Atarashii




Ratusz Grimssdel
#21

STRAŻNIK



urmistrz przyglądał im się jeszcze chwilę, jakby w głowie kalkulując swoje szanse przetrwania w mieście bez nich. Wynik widocznie wyszedł mu negatywny, bo burknął coś tylko w stronę stojącego obok kamerdynera, który wyszedł z pokoju. Sam zarządca Grimssdel przetarł oczy, a na jego twarz powrócił spokój. - No dobrze, skoro tak mówicie nie mam podstaw żeby wam nie wierzyć. Mam tylko nadzieję, że nie przyprowadzicie mi tu niedźwiedzia czy czegoś innego... - rzucił, po czym odchrząknął żeby dać sobie chwilę przerwy. - Wracając do mordercy... jak już dobrze Pan zauważył używa dokładnie tych roślin. Co do zwierzęcych składników - lepiej w tej materii wypowie się Wathgurt. Jest doskonałym alchemikiem i mam nadzieję, że będziecie współpracowali w rozwiązaniu tej sprawy. Wcześniej on się nią zajmował jednak jak widać było to dla niego zbyt wiele. - powiedział burmistrz. W tym momencie w słowo wszedł mu sam Wathgurt, który również znacząco chrząknął. - To nie tak, że mnie przerosła. Przybyłem tutaj pomóc w śledztwie, a nie je prowadzić. - rzekł z wyrzutem, podchodząc bliżej biurka, przy którym siedzieli zgromadzeni. Atmosfera wróciła do poprzedniego stanu. Nawet kamerdyner wrócił, niosąc kufel ciemnego piwa i kieliszek czerwonego wina. To pierwsze trafiło do rąk burmistrza, drugie zaś było dla Wathgurta.
Po upiciu całkiem sporego łyku burmistrz znowu przemówił. - Jak już pewnie wiecie, morderca atakuje głównie kobiety i dzieci. Właściwie tylko kobiety i dzieci. Jak na razie zginęło siedem osób ale jeśli to będzie trwać ta liczba szybko się zwiększy. Nie znamy jego motywu. Wydaje się, że atakuje przypadkowe osoby. Na początku robił to w bocznych uliczkach miasta ale teraz, gdy sytuacja się zagęstniła, zabija w domach. Nie pomaga nawet ryglowanie drzwi czy zabijanie okien. Nie wiemy jak to robi ale często znajdujemy ofiary martwe, nawet jeśli na miejscu zbrodni nie ma śladów po nikim innym. Jeśli chodzi o ostatnią ofiarę... - w tym momencie burmistrz zasępił się, by po chwili dopić pół kufla piwa na raz. Otarł usta ręką, po czym przemówił. - Ostatnia była Susanna Soul, dziewczynka w wieku siedmiu lat. Znaleziono ją... - głos Valywatara załamał się i ucichł.
- Znaleziono ją rozpuszczoną kwasem we własnym łóżku. Przeżarło ją aż do ziemi. - dokończył grobowym głosem Wathgurt, patrząc gdzieś w przestrzeń, jakby jeszcze raz przeżywał scenę, w której znalazł dziewczynę. - Krzyki było słychać w całym mieście. Kiedy przybyliśmy jeszcze żyła. Z dolną połową ciała przeżartą do kości. Jakikolwiek potwór dopuszcza się takich rzeczy musi został złapany, - powiedział, spoglądając w oczy Celty i Hamstura. - Po prostu musi.

02.10.2018, 15:58
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Ratusz Grimssdel
#22

