Atarashii




Droga do ujścia rzeki
#41

STRAŻNIK

uważaj na światło na końcu drogi
może cię oślepić, Bohaterze


Świat staje się bardzo mały, kiedy nie masz się gdzie podziać.

aciekłość, z jaką vypiny atakowały młodego uzdrowiciela, była niepokojąca o tyle, że większość stada, które napotkali, wydawała się względnie niezainteresowana mięsem, które nie spędziło co najmniej kilku dni na świeżym powietrzu bez niezbędnej konserwacji. Mogło się wydawać, że sam ruch, sama próba obrony przed zwinnymi stworzonkami sprawia, że stają się one bardziej zajadłe i nieustępliwe. Jedna myśl jednak mogła uderzyć Isidura, w momencie, w którym wyrzucał ostatnie kawałki zgniłego mięsa poza krawędzie wozu... Zapach ścierwa bardzo mocno na nim osiadł. Soki z nieświeżego mięsiwa, kawałki tkanki... to wszystko było na nim. A małe bestie ewidentnie miały ochotę na kawałek świeższego dania, którym tym razem miał być magiczny uzdrowiciel.
Kiedy krzyknął do woźnicy z pytaniem o bełty, ten odwrócił się na moment w jego stronę, głową wskazując beczkę w kącie.
- Jeśli mnie trafisz, to przysięgam na słodkie cycki Ilhezin, zabiję Cię! - warknął, spanikowany. Vypiny zaczęły spadać także na konie, a on próbował jak najszybciej odgonić namolne bestyjki ze swoich zwierząt. Przez chwilę wydawało się, że mu się to udało, a bezpieczne łąki są na wyciągnięte ręki... jednak jednak z koni zaczął się zataczać. Nie minęło kilka sekund, kiedy zwierzę upadło, a jego chomąto oderwało się z głuchym pęknięciem od dyszla wozu. Dróżka była dość wąska, nie było nawet jak wyminąć konającego wałacha.
- Dorotko... Kurwa-mać-jebane-vypiny-mój-koń! - woźnica wycedził w gorącej złości. Dlaczego nazwał wałacha kobiecym imieniem? Cóż, to było pytanie, które na pewno Isidur będzie mógł zadać później... o ile będą mieć jakiekolwiek później.
Starzec zeskoczył z wozu i niezgrabnie zaczął odpinać drugiego konia od dyszla, mrucząc coś pod nosem.
- Zostaw! Spierdalamy. Wrócimy tu później po wóz! - krzyknął w końcu, próbując wgramolić się na grzbiet konia. Zwierzę strzygło uszami i przestępowało z nogi na nogę, wyraźnie zdenerwowane.  - Nasze życie jest teraz ważniejsze, no nie medyku?! - w głosie woźnicy aż kotłowało się od gniewu, żalu i smutku. I pytania. Czy na pewno ich życie jest teraz ważniejsze? Widać było jak mocno związany był ze swoimi szkapami. Wiedział także, że musi dowieźć Isidura do celu, niezależnie od umierającego tuż obok Dorotki.  - Szybko! - ponaglił go z wkurwieniem i rozpaczą.








09.11.2019, 20:57
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Droga do ujścia rzeki
#42

