnieg dalej ją przybijał w podłoże, jedynie poruszała gałkami ocznymi. Z opóźnieniem, ale jednak, udało jej się zrozumieć co chciał Fernando, a mianowicie zmianę opatrunku. Prawie niezauważalnym skinieniem głowy przekazała, że pojmuje. Niestety, zmęczenie połączone z osłabieniem było tak silne, że nie miała nawet mocy by pomóc w ogarnianiu tej rany. Niby się ładnie leczyła, ale ona czuła się wyżuta przez Krustego i wypluta. Mrugnięciem podziękowała mu za pomoc, a przynajmniej liczyła, że zrozumie co miała na myśli. Następnie znowu wróciła do krainy snów.

A tam czekało na nią jedynie zimno.
Czuła jakby wróciła w dokładnie to samo miejsce, przygnieciona w śniegu, który nie dawał ciepła. Tylko czegoś jej brakowało. Spowolnione myśli przewijały się przez głowę łowczyni, ale tak jakby chłód także zmroził jej umysł. Wciągnęła powietrze, czując zapach zwierzęcego futra… Zwierzęcego. Niedźwiedź! Zerwała się, wygrzebując się ze śniegu. Zaczęła się nerwowo rozglądać, trzymając drżącą gardę. Dopiero odwracając się, dostrzegła olbrzymie zwierze. Jakby czekało na to, bo łapiąc kontakt wzrokowy, natychmiast zaszarżowało na Tandarę. Gdyby tylko miała obie ręce sprawne, ale teraz i tak nie miała wyboru. Także rzuciła się frontalnie na niedźwiedzia z dłonią gotową by zadać cios. Bestia ugryzła ją dokładnie w tą samą dłoń, na co Tandara chociaż czuła niesamowity ból wbijanych kłów, otuliła swoją rękę swoimi ostrzami z ziemi. Wydłużyła je jeszcze bardziej, nie wiedząc nawet, że tak potrafi. Kolce przebiły pysk i łeb zwierzęcia, które zaskowytało z bólu. Następnie zaczęło się transformować, stopniowo zmniejszając do rozmiaru potężnego człowieka. Ta twarz… To była twarz Niedźwiadka. Aż serce stanęło Tandarze w gardle, bo w dalszym ciągu nie radziła sobie z tym. Już chciała krzyczeć i przepraszać za to czego się dopuściła, ale silne dłonie mężczyzny najpierw musnęły jej twarz sugerując, że powinna już się uciszyć, a następnie objęły zdrowie ramię. Niemrawo uśmiechnął się na tyle, na ile pozwalała mu zmasakrowana kolcami twarz, by później zmienić się w breje krwi i mięśni. Pogryziona ręka Tandary zaczęła ulegać petryfikacji podobnie jak we wcześniejszym przypadku. Chociaż czuła ból po pogryzieniu, nie mogła ruszyć żadną z łap. Obie otoczone silnie zbitą ziemią, jedyne czym się różniły to twarzami na barkach. Z jednej strony widziała swojego wuja, z drugiej Niedźwiadka. Łzy płynęły do jej oczu, zrezygnowana z powodu straty swojej broni, usiadła na śniegu, zamykając oczy. Oddała się swojemu cierpieniu, czekając na najgorsze.

Dlaczego czuję jedynie chłód?

Fernando przybył, by zmienić jej opatrunek. Kołtuch była tak zmęczona, że tkwiła w półśnie, kiedy zajmował się nią. Nie pamiętała nawet kiedy skończył i od niej odszedł, była kompletnie bez sił. Dźwięk biesiadujących kompanów nie zbudził Tandary. W dalszym ciągu drżała, zmęczenie i osłabione ciało dawało się mocno we znaki. Chciała jedynie wyzdrowieć, by wrócić do swojego ulubionego stylu życia. Pitki i bitki! Dokładnie na to nie mogła sobie pozwolić, nie wiedząc nawet czy uchodzi z niej życie szybciej niż przypływa. Chłód ogarniał jej ciało z każdą chwilą coraz mocniej. Czy przeżyje podróż? Czy jej czas przyjdzie znacznie szybciej niż się tego spodziewała? Przecież chciała jeszcze tyle przeżyć.
Mężczyźni skończyli swoje posiedzenie wraz z trunkiem i wspólną zabawą. Dziewczyna drżała, chociaż nie miała na razie żadnych snów. Pewnie jakieś obrazy wkrótce pojawią się w jej głowie, ale na razie niczego nieświadoma łowczyni była porywana. Gdyby tylko była w lepszym stanie, zaraz by zaalarmowała obóz, że coś się dzieje! Że ktoś pewno chce ją wychędożyć czy w inny sposób wykorzystać! Niestety, teraz spała jak zabita, nie odezwała się ani słowem. Cała sytuacja miała natomiast jedną zaletę – w końcu ktoś ogrzewał jej zziębnięte ciało.