elty z ulgą przyjęła słowa Hamstura, który podobnie od niej starał się sprowadzić rozmowę na odpowiednie tory. Połączone wysiłki łowców nagród przyniosły pożądany efekt. Burmistrz coś tam burknął, coś mruknął, ale ostatecznie zaakceptował przynajmniej dwa fakty. Po pierwsze - wilczy wojownik nie przybył tu z żadnym z dwojga podróżników. Po drugie - ta dwójka to jedyna szansa na uratowanie jego miasta.
Chcąc nie chcąc powrócił do opowieści. Dziewczyna odstawiła kufel na stół i skrzyżowała ręce na piersi. Słuchała w skupieniu, co jakiś czas stukając palcami o biceps. Próbowała łączyć ze sobą poszczególne wątki, choć liczba niewiadomych raczej rosła, niż malała. Morderca przechodzący przez zamknięte drzwi i okna, trucizny albo toksyny, zabijające ofiary w ciągu wielu godzin. Do tego ta mroczna atmosfera, spotęgowana dziwnym zachowaniem okolicznej zwierzyny. Wszystko z każdą chwilą coraz bardziej śmierdziało magią. Nie przepadała za tym zapachem, a zanosiło się, że jeszcze długo będzie musiała go znosić.
Zabrała głos, gdy tylko burmistrz zakończył swoją mowę.
- Pozwolicie... - wstała z krzesła, podpierając się dłońmi na kolanach. Potem nieznacznie skinęła głową w kierunku gospodarzy - Nazywam się Celty - c w imieniu wymawiała jak cs, y zaś, jak ji. W jej mowie - choć surowej, okraszonej północnym akcentem - było coś dźwięcznego, melodyjnego - z rodu Vinterström. - V jak krótkie, twarde w; Ö jak yo. Kładła lekki akcent na pierwszą sylabę, wszakże żadnej głoski nie pozostawiała bez uwagi - Przejdę od razu do rzeczy. Potrzebuję mapy miasta; niech ma zaznaczone ważniejsze budynki i miejsca zbrodni. Niech będzie dokładna. - Zerknęła wymownie na kamerdynera, robiąc bardzo krótką pauzę - Potrzebuję też pokoju na noc, ale to może poczekać. I jeszcze, zanim skryba wypali ze swoimi pytaniami - darujcie sobie te żale. Jeśli w ogóle, burmistrzu, chcesz coś zdziałać, to lepiej trzymaj głowę na karku i opanuj się, bo wyrzucając kolejne osoby nikomu nie pomożesz. - patrzyła urzędnikowi w oczy, utrzymując zwyczajny, beznamiętny wzrok - Zamierzam zabić waszego mordercę i oczekuję współpracy, a nie walenia w chuja. Mam nadzieję, że to jasne.
Skończywszy, gestem ręki pozwoliła Hamsturowi przemówić. Sama miała mnóstwo pytań, lecz uznała, że jej udział w tej dyskusji jest zbędny, skoro ktoś inny mógł ją wyręczyć.


☩ Łowy Rozpoczęte ☩






03.10.2018, 22:55
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Ratusz Grimssdel
#23

amstur z całych sił starał się utrzymać neutralny wyraz twarzy. Opis śmierci dziewczynki nie był czymś, co normalna osoba mogła zignorować. Tym bardziej zdziwiła go reakcja siedzącej koło niego kobiety. W tonie wypowiedzi Celty było jednak coś ledwie słyszalnego, jakby gniew i nienawiść, głęboko ukryta pod pozorami spokoju. Miał nadzieję, że jego interpretacja była słuszna, a łuczniczka nie jest bezduszna i bezpamiętna.
Uspokajając się w myślach, westchnął tylko i rzekł:
- Przykre zdarzenie. Lecz, tak jak już panienka Celty wspomniała, musimy być skupieni na złapaniu mordercy, by żadna inna osoba nie podzieliła losu małej Susann. Z mojej strony oczekuję, że otrzymam dostęp do waszych księgozbiorów. Proszę powiedzieć nam jeszcze o wszystkim, co Pana zdaniem może mieć związek i o każdej nietypowej rzeczy, która zdarzyła się przez ostatni miesiąc – jacyś nowoprzybyli, dziwne zjawiska w pobliżu miasta, potężne spoty między mieszkańcami czy inne anomalnie. To wszystko może być ważne i wolałbym by Pan tego nie pomijał. Od pana Wathguarda chciałbym dowiedzieć się o pozostałych składnikach użytych w kwasie.









06.11.2018, 17:01
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Ratusz Grimssdel
#24