ytuacja w jakiej znalazł się medyk była dosyć nieciekawa. Zjedzony przez Vypiny... to dopiero historia! Cóż... jeżeli to tak przyjdzie mu umrzeć to niech tak będzie, ale nie zamierzał się poddawać. Zobowiązał się wyleczyć wioskę to ją wyleczy i nawet sam Thorn nie odwiedzie go od tego celu! Rozumiał, dlaczego potworki zdecydowały się go obsiąść. Rozumiał też, dlaczego próby obrony sprawiały, że te stawały się tylko bardziej zajadłe. Ale musiał się bronić. Dla wszystkich ludzi żyjących we wsi Tredea. Spojrzał na beczkę wskazaną przez woźnicę. Sięgnął do niej chcąc złapać jeden z bełtów. Nie czekając zaczął dźgać i atakować potworki, które oblazły jego ciało. Ciężko było mu celować w konkretne bestie, ale priorytetyzował te znajdujące się bliżej jego twarzy oraz serca. Ewentualne użądlenia w tych rejonach mogłyby okazać się zabójcze.
Lecz jego zmagania nie trwały długo. Widząc jak koń zatacza się i upada Isidur poczuł ukłucie strachu. Jeden koń raczej wozu nie uciągnie... Do tego samego wniosku doszedł woźnica, który klnąc zawzięcie zaczął odpinać drugie zwierze. Medyk słysząc ponaglające krzyki towarzysza zerknął jeszcze na konające na ziemi zwierze. Z tego co zrozumiał te małe zwierzątka mają jakiegoś rodzaju truciznę. A trucizny on nie był w stanie zwalczyć na szybko, nie w takich warunkach. Mimo to... W jego dłoniach pojawiło się zielone światło zaś całe swoje skupienie skierował na Dorotkę. -Erercezie... wspomóż mnie w tej ciężkiej chwili. Pomóż mi ocalić to biedne stworzenie, które gotowe jest oddać swoje życie tylko po to, by Twój sługa dotarł do celu swej wędrówki. By mógł wykonać swoją misję. Proszę Cię.-Odmówił krótką modlitwę i zaczął leczyć biedną szkapę. Wiedział, że nie miał zbyt dużo czasu. Ba! Nie miał go prawie wcale, ale czuł, że musi chociaż spróbować. Chociaż uleczyć te dwa niewielkie ślady po ukłuciach. Cokolwiek...
Niezależnie od tego czy czar odniósł zamierzony skutek czy nie następną rzeczą, którą zrobił medyk było popędzenie w kierunku woźnicy, który zajmował się drugim koniem. Upewnił się, że jego torba nadal była przewieszona przez ramię. -Nie mnie oceniać które życie jest ważniejsze. Pozostawiam to istotom mądrzejszym ode mnie! Mam wsiadać?-Zapytał z lekkim zawahaniem. Nie był najlepszym jeźdźcem. Delikatnie rzecz ujmując. Liczył, że mężczyzna choć trochę mu pomoże. Bełtu nadal z dłoni nie wypuszczał. Nadal musiał jakoś pozbyć się Vypinów, które siedziały na jego ciele.
10.11.2019, 17:58
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Droga do ujścia rzeki
#43

STRAŻNIK

czasem nie mamy szansy na dokonanie dobrego wyboru
wybieramy mniejsze zło


Człowiek wszędzie zabiera ze sobą swoje demony,
tak samo jak zabiera ze sobą swój cień.

