Ratusz Grimssdel
#1

Cytat:Znajdujący się w centralnej części miasta budynek, świeci przykładem sztuki architektonicznej. Każdy element został dokładnie zaplanowany i wytworzony z wręcz nabożną pieczołowitością. To właśnie tutaj przyjmowani są najznamienitsi interesanci. To w tych pokojach debatuje się na temat przyszłości miasta i jego mieszkańców. Całe polityczne życie toczy się w tych salach, które pozostają zamknięte dla maluczkich, mogących oglądać jedynie przedsionek, a i to nie zawsze. W jednym z tych pomieszczeń zamieszkuje burmistrz miasta, który sprawuje władzę pod okiem wiecznie czujnego Reyndolla, zamieszkującego w nie tak odległym Valen. Główny zarządca nieczęsto przyjeżdża w odwiedziny. Kiedy jednak to zrobi, całe miasto postawione jest na baczność, aby w pełnej krasie i okazałości przywitać tego, który utrzymuje tu porządek.


* * *        Arthus         * * *


Podróże między miastami były długie i męczące, nawet dla tak nawykłego do wypraw człowieka jakim był Arthus. Przemierzenie Płaczących Wrzosowisk, nawet z pomocą tak obeznanego człeka jak ten, z którym podróżował, wypruły z niego wszystkie siły. Szybko znalazł schronienie w jednej z karczm w Valen. To właśnie tam usłyszał plotki, mówiące o nieszczęściu, które spotkało mieszkańców pobliskiego miasta. Oraz o nagrodzie za ocalenie ich od złego losu. Nie minęło wiele czasu, gdy jego oczy napotkały wiszące na tablicy ogłoszeń pismo, dokładnie tłumaczące całą sprawę. Brutalne morderstwa, pełne zagrożenie oraz nieporadność władz, które wręcz błagały o pomoc. Wszystko to brzmiało aż nazbyt niezachęcająco dla zwykłego zjadacza chleba, który na samo wspomnienie o takich rzeczach obrał by zupełnie odwrotny kierunek. Arthus nie był jednak byle kim. Całe lata spędzone w dziczy, wśród zwierząt przywykły go do odczuwania i poskramiania strachu. Niewiele się zastanawiając zerwał ogłoszenie z tablicy i wybrał się w podróż, która być może miała być jego ostatnią.
Wychodząc przed bramy miasta obrał drogę, którą nie tak dawno pokonywał. Ku Grimmsdel. Niewielkiego miasteczka położonego nad brzegiem ogromnego jeziora, w którym czaiły się najrozmaitsze bestie - kolejny dobry powód, żeby tam zawędrować. Podróż przebiegła bez przeszkód. Nie spotykał zbyt wielu ludzi, a ci, którzy przemierzali trakty jak najszybciej starali się oddalić od Grimmsdel, mówiąc, że zagnieździło się tam zło, które stało się zgubą miasta. Co dziwne, nawet zwierzęta wydawały się coraz bardziej nerwowe wraz z każdym kilometrem przybliżającym go do celu. W końcu nawet one przestały się pojawiać, jakby unikając spotkania z jakimkolwiek przedstawicielem rasy ludzkiej. Ostatnie godziny drogi minęły Arthusowi w ciszy i samotności. W końcu jednak zobaczył na horyzoncie budynki, zwiastujące jego rychłe osiągnięcie celu.


* * *            Celty            * * *


Niezbadane są wyroki Bogów i ścieżki jakie przygotowują oni dla swych ulubieńców. Lub ludzi, którzy w jakiś sposób im podpadli. Krok za krokiem, dzień za dniem, tydzień za tygodniem Celty zbliżała się coraz bardziej do swojej pierwszej poważnej próby w drodze do rozsławienia nazwiska swego rodu. Przemierzając Borealną Puszczę wzdłuż i wszerz napotkała wiele przedziwnych stworzeń - niektóre od niej uciekały, a z niektórymi musiała poradzić sobie w mniej pokojowy sposób. W końcu jednak dodarła na skraj ogromnego lasu i musiała postanowić co zrobić ze sobą dalej. Droga na północ biegła do odległego Varengardu - miejsca, które słynęło z wysokiej przestępczości i bandyterki. Kierując się na południe można było dotrzeć do Teolii. Miasta owianego legendarną wręcz sławą. Cuda, jakie można było tam znaleźć przekraczały pojmowanie prostych ludzi. A przynajmniej tak brzmiały podania, które od czasu do czasu docierały do uszu młodej kobiety. Nie zastanawiając się długo postanowiła obrać drogę bliższą jej sercu. W końcu czym było piękno w porównaniu z poskromieniem brutalnej siły, drzemiącej w samym sercu Varengardu?
Ta decyzja miała już na zawsze odbić się na całym życiu Celty.
Miasto na pierwszy rzut oka wydawało się być spokojnym miejscem, a wszelkie podania mówiące inaczej wydawały się być mocno przekłamane. Szybko znalazła jedną z tamtejszych oberży, w której miała znaleźć schronienie na noc i dobrze zasłużony odpoczynek. Nie doczekała się go jednak. Jak tylko przekroczyła próg karczmy, wszyscy stali bywalce od razu zauważyli świeże mięsko, które bez pardonu postanowili wykorzystać. Kilka strzał i wiele przekleństw później Celty pokazała, że nie jest osobą, z którą należy sobie folgować. Nawet karczmarz, który wiele w swoim życiu już widział pogratulował jej umiejętności. Chwilę później rozmawiali na temat możliwości ich wykorzystania. Nie w Varengardzie - to miejsce było już poza możliwością odratowania. Daleko na zachodzie znajdowała się mieścina o nazwie Grimmsdel, która podobno padła ofiarą szaleńca, terroryzującego tamtejszą ludność. Mężczyzna wspomniał o pokaźnej nagrodzie czy nawet nadaniem obywatelstwa dla tamtejszego rejonu dla każdego, kto pomoże rozwiązać sprawę. Podróż w nieznane i złapanie mordercy, który uciekał przed każdym wysłanym na niego stróżem prawa - właśnie tego szukała dziewczyna. To była jej droga, dzięki której na ustach ludzi na całym świecie rozbrzmi jedno imię.
Jej imię.


* * *         Hamstur          * * *


Apatia minęła, a otępienie zostało pozostawione daleko za plecami. Niedoszłe wydarzenia wciąż odbijały się bolesnym echem w umyśle Hamstura, ten jednak trzymał je na uwięzi, zmuszając swoje ciało do posłuszeństwa. Każdy krok przynosił wręcz fizyczny ból kiedy coraz bardziej oddalał się od miejsca, które do niedawna nazywał swoim domem. Miał przed sobą cel dużo ważniejszy od swojego żalu. Jeden członek jego rodziny przeżył masakrę i teraz był jedyną osobą, która potrafiła wspomóc Fjolswira. Osada, do której trafił Bragi znajdowała się kilka dni drogi od dymiących zgliszczy dawnego domu. Kilka dni samotności i smutku, kiedy pozostał sam na sam ze swoimi myślami. Czy gdyby był wtedy na miejscu zdołałby ich uratować? A może sam leżałby martwy, użyźniając ziemię? Dziesiątki pytań kłębiły się w jego głowie i na żadne nie potrafił znaleźć dobrej odpowiedzi.
W końcu udało mu się dotrzeć do miasteczka, w którym przywitali go niezbyt przyjaźnie nastawieni mieszkańcy. Wychudzeni, brudni i z podkrążonymi oczami wyglądali bardziej na bandę żebraków niż kogoś z kim mógłby przystawać Bragi. Jak się okazało osada podupadła kilka lat temu, a jego brat wyniósł się gdzie indziej, szukając szczęścia gdzieś gdzie jeszcze była szansa je znaleźć. Pośród błagań o kawałek chleba, bądź kilka brązowych smoków padła jedna nazwa, która wryła się w umysł Hamstura. Grimmsdel. To właśnie tam najpewniej wyruszył Bragi. Miasto znajdowało się trochę ponad tydzień drogi pieszej od nory żebraczej, w której obecnie znajdował się skryba. Myśl o kolejnej, tak dalekiej podróży nie napawała go optymizmem, zwłaszcza, iż wiedział, że znowu będzie musiał przebyć ją sam. Ponownie zebrał w sobie resztki sił i postawił pierwszy krok w stronę miejsca, gdzie miał nadzieję znaleźć swego brata. Za jego plecami ciągle słychać było głosy mówiące o niebezpieczeństwie czającym się w mieście, jednak on niewiele sobie z tego robił. Z każdym kolejnym krokiem niknęły wśród drzew, a Hamstur zastanawiał się tylko jakim przeciwnościom będzie musiał jeszcze sprostać nim odnajdzie ostatniego żywego członka swojej rodziny.