STRAŻNIK



oczątek przemowy Celty przykuł uwagę burmistrza jak również i kamerdynera. Obydwoje patrzyli na nią z uwagą, przytakując jej raz na jakiś czas, widocznie zgadzając się ze wstępnymi założeniami planu. Niestety, cały czar prysł po krótkiej przerwie, którą zrobiła. Kolejne słowa spadły na wszystkich jak grzmot z jasnego nieba, a patrząc na wybałuszone oczy zebranych - nie zostały odebrane zbyt dobrze. Chwilę trwało zanim do umysłów trójki mężczyzn dotarł brak szacunku, który okazała Celty.
- To niedopuszczalne! Jak śmiesz zwracać się do burmistrza?! - powiedział stanowczo, widocznie poruszony. - Nie wiem skąd pochodzisz ale tutaj nie tak zwracamy się do... - szybkie podniesienie ręki przez Valywatara skutecznie uciszyło rozgorączkowanego kamerdynera. Nawet Wathgurt odchrząknął znacząco, dając do zrozumienia, że wszystkim puściły nerwy i pozwolili sobie na zbyt wiele. - Dziękuję, Deviusie, wystarczy. - rzekł krótko burmistrz, po czym zwrócił oczy w stronę jedynej kobiety w towarzystwie. - Dziękuję za uwagi, Pani Vinterström - wypowiedział jej nazwisko bezbłędnie, zupełnie jakby korzystał z niego na co dzień. - Przypominam jednak, że to ja tu wydaję polecenia i płacę wam za pracę. Jeśli ktoś chce tu walić w chuja to tylko wy i jeśli to zrobicie wylecicie stąd szybciej niż wasz towarzysz. Nie potrzeba nam tu więcej rozrób. Mam nadzieję, że to jasne. - powiedział spokojnie acz stanowczo. Odwracając od niej wzrok, widocznie ją ignorując. Spojrzał na to na Hamstura, którego widocznie uznał za lepszego rozmówcę.
Po wysłuchaniu jego pytań zamyślił się chwilowo. Wtedy odezwał się Wathgurt, który widocznie uznał, że lepiej odpowie na zadane pytania. - Może zacznę od składników kwasu. Większość z nich dobrze pan rozpoznał. Co do reszty sam nie jestem pewny. Wygląda to jak wyciąg z trucizny Venosa chociaż jest dużo bardziej żrący. Ponadto w kwasie jest coś co paraliżuje układ nerwowy w taki sposób, że ofiara nie jest się w stanie poruszać. Jedyne do czego jest zdolna to odczuwać ból i patrzeć jak powoli umiera. - wypowiedział te słowa głosem starego profesora. Beznamiętnie, jakby tłumaczył podstawy matematyki. - Co do reszty pytań... ostatnio nic się ciekawego nie działo. Pytałem mieszkańców i nikt nie zauważył niczego interesującego. Spory zawsze były i będą ale od kilkunastu lat nie było żadnej większej afery. Jeśli chodzi o pobliże miasta - nigdy nie było bezpieczne, a od kiedy rozpoczęły się morderstwa mało kto, kto wychodzi poza mury, do nas wraca. - powiedział, po czym zwrócił wzrok w stronę burmistrza. Ten jednak niewiele miał do dodania poza zapewnieniem, że zameldunek i wszystkie dostępne środki będą im udostępnione w miarę możliwości.

08.11.2018, 17:16
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Ratusz Grimssdel
#25

elty w milczeniu przeczekała wybuch gospodarzy, gładząc kciukiem usta. Te z każdą chwilą wykrzywiał coraz szerszy i brzydszy uśmiech. Kiedy burmistrz skończył mówić, nie była w stanie powstrzymać rozbawienia.
- Ha ha ha! - zaśmiała się bez śladu sztuczności czy sarkazmu - Masz tupet, burmistrzu. Widzę, że południowcy kochają swoje hierarchie - przetarła palcem łzę w oku - ale mylisz się co do jednej rzeczy. - Z powrotem przybrała poważny ton, a na jej obliczu nie pozostał choćby ślad uśmiechu. - Nie pracuję dla ciebie - obejrzała się po reszcie - więc niech nie przychodzi wam do głowy, że macie nade mną jakąkolwiek władzę.
To, że kobieta przerwała ich rozmowę, wręcz wbiło wszystkich w fotele. Nawet Wathgurt, który poprzednio był do niej przyjaźnie nastawiony spojrzał na nią z niesmakiem.
- Barbarzyńcy... - mruknął tylko ale został uciszony syknięciem burmistrza, który po chwili sam zabrał głos. - Skoro nie pracujesz dla mnie proszę opuścić ratusz. Drogę do wyjścia pani zna.
Łowczyni nie dała po sobie poznać zaskoczenia. Choć jej twarz zachowała spokój, to wewnątrz Celty miała problem z daniem wiary w głupotę i dumę, jaką wykazał się w tym momencie urzędnik. Człowiek, który jeszcze przed chwilą niemalże ronił łzy nad mieszkańcami swojego miasta, właśnie powierzał jego losy w ręce osoby przedstawiającej się jako skryba, zielarz i badacz magii teoretycznej. Innymi słowy przez własną pychę porzucał szansę na powstrzymanie seryjnego mordercy.
- Cóż - zaczęła Vinterström, podnosząc z ziemi łuk i zawieszając go na ramieniu - tę władzę akurat posiadasz.
Skończywszy obróciła się na pięcie i, nie marnując więcej słów, wyszła.