zy wzywanie Thorna - lub raczej jego zaklinanie - mogło być dobrym pomysłem w aktualnej sytuacji medyka? Czy jakikolwiek bóg interesował się tym, co działo się w tym zapomnianym przez niemal wszystkich lasku? Któż mógł to wiedzieć. Czasem przecież wystarczy ruszyć mały kamyk, by spowodować śmiertelnie groźną lawinę. Czy śmierć lub przeżycie młodego uzdrowiciela, mogło być właśnie takim kamykiem? Choć wyroki boskie są niezbadane, w tej sytuacji lepiej nie poświęcać im zbyt wiele myśli, gdyż faktycznie szybko będzie można stanąć przed ich obliczem.
Isidur na szczęście nie był aż tak szalony, by starać się trafić na łono Ererceza choćby bez próby spełnienia obietnicy. Zbyt wiele żyć liczyło na jego pomoc, by przynajmniej nie podjął się próby. Strzała, którą znalazł była długa, dość ciężka, ale przynajmniej - była. I choć niewiele dawała w odstraszaniu vypinów podgryzających ciało akolity, dodawała śmiałości i odwagi, która przez chwilę zagościła w jego sercu. Małe potworki, widząc, że ich uczta nie zamierza z własnej woli umrzeć i nadgnić, powoli nudziły się wbijaniem pazurów i zębów w Isidura i skłaniały się ku łatwiejszej zdobyczy, która jakiś czas temu wylądowała już za wozem. Na magicznie utalentowanym medyku zostały już tylko dwa vypiny, które najwidoczniej nie mogły sobie darować skosztowania ludzkich gałek ocznych. Ich dzikie piski wwiercały się mężczyźnie w uszy, kiedy bestyjki coraz agresywniej skakały ku jego twarzy.
W momencie, kiedy wóz się zatrzymał, a jeden z wałachów padł, można było odnieść wrażenie, że cały świat na chwilę został zamrożony w czasie. Czarodziej widział wszystko jakby w zwolnionym tempie, choć jego serce biło jak szalone. Kiedy zjawił się przy cierpiącym zwierzęciu, a jego dłonie rozbłysły zielonkawym światłem, dymiąca para z rany przestała się wydzielać, a niewielkie rany dość szybko się zasklepiły. Dorotka jednak dalej ciężko oddychał, a jego oczy błagalnie wpatrywały się w uzdrowiciela. Zwierzę nie poruszyło się, jakby świadome, że Isidur jest jego jedyną nadzieją na przeżycie. Albo po prostu dlatego, że nie mogło. Wyobraźnia podpowiada nam jednak czasami to, czego najbardziej potrzebujemy usłyszeć. Tak czy inaczej, trucizna w ciele konia najwidoczniej nie miała szans rozprzestrzenić wraz z krwią po organizmie. Akolita musiał być tego świadomy... z drugiej strony czy życie zwierzęcia mogło być na równi z jego własnym?
Jeśli Isidur zostawił Dorotkę i pobiegł w stronę woźnicy, ten chwycił go mocno za ramię i pociągnął ku górze, aby mag usadowił się na grzbiecie za nim. Drugi koń - Balbinka - sapnął pod wpływem dodatkowego ciężaru. Nie wiadomo było, ile będzie w stanie ich nieść, zanim sam padnie ze zmęczenia. Był przyzwyczajony do innej formy pracy niż koń do jazdy wierzchem.
- Matki się pytasz czy niegrzmocona nigdy!? Pewnie, że wsiadać! I trzymać się mocno! - woźnica niechętnie spojrzał przed siebie i popędził Balbinkę do ciężkiego, wałaszego galopu, który bardzo szybko stał się utykającym kłusem.








11.11.2019, 13:43
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Droga do ujścia rzeki
#44

edno spojrzenie umęczonego zwierzęcia starczyło, by medyk podjął decyzję. Nie miał zamiaru zostawiać biednego Dorotki na pastwę Vypinów. Nie mógł zostawić go bez choćby próby uratowania jego życia. Zwłaszcza, że potworki w końcu odstąpiły od medyka. Przez ułamek sekundy spoglądał na wałacha leżącego na ziemi. Ucieczka nie była rozwiązaniem. Nie na dłuższą metę. Jeżeli uciekłby teraz to co zrobi gdy napotka jeszcze większą przeszkodę? Jeszcze większe zagrożenie? Wypuścił bełt dotychczas mocno ściskany w prawej dłoni. Na dłuższą metę żadna broń nie mogła sprawić, że poczuje się bezpiecznie. To po prostu nie leżało w jego naturze... Jeżeli miał działać to musiał zrobić to już teraz. Pobiegł w stronę Dorotki jednocześnie przygotowując zaklęcie Sondy w lewej ręce. Chciał użyć go w okolicy miejsca gdzie jeszcze przed chwilą znajdowały się użądlenia. Musiał wiedzieć gdzie znajduje się źródło problemów zwierza i jak szybko się rozprzestrzenia. Ponieważ to co zamierzał spróbować w następnej kolejności było czymś kompletnie dla niego nowym. I ryzykownym. Ale musiał spróbować.
Jego prawa dłoń również rozbłysła zielonkawym światłem, ale tym razem nie chciał używać Dotyku. Tym razem chciał użyć czegoś... innego. Czegoś co tylko zaczęło się formować w jego głowie, ale co w tej sytuacji mogłoby okazać się zbawienne. Myślał o zaklęciu, które oczyszczałoby organizm z różnego rodzaju trucizn, toksyn i innych niekorzystnych środków. Zamknął oczy i ponownie zaczął się modlić prosząc o wsparcie Ererceza. Dawco życia. Ponownie proszę Cię o wsparcie. Pomóż mi ocalić tę niewinną istotę. Pomóż mi uwolnić ją od krążącej w jej żyłach trucizny. Daj mi siły i pomóż mi przetrwać tę chwilę próby. Nie wiedział, czy bogowie wysłuchują modlitw. Nie wiedział czy modlitwy działają. Ale wiedział, że modlenie się dodawało mu sił. Uspokajało go to, dodawało pewności i koiło samotność nawet w tak ciężkich chwilach. W tym momencie nie liczyły się dla niego krzyki woźnicy. Nie liczyły się Vypiny skaczące dookoła. Liczył się tylko cel przed nim. A było nim uratowanie zwykłego wałacha, który tak naprawdę niczym się nie wyróżniał. Wielu uznałoby Isidura za głupca ryzykującego tak wiele dla konia... Ale zdaniem takich ludzi medyk się nie przejmował. Wybieranie mniejszego zła może i było rozsądne, ale zło było złem. Żadna decyzja nie była dobra.
11.11.2019, 17:27
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Droga do ujścia rzeki
#45