Cieplej… Czy pokażesz mi cud dobra?


Gracz opuścił wątek


Obnażam kły, gotując się do walki






21.02.2020, 21:39
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża
#96

- Dotrwa  - Fernando skrzywił się. Wyglądał jeszcze gorzej od swojego brata, a biorąc pod uwagę, jak wiele wypił wczoraj, było to nawet całkiem możliwe -  Wczoraj zmieniłem jej opatrunek. Powinien starczyć na dzisiaj. Jeśli tylko nikt nie otworzy ponownie jej rany, będzie dobrze. Zakażenie nie wdało się w ranę, więc przeżyje. Zresztą rana zasklepia się niezwykle szybko, więc babka musi mieć niezłe siły. Dodałem jej do opatrunku trochę mojej mieszanki na sen, więc będzie spać cały dzień dzisiaj. To pomoże jej wrócić do sił. Nie przeszkadzaj jej.  
To powiedział, po czym nagle zgiął się i szybko odbiegł parę kroków, wbiegając pomiędzy drzewa. Gareth usłyszał dźwięki zwracanego alkoholu i mszczącej się gorzałki. Po chwili mężczyna wyłonił się zza drzew, machnął tylko Akolicie jakimś niezrozumiałym gestem, najpewniej by się o nic nie martwił  po czym poszedł zjeść śniadanie.
Wokół wygaszonego ogniska siedziało już z resztą większość karawany. Wszyscy zdawali się być w różnym stopniu w podobnym stanie do Fernando i Garetha.
Gareth spoglądnął w kierunku w którym zmierzał Fernando i lekko się skrzywił. Obóz wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. Wszyscy na ostrym kacu, choć Gareth na szczęście zawsze miał w sobie na tyle samokontroli by odmówić kieliszka, który by go ostatecznie położył. Mimo to czuł się głupio, że z taką łatwością namówili go do popijawy. Zazwyczaj pozwalał sobie na coś takiego dopiero po skończonym zleceniu. Pomasował skronie i powolnym krokiem udał się w kierunku ogniska, a raczej tego co z niego zostało.
-Dobry...-Powiedział ospałym tonem  jednocześnie rozglądając się za czymś do zjedzenia. Nadal martwiła go sprawa Tandary. Jak silna by nie była... Gareth odniósł w swoim życiu sporo obrażen. Szczególnie jedna rana wypaliła mu się w pamięci. Dlatego wiedział jak wiele opieki potrzebuje taka osoba. -Zanim zwiniemy obóz sprawdź co u niej i daj mi znać. Strzeżonego Duro strzeże czy jak to tak mówią te religijne typy. Czy może mowi się lepiej dmuchać na zimne?- Tarian zastanawiał się przez chwilę nad sensem obydwu powiedzonek i bardziej przychylał się do tego drugiego. Westchnął ciężko. Chciałby już być w Greathadzie. Następnym razem popłynie statkiem...
Kupcy przywitali go niemrawymi pomrukami. Widać było, że ich także nie oszczędził zabójca zwany kacem. Beczułka podał Garethowi kawałek wczorajszej kolacji, po czym wrócił do jedzenia.
Po dłuższej chwili, gdy wszyscy już posilili się i efekty wczorajszego picia przestały tak męczyć, zaczęto zwijać obóz.
Cedrik podszedł do Garetha:
- Dziwnie się podziało, że żeśmy sie tak spili wczoraj. Ale co poradzisz. Przydało by się jednak sprawdzić, czy nikt nie podąża naszymi śladami. Cofnij się traktem i sprawdź czy na trasie nie będzie śladów inne niż nasze, dla pewności. My zanim zwiniemy obóz minie jeszcze chwila i powinieneś był w stanie wrócić. Jeśli nie, dogonisz nas na spokojnie.
Gareth wzruszuł nieznacznie ramionami podczas przyjmowania posiłku sprezentowanego mu przez Beczułkę, który choć go nie wynajął to postanowił zostać jego dzisiejszym dobroczyńcą. Akolita tak całkiem szczerze nie dbałvo to kto go żywił tak długo jak jego brzuch był pełny. W momencie w którym najemnicy zaczęli zwijać obóz Gareth przywołał do siebie Fernando. -Sprawdź co z nią. Wiem, że nie chcesz jej przeszkadzać, ale wolę być pewnym czy nie trzeba się spieszyć do Greathadu.-Następnie skierował swoje lazurowe oczy na Cedrika:
-Ano dziwnie. Rzadko kiedy upijam się podczas pracy. Raczej robię to po wypełnieniu kontraktu. Cóż... może po prostu po zobaczeniu skraju lasu ze wszystkich uszedł stres i takie są tego efekty? A śladów i owszem mogę poszukać, choć nie uśmiecha mi się oddalanie się samemu, a i tropiciel ze mnie marny. Ale sprawdzić zawsze warto.