Jak ty mogłeś tu wytrzymać, ojcze? - zastanawiała się, stojąc u wrót ratusza. Oddychała głęboko; uspokajała myśli. Pierwotny szok szybko zelżał. Teraz dziewczyna segregowała w głowie wszystko, co słyszała i widziała w ciągu wizyty u burmistrza. Naturalnie nie zamierzała porzucać wyzwania. Było o wielu głupców za mało, by ją do tego skłonić. Drażnił ją jedynie fakt, że koniec końców pomagała tak zadufanemu człowiekowi.
Rozejrzała się po okolicy. Szukała wzrokiem karczmy, lecz w obecnych warunkach nie liczyła, że jakaś będzie funkcjonować. Potrzebowała usiąść gdzieś i pomyśleć.

Gracz opuścił wątek
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.11.2018, 12:04 przez Celty Vinterström.)



☩ Łowy Rozpoczęte ☩






08.11.2018, 22:52
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Ratusz Grimssdel
#26

amstur spokojnie przeczekał sprzeczkę, która wybuchła między kobietą a burmistrzem. Wydała się mu ona strasznie małostkowa i bezsensowna, ale nie miał zamiaru przekrzykiwać oboje, a nie do niego należało także zażegnanie tego sporu. Dziwna była dla niego histeryczność i irracjonalność Celty, lecz mogła to być wspólna cecha kobiet z jej stron.
Wyjaśnienia Wathgurta przyniosły jedynie dalsze pytania, lecz informacje powoli zaczynały dawać mężczyźnie pewien ogół sytuacji. Venos, jeśli Hamstur dobrze kojarzył bestie, był dość spotykanym widokiem na Płaczących Wrzosowiskach. Nie byłoby więc dziwne, by dało się znaleźć osobniki nawet pod samym Grimssdel.
Widząc kolejną kłótnię i wybuch łuczniczki, skryba westchnął w duchu. Niesamowicie niezrozumiałe było dla niego, jak można pokłócić się o tak śmieszną  i małą rzecz. Przyjmując zlecenie, w sposób całkiem naturalny i oczywisty zaczynasz pracować dla zleceniodawcy, ta rzecz wydawał się jednak być problematyczna dla kobiety. Nie wiedząc, co innego mógłby zrobić, uśmiechnął się tylko przepraszająco i rzekł:
- Proszę nie przyjmować słów panienki Celty do siebie. Gorąca krew ludzi takich jak ona potrafi zawrócić im w głowie. Mimo tego jak nieczuła wydała się zachować, wydaje mi się, że opis śmierci dziewczynki musiał jednak nią wstrząsnąć. Wiem, że jej zachowanie było dość, łagodnie mówiąc, niedopuszczalne, lecz wierzę, że w środku panienka także chce zakończyć falę śmierci, jaka nawiedziła to miasto. – przerwał na chwilę i, po upiciu małego łyka piwa, kontynuował – Niestety, nie jestem dobrze zaznajomiony z Venosami, jednak jeśli pan Wathgurd byłby tak dobry i pogłębił moją wiedzę na temat tych stworzeń, byłbym bardzo wdzięczny.
Następnie zwrócił się bezpośrednio do alchemika:
- Jeśli to nie problem, chciałbym także by towarzyszył mi Pan w drodze do ostatniego miejsca zbrodni.









10.11.2018, 08:31
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Ratusz Grimssdel
#27

STRAŻNIK



o wyjściu Celty zapadła głucha cisza. Burmistrz napiął się, wpatrując z wściekłością w drzwi, kamerdyner spuścił wzrok, próbując wtopić się w ścianę, a Wathgurt kręcił głową jakby nie dowierzał temu co się właśnie stało. To właśnie on odezwał się jako pierwszy. - Cóż, przynajmniej pozbyliśmy się wszystkich niedogodności. Zostało samo logiczne myślenie i sprawny umysł, a tego najbardziej potrzebujemy żeby rozwiązać tę sprawę. Prawda, Valywatarze? - zapytał, odwracając się w stronę burmistrza, który na dźwięk jego słów odrobinę się rozluźnił.
- Tak, zdecydowanie. Panie Fjolswir, mam nadzieję, że współpraca z Panem okaże się owocniejsza niż z poprzednią dwójką. I proszę nie próbować jej usprawiedliwiać, ma swój rozum, którego jak widać nie wykorzystuje. - odpowiedział z lekceważeniem w głosie. Po chwili oparł się o parapet, zamyślając się nad czymś.
Wathgurt ożywił się nieco na zadane mu pytanie. - Nie jestem jakimś specjalistą od tych stworzeń ale co nie co wiem o ich jadzie. Ma silne właściwości halucynogenne, które potrafią trwać kilkanaście godzin. Niestety, to nie wszystko. Skutkiem ubocznym tego jadu jest degeneracja tkanek, która powoduje zaprzestanie leczenia się ran. Często rany zaczynają ropieć i krwawić, a jeśli szybko się tym nie zajmiesz potrafią nawet gnić. Oczywiście nie jest to w tym momencie problemem, bo ofiary nie przeżywają aż tak długo... - na wieść o wizycie na miejscu zbrodni pokiwał jedynie głową, zgadzając się na propozycję.

