Atarashii




Droga do ujścia rzeki
#31

Pokiwała energicznie głową: owszem, widziała wskazaną brzozę. O, widziała ją tak bardzo, jak dotąd żadnej brzozy nie widziała! Wpiła się w nią wzrokiem jak gdyby zamierzała ją zjeść bądź postawić w płomieniach samym gapieniem się. Wytrzeszczyła oczęta i, starając się nie mrugać, chłonęła każdą następną sekundę brzozowego istnienia, nie chcąc stracić NIC A NIC z Isidurowej próby brzózki ustrzelenia. Bo pewna była, że Isidur ją ustrzeli, choćby lekko i z przypłaceniem swojej sztuczki upadkiem z wozu. No bo jak mógłby jej nie ustrzelić? Przecież to pan Noonan!
Mimo wszystko dziewczynka pilnowała, by nie usztywnić nazbyt dosiadu, nie zacisnąć palców na wodzach zbyt mocno. Nie było przecież powodu dla konfundowania konika sprzecznymi jeździeckimi pomocami.
Ha! Udało się trafić we wskazaną brzozę!
Oczywiście, że się udało - nijak inaczej być nie mogło, no po prostu! Leonard przyklasnęłaby aż radośnie, gdyby nie trzymała w dłoniach wodzy!
Isidurowi się udało - a to właściwie tak, jakby jej samej się udało, prawda? W dziecięcej dumie Siofra zadarła wyżej brodę i wyprostowała plecy, pusząc się w miejsce Isidura, nieprzymierzając, jak paw w godowym okresie.
- Brawo! - Pisnęła na wpół dumna, na wpół podekscytowana niemal do stopnia wyjścia z własnej skóry. Spojrzała na woźnicę oraz Isidura roziskrzonymi niebieskimi ślepiami. - Pójść znaleźć bełt, czy niech go diabli biorą? - Wyćwierkała pytanie nieco wyższym niż zazwyczaj tonem, przez co jej rozgorączkowanie stało się aż do przesady widoczne. - No ja to ruszać mogę! - Wyszczerzyła radośnie ząbki do woźnicy, praktycznie zapominając o własnym wcześniejszym pytaniu.
Poprawiła się w siodle, jakby na pokaz - żeby było naprawdę bardzo widoczne jak bardzo jest gotowa ruszyć. Przecież KAŻDY wątpił w jej chęć do drogi, tak MAŁO była widoczna.


◦«◊ Odwaga jest najpiękniejszym rodzajem szaleństwa ◊»◦






20.03.2019, 19:48
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Droga do ujścia rzeki
#32

ojaczka nie była specjalnością medyków. Nie tylko z powodów ideologicznych. Pomimo faktu, że Isidur przygotował się na szarpnięcie to i tak mocno nim miotnęło. Nie żeby się tym jakoś wybitnie przejmował. Rzadko kiedy obchodziło go zdanie innych na temat jego własnej osoby. No chyba, że chodziło o porządną, konstruktywną krytykę. Na szczęście woźnica uratował go przed grzmotnięciem o wóz. Zarejestrował, że bełt uderzył w brzozę, ale nie uważał, żeby był to powód do dumy. Gdyby celował w człowieka z pewnością nie poszłoby mu tak dobrze. "Dobrze" to raczej nie słowo, którego by użył gdyby ta brzoza faktycznie była człowiekiem. -Szczerze to przypuszczam, że to jedna z dwóch rzeczy, ale mogę się mylić ponieważ jak wspominałem... kompletnie się na tym nie znam. Zgaduję, że albo za szybko postanowiłem wystrzelić, albo za lekko nacisnąłem na spust przez co się lekko rozproszyłem. W każdym razie dziękuję za udzieloną lekcję strzelectwa.-Pokłonił lekko głowę staruszkowi.
-Nie ma mowy. Zbliżanie się do lasu jest zbyt niebezpieczne. Zwłaszcza, że to nie strzała z łuku a bełt. One wbijają się znacznie głębiej nawet jeśli zrykoszetowały. Ten prawdopodobnie znajduje się głęboko w ziemi i już go nie zobaczymy.-Pomimo iż strzelanie było dla niego czymś nowym to doskonale znał się na pociskach. Różnica między strzałą, a bełtem to jedna z podstawowych rzeczy jakich uczy się w szkole medycznej. Strzała zazwyczaj zostaje w ciele ofiary, zaś bełt jest w stanie przebić się na wylot nawet gdy jest powstrzymany przez lekki pancerz. Doprawdy destrukcyjna broń, która w dodatku jest łatwa do opanowania. Rycerstwo jej szczerze nienawidziło i uważało za prawdziwe narzędzie zła. -Oczywiście możemy ruszać. Ma pan jakiś plan co do trasy? Z tego co wiem będziemy musieli się gdzieś zatrzymać na nocleg.
20.03.2019, 22:29
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Droga do ujścia rzeki
#33