Oddalił się więc w kierunku z którego przybyli idąc niespiesznie w kierunku lasu. Nie bardzo miał ochotę znowu zbliżać się do tego miejsca, ale wiadomo... mus to mus!
-  Już sprawdziłem.  - Odrzekł pewnym głosem Fernando - Tandara śpi bezpiecznie. Myślę, że jej stan powinien poprawić się do wieczora.
Cofając się, Gareth nie natrafił na żadne ślady. Trakt zdawał się być tak pusty, jak dzień wcześniej. Przyglądając się ziemi, szybko odnalazł najnowsze ślady kolein zostawione przez powozy jego karawany.
Akolita wzruszył ramionami. Pewność w głosie Fernando w zupełności mu wystarczała. -Wieczorem też do niej zaglądnij. Może się jej chcieć pić lub jeść, a sam wiem jak suche jest gardło podczas leczenia poważnych ran.
Podczas badania śladów Gareth dostrzegł dokładnie to czego się spodziewał. Czyli zupełnie kurwa nic. No ślady kół były widoczne wyraźnie, ale poza tym nie widział niczego dziwnego. Ale nie był tropicielem, ani zwiadowcą, ani jakąś czujką czy innym sokołem, dlatego jego oczy mogły przegapić jakieś subtelne niuanse. Wrócił do karawany jednocześnie masując sobie kark. Od razu podszedł do Cedrika: -Nie zauważyłem niczego wyjątkowego. Ale jak mówiłem mogłem coś przegapić. Powiedział po czym pociągnął porządny łyk z bukłaka.
Cedrik skinął tylko głową. Po dłuższej chwili pakowania obozu i zwijania manatków, karawana ruszyła. Tym razem kupcy poprosili Garetha by jechał na samym tyle, mogąc w razie czego szybko zareagować.
Jechanie na wozie Beczułki okazało się być dużo wygodniejsze, niż na wodzie Cedrica. Okrągły kupiec zdawał się przywiązywać dużo większą wagę do swojej wygody, przez co siedzisko na jego wozie było podbite i obtoczone skórą.
Sam Beczułka zdawał się mieć dobry humor. Podśpiewywał sobie pod nosem jakąś dziwną przyśpiewkę, która łatwo wpadała w ucho i co jakiś czas pociągał łyk ze swojego bukłaka.
Akolita nie kłócił się z kupcami. Co prawda to Cedrik wynajął go do ochrony i to on zapewne zapłaci za jego usługi. Od innych na wiele nie liczył... może poza drobną przysługą po tym jak już dotrą do miasta. Wszystko inne co od nich dostanie przyjmie jako niespodziewany bonus. Choć wóz Beczułki był o wiele wygodniejszy, zapewne został usprawniony po wielu, wielu kursach, to Gareth uważnie obserwował Cedrika. Na wypadek jakiegokolwiek niebezpieczeństwa on był jego priorytetem. Mimo to Gareth nie miał zamiaru jechać w grobowej ciszy i równie grobowym nastroju:
-Co tam sobie śpiewacie? Coś lokalnego? Sam mam całkiem niezły głos. Mógłbym się dołączyć.-Powiedział zaciemawiony. Nowe pieśni, ballady, przyśpiewki i inne tego typu rzeczy były dla niego niczym woda na młyn. W końcu nie samą wojaczką i pracą żyje człowiek. Dla Garetha odskoczniami były właśnie śpiew i krótkie acz ekscytujące znajomości zazwyczaj kończące się w łóżku. Nie da się zaprzeczyć, że w ten właśnie sposób wyłgał się z płacenia za karczmę więcej niż jeden raz.
- A taką przyśpiewkę z mojej wioski. Co prawda nie pamiętam już słów, ale melodia nie potrafi zniknąć z mojej głowy.  - odparł wesoło beczułka -  A jakże możecie przecie to wolna droga i każdemu śpiewać wolno. Szczególnie jak ma głos i śpiewać potrafi! Właściwie, to nawet jakbyście nowe słowa pod melodie ułożyli to całkiem zgrabną piosnkę można by mieć, akurat na czas podróży. To co wy na to, panie Garethcie? Jak będzie dobra, to dorzucę nawet jakiś antałek perońskiego mocnego w nagrodę!
Widać było, że kupiec mimo śmiechu i dość luźnego podejścia, mówił poważnie. Być może męczyła go już melodia bez słów, a może po prostu zaproponował to z nudów. Prawdą było jednak to, że Gareth miał szansę zabłysnąć swoimi oratorskimi i wierszokleckimi zdolnościami.