STRAŻNIK



rimmsdel nigdy nie należało do wesołych miejsc. Daleko mu było do pełnego przepychu Lothil czy wiecznie żywego Valen. Jednak nawet w swych najgorszych dniach nie osiągnęło stanu, w którym właśnie się znajdowało. Miasto Nad Jeziorem zmieniło się w prawdziwe miasto duchów. Żaden mieszkaniec nie wychylał nosa ze swojego domu. Każde drzwi były dokładnie zamknięte, a niektóre okiennice zostały zabite deskami. Wszyscy bali się o swoje życie i starali się bronić na wszelkie możliwe sposoby. Kiedy ktoś został zmuszony wyjść z bezpiecznego schronienia przebiegał jak najszybciej przez opustoszałe ulice, oglądając się nerwowo na wszystkie strony, jakby morderca miał zaatakować w najmniej spodziewanym momencie. Terror został zasiany i zbierał poważne żniwo, gdyż Grimmsdel chyliło się powoli ku zupełnemu upadkowi. Nie działały zakłady, sklepy zostały zamknięte, a każdy kto tylko mógł porzucił wszystkie dodatkowe zajęcia i zajął się dbaniem o siebie i swoją rodzinę.
Jedynym wciąż otwartym miejscem był ratusz miejski, w którym mieli zgłaszać się śmiałkowie, pragnący sprostać zadaniu pochwycenia grasującego w mieście szaleńca. Minęło już kilka tygodni, jednak nikt nie chciał zapukać do drzwi, za którymi ze zniecierpliwieniem oczekiwał burmistrz. W końcu jednak jego modły zostały wysłuchane i przed budynkiem pojawiły się trzy postacie. Ściągnięte tutaj wolą bogów, bądź też czystym przypadkiem, przywędrowali z najróżniejszych krańców świata aby wyratować miasto z opresji. Każdy z nich kierował się swoim własnym celem - sławą, bogactwem, honorem - jednak wszyscy postanowili wspomóc miasto w jego problemach.
Nie musieli długo czekać na odpowiedź. Chwilę po pierwszym zapukaniu drzwi otworzyły się delikatnie, a przez szczelinę mogli zobaczyć przygarbionego staruszka, który przyglądał im się z przestrachem. W końcu zrozumiał komu każe czekać, a uśmiech rozrósł mu się na twarzy. - Zapraszam uniżenie! - krzyknął, a jego głos odbił się echem wśród pustych ulic za ich plecami. - Już powiadamiam burmistrza. Ucieszy się na wasz widok. Rozgośćcie się! - rzekł, wpuszczając ich do środka, po czym zamknął drzwi i odszedł do jednego z trzech wyjść z pokoju, w którym się znajdowali.
Poczekalnia - bo zdecydowanie właśnie w niej właśnie byli - była dość sporym, bogato zdobionym pomieszczeniem. Stało tu kilka krzeseł, dwie kanapy oraz stół, który obecnie świecił pustkami. W czasach dobrobytu na odwiedzających czekały na nim przysmaki wyłowione z pobliskiego jeziora. Teraz jednak żaden rybak nie śmiał wychodzić z domu, więc najcenniejszego towaru Grimmsdel nie dało się nigdzie uświadczyć. Trójka podróżników została pozostawiona samych sobie, oczekując na spotkanie z burmistrzem podupadającego miasta.



Cytat:No to zaczynamy, panowie. Kolejka postów jest taka jak wprowadziłem wasze postacie. Czyli Arthus - Celty - Hamstur. Przypominam o ograniczeniu czasowym, które nałożyłem. Jeśli nie jesteście w stanie odpisać proszę o info do mnie, bądź w temacie z zapisami. Teraz daję wam trochę czasu na zapoznanie się ze sobą, porozmawianie i takich tam. Nie będę w tym czasie odpisywał, macie wolną rękę jak pociągniecie rozmowę. Powiedzmy... tydzień? Jeśli zechcecie szybciej zacząć pełnoprawną rozgrywkę dajcie znać. Jeśli nie, za tydzień o tej porze wejdę wam w słowo. Chyba, że również postanowicie nieco przedłużyć wasze poznawanie się - od teraz wszystko zależy od was!

06.09.2018, 19:36
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Ratusz Grimssdel
#2

rthus zmęczony podróżą, postanowił nieco odpocząć nieopodal Grimmsdale, tak by być w miarę przygotowanym, na wkroczenie do miasta, które jest terroryzowane przez mordercę, który wysuwając dalej idące wnioski nie musiał działać w pojedynkę. Równie dobrze to nie musiał być nawet człowiek, na co mogłoby wskazywać spłoszenie okolicznych zwierząt, co nie jest dobrym sygnałem bowiem człowieka można łatwo wystraszyć, natomiast dzikie zwierzęta już nie są tak płochliwe tym bardziej że nie mają większego pojęcia o ostatnich wydarzeniach, które ogarnęły miasto. Starając się na podstawie poszlak, które udało mu się zaobserwować wydać pierwsze rokowania, które miału mu pomóc poznać potencjalną ofiarę. Idąc dalej, na horyzoncie zaczął się malować obrys miasta, które było jego celem.

Każdy kolejny krok zbliżał go do aglomeracji miejskiej, która w raz z przybliżaniem się Arthusa w jej kierunku powodował efekt jakby wszystko z wolna zaczynało rosnąć w jego oczach. Widząc bramę miasta zauważył pewien niepokój w zachowaniu jego towarzysza Mordraga. - Musisz być czujny i starać się wyłapywać wszystkie niepokojące sygnały. Masz dużo bardziej wyostrzone zmysły niż ja więc liczę na Ciebie przyjacielu. Rzucił krótką komendę a za razem prośbę w stronę swojego towarzysza, który nie odstępował go na krok. Mijając bramy miasta można było wyczuć groźbę unoszącą się w powietrzu. Nie miała ona zapachu czy koloru jednakże wywoływała nie do końca uzasadniony niepokój. Ulice były puste, sklepy, kramy czy warsztaty rzemieślnicze nieczynne, można było doskonale usłyszeć szum liści, rzucanych przez wiatr. Było to o tyle niespotykane, gdyż w takim miejscu jedynym słyszalnym dźwiękiem powinien być miejski gwar. Wolnym krokiem, Arthus zmierzał w stronę ratusza, rozglądają się dokładnie po okolicy. Zero żywej duszy, która mogłaby go pokierować we właściwym kierunku. Jedyne czego mógł się trzymać to intuicja i ewentualne znaki, które mogłyby go pokierować. Drzwi pozamykane na cztery spusty, okna zaryglowane jakby tornado miało przejść przez miasto wskazywały, że problem jest nadzwyczaj duży. Z drugiej strony nie powinno to go dziwić, bowiem gdyby zadanie nie było trudne, to nikt by nie fatygował się aby dawać taką nagrodę, gdy mógłby się po prostu wysłużyć zwykłymi strażnikami miejskimi. Koniec końców Arthus ujrzał budynek ratusza, który był na tyle charakterystyczny w lokalnej architekturze, że nie było mowy o pomyłce. Ku swojemu zdziwieniu ujrzał jak do budynku zbliżają się dwie postaci, na których twarzach nie było widać strachu czy przerażenia. Był to jasny znak, że ów śmiałkowie również postanowili podjąć się zadania. Podszedł więc pod drzwi, chwilowo nie odzywając się do jego potencjalnych towarzyszy i zapukał, czekając na jakąś reakcję.

Staruszek wpuścił ich do pomieszczenia, które miało służyć jako poczekalnia przed audiencją u burmistrza, który był zleceniodawcą. Nie zwlekając, postanowił usiąść na jednym z krzeseł, karząc gestem położyć się Mordragowi po jego prawicy. Wszechobecny przepych wskazywał iż burmistrz jest dość sytuowaną osobą w tutejszej społeczności i pewno nie będzie skąpił grosza z uratowanie miasta, które de facto pracowało na jego sukces i majętność. Z drugiej strony miasto jako takie nie wyglądało na bardzo majętne, co nieco irytowało Arthusa, który domyślał się, że to wszystko zbudowane jest na ciężkiej pracy prostych ludzi. Mimo wszystko powstrzymywał się od komentarza zastałej sytuacji i postanowił skupić się na zadaniu oraz osobach, z którymi prawdopodobnie przyjdzie mu spędzić najbliższy okres czasu.