STRAŻNIK

Przez chwilę wiatr ustał tylko po to by na moment znowu mógł targać ubraniami podróżników.

Cała sytuacja bawiła woźnice. Radosna i ciekawska Leo, mimo tego że już zirytowała mężczyznę to znowu zaczęła wywoływać uśmiech na jego twarzy. To samo Isidur, jego zdolności dedukcji nie były najgorsze jednak staruszek doskonale widział że z medyka jest nie wojak, a uzdrowiciel pełną mocą.

Pozwolił obojgu na wymianę zdań po czym sam postanowił się odezwać najpierw do dziewczynki.
- Twój opiekun ma rację. Bełty ciężko jest znaleźć, a tego nie ma nawet co szukać. Mam jeszcze spory zapas. - odwrócił się w stronę drogi i strzelił wodzami, dając tym samym sygnał tej starej i czasami upartej chabecie. Początkowo wóz ruszył powoli, a chwile potem jechali już dawnym tempem.

- A co do Ciebie. To masz trochę racji. Nacisnąłeś spust zbyt delikatnie i poluźniłeś uchwyt. Strzelaj zdecydowanie. Albo wiesz co robisz i to robisz, albo nie wiesz co robisz i tego nie robisz. Rannego też kroisz jakbyś nie wierzył w siebie? No, ale co tam. Co nieco się nauczyłeś. I jak o postoju mowa. To o zmierzchu się zatrzymamy. Dzisiaj raczej na pewno nie dojedziemy do Tredey. Pewnie zostanie nam z dziesięć albo dwadzieścia... - woźnica przerwał podnosząc rękę pionowo do góry.

Większość znała ten gest jako sygnał do zaprzestania rozmów. Co prawda dalej jechali, ale mężczyzna milczał. Przypatrywał się koronom drzew, aż dostrzegł coś co wskazał ręką.
Na gałęzi znajdowało się niewielkie stworzonko. Mniej więcej długości sztyletu, z trójkątną głową i ogonem zakończonym żądłem. Przybliżył głowę bliżej medyka.
- Za siedzeniami na wozie jest pakunek zawinięty w czerwony materiał i mocno owinięty sznurami. Dawaj go tutaj. Tylko nie rób gwałtownych ruchów i go nie rozwal. - mówił spokojnym i przyciszonym głosem
- Leo, trzymaj się blisko wozu. - powiedział nieco głośniej żeby młódka mogła go usłyszeć.
26.03.2019, 02:33
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Droga do ujścia rzeki
#34

edyk cierpliwie wysłuchał słów starszego mężczyzny. Gdzieś z tyłu głowy zawsze miał to przekonanie, że opanowanie możliwości obrony samego siebie oraz bliskich może okazać się kiedyś ponurą koniecznością, ale zawsze odpychał te nieprzyjemne myśli. Jego przekonania były dosyć radykalne i twarde. Nie krzywdzić... tylko pomagać. Ostrożnie odłożył kuszę tam gdzie znajdowała się jeszcze przed chwilą.
Już miał odpowiadać na uwagi woźnicy, ale ten nagle kazał wszystkim zamilknąć. Głowa Isidura zaczęła rozglądać się po okolicy, by dostrzec źródło tego nagłego zamieszania. Zajęło mu to krótką chwilę lub dwie, ale w końcu dostrzegł niewielkie stworzenie czające się na gałęzi. Zmrużył oczy. Nie był pewny co do tego czym faktycznie to stworzonko było. Mógł przysiąc, że uczył się o nich w klasztorze. Mimo to nie zastanawiał się nad tym zbyt długo. Po usłyszeniu poleceń wydanych przez towarzysza powoli odwrócił się i zerknął za siedzenia w poszukiwaniu wspomnianego pakunku. Sięgnął po niego i zaczął ostrożnie podnosić. Na razie nie zerkał w stronę Leo. Wolał skupić się na powierzonym mu zadaniu.
27.10.2019, 19:13
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Droga do ujścia rzeki
#35