10.11.2018, 12:12
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Ratusz Grimssdel
#28

amstur pogładził się po brodzie. Zastanowił się chwilę, czy nie ma innych pytań do burmistrza, lecz żadne nowe nie przyszły mu do głowy. Zresztą uświadomił sobie, że gdyby zaszła potrzeba, zawsze mógł poprosić o ponowne spotkanie.
Dopił do końca resztkę piwa, która zalegała jeszcze w kuflu i, wstając, rzekł:
- To prawdopodobnie będę wszystkie pytania, jakie mam na tą chwilę. Postaram się rozwiązać sprawę tak szybko jak tylko będzie to możliwe. Dziękuję za gościnę i piwo.- przerwał na chwilę i przełożył torbę przez ramię - Panie Valywatarze, panie Deviusie, miejmy nadzieję, że podczas naszego kolejnego spotkania będę miał już dla panów rezultaty mojego śledztwa.
Pożegnawszy się, ruszył do wyjścia, miał nadzieję, że uda mu się złapać jeszcze w tą całą Celty. Wydawała się być dobrze zaprawiona w boju, a posiadanie przy sobie kogoś takiego jak ona mogło być dobrym pomysłem, szczególnie, gdy łapie się seryjnego mordercę. Brak manier oraz niesamowita wybuchowość i duma mogłyby przeszkadzać wielu, lecz Hamstur był cierpliwym człowiekiem i takie drobne rzeczy nie wyprowadzały go z równowagi.

Wychodząc na zewnątrz rozejrzał się i rzekł do alchemika:
- Proszę prowadzić. Obejrzyjmy ostatnie miejsce, gdzie dokonano morderstwa.
Gracz opuścił wątek









11.11.2018, 12:20
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Ratusz Grimssdel
#29

STRAŻNIK



apitan nawet nie podniósł wzroku znad stosu papierów gdy Silnoręki wychodził z jego gabinetu. Zupełnie pochłonęły go kolejne raporty o coraz tragiczniejszych sprawach. Zatrzymanie pracy w kopalni, spore ubytki w szeregach straży spowodowane niedawnym najazdem bestii na bramy miasta, rozróby w karczmach, kradzież koni, podpalenia, pobicia i bogowie wiedzą co jeszcze. A ci też mieli coś do powiedzenia, gdyż gdzieś pod tą stertą znajdował się list od bogobojnego kapłana, który proponował wspomóc miasto w jego zmaganiach. Dużo czasu jednak miało jeszcze minąć zanim kapitan dokopie się do owej koperty.
Nikt nie zatrzymywał go po wyjściu z pokoju kapitana. Wszyscy strażnicy dobrze wiedzieli, że wychodzi się z niego jako wolny człowiek albo w kajdanach. A skoro Bron nie miał na rękach żelaznych pierścieni w grę musiała wchodzić tylko pierwsza opcja. Kilku umundurowanych mężczyzn nawet przywitało płatnerza, kojarząc go z jego niesławnych wizyt w areszcie. Mimo, że w mieście panowały raczej negatywne nastroje w budynku straży wszystko wydawało się żyć własnym życiem. Większość ludzi była zabiegana ale w miarę uśmiechnięta. Zupełnie jakby wierzyli w to, że nad wszystkim panują.

- Przepraszam ale gdzie? - zapytała Alyssa, wpatrując się w swojego męża z niedowierzaniem. Wiadomość o nagłym wyjeździe wstrząsnęła nią do granic i gdyby nie to, że Bron nieraz utwardzał ją poprzez swoje "więzienne przygody" zapewne skończyłoby się o wiele gorzej. - Wiedziałam, że w końcu się doigrasz. Mówiłam żebyś nie chodził więcej po tych karczmach, bo doszukasz się problemów! - powiedziała zirytowana, po czym odwróciła się do niego plecami. Chwilę tak stała, kontemplując swoją obecną sytuację, w końcu jednak ponownie przemówiła. - To z czym chcesz kanapki na drogę?
W tym momencie zza rogu kuźni wychynęła głowa młodego Boba. - Czy tata idzie ratować świat? - zapytał, widocznie podsłuchując całą rozmowę.