STRAŻNIK

a czasem mniejsze zło, okazuje się tym, czego potrzebujemy


Nie pytaj o konsekwencje, gdy chcesz coś zrobić... bo nigdy tego nie dostaniesz.

ierpienie zwierząt czasem boli nas bardziej niż cierpienie innych ludzi. Wszak co może być bardziej bezradnego i powodującego litość niż brak możliwości wyrażenia swojego bólu inaczej, niż samym błędnym i błagającym spojrzeniem?
Uzdrowiciel jednak postanowił zaryzykować. Odrzucona strzała poleciała w bok, nie robiąc krzywdy nikomu - ale też nie było to celem Isidura, by ranić teraz jakąkolwiek żywą istotę. Bełt wleciał w krzaki, a jak to bywa z przedmiotami martwymi, lubią być złośliwe. Możliwe, że któryś ze śmiertelników jeszcze się o tym przekona.
Kiedy medyk zbliżył się do wałacha, jego moc rozbłysła zielonkawą poświatą. Dłonie Isidura błądziły przez jakiś czas wokół niewielkich ranek, jednak to ewidentnie nie odnosiło zamierzonego skutku. Dorotka dalej wyglądał jakby powoli zmieniał się w kamień. Czy Erercez mógł w jakikolwiek sposób pomóc swojemu wyznawcy?
Vypiny, które nie uciekły w pogoni za łatwiejszą zwierzyną, zaciekle atakowały twarz i szyję uzdrowiciela. Krew dość wartko sączyła się z licznych, ale płytkich ranek na jego skórze. Potworki nagle jednak zamarły, a chwilę potem uciekły, najwyraźniej czymś speszone. Może zorientowały się jak daleko znalazły się od swojego stada, które daje im poczucie bezpieczeństwa? Isidur jednak nie zwrócił na to uwagi, oddając się błagalnej modlitwie do swojego boga.
Delikatna łuna nieco intensywniej rozjarzyła się wokół jego dłoni, kiedy szukał ogniska trucizny. Ciało Dorotki nie należało do najmniejszych, ale zatruta krew skupiała się mniej więcej w jednym obszarze. Miliony różnych doznań, których nagle doświadczył medyk mogły wybić go z transu, jednak skupienie i spokój, jakie na siebie nałożył nie pozwoliły na to. Jego magia wniknęła w mięśnie i żyły Dorotki, neutralizując truciznę w jego ciele. Akolita nie umiał powiedzieć ile czasu mu to zajęło, wiedział jednak, że udało mu się siłą wiary i własnej mocy zniszczyć działanie trucizny vypinów bez większego problemu. Długą chwilę ciszy, która po tym nastąpiła, przerywało jedynie sapanie wałacha oraz ciężki, zmęczony oddech samego Isidura.
 - Na wszystkich bogów tego zapchlonego świata... - woźnica nagle pojawił się przy nim i uklęknął przy swoim koniu. Poklepał po czule po szyi, a zwierzę powoli uspokajało swój oddech. Potrząsnęło lekko głową. - Idiotów nie sieją, uzdrowicielu, co...? - starzec uśmiechnął się, patrząc kątem oka na Isidura.  - Konia ratuje, o swoje życie nie dba. Wariactwo... - przeczesał dłonią rzadkie włosy, które jeszcze zostały mu na głowie. - Te małe skurwiele paraliżują nasze zwierzęta. Te zazwyczaj kończą łupem większych bestii... - splunął przez ramię, powoli i ostrożnie pomagając Dorotce wstać. Zwierzę dość niepewnie stanęło na nogach. Z całą pewnością nie było w stanie ani ciągnąć wozu, ani unieść kogoś wierzchem.  - I co teraz? Spacerek do Tredei?