STRAŻNIK

W momencie kiedy młody medyk zaczął szukać pakunku kątem oka mógł dostrzec ruch. Mnóstwo ruchu. Znalezienie za równo wspomnianego przedmiotu jak i wzięcie go nie było problemem, ale twarz starca zrobiła się z lekka blada kiedy oczami wodził po gałęziach. A tymczasem dziewczynka podjechała do wozu na tyle ile to tylko było możliwe, ale nie odezwała się nawet jednym słowem.
- Vypiny, nie dobrze. Trzymaj to w jednej ręce, a w drugą bierz linkę, jest niżej. Pociągniesz i rzucisz wszystkim na mój... - wszystko wydarzyło się niemal natychmiastowo. Nie dało się zobaczyć kiedy jeden z stworków zeskoczył z drzewa i znalazł się na łbie konia Leo. Wystraszone zwierze, stanęło na tylnich nogach rżąc przy tym jakby obdzierali je ze skóry i ruszyło przed siebie w szaleńczym galopie. Minął ledwie moment zanim młoda jeźdźczyni znikła obu mężczyznom z oczu. Drugi koń zareagował niemal tak samo jednak nie z takim tempem.

- Kurwa mać! - Woźnica krzyknął i chwycił pakunek od medyka. Rzucił nim z całej siły w stronę drzew po swojej lewej. Wszystko rozleciało się w locie... Mięso w stanie rozkładu. Zapach od razu rzucił się do nozdrzy medyka. Jednak sytuacja nie pozostawiała nawet sekundy zastanowienia, kiedy starzec strzelił wodzami popędzając konia do jak najszybszej ucieczki.
- TRZYMAJ SIĘ CZEGOŚ! - Jechali tak jeszcze przez dobry moment zaliczając przy tym prawie dwie wywrotki i do tego pewnie zwabiając do siebie wszystkie okoliczne drapieżniki. Największym problemem pozostawała sprawa dziewczynki którą medyk miał się opiekować. Nie było po niej śladu. Jechali jednak dalej, ale nie tak szybko.
31.10.2019, 21:38
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Droga do ujścia rzeki
#36

szystko działo się zdecydowanie za szybko jak dla medyka przyzwyczajonego do życia raczej powolnego i spokojnego. Widząc jak wiele potworów biega między drzewami Isidur zbladł, a jego lewa ręka zaczęła drżeć nerwowo. To było dla niego coś obcego. Rozglądnął się nerwowo dookoła. Jak wiele było tych potworów, jak niebezpieczne były? Czy będą w stanie im uciec?
Wszystkie te przemyślenia odeszły jednak na dalszy plan gdy medyk spostrzegł jak koń Leo pędzi przed siebie na oślep... z dziewczyną w siodle. Miał ochotę krzyknąć za nią, ale głos ugrzązł mu w gardle. Ale to co mógł zrobić to szybka modlitwa do Ererceza. Aby chronił tę niewinną dziewczynkę. I aby poprowadził jej wierzchowca w bezpieczne miejsce.
Czasu na rozmyślanie jednak nie miał ponieważ woźnica rzucił pakunkiem jednocześnie ujawniając jego zawartość. Zapach rozkładu był ostry, ale Isidur był przyzwyczajony do nieprzyjemnych woni. Jako medyk nawąchał się wielu, bardzo wielu nieprzyjemnych rzeczy. Kątem oka dostrzegł woźnicę uderzającego wodzami i odruchowo złapał się najbliższej rzeczy, która dałaby mu szansę na utrzymanie się na wozie. W głowie cały czas myślał o Leo... Biedne dziecko. Zaufało mu, uwierzyło, że będzie w stanie ją obronić, a on zawiódł już przy pierwszej okazji! Lecz w tym momencie nie było czasu na użalanie się. Teraz należało przeżyć!
08.11.2019, 02:14
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Droga do ujścia rzeki
#37

STRAŻNIK

Czym jest moc słów wypowiedzianych przed bogiem
w obliczu pocałunku śmierci?