Pierwsza na ruszt poszła ognistowłosa kobieta. Widoczne uzbrojenie sugerowało, że jest łucznikiem, co powinno dawać im przewagę ze względu na ataki z dystansu, którymi można utrzymywać przeciwnika na dystans, redukując ryzyko odniesienia obrażeń. Arthus również miał możliwość walki na dystans dzięki harpunom, którymi mógł zarówno rzucać niczym oszczepami jak również korzystać z nich w półdystansie jak z włóczni, to jednak łuk ma zdecydowaną przewagę, jeżeli chodzi o dystans. Ich odmienne style walki powinny się dobrze uzupełniać, jednakże nasuwało się pytanie jak dobrze potrafi korzystać z broni, którą włada. Nawet najpotężniejsze narzędzie w rekach kogoś, kto nie potrafi nim się posługiwać jest zwyczajnie bezużyteczne. Dodatkowo Arthus był nieco zaskoczony tatuażem/malowidłem na twarzy ów dziewoi, które nieco przypominało jego własne. Kończąc wstępną analizę pierwszej osoby, postanowił skupić swoją uwagę na mężczyźnie, który również przebywał z nimi w poczekalni.

Pierwsze co rzuciło się w oczy Arthusa, gdy ten spoglądał na mężczyznę był fakt iż wydawał się całkiem doświadczony przez czas. Długie włosy i broda mogłyby wskazywać iż ma coś wspólnego z magią, zważywszy na jego skąpy ekwipunek, który raczej dyskwalifikuje go z roli wojownika, bowiem ciężko mu uwierzyć iż ów osoba, jest w stanie samym sztyletem walczyć w zwarciu tak by odnieść jakiś większy sukces. Ciężko było odgadnąć prawdziwe umiejętności jakimi dysponował, więc trzeba by było z góry założyć, że skoro zdecydował się podjąć zadania, na które zgłosiło się tylko trzech śmiałków, mimo względnie wysokiej nagrody to jednak faktycznie musiał sobą coś reprezentować. Chyba, że był po prostu niespełna rozumu lub po prostu chciał dać się zabić..

Kończąc wstępną analizę swoich towarzyszy postanowił wyjść z inicjatywą i jako pierwszy rozpocząć rozmowę, w której chciał aby każdy się przedstawił, wymienił dotychczas zgromadzonymi informacjami jak również postarać się nakreślić jakiś wspólny plan działania i strategię, która miał nadzieję pozwoli im ukończyć zadanie i wyjść z tego bez szwanku. Tak więc zamiary zaczął przekuwać w czyny.

- Witajcie, nazywam się Arthus i domyślam się, że wszyscy przybyliśmy tutaj w tym samym celu. tj. wyeliminowaniu zagrożenia, które wisi nad całym Grimmdale. Chciałbym abyśmy ustalili pewne kwestie, dzięki którym sprawniej będziemy mogli osiągnąć nasz cel redukując zagrożenie. Wedle mojego doświadczenia, każdy powinien ogólnie przedstawić swoje możliwości czy też umiejętności, które mogą się przydać podczas poszukiwań oraz samej walki z potencjalnym mordercą. Mając wiedzę co każdy z nas potrafi daje pewną swobodę działania i usuwa z głowy niepewność, która rodzi się w momencie, gdy musisz na kimś polegać a nie masz zielonego pojęcia czego się możesz po nim spodziewać. Tak więc nie przedłużając zacznę jako pierwszy.
Na chwilę zamilkł aby poukładać myśli w zgrabną całość, żeby przekaz był jasny i jak najmniej chaotyczny.

- Tak więc generalnie zajmuję się polowaniem. Ja i mój towarzysz Mordrag, który jak pewnie zdążyliście zauważyć jest wilkiem. Nie musicie się go obawiać bowiem nie zaatakuje nikogo bez mojego wyraźnego polecenia. Cechują nas umiejętności tropienia i efektywnego zabijania różnego rodzaju bestii, jednakże ogranicza się to wyłącznie do gatunków, które zdążyliśmy poznać, ponadto przy pomocy mojej magii mogę w ograniczonym stopniu wpływać na zwierzęta, jednakże nie wydaje mi się aby to było przydatne podczas naszego zadania. Stylu walki mojego wilka nie muszę tłumaczyć bowiem jest on raczej zrozumiały dla każdego, natomiast ja sam posługuję się harpunami. Mają one dwojakie zastosowanie, po pierwsze mogę nimi ciskać w przeciwników na średnim dystansie, jak również mogę je wykorzystać do bezpośredniej walki.
Kończąc swoje krótkie interview, Arthus spoglądał na dwójkę poszukiwaczy przygód, chcąc wstępnie ocenić ich reakcję. Nie zwlekając zbyt długo przeszedł do dalszej części jego wypowiedzi.

- Jeżeli chodzi o informacje dotyczące naszych umiejętności to by było na tyle. Teraz chciałbym się podzielić swoimi spostrzeżeniami i wnioskami, które mi się nasunęły po analizie poszlak, które mieliśmy okazję zobaczyć w drodze do Grimmsdale i samego ratusza. Ów morderca, który nawiedza ów miasto raczej nie jest zwykłym człowiekiem o ile w ogóle nim jest. Wskazuje na to fakt iż zwierzyna z okolicznych terenów czym prędzej opuściła swoje żerowiska i domy, co świadczy o tym iż wyczuły niebywałe zagrożenie dobiegające z miasta. Wierzcie mi bądź nie, ale mało co jest w stanie tak wystraszyć dziką faunę. Moja teoria związana z tym zjawiskiem jest taka, że nasz niezidentyfikowany byt, którego szukamy jest czymś powiązanym z magią, którą dzikie zwierzęta instynktownie wyczuły i się spłoszyły. Ponadto musi być to niezwykle złowroga, potężna magia, skoro była odczuwalna dla zwierząt z takiej odległości. Idąc dalej tym tropem mamy do czynienia prawdopodobnie albo z jakąś magiczną bestią czy czymś w tym guście lub jakimś potężnym czarnoksiężnikiem. Ponadto nie powinniśmy zakładać, że działa on w pojedynkę, gdyż byłoby to niezwykle naiwne. Niestety z braku większej ilości informacji nie mam póki co bardziej precyzyjnych teorii. Musimy poczekać aż burmistrz udzieli nam jakichś wskazówek o ile sam cokolwiek wie więcej. Ponadto patrząc na wasz ekwipunek, zrobiłem krótką symulację w jaki sposób powinniśmy się poruszać i jaki szyk przyjąć. Uważam, że powinniśmy ustawić się w linii prostej. Na przedzie będę szedł ja, razem ze swoim wilkiem, który przy pomocy swoich wyostrzonych zmysłów, być może będzie w stanie coś wyłapał. W środku powinna ustawić się Panna posługująca się łukiem. Standardowo łucznicy ustawiani są na samym końcu, jednakże zważywszy na fakt iż mamy do czynienia z mordercą, musimy spodziewać się ataków zza pleców. Niestety wykonanie pełnego ruchy harpunem zajmuję zdecydowanie więcej czasu niż kontra sztyletem, dlatego uważam, że nasz brodaty przyjaciel najlepiej się sprawdzi w roli osłaniającego tyły. Ponadto, sugerując się posiadaniem samego sztyletu podejrzewam iż jest on w stanie posługiwać się magią, co powinno mu pomóc w ewentualnym odparciu ataku. Warto też mieć na uwadze iż mało prawdopodobne by ktokolwiek bez wiedzy mojego wilka mógł się ukryć lub zbliżyć do nas, ale tego też nie można wykluczyć. Z braku większej wiedzy i informacji, nie jestem na chwilę obecną dodać nic więcej od siebie. Mam nadzieję, że zaproponowany przeze mnie układ się wam spodoba, liczę też na jakieś informacje od was bądź uwagi i korekty co do mojego pomysłu. Myślę, że po wspólnej rozmowie oraz informacjach, które mam nadzieję uzyskamy od naszego zleceniodawcy, będziemy mogli ostatecznie wykrystalizować ostateczny plan działania i wspólnie osiągniemy nasz cel.