Znalezienie karawany kierującej się do Grimssdel było nie lada wyczynem. Wręcz niemożliwym wyczynem. Wieści o grasującym tam mordercy szybko przekreśliły wszelakie trakty handlowe łączące obydwa miasta. Nikt tak naprawdę nie miał powodów żeby jeździć do miejsca, w którym nie istniała jakakolwiek produkcja. W końcu jednak Bron znalazł handlarza, który kierował się aż do samego Azaratu, przejeżdżając niedaleko nieszczęsnego miasta. - Możesz się zabrać ale masz pomóc w obronie. - powiedział krótko, szybko stawiając niezbędne warunki. Sama karawana składała się z kilku powozów i prawie pięćdziesiątki ludzi. Potężny transport jak na tak daleką wyprawę ale czasy były niespokojne i każdy starał się radzić sobie najlepiej jak tylko potrafił, imając się najróżniejszych, nawet niebezpiecznych prac.
Podróż trwała kilka dni, w czasie których nie wydarzyło się absolutnie nic interesującego. Niektórzy uczestnicy śmiali się, że Bron przynosi im szczęście i namawiali go do pozostania z nimi aż do końca. Nastroje były radosne, wielu ludzi śpiewało czy nawet przygrywało na wyciągniętych spod wozów instrumentach. Wszyscy cieszyli się, że w końcu mogli opuścić "przeklęte Valen" jak lubili nazywać północne miasto. To co się tam ostatnio działo nie nastrajało pozytywnie nawet przejezdnych kupców, którzy czym prędzej starali się wyjechać.
Towarzystwo Silnorękiego, który okazał się doskonałym kompanem do podróży, na tyle przypadło członkom karawany, że postanowili odrobinę zmienić trasę, ułatwiając mu dostanie się do Grimssdel. Co prawda stracili na tym pół dnia drogi ale radość i spokój jaki dzięki niemu uzyskali nad wyraz im to rekompensował. Jedna nie wwieźli go do samego miasta. Gdy na horyzoncie zaczęły rysować się kontury murów miejskich karawana się zatrzymała. - Na pewno chcesz tam iść? - zapytał dowódca karawany, spoglądając na Brona z wozu. - Jeśli chcesz możesz zabrać się z nami. Kompania cię polubiła, mógłbyś dalej z nami jechać. - Co by się jednak nie działo Silnoręki wiedział, że w Valen czekała na niego rodzina, której życie zostałoby mocno utrudnione gdyby nie powrócił. Utrzymanie kuźni było drogie nawet bez straży siedzącej im na karku. Tazar musiał więc pożegnać się z nieco przymusowym, acz przyjemnym towarzystwem i skierował swe kroki w stronę miasta.

Grimmsdel nigdy nie należało do wesołych miejsc. Daleko mu było do pełnego przepychu Lothil czy wiecznie żywego Valen. Jednak nawet w swych najgorszych dniach nie osiągnęło stanu, w którym właśnie się znajdowało. Miasto Nad Jeziorem zmieniło się w prawdziwe miasto duchów. Żaden mieszkaniec nie wychylał nosa ze swojego domu. Każde drzwi były dokładnie zamknięte, a niektóre okiennice zostały zabite deskami. Wszyscy bali się o swoje życie i starali się bronić na wszelkie możliwe sposoby. Kiedy ktoś został zmuszony wyjść z bezpiecznego schronienia przebiegał jak najszybciej przez opustoszałe ulice, oglądając się nerwowo na wszystkie strony, jakby morderca miał zaatakować w najmniej spodziewanym momencie. Terror został zasiany i zbierał poważne żniwo, gdyż Grimmsdel chyliło się powoli ku zupełnemu upadkowi. Nie działały zakłady, sklepy zostały zamknięte, a każdy kto tylko mógł porzucił wszystkie dodatkowe zajęcia i zajął się dbaniem o siebie i swoją rodzinę.
Jedynym wciąż otwartym miejscem był ratusz miejski, w którym mieli zgłaszać się śmiałkowie, pragnący sprostać zadaniu pochwycenia grasującego w mieście szaleńca. Tam też własnie skierował swe kroki Tazar. Drzwi były zamknięte jednak po kilku chwilach od zapukania zamek przekręcił się, odrzwia się uchyliły, a w powstałej szparze ukazała się twarz posiwiałego starca. - Pan w sprawie ogłoszenia? Zapraszam, burmistrz jest w swoim gabinecie. - powiedział nieco zmęczonym głosem, wpuszczając Brona do środka. Zaprowadził go do skromnie urządzonego pokoju, w którym przesiadywał wcześniej wspomniany mężczyzna. Zakopany w stosie papierów, ze wszystkich sił starał się utrzymać w jakikolwiek sposób swoje miasto w ryzach. Gdy tylko drzwi się otworzyły podniósł wzrok, a widząc Silnorękiego zawahał się przez chwilę. - Tak? - zapytał, widocznie uprzedzony do nowo przybyłych.
18.12.2018, 19:43
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Ratusz Grimssdel
#30