To nie przysięga sprawia, że wierzymy człowiekowi,
ale człowiek – że wierzymy przysiędze.


aos. To, co działo się wokół nie mogło być niczym innym, jak piekłem zesłanym przez bogów tego świata. Szum wiatru, dziwne, groźne wycie, kawałki zbitych grudek ziemi rozpryskujących się pod kołami, które co chwila wpadały na korzenie i wystające kamienie, nieprzyjemne skrzypienie drewnianego wozu przy dużej prędkości. Do tego świst bata poganiającego konie i huk krwi w skroniach sprawiał, że Isidur początkowo nie był w stanie skupić myśli. Naturalny, ludzki strach objął jego ciało niczym najczulsza kochanka, by po chwili porzucić go na pastwę najzwyklejszej paniki. Drżenie rąk, problemy z oddechem, brak możliwości jakiejkolwiek reakcji... kto wie, ile to by trwało, gdyby nie fakt, że bardziej niż o siebie, akolita martwił się o Siforę. Koń rudowłosej spłoszył się i pognał dzikim cwałem w las, byle jak najdalej od miejsca, w którym wyczuwał niebezpieczeństwo. Dziewczynka nie była w stanie opanować zwierzęcia, a młody uzdrowiciel nie był w stanie jej nijak pomóc. Czy modły do bogów będą dla niej wystarczającym wsparciem? Cóż, z pewnością lepszym byłoby spotkanie kogoś, kto faktycznie mógłby ją obronić... życie jednak rzadko daje nam to, czego od niego chcemy.
- Na wszystkie smocze kurwy Durona! - woźnica zaklął i raz jeszcze zamachnął się batem. Całkowicie niepotrzebnie, bo konie i tak dawały z siebie wszystko. Pozwoliło to jednak Isidurowi powrócić myślami do świata ludzi, pośród których to, na całe swoje szczęście jeszcze był ciałem. - Na co czekasz zakuta pało? Wyrzuć to! Szybko! - starzec krzyknął do maga z coraz silniej słyszaną kurwicą w głosie. - Uważaj na te małe skurwesyny, nie daj się dziabnąć! - dodał, skupiając się już całkowicie na powożeniu. Prawdopodobieństwo, że zginą wpadając na jakieś drzewo była w tej chwili równie duża, co śmierć od szponów bestii...
...te jednak wcale nie wyglądały jakoś przerażająco. Isidur ledwo mógł je dostrzec, były to jednak stworzenia niewiele większe od wiewiórek. Ich głowy wieńczyły pokryte zrogowaciałą skórą rogi, a ogon przypominał jaszczurze czy też skorpiona. Ciężko było dostrzec szczegóły, ponieważ prędkość z jaką poruszały się te istoty była naprawdę ogromna.
Nagle mężczyzna mógł poczuć jak coś wbija mu się w lewe ramię. W jego ciało wbijały się ostre pazury vypina, a samo stworzenie patrzyło na niego czarnymi, paciorkowatymi oczkami. Jego język wysuwał się jak u węży. Przez chwilę mały potworek zastygł w bezruchu... a potem pisnął przenikliwie, głośno, rozdzierająco, zupełnie jakby ktoś przesuwał paznokciami po zardzewiałym metalu. Niemal w tym samym momencie, akolita mógł poczuć kolejne ukłucia wbijających się w niego pazurów - na lewym barku, prawym ramieniu, na plecach i głowie. Pisk potworków stawał się niemal nie do wytrzymania.
- CO TY KURWA ODPIERDALASZ POJEBIE?! - woźnica obejrzał się przez ramię. - Wyrzucaj to mięso, szybko!