Kończąc wygłaszanie swojej strategii, wziął głęboki oddech. Bowiem nigdy dotąd nie miał okazji zamienić aż tylu słów z ludźmi, mimo iż do tej pory on sam wziął głos w dyskusji, która na chwilę obecną była raczej monologiem. Nieco się rozluźniając pogłaskał swojego Mordraga, lekko się uśmiechając, co w jego przypadku wyglądało nieco sztucznie. Poprawiając ułożenie pośladków na krześle, tak by siedzenie na nim było przyjemnością a nie smutnym obowiązkiem, czekał na reakcję reszty grupy. Miał nadzieję, że znajdą wspólną nić porozumienia i z łatwością dojdą do konsensusu, który byłby niewątpliwym sukcesem, gdyż nierozumiejąca się grupa ludzi, bez żadnych założeń czy planu, to bardzo łatwy cel dla przeciwnika, który niewątpliwie musiał być kimś ponad przeciętnym, skoro władze miasta nie były w stanie poradzić sobie z nim samemu.
06.09.2018, 22:20
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Ratusz Grimssdel
#3

otarła do Varengardu. Miasto Wojowników przywitało dziewczynę szerokimi, na pozór spokojnymi ulicami i licznymi, na pozór tylko ciekawskimi spojrzeniami. Wszystko było tutaj na pozór. Wszystko było takie, jak wydawało jej się - zapamiętała.
Jednak tylko pozornie. Bo ileż więcej teraz dostrzegała, gdy na własną rękę mogła zwiedzać północną fortecę! Kiedy nikt nie trzymał ją non stop przy sobie, ograniczając swobodę do biernej obserwacji otoczenia! W pierwszej chwili ogrom możliwości niemal przyprawił Vinterström o dreszcze. Nareszcie miała poznać prawdziwą naturę Varengardu, brutalną i zimną. Dotąd towarzystwo ojca niby ogień odstraszało potencjalne przygody. Ludzie schodzili im z drogi, spuszczali wzrok, a ewentualne uwagi wygłaszali szeptem. Między sobą, jak szczury. Celty gardziła szczurami. Pragnęła w końcu zobaczyć mroczną stronę miasta. Chciała, by pokazało kły, przed ujrzeniem których naturalnie chronił ją rodzic.
Nie musiała długo czekać. Gdy przekraczała bramę warowni, zapadał zmierzch. Łowczyni przez jakiś czas przechadzała się po ruchliwszych ulicach, przeglądając przerzedzone stragany i wystawy właśnie zamykanych sklepów rzemieślniczych. Od razu poczuła różnicę w zachowaniu motłochu. Słyszała rzucane półgłosem przekleństwa. Ludzie odważniej patrzyli jej w oczy; kilkakrotnie nawet zderzyła się z kimś barkiem, choć głównie z własnej inicjatywy. Jednak naprawdę poznała Varengard dopiero, gdy sama zmuszona była spuścić wzrok i ominąć idącego z naprzeciwka mężczyznę. Pierwszy raz w życiu spotkała człowieka, czy w ogóle istotę, od którego instynktownie wolała trzymać się z daleka. A był to tylko przypadkowy przechodzień! Ciepło ekscytacji wypełniało wnętrze łowczyni, wkraczającej do rzeczywistości wyzwań i niebezpieczeństw. Wyrastał przed nią świat jeszcze potężniejszych, straszniejszych przeciwników. Nie minęły nawet dwie godziny od przybycia do miasta, a Celty już czuła, że południe sprosta jej oczekiwaniom.
Zaszła do losowej oberży, byle nie tej, którą znała. Tam od razu miała przyjemność nawiązać nowe "znajomości". Była blisko rzucenia podziękowań za ciepłe powitanie, gdy ranni bywalcy karczmy pospiesznie przepychali się przez drzwi wyjściowe. Cóż za wieczór! Potem jeszcze długo rozmawiała z właścicielem przybytku, czy raczej słuchała tego, co ten miał jej do powiedzenia. Odpowiadała krótko i treściwie, zazwyczaj zaś ograniczając się do skinień głową i jednoznacznych pomruków. Ojciec nauczył Celty, jak odwracać role barman - klient. Dziewczyna poznała wszystkie lokalne i nielokalne plotki. Jedna z nich zdawała się szczególnie interesująca. Dotyczyła serii brutalnych morderstw w miasteczku o nazwie Grimssdel, poniżej Valen. Podobno wyznaczono wysoką nagrodę za schwytanie lub zabicie kogokolwiek odpowiedzialnego za zbrodnie. Pieniądze nie interesowały łowczyni. Uniosła brwi w zaciekawieniu dopiero, gdy karczmarz napomknął, że wielu poniosło już porażkę, próbując wykonać zlecenie.
Długo myślała o wyprawie na kontynent, medytując w wynajętym pokoju. Była zauroczona Varengardem. Miasto Wojowników od razu ją ujęło. Zakochała się w tych surowych domach i brzydkich, groźnych twarzach mieszkańców. Lecz wiedziała, że nie może zagościć tu na dłużej. Nie teraz. Nie kiedy tak ciągnęło ją ku południu, ku krainom, o których tyle słyszała w opowieściach rodziców. Za oknem rozległ się przeraźliwy krzyk i zaraz, równie niespodziewanie, ucichł.

Około godziny trzynastej postawiła nogę w Valeńskim porcie. Podczas przeprawy morskiej, jak i w samym mieście handlowym nie wydarzyło się nic godnego opowiedzenia. Vinterström bez kłopotu dotarła na południową stronę ogromnego wąwozu, unikając bardziej zaludnionych terenów miasta. Cicho liczyła, że ktoś zaczepi ją w jednej z bocznych uliczek, którymi wędrowała, wszakże w tej kwestii spotkał dziewczynę zawód. Mimo wszystko kanion, razem z architekturą Valen wywarły na niej wrażenie. Nie spiesząc się, poświęciła część dnia na zwiedzanie okolicy, w końcu pierwszy raz w życiu widziała tak wielką metropolię.
Jeszcze przed zmrokiem rozpoczęła ostatni odcinek podróży.

Celty nigdy wcześniej nie słyszała o Grimmbbel albo przynajmniej sobie tego nie przypominała. Ojciec wprawdzie chwalił się kiedyś, że "zwiedził wszystkie nazwane i nienazwane miejsca w Atarashii, od Varengardu, aż po Azarat", lecz żadna z jego licznych opowieści nie dotyczyła akurat tej mieściny. Łowczyni znała ją więc tylko z nazwy. Dobrze pamiętała czarne jak smoła litery, naniesione na ogromną, naścienną mapę, wiszącą w salonie rodzinnej posiadłości. Nie przypuszczała, że to właśnie tu uda się zaraz po opuszczeniu Teolii. Kiedyś matka przyłapała ją, jak siedziała z rozłożonym zwojem, kreśląc dziecięcym pismem plan podróży i kolejność miejsc, które odwiedzi. Kobieta roześmiała się wtedy rozczulona, tłumacząc córce, że tej wyprawy nie można po prostu się przewidzieć.
Tak oto, pogrążona w rozmyślaniach o przeszłości i przyszłości, Vinterström stanęła na skraju Grimssdelville.
- Pomyliłam drogę. - stwierdziła po chwili namysłu, jednak zupełnie bez emocji, jakby sama przed sobą nie przyznawała się do błędu. Następnie wykonała obrót o sto osiemdziesiąt stopni, zawracając ku rozwidleniu, które chwilę wcześniej mijała. Była przekonana, że umieszczony tam znak wskazywał tę ścieżkę. I miała rację. Upewniwszy się co do poprawności obranego kierunku, nieco zdezorientowana dziewczyna ponownie dotarła do granicy miasta.
Szła, mijając kolejne, zionące pustką przecznice. Otaczały ją stare domostwa o zamkniętych drzwiach i zabitych deskami oknach. Nie były zrujnowane, wszakże Celty nie potrafiła powstrzymać wrażenia, jakby wszystko zostało opuszczone. Nigdzie nie dostrzegała żywej duszy. Ciężką atmosferę potęgował fakt, że jedynymi odgłosami, jakie dochodziły do uszu łowczyni, było skrzypienie starego szyldu i jej własny oddech.
Dotknęła opuszkami palców przewieszonego przez ramię łuku. Z ziarenkiem ulgi przyjęła fakt, że w domostwa wciąż zamieszkiwali ludzie. Dlaczego więc się ukrywali? Sytuacja nie mogła być przecież aż tak zła, prawda?
Kątem oka dostrzegła jakiś ruch. Kilkadziesiąt metrów dalej, dorosła sylwetka w pośpiechu gnała ulicą, rozglądając się nerwowo na wszystkie strony.
- Hej! - zawołała rudowłosa, lecz bez efektu. Postać kompletnie zignorowała kobietę, znikając za najbliższym zakrętem - Co do kurwy...? - spytała w myślach.
Ostatnią nadzieją na uzyskanie jakichkolwiek informacji, przynajmniej wedle znalezionego przez Celty listu gończego, pozostawał "ratusz". To niestety rodziło pewien problem. Wychowana na dalekiej północy, łowczyni nie miała pojęcia, jak taki ratusz może w ogóle wyglądać. Wydawało jej się, że zasłyszała podobny wyraz w Varengardzie i odnosił się on do jakiegoś budynku. Na ratunek w tej sytuacji przyszedł znak informacyjny. Wyryte w strzałki, poprzedzone literami, odkrywały wskazówki odnośnie lokalizacji wyróżnionych punktów w Grimssdel. "Karczma, pomost..." czytała od dołu dziewczyna. Dotarłszy do najwyższej tabliczki, była już wcale zatrwożona.
- Ratusz - szepnęła, z ulgą wypuszczając powietrze.
***
Stała oparta o ścianę, złożywszy ręce na piersiach. Od dłuższej chwili wbijała wzrok w jedną z trzech pozostałych postaci, które oczekiwały nadejścia burmistrza. I vice versa. Pojedynek na spojrzenia trwał już dobre kilka minut. Celty dobrze czuła, że mógłby trwać godzinami.
Ale od początku. Kiedy Vinterström w końcu odnalazła właściwy budynek (a zajęło jej to chwilę) , po raz kolejny spostrzegła człowieka. Ten jednak bynajmniej nie pędził nigdzie w popłochu, ba, wszystko wskazywało na to, że również zmierza ku ratuszowi. W dodatku towarzyszył mu wilk. Rudowłosa zmrużyła oczy, sądząc, co logiczne, że jej się przywidziało. Nic z tych rzeczy; najprawdziwszy w świecie wilk kroczył u nogi muskularnego mężczyzny i wyglądał na całkiem okiełznanego. Nawet dla Celty było to coś niespotykanego. Wprawdzie słyszała od ojca o ludziach ujarzmiających bestie, lecz ujrzenie jednego z nich na własne oczy wciąż zaskakiwało. Właściciel czworonoga sprawiał wrażenie doświadczonego wojownika, który, sądząc po bliznach, niejedno już przeżył. Łowczyni uznała czerwone barwy wojenne za mieszczące się w ramach dobrego gustu. Nie wiedziała natomiast, co sądzić o odzieniu mężczyzny, wykonanym z wilczej skóry. To w końcu lubił wilki, czy nie?
Jednocześnie z przeciwnej strony nadchodziła kolejna postać. O ile w przypadku poprzedniej pary wiadomy był ich cel, tak obecność tej osoby rodziła pytania. Uznając ją za jakiegoś odważniejszego tubylca, Celty nie przywiązała większej uwagi do aparycji. Zapamiętała tylko, że to mężczyzna i że ma brodę.