azar przyjaźnie przywitał się ze strażnikami którzy go kojarzyli. Istniała między nimi przedziwna znajomość. Ci którzy zdążyli się z nim napić zdawali sobie sprawę z tego że nie rozbijał mord bez powodu, ale i z tego że nie miał nic przeciwko spędzeniu nocki w areszcie jeśli faktycznie coś przeskrobał. Choć często tu trafiał i jego wizyty były okryte przeróżnymi plotkami, bardzo często bił tych samych ludzi których biłaby straż. Prawda była taka że kowal od lat nie rozpoczął żadnej bójki, a tylko odpowiedział na wyzwanie rzucone mu przez jakiegoś idiotę który nie zdawał sobie sprawy z jego wprawy. Kiedy komuś nudziło się oddychanie przez prosty nos, kimże był Silnoręki, by odmawiać mu rozwiązania tego problemu?

Rozstanie się z rodziną nie przyszło Bronowi najłatwiej. Nie dlatego że był ckliwy i rozklejał się nad swoją nieobecnością, a dlatego że musiał to wszystko wyjaśnić swoim dzieciom w taki sposób by nie miały z tym problemów. Wobec Alyssy był zupełnie szczery. Nie widział powodów by ukrywać jakąkolwiek część historii. Z powodu przysłuchującego się wszystkiemu Boba uniknął szczegółów, a samo morderstwo opisał jedynie jako "postrzelenie". Jego żona znała go na tyle długo, by odczytać informacje ukryte między wierszami. Na dobrą sprawę połowę całej opowieści mogłaby dopisać sobie sama i nie byłaby pewnie daleko od prawdy. Relacja zbudowana przez długie lata sprawiła że był dla niej jak otwarta księga... I zupełnie mu to nie przeszkadzało. Płatnerz nie miał żadnych wątpliwości co do tego że zaradna kobieta wraz z Vittorio dadzą radę utrzymać kuźnię przez czas jego wyjazdu. Co się tyczyło zaś młodszych jego synów... Albert pewnie nie miał czasu na to by się przejmować swoim starym ojcem. Jeśli cały nawał problemów w Valen doskwierał komuś najbardziej, był nim właśnie piętnastolatek który rozpoczynał dopiero swoją rycerską karierę.

Ach, nie nazwałbym tego problemem. Znajdę bandziora, wytłumaczę mu dlaczego to co robi jest złe i wrócę. – Zapewnił żonę. Trudno było mu znaleźć jakiekolwiek pozytywne aspekty tego wyjazdu, ale nie był do niego nastawiony pesymistycznie. Sam osobiście znał kilku morderców i choć marna z nich byłaby pomoc przy śledztwie, to miał jakiś wgląd w światopogląd ludzi który robią zamach na cudze życia. Wiedział czego mógł się spodziewać, a przynajmniej tak myślał. Następnie zwrócił się do Boba który właśnie wparował do kuchni. – Nie, Synku. Tata idzie ratować tylko jedno miasto. Cały świat jest za duży nawet dla mnie. A kiedy mnie nie będzie, ty będziesz musiał zająć się domem. Przywiozę wam wszystkim coś z Grimssdel, ale musisz mi obiecać że będziesz grzeczny.

Ojcowskie sprawy zawsze trochę żenowały starego zabijakę. Nie był w tym dobry, choć starał się jak mógł. Alyssa potrafiła o wiele lepiej wywrzeć jakiś wpływ na ich dzieciach, nawet pomimo tego że Silnoręki był niekwestionowanym autorytetem. Wzór do naśladowania z niego był marny, choć od lat starał się być coraz lepszsą osobą. Nie traktował co prawda tej zmiany jako jakiegokolwiek odkupienia swych win. Właściwie to nawet nie żałował swojej przeszłości. Jak zwykle, chodziło przede wszystkim o najbliższych. Mimo wszystko, mieszkali w Valen, a nie w Teolii. Tutaj Bron i Lorley z przeszłości nie dożyliby swoich przyszłości. Więc i dzieci banity musiały być wychowane w zupełnie inny sposób.