09.11.2019, 00:02
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Droga do ujścia rzeki
#38

iara. To ona sprawiła, że Isidur znajdował się tam gdzie się znajdował. To wiara pozwoliła mu odkryć swój talent magiczny. To ona sprawiła, że postanowił podążać ścieżką medyka, że zmierzał teraz aby ocalić ludzi cierpiących z powodu tajemniczej choroby. Był ich nadzieją. Być może jedyną nadzieją... Nie było czasu na strach. Nie było czasu na panikę czy rozpacz! Na początku jego myśli powędrowały w stronę Leonard, ale uświadomił sobie, że jeżeli woźnica i on zginą tu i teraz to szansa na odnalezienie dziewczynki spadnie niemalże do zera. A jeżeli jej nie odnajdą to medyk wierzył, że los będzie jej sprzyjał. Przeczucie mówiło mu, że nie tak zakończy się historia tej pełnej energii rudowłosej młódki.
Ostry krzyk wyrwał go z zadumy. Prawda. Nie było czasu na rozmyślanie. Akolita rozglądnął się szybko próbując wykrzesać odwagę ze swojego strwożonego umysłu. To chwile takie jak te pokazują kto ma wolę walki, a kto jest gotów poddać się po jednym niepowodzeniu. Teraz dostrzegł, że potwory, które zaatakowały ich wóz są w rzeczywistości niewielkimi stworkami. Mimo to z pewnością nie należało ich lekceważyć. Ich szybkość była przerażająca, zaś pazury i zęby z pewnością nie były tylko na pokaz. Nie mówiąc o ogonach, które wyglądały jak skorpionie. Czyli mogły służyć do wstrzykiwania czegoś... trucizny? A może po prostu mu się wydawało. Wszystko działo się tak szybko.
Już miał sięgać po padlinę, której część nadal znajdowała się na powozie. W panice i przerażeniu musiał przegapić ten jakże istotny fakt. Już miał się schylać by pozbyć się ładunku, który mógł uratować ich życie, a także nosy, gdy poczuł ból w lewym ramieniu, barku... drugim ramieniu. Potwory obsiadły go niczym wściekle kąsające owady, a jedyne na co on mógł liczyć to próba walki z bólem. Przede wszystkim musiał pozbyć się mięsa, a natarczywość z jaką krzyczał woźnica tylko utwierdzała go w tym przekonaniu. Musiał zaufać temu mężczyźnie. Sięgnął po padlinę tak szybko jak był w stanie a następnie spróbował wyrzucić śmierdzący ładunek licząc na to, że Vypiny gryzące go na całym ciele nie okażą się być przeszkodą nie do pokonania.
W uszach mu dzwoniło, serce mu waliło... ale nie zamierzał się poddać.
09.11.2019, 02:24
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Droga do ujścia rzeki
#39

STRAŻNIK

bezgłośny krzyk strachu jest wezwaniem głęboko skrytej odwagi


Prawdziwa odwaga polega na tym, by żyć i cierpieć za to, w co wierzysz.