Młody człowieku, bardzo proszę o odjęcie:
  • za poprzedni post 10PM za zaklęcie Błogosławiony Dotyk
  • za aktualny post 4PM za Sondę oraz 12PM za Oczyszczenie
    Łącznie: -26PM
    Twój stan magicznego zbiornika: 499/525PM









11.11.2019, 20:55
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Droga do ujścia rzeki
#46

iara to coś co zawsze kierowało poczynaniami Isidura. Wiara w Ererceza, wiara w samego siebie, wiara w innych, których napotykał na swojej drodze. Można wręcz rzec, że to ona dawała mu siły. Nie inaczej było tym razem. Bez wiary nie podszedłby do Dorotki próbując go ratować. Nie podjąłby próby, która dla większości była skazana na niepowodzenie. On sam nie wiedział skąd znalazł w sobie odwagę. Być może był zbyt wrażliwy na wszelkie cierpienie?
To zaklęcie... czuł, że było inne. Czuł, że próba się powiodła i był w stanie zneutralizować toksynę, która męczyła Dorotkę. Uczucia, które temu towarzyszyły były trudne do opisania... Radość, uniesienie, ulga... a także zmartwienie i strach, ponieważ ich sytuacja nadal była nieciekawa. Potwory, ranny wałach i cholera wie co jeszcze. Ból z niezliczonych ranek powoli zaczął docierać do Akolity. Spoglądnął jeszcze raz na leżącego wałacha upewniając się, że Vypiny już przestały męczyć to biedne stworzenie. Pogłaskał Dorotkę lekko po szyi chcąc go uspokoić. -Spokojnie mały... spokojnie.-Powiedział cicho.
Widząc woźnicę uśmiechnął się do niego ciepło. Ale wtedy też poczuł ostry ból na twarzy. Liczne ranki poruszyły się wraz ze zmianą mimiki sprawiając, że medyk dopiero teraz zorientował się jak mocno krwawi. Skrzywił się odruchowo powodując kolejne ukłucie bólu. -Cholera...-Ponownie przywołał swoją magię w celu pozbycia się irytujących zadrapań i ran znajdujących się praktycznie na każdej odsłoniętej części jego ciała. -Nie będę zaprzeczał. Teraz już pan wie dlaczego jest tak mało osób takich jak ja? Cóż... umieramy młodo.-Powiedział pół-żartem, pół-serio. -Nazywajcie mnie panie jak chcecie. Przypuszczam, że nie raz jeszcze w swoim życiu usłyszę, że wariat jestem.
Westchnął lekko spoglądając jak mężczyzna pomaga Dorotce wstać. -Ostrożnie... taki upadek również mógł spowodować niemałe obrażenia. A mogłem coś przegapić.-Spoglądnął na drogę, którą podążali i na zrujnowany wóz, który zostawili za sobą. -Jak mus to mus. Nie warto zabrać ze sobą kuszy? Nie wiem na ile bezpieczne jest wracanie do wozu. No i został tam mój kostur.-Jedna z niewielu pamiątek jaka została po mistrzu Isidura.
12.11.2019, 21:29
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Droga do ujścia rzeki
#47

STRAŻNIK


czym jednak jesteśmy, jak nie złem wcielonym, co stara się czynić dobro?