Drzwi otworzył im zlękniony starzec. Do tego miał taką minę, jakby obecność podróżnych była darem niebios. Głosem przypominał histeryka, tonem zaś - pokornego sługę. To w zupełności wystarczyło, by zasłużyć sobie na pogardę łowczyni.
W oczekiwaniu na zarządcę, dziewczyna postanowiła przeanalizować wszystko, co do tej pory zobaczyła. Nim jednak zdążyła pogrążyć się w myślach, w poczekalni rozbrzmiał głos, należący do wilczego wojownika. Powitał zebranych, przedstawił się i zaczął bredzić.
Czar prysł. Celty przymknęła powieki, słuchając jak doświadczony wojownik otwiera spotkanie terapii grupowej. Nie tylko założył, że malutkiemu brodaczowi przyświecał ten sam cel, co reszcie, ale oczekiwał współpracy i wyłożenia wszystkich kart na stół. Tutaj Vinterström otworzyła oczy. To musiał być żart. Gość z jakiegoś powodu chciał po prostu ocieplić atmosferę. Przecież nie oczekiwałby od kompletnych nieznajomych, że nagle podadzą mu na tacy swoje umiejętności.
To nie był żart. Rudowłosą skręcało z żenady, kiedy mężczyzna faktycznie zdradzał swój styl walki, profesję, czy nawet imię swojego wilka. Już nie słuchała. Otrzymując te informacje, automatycznie zaczęła układać w głowie scenariusz ich walki. Najpierw wyeliminowałaby zwierze, to oczywiste. Właściciel nie wygląda na specjalnie szybkiego, efektywny zasięg harpunów nie miał podejścia do łuku. Poza tym...
I tu powracamy do początku. Wzrok Celty zrównał się ze spojrzeniem Mordraga. Lazurowe, znudzone oczy natychmiast nakazały wilkowi patrzeć w podłogę. Nie uczynił tego. Łowczyni doceniła opór bestii cichym pomrukiem. W ten sposób rozpoczął się pojedynek, który trwał niemal do samego kresu przemowy Arthusa. Finalnie to zwierze odwróciło wzrok, lecz raczej ze znudzenia, niż strachu czy przyjęcia dominacji oponentki. Chociaż wiedziała, że koniec końców Mordrag okazał się mądrzejszy albo dojrzalszy, to wynik walki spojrzeń oceniła w myślach na 1:1. Polubiła tego wilka. W sam raz kiedy mężczyzna przestał mówić, Vinterström odbiła się od ściany i, pokonawszy kilka kroków, nachyliła się w kierunku czworonoga.
- Łapa. - niewiadomo, zażądała, czy rozkazała, a może poprosiła. Mówiła silnym, północnym akcentem. Adresat naturalnie nie zareagował, w odpowiedzi na co Celty wydęła usta.
- Sądzę  - rozpoczęła, prostując się z gracją i spoglądając Arthusowi prosto w oczy - że za dużo gadasz.








07.09.2018, 15:02
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Ratusz Grimssdel
#4