rudno było odróżnić rozmazujące się przez oczami, nękane wiatrem gałęzie od przerażająco szybkich skoków małych bestii. Zasadniczo, niemal niemożliwe było stwierdzenie, co spowodowało ich gwałtowny ruch. Choć rozmiary tych stworzeń były niepozorne, nierozwagą byłoby się ich nie obawiać. Potworków było wiele, gdyby Isidur miałby podać w przybliżeniu jakąś liczbę, mógłby zgadywać w ciemno, że było ich ponad dwadzieścia sztuk. A ile mogło się jeszcze czaić na drzewach i w zaroślach? Lepiej, żeby młody akolita nie musiał się o tym przekonać.
Krótkie spojrzenie prosto w oczy dziwacznej bestii powiedziało Isidurowi wiele o ich naturze. Wiele... Czyli tyle, by dla swojego własnego bezpieczeństwa, lepiej unikać ogonów, które mogły okazać się przyczyną jadowitego ukłucia. Zasadniczo, najlepiej byłoby w ogóle ich unikać. Vypin wyszczerzył swoje ostre zębiska, warknął głucho i skoczył pokracznie w stronę twarzy uzdrowiciela. Tym, co uratowało chłopaka od wydrapania oczu, były wystające korzenie, które zabujały wozem niczym niespokojne morskie fale bawiące się małą łódką. Medyk stracił na chwilę poczucie równowagi, odchylając się do tyłu, a potem uderzając torsem o drewnianą obudowę wozu. Małe vypiny kąsały go po odsłoniętych częściach ciała, kiedy mimo wszystko wykonywał polecenie woźnicy. Nie było to bardzo bolesne, jednak intensywność ataków mogła doprowadzić do rosnącej paniki uzdrowiciela. Śmierdzące, zgniłe mięso coraz szybciej opuszczało ich wóz. Gdyby młodzieniec zerknął teraz na drogę za nimi, zobaczyłyby brązowo-rudawe chmary futra, rozdzierające padlinę na strzępy i znikające w poszyciu lasu.
- Jeszcze trochę! Wytrzymaj jeszcze trochę! - mógł usłyszeć przytłumiony przez huk krwi w uszach, krzyk woźnicy.
Jakieś sto metrów przez nimi widać było oślepiającą plamę światła, która mogła być jedynie początkiem łąk. Ich ratunkiem. Bo to musiał być ratunek, prawda? Mimo wszystko, dalej było to sto metrów do pokonania, podczas których złośliwe vypiny dalej wspinały się po Isidurze, wbijając ostre ząbki i pazury w jego ciało, niewiele robiąc sobie z osłony, jaką powinien dawać gruby materiał jego szat.
- Jebane kurwiszony, złazić mi z koni! - przedarł się nagle jego lekko spanikowany głos, a potem odgłos strzelającego kilkukrotnie bata. I zduszony oddech ulgi starszego mężczyzny.
A potem wóz zaczął niespiesznie, ale coraz bardziej odczuwalnie zwalniać...








09.11.2019, 15:13
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Droga do ujścia rzeki
#40

achowanie spokoju w takiej sytuacji było niemożliwe. Nie dla osoby, która spędziła większość swojego życia w bezpiecznym Valen. Potwory, które obskoczyły akolitę zdawały się ten strach wyczuwać. Zamiast odpuścić i gnać za łatwiejszą zdobyczą jaką była padlina te postanowiły dalej kąsać medyka. Isidur stęknął lekko czując coraz to więcej zębów próbujących wgryźć się w jego skórę. Teraz miał okazję przyjrzeć się Vypinom z bliska i był w stanie bez problemu stwierdzić, że ich ogony faktycznie mogły stanowić największe zagrożenie. Niewątpliwie służyły do aplikowania jakiejś trucizny... Ale uzdrowiciel nie miał zamiaru odkrywać jakiej.
Mięso powoli opuszczało wóz. Powoli, ale pewnie. Z każdym kolejnym kawałkiem akolita miał nadzieję, że Vypiny odskoczą od niego, że pognają za padliną niczym ćmy za światłem. Lecz tak się nie działo. Potworki wolały świeże mięso. Świeży posiłek. Pomimo paniki umysł medyka odrobinę ochłonął. Nie mógł tak po prostu czekać, aż to się skończy! Musiał działać!
Nie był jednak do końca pewny co mógł zrobić, żeby jednocześnie nie narazić się na... -Gdzie są bełty?!-Zapytał głośno woźnicy. Pamiętał gdzie znajdowała się kusza, ale nie był pewny gdzie starzec odłożył bełty. Choć kusza była w tej sytuacji średnio użyteczna to bełt mógł posłużyć za skuteczną broń kłutą. W tym momencie nie było czasu na spory ideologiczne. W tym momencie to była kwestia życia i śmierci. Gdyby to zależało od zabicia człowieka to akolita zapewne nawet nie pomyślałby o sięgnięciu po broń.
Nie czekając na odpowiedź towarzysza akolita zaczął samodzielnie rozglądać się za kołczanem na bełty. W panice nie był w stanie przypomnieć sobie gdzie zostały odłożone. Światło, które dało się dostrzec z daleka niewiele pomagało. Zdawało się być obietnicą bezpieczeństwa, ale czy ta nadzieja nie okaże się być ułudą? Medyk nie mógł pozwolić sobie na ani chwilę nieuwagi. Tylko zwiększył swoje wysiłki i próby znalezienia kołczanu. Starał się zignorować intensywność i natarczywość z jaką Vypiny próbowały dobrać się do jego ciała.
09.11.2019, 19:13
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja bez grafiki