Akolita uniósł lekko brwi na słowa kupca. Mimo luźnego podejścia usłyszał w tonie swojego rozmówcy nieco poważniejszą nutę i przede wszystkim usłyszał wyzwanie. Gareth na ogół nie pozwalał się podpuszczać, przynajmniej jeśli chodzi o poważne rzeczy, ale wyzwanie wymyślenia słów ot tak na poczekaniu było czymś zgoła odmiennym. Wsłuchiwał się przez jakiś czas w pogwizdywanie Beczułki i powoli w jego głowie zaczęły formować się słowa piosenki:

Młody wój przez las wędrował!
Młody wój przez las wędrował!
Młody wój przez las wędrował!
Młody wój przez las wędrował!

W rękach jego moc
Od przodków zdobyta
O walce śni co noc
By udowodnić wartość swą

Lecz pokój na ziemiach panował od lat stu…
Dlatego!
W świat wyruszył natychmiast
Szukając miejsca swego w świecie.
Z Greathadu na ścieżkę wystąpił.

Do Perony nogi go poniosły
Tam też spotkał młodą sierotę
Która przez łzy opowiedziała mu…

O potworze, który to na ludzi polował…

Młody wój!
Za topór wnet złapał
Do lasu zaraz wyruszył
Potwora w jego leżu wytropił

Wielka bitwa się tam, tego dnia rozegrała
Połamany las, ścięte pnie no i zapach świeżej krwi
Lecz młody wój stał zwycięsko nad trupem bestii tej…


https://www.youtube.com/watch?v=9f-KorO4xH0

Utwór daleki był od ideału. Zresztą Gareth rzadko kiedy cokolwiek pisał bądź wymyślał. Zazwyczaj korzystał ze swego głosu podczas śpiewania dobrze znanych pieśni i utworów. Dlatego wymyślanie czegoś na poczekaniu było dla niego czymś odrobinę niezręcznym. Mimo tego piosenkę zaśpiewał, ot dla zabicia czasu. -Nie jestem wierszokletą. Głos mam dosyć dobry ale tworzenie tekstów nie idzie mi jakoś wyjątkowo dobrze... -Powiedział z lekkim zawahaniem.
Beczułka zaklaskał w ręce, słysząc śpiew Garetha. Uśmiechnął się szeroko na słowa Akolity.
- Ja tam nie wiem. Z wielu piosenek, jakie słyszałem, ta wydaje się być dobra. Jakbyście kiedy byli w Peronie jeszcze, to odszukajcie mnie, a z miłą chcęcią was ugoszczę w zamian za kolejną piosenkę panie Gareth - kupiec wydawał się być mocno zadowolony z krótkiego występu mężczyzny.
23.03.2020, 17:33
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża
#97