ydzień i trzy wschody słońca.
Tyle czasu minęło od chwili, gdy jego świat umarł, rozdarty niczym pień drzewa po uderzeniu pioruna. Wydawałoby się, że uczucie smutku, bólu i rozpaczy po takim czasie powinno stępieć i przyjąć formę ciężkiej, ukrywanej głęboko w sercu dziury, którą można by zamknąć za tysiącem murów, bram i ogrodzeń. Takie miejsce mogłoby czekać cierpliwie, aż pewnego dnia bariery runą, a zmęczony walką człowiek postanowi podjąć próżny trud zapełnienia szczeliny alkoholem, używkami oraz bogactwem. Z czytanych kiedyś ksiąg wynikało, że rzeczy takie rzadko zapewniały spokój i zakończenie sprawy, lecz jak każdy, autor tomu także mógł się mylić.
Hamstur zdawał sobie sprawę, że pewnego poranka lub wieczoru może nie starczyć mu sił, by dźwigać brzemię rozpaczy i smutku bez poddawania się mu. Być może, gdyby pamiętał mniej lub potrafił zapomnieć, z czasem kula ciemności w sercu przemieniłaby się jedynie w cień.
Ku lamentom mężczyzny, czynność ta była niemożliwa. Nie dla niego – perfekcyjna pamięć, jak nazywał ją Ojciec, może być błogosławieństwem i przekleństwem. Teraz, wydawała się być jedynie klątwą, rzuconą przez jakiegoś złośliwego boga lub demona, by dręczyła i powoli wyżerała od środka siły życiowe.
Pierwsze dwie noce po wyruszeniu były najgorsze. Siedząc przy małym ognisku i nie mogąc zasnąć rozpatrywał wydarzenie. W jego głowie przebiegały raz po raz sceny mordu, śmierci i nieskończonego rozgoryczenia na myśl, że nie mógł nic zrobić. Raz po raz, analizując każdy moment i każdą chwilę niczym obraz, starał się wyszukać sposób, by nie dopuścić do całego zajścia. Lecz nie było to możliwe. Wiedział, że gdyby był potężnym magiem lub wojem, mógłby pokonać wrogich zbrojnych. Co jednak mógł zrobić prosty skryba i zielarz, którego całe życie uczono ratować i szanować życie, a nie je odbierać.
Nawet jego magia, amatorska i godna pożałowania, niebędąca niczym więcej niż sztuczkami, nie mogła mu pomóc. Nie chciał i nie zamierzał uczyć się zaklęć ofensywnych. Zabijanie czarami wydawało się mieć w sobie coś złego i niemal plugawego, tak jakby sama energia chciała powiedzieć, że ten sposób jej użycia stoi w sprzeczności z naturą świata. Choć mogły być to tylko jego wymysły.
Myśl o śmierci od choroby czy przyczyn naturalnych nie napawała go strachem – to było nieuniknione i niemal znajome po latach spędzonych na pomocy matce. Zabicie kogoś, z zimną krwią lub chłodną, wykalkulowaną furią, jest jednak rzeczą nie do pomyślenia. A przynajmniej była.
Teraz, po tym, co widział i co rozpamiętywał, jego przekonania straciły dawną moc, a myśl o zabijaniu i walce nie wydawały się tak strasznie obce i odległe jak kiedyś. Być może była to perspektywa, która kazała mu zrozumieć, że świat wcale nie jest tak spokojnym i pełnym prawa miejscem jak mu się wydawało, a być może jego ból i strata po prostu przytępiły jego sumienie i nadkruszyły bariery, które wcześniej nie pozwalały mu nawet myśleć o takich rzeczach.
Nie mogąc spać, zajmował ręce czym się da, byle tylko nie pozwolić im bezczynnie trząść się i zaciskać, niczym u zdjętego gorączką starca.  Siedział więc przy łunie ognia, trzymając w jednej ręce nóż, a w drugiej kawałek patyka lub gałęzi. Na początku jeździł tylko po nim, starając się stalowym dźwiękiem ostrza zagłuszyć myśli. Gdy to nic nie dawało, ze złością bił nożem o drewno, mając nadzieję, że to pozwoli ujść kotłującym się w nim emocjom.  Nie było mu to jednak dane, lecz po dłuższym czasie, gdy bezwiednie zaczął strugać patyk, burza i napięcie wewnątrz jego ciała osłabła, jakby długie i powolne pociągnięcia minimalnie wyciszały ją i uspokajały.
Długa podróż męczyła Hamstura. Była najdłuższą, jaką odbył w swoim życiu i pozwoliła zrozumieć mu, jak bardzo odmienni byli ludzie w jego małej, odizolowanej od świata wiosce. Nie mając pojęcia o wydarzeniach świata, zamknięci wśród gór nie przeszli tej samej zmiany i prób, na które wystawił innych ta kraina. Przyjaźnie i życzliwie nastawieni, wydawali się być wyjątkiem i małą osobliwością w trudnym i niezwykle chłodnym świecie.
Dobitnie pokazała mu to jego kontakt z miasteczkiem, w którym mieszkał Bragi. Cichość i wrogość mieszkających tam ludzi wydawała się być niemal fizycznie odczuwalne w porównaniu z aurą panującą kiedyś w jego wsi.
Przeprowadzka brata martwiła mężczyznę. Dziwiło go, że Bragi odszedł bez pożegnania ani powiadomienia kogokolwiek, że zmienia swoje miejsce zamieszkania. Zawsze był co prawda nieco mniej entuzjastycznie nastawiony do ich małej wioski i chciał odkrywać świat, lecz wydawało się, że z wiekiem nierealne marzenia rozwiały się, a ich miejsce zajęły racjonalne potrzeby i cele. A przynajmniej takie wrażenie odniósł Hamstur. Teraz jedne, co mu pozostawało, to odnaleźć brata, opowiedzieć mu o wszystkim i najpewniej ruszyć dalej, w poszukiwaniu odpowiedzi i podążając tropem ostatnich wskazówek pozostawionych przez ojca.
Dalsza samotna droga szybko okazała się być niedobrym kompanem. Podczas wędrówki i postojów istnieje bowiem mnóstwo czasu dla umysłu, by znów zaczął błądzić po komnatach pamięci, przeszukując i analizując kolejne wspomnienia, otwierając ledwo co zasklepione rany. Miasto dało mężczyźnie chwilowy spokój – zmuszając do pozostawiania w teraźniejszości, nie dając chwili na rozważania i każąc koncentrować się na aktualnych celach.
Najgorsze były jednak chwile, gdy widział swoje odbicie. Rankiem, przemywając twarz w strumieniu musiał patrzeć sobie w oczy. Na początku sam nie poznał siebie. Zawsze wydawał się być starszy, niż był w rzeczywistości, a zapuszczenie brody jedynie dodały mu lat. Wcześniej wyglądał jednak na być może o dziesięć lat starszego. Teraz, gdy widział swoją twarz, nie poznawał jej. Zmarszczki i bruzdy, które jak mu się wydawało, pojawiły się z dnia na dzień, postarzyły go o kolejne dziesięć lat. Wydarzenia ostatnich dwóch tygodni musiały odcisnąć na nim piętno tak duże, że w swoich własnych oczach wyglądał niemal jak starzec.
Przerażające było jednak to, że jego podobizna bardziej kojarzyła mu się z jego ojcem niż nim samym. Za każdym razem, gdy widział swoje odzwierciedlenie, przypominał sobie ostatnie chwile jego rodziny i lico ojca niknące pod kolejnymi warstwami ziemi.
Gdy minął piąty dzień nowego tygodnia, Hamsturowi udało się wreszcie dotrzeć do osady o raczej dziwnej i smutno brzmiącej nazwie Grimmsdel. Ku zdziwieniu mężczyzny plotki okazały się mieć w sobie wielokrotnie więcej prawdy, niż zakładał. Wszędzie czuć było strach oraz przerażenie mieszkańców, a puste ulice jedynie pogłębiały uczucie zaszczucia, które zdawało się udzielać każdej istocie w pobliżu. Gdyby przyszło Hamsturowi namalować miasto, zapewne użyłby do tego inkaustów o małej jasności, najpewniej składając obraz z odcieni szarości, brązu, czerni i być może odrobiny bordo.
Jak szybko przyszło zrozumieć mężczyźnie, nie łatwo było mu zdobyć informacje o swoim bracie. Właściwie jakiekolwiek wieści zdawały się być trudne do uzyskania. Ludzie zdawali się być płochliwi i ostrożni, uciekając wzrokiem, gdy tylko go zobaczyli. Nie mając innego wyjścia, Hamstur skierował swe kroki do Ratusza, które mogło być jedynym miejscem, gdzie uzyska odpowiedzi.
Zdziwiła go obecność innych ludzi pod drzwiami Magistratu, lecz nie jego sprawą było, co sprowadza innych do tego miejsca. Mężczyzna, który wpuścił ich do środka, najpewniej sekretarz, wydawał się uznać, że wszyscy pojawili się tu w celu zlecenia i nie mogło być w tym raczej nic dziwnego. W mieście, w którym grasuje seryjny morderca osiedlać się chcą raczej tylko głupcy lub ryzykanci.
Hamstura, na początku, zlecenie nie interesowało – miał on ważniejsze rzeczy do załatwienia i brata do odnalezienia. Lecz im dłużej chodził po mieście, tym bardziej odczuwał rozpacz mieszkańców i niewerbalne błagania o pomoc. Sprawiło to, ze mężczyzna poświecił trochę zainteresowania zleceniu, a to okazało się być dość dobrze płatne.
Fjolswir nie miał złudzeń – jego poszukiwania nie skończą się szybko. Nawet gdyby znalazł brata w Grimmsdel i opowiedział mu o zajściach z jego wioski, nadal pozostawała sprawa wskazówki ojca. Być może nie był on niesamowicie doświadczony przez życie, lecz nie był na tyle naiwny by wierzyć, że pieniądze nie przydadzą mu się w dalszej podróży. Parę dni zwłoki i tak nic nie zmieni – jego rodzina była martwa, a jeśli nie znajdzie Bragiego w mieścinie, nie będzie wiedział gdzie szukać dalej. Pozostawało więc tylko mieć nadzieje, że ktoś w mieście kojarzył jego brata i wiedział gdzie ten się udał.
Rozważania mężczyzny zostały przerwane przez wojownika w skórze wilka na ramionach. Wchodząc do pomieszczenia, przygotowywał się raczej na niezręczną ciszę i brak ciepłego przyjęcia. W końcu do tego typu zadań rzadko gnają osoby przyjazne i serdeczne – a przynajmniej tak rodziło się to w głowie skryby.
Wojownik, który kuriozalnie, prócz noszenia skóry wilka, miał także wilka za towarzysza, przedstawił się i zaczął swój długi wywód dotyczący umiejętności i ekspertyzy, jaką posiadał. Hamstur starał słuchać się, lecz w jego głowie ciągle pojawiały się pytania o skórę z wilka. Ciekawość kazała zastanawiać się, czy zwierze było powiązane z odzieniem – być może była to kiedyś matka wilczka lub ktoś z jego stada? A być może było całkiem odwrotnie i przebranie mężczyzny należało kiedyś do wroga towarzysza lub jego przeciwnika.
Słysząc, jak woj przechodzi do swoich teorii na temat morderstw, Hamstur zaczął zastanawiać się, analizując i przeszukując pamięć w poszukiwaniu wszystkich informacji na temat incydentów w Grimmsdel jakie posiadał. Mimowolnie zaczął przyglądać się drugiej z osób, które weszły z nim do pomieszczenia.
Kobieta robiła wrażenie. Przekraczała wzrostem nie tylko jego i wojownika, lecz także większość znanych Hamsturowi osób. Kontrast, jaki istniał między bladą karnacją, a płomienistymi włosami wydał się dodatkowo potęgować wrażenie niezwykłości. Dodając do tego zdobiony łuk o zakrzywionych końcach majdanu, będący zapewne magicznym przedmiotem oraz, najpewniej rytualne, zdobienia twarzy, postać łuczniczki wydawała się być nad wyraz ciekawa.
Wojownik wreszcie zakończył swój wywód. Fjolswirowi wydawał się być niezwykle entuzjastyczny i pełen zapału. Z jakiegoś powodu przed oczami stanęły mu obrazy szczeniaczka merdającego ogonkiem na widok patyka w ręce właścicieli oraz młodych chłopców, którzy skleciwszy z patyków miecze i tarcze, bawili się w rycerzy. Łuczniczka, do tej pory próbująca bawić się z wilkiem, odezwała się chłodnym tonem. Mężczyzna praktycznie mógł fizycznie czuć chłód jej wypowiedzi.
Hamstur zrozumiał, ze harpunnik, jak w myślach zaczął go nazywać, prawdopodobnie nie przebył jeszcze zbyt wiele w życiu, a zlecenie, którego miał się podjąć było zapewne jego pierwszym. Entuzjazm w mniemaniu skryby nie był złą rzeczą, lecz preferował on myślenie głową, a nie orężem.
Spokojnie odetchnął i zmusił do uśmiechu maskującego jego prawdziwy stan ducha. Nie było potrzeby ukazywać innym jego problemy. Starając się przyjąć ton stoickiego nauczyciela, który zawsze przyjmował ojciec podczas nauczania, rzekł:
- Nie ma potrzeby, by podchodzić tak wrogo Panienko. Pewien jestem, iż mości Arthus nic złego na myśli nie miał i w niczym uchybić Panience nie chciał.
Zrobił pauzę. Hamstur nie chciał, by tych dwoje rzuciło sobie do gardeł. Szczególnie, gdy był w pobliżu i mógł zostać przypadkowo wciągnięty w ich sprzeczkę.
- Grzeczność nakazuje chociaż przedstawić się swoim rozmówcom. Zwę się Hamstur Fiolswir. Jestem skrybą i zielarzem, a także badaczem magii teoretycznej. I niestety, zmuszony jestem, z czystości mojego analitycznego podejścia, nie zgodzić się z Panem. O ile nie uważam, by wszystkie Pańskie teorie były błędne, zbyt wiele z nich wysnutych jest na podstawie domysłów i przez to najpewniej doprowadzić mogą do mylnych wniosków.
Przerwał na chwilę, dając czas harpunnikowi na przetrawienie jego słów.
- Sądzę, że dalece niepotrzebne jest mówienie o jakiejkolwiek walce z rzekomym mordercom, ani też ustawianie się w jakimkolwiek szyku. Uważam za dalece nieprawdopodobne, by zabójca miał nas zaatakować, z uwagi na wiele czynników, jak choćby to, że jego dotychczasowymi ofiarami były głownie kobiety i dzieci. Pozwala to na wysnucie wystarczających wniosków, lecz wolę opierać się na jak najpełniejszych informacjach, dlatego pozwolę sobie wstrzymać głos do momentu, gdy otrzymam pełne informacje o zadaniu.
Skończywszy wypowiedź, Hamstur spokojnie zasiadł za stołem i zdjął z ramienia torbę. Jeśli przeczucia go nie myliły, dzień zapowiadał się na długi i męczący. Przejrzawszy torbę, sprawdził, czy księgi i karty nie przemokły w żadnym miejscu, a buteleczki z inkaustem nadal są szczelnie zamknięte. Spokoju nie dawała mężczyźnie jednak myśl, lecz postanowił on zaczekać ze swoimi rozmyślaniami do momentu pełniejszego poznania sprawy zabójstw.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.09.2018, 19:29 przez Hamstur Fjolswir.)