Ach i najważniejsze. Kanapki zrób mi z serem i rzodkiewką, Kochanie. – Dodał.

Tego dnia jeszcze Tazar skompletował swój podróżny ekwipunek i upewnił się że "Skurwesyn" wciąż działał. Kamień się tam znajdujący był dość młody, więc nie spodziewał się zaniku many. Mimo tego, wolał upewnić się że może polegać na najlepszym przyjacielu każdego wojaka. Sprawdził także zbroję, szczególną uwagę przykładając do tego żeby nie szpecił jej nawet ślad rdzy. Dbał o swój pancerz regularnie, więc znowu przegląd był tylko kwestią upewnienia się że wszystko grało. Szesnastokilogramowa ochrona dawno już nie sprawdzała się w prawdziwej bitwie, a i raczej nie liczył na wykorzystanie jej podczas pobytu w mieście. Jedyną możliwością na skorzystanie ze stalowego odzienia był ewentualny napad bandytów na karawanę z którą miał się zabrać. Jednak stan Valen był aktualnie tak biedny że pewnie i rozbójnicy wyemigrowali w lepsze okolice.

Sama podróż przebiegła lepiej niż Tazar się spodziewał. Tak jak przewidział, nie zaskoczył ich żaden napad. Kompania zaś okazała się na tyle uprzejma, by ułatwić mu podróż. Był to przemiły gest, który zaskoczył Silnorękiego. Choć praktycznie wszyscy z miłą chęcią wsłuchiwali się w jego opowiastki z przeszłości, nie oczekiwał w zamian aż tak szczodrego gestu. W końcu były to tylko zwykłe historie i to bardzo często takie, w które trudno było uwierzyć. Gdyby podróżował z nimi bard, pewnie nauczyłby go i kilka ballad ze swoich rodzinnych stron, a wtedy wszyscy braliby udział w niekończącej się biesiadzie.

Niestety, obowiązki wzywają. – Z lekkim żalem odparł przywódcy wesołej zgrai. – Może jeszcze kiedyś nasze drogi się skrzyżują. Ba, może wtedy zechcę pojechać trochę dalej!

Kiedy płatnerz dotarł do Miasta Nad Jeziorem, zadumał się. Czy aby na pewno miał zschwytać seryjnego mordercę, a nie całe pierdolone Medeis? Ludzie obawiali się wychodzić z domów, zupełnie jakby zapomnieli o tym że mordercy nie mieli w zwyczaju atakować ludzi w zatłoczonych ulicach. Przerażenie odebrało im chęć do życia. Karczmy pewnie stały puste, a karczmarze liczyli tylko stracone smoki i przeklinali nieuchwytnego przestępcę. Pozostawało tylko czekać aż ta masowa depresja zamieni się w głód i nędzę. A wszystko wskazywało na to, że nie było do tego wcale tak daleko. Nieliczni przechodnie znikali tak szybko, jakby na terenie całego Grimssdel ktoś zorganizował turniej eskapologii. Szczerze powiedziawszy Tazar był przygotowany na odwiedziny w zupełnie zwykłym mieście, w którym po prostu głównym tematem plotek będzie kilka morderstw w jakiś sposób ze sobą powiązanych. Obraz który ujrzał jednak sprawił, że Valen zaczęło w jego oczach wyglądać jak całkiem radosna mieścina.

W samym ratuszu nie mówił zbyt wiele do czasu spotkania z burmistrzem. Potwierdził tylko, że jest tu w celu schwytania mordercy. Choć trudno było się spodziewać czegoś innego po człowieku który przybył w bojowym rynsztunku. Wyglądał trochę jak emerytowany rycerz, a to mogło pozwolić mu wywrzeć na pracownikach jak i samym włodziarzu miasta dobre wrażenie. W przeciwieństwie do listu, który musiał przekazać. Niestety, najprawdopodobniej Welbert będzie wyczekiwał odpowiedzi lub jakiegoś innego potwierdzenia tego, że do ratusza list dotarł, więc Bron nie miał innego wyjścia niż przekazać wiadomość.

Jestem tu w sprawie tego całego mordercy. – Powiedział krótko. – Mam też list od kapitana Welberta z Valen. Ale przede wszystkim jestem tu w sprawie mordercy.
18.12.2018, 21:36
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
2 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja bez grafiki