Akolita uśmiachnął się nieznacznie. Ucieszyła go reakcja kupca. W końcu Gareth kochał śpiew, muzykę, taniec! Gdyby nie to, że los poprowadził go w kierunku wojaczki i bycia najemnikiem to zapewne byłby śpiewakiem i poetą. Propozycję kupca przyjął z lekkim pokłonem. -Będę o tym pamiętał. Choć na razie do Perony mi nie po drodze to kto wie co przyniesie przyszłość! Teraz pan pozwoli, że zobaczę co się dzieje u Tandary. Co prawda Fernando zalecał zostawienie jej w spokoju, ale wyrzuty sumienia nie dają mi spokoju... W końcu to przeze mnie brała udział w tym pojedynku.
To rzekłszy Tarian zeskoczył z wozu i podbiegł do miejsca gdzie leżała Tandara. Wskoczył do środka i usiadł sobie w poprzek wozu. Tak jak ostatnio. -To znowu ja. Stwierdziłem, że zobaczę co u Ciebie słychać. Do Greathadu zostało nam już niedaleko, a tam znajdziemy jakąś bardziej wykwalifikowaną pomoc.-Westchnął lekko. Miał nadzieję, że łowczyni przetrwa podróż.
Kobieta leżała na wozie pod kocem. Nie ruszała się praktycznie wcale. W głowie mężczyzny pojawiła się myśl, by zostawić Tandarę - w końcu ta potrzebowała odpoczynku i snu, rany były przecież głębokie. Myśl ta coraz uporczywie wisiała w głowie Garetha. Do niej dołączyła kolejna - przeszkadzasz jej. Ona potrzebuje spokoju. A po niej następna - Tandara potrzebuje samotności. Wszyskie te myśli spowodowały wahanie. Mężczyzna zrozumiał, że powinien się oddalić i wrócić do obowiązków.
Naraz jednak, z głębi lasu rozległ się daleki krzyk, ledwie słyszalny z tej odległości - krzyk dziwki, pierwotny i pełen wściekłości. Gareth nie potrafił przyporządkować stworzenia, które mogłoby wydać ów dźwięk - wydawał się zbyt ludźki, by należeć do jakiegokolwiek zwierzęcia, lecz zbyt zwierzęcy, by należeć do człowieka.
Kupcy niespokojnie poruszyli się, słysząc krzyk. Fernando odwrócił się i zaczał przyglądać się lasowi z kierunku, z którego rozległ się krzyk. Rivier zacisnął rękę na rękojeści miecza.
Gdy Gareth odwrócił się znów do Tandary, zobaczył ze kobieta znika - z każdą chwilą ona i koc, pod którym się znajdowała stawał sie coraz bardziej przezroczysty i mniej materialny, jak gdyby kobieta była jedynie fatamorganą.
Widząc leżącą pod kocem kobietę Gareth uśmiechnął się lekko. Miał szczerą nadzieję, że dziewczyna wyliże się z tego. Akolita stwierdził, że nie będzie jej przeszkadzał. Ani jej budził. W końcu sen działał niczym najlepsze lekarstwo! Ale przecież... właśnie po to tutaj przyszedł. Sprawdzić czy wszystko z nią w porządku. Potrząsnął lekko głową. Coś... coś było nie tak.
Lecz wtedy powietrze przeciął przerażający krzyk dochodzący z lasu. Mężczyzna zerwał się ze swojego miejsca i natychmiast zeskoczył z wozu. Dostrzegł też, że sylwetka kobiety, do tej pory przykryta kocem, nagle zaczęła znikać. Dosłownie rozpłynęła się w powietrzu. Tarian zaklął siarczyście pod nosem. To była jego odpowiedzialność...
Podbiegł do krawędzi lasu i odwrócił głowę w kierunku dwóch najeników, którzy im towarzyszyli. -Fernado, Rivier. Pilnujcie karawany. Jeżeli nie wrócę w ciągu trzydziestu minut to jedźcie beze mnie.- Najemnik ścisnął mocniej swoją włócznię i ruszył pewnym krokiem w kierunku z którego dobiegł go krzyk.