07.09.2018, 19:20
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Ratusz Grimssdel
#5

ieszczególnie wzruszony pogardliwym tonem kobiety, wysłuchał co miała do powiedzenia, a nie było tego zbyt wiele. Nieco był zdziwiony jej zachowaniem, ponieważ nie każdy miał odwagę podejść do wilka i poprosić go o to by dał mu łapę. Z całą pewnością uznała iż tresura wilka jest identyczna lub podobna do treningu ogarów bądź psów pasterskich, jednakże założenie to jest zupełnie sprzeczne z faktycznym stanem rzeczy. Mimo wszystko docenił gest, chociaż Mordrag nie wydawał się tym jakoś szczególnie zachwycony.
- Nie radzę, mimo iż jest wytresowany, to nie miewał zbyt dużo okazji do obcowania z ludźmi
Po chwili odezwał się starszy mężczyzna, który był trochę bardziej wylewny w słowach i zdawał się nieco bardziej doświadczony, chociaż nie ze wszystkim Arthus się zgadzał. Mimo wszystko w jednym miał zdecydowaną rację, mianowicie fakt iż mają naprawdę niewiele informacji dotyczących ich celu, jakim był morderca.
- W tym co mówisz jest wiele prawdy, ale nie ze wszystkim się zgodzę. Zwierzęta nie boją się ludzi, tym bardziej pojedynczego człowieka bez względu na jego okrutność czy żądzę mordu. Ale nie mam też podstaw by uważać, że twoje informacje są nieprawdą czy tym bardziej kłamstwem. Dochodzimy więc do sytuacji, w której mamy mała rozbieżność, bowiem ja dzięki swojemu doświadczeniu zaobserwowałem ucieczkę zwierząt natomiast Ty usłyszałeś, że to morderca polujący na kobiety i dzieci. Oba fakty się ze sobą nie łączą, więc musimy poczekać na stanowisko zarządcy miasta. Chyba, że nasza małomówna ma coś ciekawego do dodania, co mogło by nam pomóc wybrnąć z tego impasu. -
Kończąc swoją wypowiedź, która w porównaniu do poprzedniej była zdecydowanie krótsza, Arthus w jego mniemaniu trafił w samo sedno. Być może burmistrz coś ukrywał nie chcąc zbytnio odstraszyć potencjalnych chętnych do podjęcia się zadania lub sam do końca nie zdawał sobie sprawy z czym tak na prawdę mieli do czynienia. Zawsze pozostawała opcja, że jest to zwykły zbieg okoliczności, jednak zważywszy na fakt iż wszystko dzieje się w jednym miejscu suma sumarum dawało małe szanse na taki obrót spraw.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.09.2018, 00:31 przez Arthus.)

07.09.2018, 20:43
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Ratusz Grimssdel
#6

ężczyzna nie zareagował na słowa dziewczyny. Mrukną tylko coś tematem swojego kompana i jego braku obycia z ludźmi. Celty nie umiała wyczytać z tonu Arthusa, czy chciał ją przestraszyć, czy faktycznie ostrzec. Podejrzewała, że Mordrag przebywał w towarzystwie człowieka znacznie więcej niż sam wojownik. W końcu nikt przy zdrowych zmysłach nie podchodziłby do nieznajomych z taką ufnością. Nikt, komu nieobca była ludzka natura. Tutaj nawet wytresowany wilk sprawiał wrażenie dużo bardziej ostrożnego, jak gdyby miał za zadanie nadrabiać brak tej cechy u właściciela. Tworzyli ciekawy, czy może raczej specyficzny duet.
Vinterström jeszcze przez chwilę patrzyła na tropiciela sponad wysoko uniesionej brody. Milczała, pozwalając mówić swym przymglonym oczom i lekko rozchylonym wargom. Wyrażały nie tyle pogardę, co po prostu chłodną wyższość. Straciwszy zainteresowanie wykonała obrót na pięcie i zaczęła przechadzać się po pomieszczeniu.
Jednocześnie głos zabrał drugi mężczyzna. Dwukrotnie "spanienkował" dziewczynie, z przesadną uprzejmością zapewniając to i tamto. W odpowiedzi otrzymał piorunujące spojrzenie, które przesycał wyrzut, że zdobył się na powiedzenie czegoś tak nudnego. Potem, chcąc nie chcąc, łowczyni słuchała jego wywodu. Hamstur Fiolswir, pomijając irytującą manierę grzecznościową, mówił z sensem. Brakowało informacji. Z tego samego powodu Celty powstrzymywała wyciąganie jakichkolwiek pochopnych wniosków. Również wątpiła, by trójce coś groziło. Jeżeli słowa varengardziego karczmarza były prawdą, to w Grimssdel ginęły tylko kobiety i dzieci. Oczywiście też była kobietą, wszakże śmiała wątpić, żeby morderca bezbronnych cywilów obrał ją na cel. Musiałby być naprawdę głupi, czemu znowu przeczył fakt pozostawania nieuchwytnym przez tyle czasu.
Dokładniej przyjrzała się brodaczowi. Więc jego również przywiódł tutaj list gończy. To zaskoczyło rudowłosą, chociaż nie mogła odmówić mężczyźnie pewnych zasobów wiedzy. A jednak miano "skryby, zielarza i badacza magii teoretycznej" wciąż brzmiało dość abstrakcyjnie. Czy kłamał? Jakie sztuczki chował w rękawie? Mimo nietypowej aparycji, sprawiał wrażenie zdrowego psychicznie. Ewidentnie wiedział, w co się pakuje, a to rodziło przynajmniej kilka pytań. Vinterström nie zamierzała ich zadawać i porzuciła rozważania na ten temat.
Tymczasem Arthus pozostawał przy swoim. I tutaj Celty musiała częściowo przyznać mu rację. Ona również zaobserwowała nietypowe zachowanie zwierząt; wprawdzie nie wątpiła, by mogły one lękać się pojedynczego człowieka, to jednak zdecydowanie nie na taką skalę.
Ale nie tylko to ją ciekawiło. Cała atmosfera panująca w Grimssdel skłaniała przynajmniej do zastanowienia. Dlaczego wszyscy ludzie unikali wychodzenia z domów? Rozumiała - słabych mieszkańców opanował lęk - ale że do tego stopnia?
Stanęła w miejscu, głęboko zamyślona. Palcami wodziła po ustach, nie patrząc na nic konkretnego. Zaczynało się jej tu podobać.