agia życia przepływała przez ciało akolity, który postanowił przekroczyć granice swoich umiejętności i stworzyć coś, czego wcześniej nigdy nie próbował robić - oczyścić ciało z trucizny, która mogłaby zabić Dorotkę. Cóż... właściwie, nie mogłaby. Gdyby uzdrowiciel jeszcze przez kilka minut pozostałby przy wałachu, nie korzystając ze swojej magii, efekt byłby podobny. Trucizna vypinów paraliżowała, nie zabijała. Straszliwym wyjątkiem byłaby śmierć dziecka, w ciele którego znalazłoby się zdecydowanie więcej niż w ciele starawego konia. Jednak Isidur wcale nie musiał tego wiedzieć. A nawet gdyby woźnica stwierdziłby, że należy tak dosadnie przedstawić rzeczywistość, nie zmieniało to faktu, że mag uratował zwierzę swoją mocą zesłaną wszak przez samego Ererceza.
Dorotka parsknął cicho, kiedy Isidur się do niego odezwał. W jego oczach widać było wdzięczność i niepewność. Paraliż ustępował szybko dzięki pomocy akolity. Woźnica klepnął mężczyznę w ramię z siłą godną drwala.
- Pan? Jaki tam znowu pan. Ormus. - przedstawił się i wyciągnął rękę w stronę uzdrowiciela. - Lepiej nie kusić losu, synu. Obyśmy żyli jak długo bogowie nam dadzą. Czyli w chuj długo. - starszy mężczyzna popatrzył na zakrwawioną twarz Isidura z lekkim niepokojem.
Powoli i ostrożnie pomógł Dorotce wstać. Oba konie parsknęły pokrzepiająco do siebie.
- A pewnie, bez broni to ja się stąd nie ruszę. I Tobie też nie radzę chodzić gdziekolwiek bez niej. - podrapał się po głowie i westchnął ciężko.  - To ciężkie czasy dla każdego...
Po czym ruszył w stronę wyjścia z lasu i otwartych łąk.








12.11.2019, 22:56
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Droga do ujścia rzeki
#48

o co by było, co mogło być... Nie zaprzątało jego głowy. Spekulacje można było robić odnośnie przyszłości, a nie przeszłości. Fakt, że Erercez, a przynajmniej tak mówiła wiara Isidura, przyszedł swojemu pokornemu słudze z pomocą sprawiał, że medyk poczuł się odrobinę... pewniejszy siebie. Poczuł, że nadzieja nie umiera. Paraliż w dziczy, nawet na krótko, nierzadko oznaczał śmierć. Zwłaszcza dla wałaha takiego jak Dorotka. Nagłe klepnięcie w plecy sprawiło, że lekko się zatoczył. Cóż... do mocarzy nie należał. Jego siła leżała gdzie indziej. Uścisnął dłoń woźnicy spodziewając się, że jego dłoń znajdzie się w imadle złożonym ze skóry i kości. No i mięśni. -Isidur. Isidur Noonan. Losu nie zamierzam kusić bardziej niż robi to mój idealizm. Nie martw się.-Powiedział radośnie. Jego mistrz zawsze powtarzał, że talent Isidura zmarnuje się w jakiejś lecznicy w której leczeni będą biedacy i bezdomni, ale akolita zawsze przyjmował takie stwierdzenia z radością. Według niego taki scenariusz daleki był od "zmarnowania".
Medyk ostrożnie skierował swoje kroki w kierunku wozu. Zastanawiał się czy przy całym tym zamieszaniu kusza nie wypadła gdzieś po drodze. No i oczywiście jego kostur. Po cichu liczył, że Erercez i w tym im pomógł, ale nie modlił się o to. I tak już mocno dzisiaj nadwyrężył cierpliwość Dawcy Życia. Przetrząsnął wóz w poszukiwaniu ekwipunku. Jeżeli znalazł kuszę to zabrał ze sobą i bełty, które zapewne nadal znajdowały się w beczce. Gdy już wrócił z wyposażeniem (lub też bez niego) to wziąłby do ręki bukłak z wodą i ostrożnie oczyściłby swoją twarz. Nie uśmiechało mu się podróżowanie z zaschniętą krwią na twarzy. Kuszę wraz z bełtami przekazał oczywiście w ręce Ormusa. W jego dłoniach raczej na niewiele by się zdały. -Ruszamy? Droga właśnie nam się odrobinę wydłużyła...-Zażartował. Nie było sensu udawać, że mieli szczęście. Choć udało im się wybrnąć z sytuacji całkiem znośnie.
14.11.2019, 00:27
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Droga do ujścia rzeki
#49

STRAŻNIK


A ty, bohaterze, jak chciałbyś być postrzegany?



oźnica przez jeszcze kilka minut obchodził wóz i po długim namyśle zabrał ze sobą kilka drobiazgów, które najwyraźniej były zbyt cenne, by zostawić je na pastwę zwierząt oraz rabusiów. Choć okolica chwilowo wydawała się cicha i bezpieczna, zarówno Ormus, jak i Isidur, powinni być doskonale świadomi, że to tylko pozory, a od zagrożenia życia mogą dzielić ich sekundy. Starszy mężczyzna otarł dłonią spocone czoło, przyklepał resztki swoich włosów i naciągnął na głowę dość mocno zniszczony kapeluszo-beret.
- Mam wrażenie, że więcej ludzi ginie teraz na ideały i wiarę, niż za coś, za co faktycznie warto umierać. I to w dodatku giną w sposób, który jest bez sensu. Bez walki. Bez honoru. Po prostu, pewnego dnia ktoś po nich przychodzi i więcej ich się już nie widzi. - w jego głosie przebrzmiewało echo słabo skrywanej goryczy. Odwrócił wzrok od uzdrowiciela, westchnął i splunął gęstą śliną. - Tak to właśnie jest z młodymi, gniewnymi, naiwnymi.
Ormus skinął tylko głową Isidurowi, kiedy ten zdecydował się poszukać broni, która została na wozie. Bez problemu znalazł ciężką kuszę oraz bełty, które rozrzucone były po całym wozie. Beczka przewróciła się w czasie ich szaleńczego rajdu, ale nie uszkodziło to mocnych, ciężkich strzał. Obładowany w broń, bełty oraz swój kostur, wrócił do woźnicy, który bez słowa przyjął pierwsze dwa elementy aktualnego wyposażenia młodego akolity.
- Ruszamy. Do Tredei już niedaleko. Choć sam nie jestem pewien... czy na pewno chcesz tam dotrzeć.

możesz dać z/t w kolejnym poście








14.11.2019, 21:49
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Droga do ujścia rzeki
#50

zas który woźnica spędził na obchodzeniu wozu dał medykowi chwilę by ponownie przyjrzeć się Dorotce i drugiemu wałachowi, którego imienia nie przyszło mu jeszcze poznać. Wolał się upewnić, że zwierzęta są zdrowe i nietknięte. Strzeżonego Erercez strzeże. -Śmierć to część drogi z którą prędzej czy później każdemu przyjdzie się zmierzyć. Nie jest mi do tego śpieszno i... cóż na samą myśl przechodzą mnie dreszcze, ale mam nadzieję, że gdy przyjdzie czas to nie zatracę swoich ideałów. Ale czas pokaże.-Medyk spojrzał na woźnicę ze współczuciem. -Straciłeś kogoś?-Zapytał spokojnie. Nie zwykł bawić się w podchody w takich sytuacjach.
Skinął głową na słowa Ormusa. Był pewny. Nawet jeżeli miał tam umrzeć to był pewny, że Tradea to było miejsce w którym miał się znaleźć. Miejsce gdzie jest potrzebny. Miejsce gdzie będzie mógł sprawdzić swoją wytrwałość i umiejętności.
Faktycznie. Droga nie była zbyt długa, nawet na piechotę. Gdy minęli niewielki zagajnik ich oczom ukazał się cel ich podróży. Wieś Tradea.


Gracz opuścił wątek
04.12.2019, 00:58
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
3 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja bez grafiki