- Gareth, po co? - rzucił Rivier. Gareth pierwszy raz usłyszał jego głos od początku ich wspólnej podróży. Zwykle milczący mężczyzna emanował powagą i spokojem. - Niezależnie co to jest, nie musimy z tym walczyć. Naszym zadaniem jest chronić karawanę. Nie ma potrzeby narażać życia dla sławy. Będą inne niebezpieczeństwa, inne walki do stoczenia. Jesteśmy pół, może dzień drogi od miasta. Zawiadomimy władze i oni wyślą zwiadowców którzy dowiedzą się, czym to jest. Nie możesz porzucić karawany, którą przysiągłeś chronić...
-Tandara zniknęła. Nie wiem czy to co wydało ten krzyk ją złapało, czy też nie, ale czuję się odpowiedzialny za jej obecny stan.- Odpowiedział najemnik krótko. Nie zatrzymał się nawet na moment. Jeżeli chcecie to jedźcie... Być może was dogonię. A być może nie.
Gareth słyszał jeszcze przez chwilę nawoływania członków karawany, nim zagłębił się w las. Kierując się mniej więcej w stronę źródła głosu, mężczyzna dotarł w końcu, po długim czasie przerzucania się przez haszcze, na okrągłą polankę.
Na jej przeciwległym końcu znajdowało się wygaszone ognisko oraz parę tobołków czy zawiniątek.
To było głupie, nierozważne, nieodpowiedzialne, a nawet po części przeczyło jego regułom, ale czuł się odpowiedzialny za los Tandary. To po jego negocjacjach dziewczyna stanęła do walki i po jego uzgodnienach została ranna. Zasługiwała na to, by ruszyć za nią na ratunek.
Gdy dostrzegł niewielką polanę postanowił natychmiast przywołać Odbicie na swojej lewej ręce i stanął na skraju polany. Tandaro?!-Zawołał głośno. Z czymkolwiek zmagała się dziewczyna... wolał skupić uwagę tego czegoś na sobie.
Nikt nie odpowiedział na zawołanie Garetha. Polana była pusta nie licząc wygaszonego ogniska i tobołków.
Gareth skrzywił się znacząco. Gdyby ktoś teraz na niego spojrzał to zobaczyłby jak rozdarty i niepewny jest w tej chwili. Ale ostatecznie to poczucie obowiązku w nim wygrało. Był najemnikiem a nie bohaterem. Zapłacono mu, a on w zamian obiecał chronić Cedrika. I to nie Cedrik został porwany. Akolita zawahał się przez parę sekund i ostatecznie zawrócił w kierunku karawany. Nienawidził siebie za to, ale nie mógł ot tak zerwać kontraktu.








25.04.2020, 18:02
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Obrzeża
#98

Dogonienie karawany zajęło mężczyźnie dłuższą chwilę, lecz po chwili sprintu dogonił on wozy.  Fernando widząc mężczyznę zbliżył się tylko, poklepał go ze współczuciem po ramieniu i wskazał miejsce na wozie z tyłu.
Gareth odpowiedział najemnikowi słabym uśmiechem. Dobrze wiedział, że Fernando go rozumie, dlatego słowa były w tym przypadku zbędne. Akolita po prostu skierował się do wozu na którym siedział Cedrik i zajął miejsce obok woźnicy. -Jak daleko do Greathadu?-Zapytał cicho.
-Niecały dzień drogi. Jeśli się pośpieszymy, być może uda nam się dojechać nawet na wieczór.  - odparł Cedrik z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.

Gracz opuścił wątek








31.07.2020, 15:04
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja bez grafiki