08.09.2018, 08:28
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Ratusz Grimssdel
#7

amstur spokojnie wytrzymał spojrzenie kobiety, ze stoickim spokojem zastanawiając się, czym mógł ją urazić . Przeszło mu na myśl, że być może powinien tytułować ją „Panią”, lecz mężczyźnie nie wydawało się, by łuczniczka była zamężna.
Może tam, skąd pochodziła, nazwanie kogoś „Panienką” nie było mile widziane, a może tylko w jego wiosce zwracano się tak do wszystkich niezamężnych kobiet. Fjolswir nie zamierzał  korygować swojego przypuszczalnego błędu lub zadawać dodatkowych pytań – czuł ze to mogło by tylko ujawnić jego brak taktu oraz nieznajomość konwenansów.
Przejrzawszy swoją torbę i upewniwszy się, że wszystko jest na swoim miejscu, pogrążył się w rozważaniach na temat możliwej natury morderstw. Co prawda nie przepadał za spekulowaniem, lecz wydawać by się mogło, że jedna cecha zabójcy ujawnia się spośród znanych już informacji. Morderca atakował kobiety i dzieci, doprowadzając do śmierci w sposób bolesny, lecz jednocześnie starał się unikać celów, które mógłby stanowić dla niego wyzwanie.  Dodatkowo, jak wspomnieli harpunnik i łuczniczka, zwierzęta oraz ludzie zdają się odczuwać lęk i instynktownie uciekać z Grimssdel.
Hamstur czytał kiedyś o teoretycznych sposobach na wyciąganie magii z innych, lecz nawet one wydawały się być mało efektywne i warte zachodu. Z drugiej strony mogła istnieć istota magiczna, posiadająca specjalny rodzaj zdolności pozwalających jej na żywienie się magią – a przynajmniej tak można zakładać. Lecz to nie wyjaśniałoby okrucieństwa, jakim cechowały się zabójstwa. Choć nieznane mężczyźnie, mogły istnieć sposoby by czerpać z silnych emocji i żerować na bólu istot. Taki stan rzeczy mógłby wyjaśnić sposób i cel popełniania morderstw, a także aurę w mieście.
Zastanawiając się nad tymi możliwościami, Hamstur zaczął przekopywać swoją pamięć w poszukiwaniu możliwych wzmianek o tego typu zdolnościach.
08.09.2018, 16:22
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Ratusz Grimssdel
#8

chwili obecnej każda z osób, która przebywała w pomieszczeniu, oddawała się swoim zajęciom, jakby ucinając cały temat spekulacji dotyczących mordercy i niepokojących okoliczności i anomalii towarzyszących dramatycznym wydarzeniom w Grimssdel i jego okolicach. Nie marnując już śliny na dalsze wywody, Arthus postanowił nieco przejrzeć swój sprzęt aby upewnić się, że jego ekwipunek pozostaje w dobrym stanie. Na początku przejrzał swoje harpuny, upewniając się, że żeleźce są dobrze przymocowany, do drewnianego przedłużenia. Zaciskają i sprawdzając czy węzły trzymające jego strój, stanowiący póki co jedyną formę obrony są odpowiednio związane, postanowił poćwiczyć z Mordragiem sekwencję gestów, którymi prócz komendy głosowej mógł wydawać polecenia swojemu wilkowi. Na początku użył najprostszego kazał mu wstać, co ten uczynił. Następnie sprawdził pozostałe, takie jak podążenie w konkretnym kierunku, przyjęcie postawy obronnej, ofensywnej czy też tzw. straszaka, który był idealny do odpędzania bez walki ludzi, którzy próbowali podjąć się walki z nim. Gdy wszystko się skończyło, spojrzał na resztę grupy i zaczął porządkować informacje o pozostałej dwójce.
Kobieta prócz fakty iż jest łuczniczką czy też łowczynią, jest raczej osoby, która pracuje sama na własną rękę. Wydaje się pewna swoich umiejętności, co z jednej strony może świadczyć o jej świetnym wyszkolenia, zaś z drugiej o przesadnej pysze, która może zarówno na nią jak i pozostałych ściągnąć kłopoty.
Mężczyzna wydaje się osobą, która jest bardzo oczytana i zajmuje się badaniem magii teoretycznej, czymkolwiek to jest. Arthus nie do końca wiedział, co ma przez to rozumieć i czego może się spodziewać po brodatym mężczyźnie. Wydawał się rozsądny ale nieco naiwny bądź zbyt pewny siebie w swoich osądach, czas pokaże czy słusznie.
Po krótkim podsumowaniu myśli, ciężko było Arthusowi znaleźć jakieś dobre rozwiązanie w tej sytuacji. Na chwilę obecną ich "drużyna" wygląda bardziej jak zlepek przypadkowych ludzi, którzy sobie raczej nie przypadli do gustu, co nie może dobrze rokować na ich współpracę. Arthus jako jedyny miał ten przywilej, że nie był sam, a towarzyszący mu Mordrag rozumiał się z nim bez słów.
08.09.2018, 17:36
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Ratusz Grimssdel
#9

STRAŻNIK
Niczym nie zmącona cisza panowała na zewnątrz, przerywana jedynie od czasu do czasu podmuchem wiatru, nadlatującego znad pobliskiego jeziora.



inęło kilka minut od kiedy podróżnicy zostali pozostawieni sami sobie. Ich zapoznanie się ze sobą nie trwało zbyt długo jednak udało im się co nieco o sobie powiedzieć - lub dopowiedzieć. Teraz jednak przyszedł czas na ważniejsze rzeczy. Jedne z drzwi otworzyły się i pojawił się w nich uradowany starzec, który wcześniej ich przywitał. - Zapraszam, Państwa. Burmistrz już czeka. - powiedział z pokorą w głosie. Dopiero po chwili zauważył, że w pokoju znajduje się nie trójka, a czwórka podróżnych. Gdy otwierał im drzwi ratusza był tak szczęśliwy ich przybyciem, że nie spojrzał w dół, więc dopiero teraz spostrzegł wilka, stojącego w kącie pomieszczenia. W pierwszym odruchu zbladł na twarzy, jakby wyobrażał sobie kły rozrywające jego ciało. - Czy... czy to jest bezpieczne? - zapytał roztrzęsionym głosem, wskazując palcem w bestię usilnie się w niego wpatrującą. - Obawiam się, że na spotkanie będzie musiał zostać tutaj. Albo najlepiej na zewnątrz. - powiedział, spoglądając po twarzach zebranych, zastanawiając się kto ośmielił się wprowadzić dzikie zwierze pośród ludzi.

10.09.2018, 19:47
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Ratusz Grimssdel
#10

ie kazano jej długo czekać. Ledwo podróżni zamilkli, a już coś miało przerwać panującą ciszę. Skrzypnęły wrota prowadzące dalej w głąb budynku i oczom zebranych ukazał się znajomy starzec. Roztaczał wokół siebie tę samą aurę radości, pomieszanej z histerią oraz jakąś taką paskudną służalczością. Łowczynię skręcało na sam widok tej żałosnej postaci. Całości obrazu nie poprawiał rozedrgany głos, którym mężczyzna zaprosił obecnych do pokoju burmistrza.
Lecz serenada ambiwalentnych emocji dopiero kończyła swe preludium. Oto bowiem staruszek rozejrzał się po poczekalni i w końcu dostrzegł czwartego, włochatego gościa. Celty z satysfakcją obserwowała reakcję urzędnika, mimo wyraźnego przerażenia próbującego zachować fason. Przy spokojnym, może nawet znudzonym wilku, wyglądał wprost groteskowo. Dziewczyna zmrużyła oczy, zirytowana prośbą o pozostawienie zwierzęcia na zewnątrz. Przeniosła wzrok na kudłacza, a potem znów na starca. Już miała stanowczo wyjaśnić, że kto jak kto, ale Mordrag na pewno wchodzi wraz z nią, lecz w ostatniej chwili zaniechała. Ciekawość wzięła górę. Łowczyni wolała przekonać się, co w tej sytuacji zrobi Arthus. Wykorzysta słabość gospodarza czy pozwoli potraktować swego kompana jak... psa?
Nie oznaczało to wszakże, że ma zamiar stać w miejscu i patrzeć na to przedstawienie. W odpowiedzi na pytającą minę starca tylko syknęła czy prychnęła. "Nie mój cyrk, nie moje wilki" - przekazywała mimika kobiety, gdy bez słowa mijała w drzwiach strachliwego mężczyznę. Jeśli musiała, nakazała mu spojrzeniem zrobienie przejścia. Za długo tutaj szła, żeby tracić jeszcze więcej czasu.








11.09.2018, 08:40
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna