Nabrzeże
#1

Cytat: Port w Valen ukryty jest w zatoce, która została dodatkowo wzmocniona kamiennym pirsem chroniącym statki przed falami. Po zachodniej stronie zatoczki widoczna jest wysoka latarnia morska, która służy okrętom zgubionym w nocy.
Choć sama zatoczka jest dość głęboka oraz wystarczająco duża, by pomieścić niemal sześćdziesiąt dużych jednostek oraz niezliczona ilość mniejszych, całe półkoliste nabrzeże jest wzmocnione mieszanką kamiennych słupów oraz drewnianych kładek, a w wielu miejscach poprowadzone są długie keje wychodzące głęboko w zatokę.
Dodatkowo w centralnej części portu zobaczyć można wielkie żurawie przygotowane do załadunku i rozładunku statków przewożących srebro lub inne ciężkie towary.
w zachodniej części portu widać także okazały budynek będący siedzibą Morskich Sił Porządkowych.
05.07.2019, 20:51
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Nabrzeże
#2

Cytat:
Dziennik Pokładowy.



Wpis Rejsowy nr. 154  

Dziś rozpoczynamy nowy rejs. Wyruszamy z Greathard. Celem jest Valen. Oczekuję dopłynięcia w ciągu czterech do siedmiu dni z powodu zmian kursu oraz obranej trasy. Ładownie mamy puste. W trakcie rejsu przewiduje wykonanie testów dzielności morskiej oraz ćwiczenia z zakresu sondowania głębokościowego. Jeśli pogoda będzie sprzyjać, wykonamy także test dryfu oraz ostrzenia wiatrowego.
Przewidywany kurs: Wypłyniemy z Greathard kierując się na zachód, starając się osiągnąć maksymalne przewidywane odchylenie dziesięciu stopni na północ od zachodu. Kurs utrzymywać będziemy przez ok. 56 mil morskich. Następnie dokonamy zwrotu kierując się na północny wschód od północy, starając się osiągnąć minimum 15 stopni odchylenia od północy. Nie przewiduje zejścia poniżej 25 stopni średniego odchylenia. Nowy kurs utrzymamy przez co najmniej kolejne 120 mil. W tym czasie przewiduje odbycie testów. Następnie, jeśli warunki pozwolą, utrzymamy odchylenie około 25-30 stopni na wschód od północy przez kolejne 140 mil. Po tym czasie zaczniemy manewr odpadania i powolnego opuszczania się w stronę północnego-wchodu płynąc bezpośrednio na port docelowy.



Dzień 1

Pogoda: Słoneczna. Brak większych skupisk chmur. Płytka wiatromierza wahała się pomiędzy 3 a 5 stopniem skali. Morze gładkie, bez oznak nadchodzących burz lub zmian wiatrowych. Horyzont czysty.
Wypłynęliśmy z Greathard równo po trzeciej szklance pierwszej warty. Tarcza słońca była nie wyżej niż osiem stopni powyżej horyzontu. Łagodna bryza od strony portu wiała wprost na północ, nie mogła mieć więcej niż dwa węzły prędkości. Z portu wyszliśmy gładko, wcześniej od większości jednostek.
Stan załogi w momencie wypłynięcia wynosił trzydzieści dwie dusze, z czego pięciu załogantów zaciągnęło się w ostatniej chwili szukając przejścia do Valen. Bosman Batutta przydzielił ich do różnych wart dla bezpieczeństwa ich oraz reszty załogi.
Po wypłynięciu szliśmy lewym ostrym halsem bejdewindu na bezanie oraz sztakslach, z prędkością około sześciu węzłów. W  ciągu dwóch szklanek osiągnęliśmy odpowiednią wysokość i dostosowaliśmy kurs, by wejść na przewidywaną trasę. Po kolejnej szklance udało nam się uzyskać pożądany wektor kursowy i rozwinęliśmy rejówki. Szliśmy prawym halsem w bajdewidzie. Dla uzyskania odpowiedniej wysokości szliśmy praktycznie na granicy łopotu, wspierając się w ostrzeniu sztakslami. Ostatecznie osiągnęliśmy prędkość dziesięciu węzłów.
Osiągnięcie punktu zmiany kursu zajęło nam 11 szklanek. W tym czasie nie zaobserwowałem żadnych zmian czy niebezpieczeństw. Horyzont był czysty, a słońce świeciło równo, bez chmur w zasięgu wzroku.
Zmiana kursu nastąpiła równo szklankę po zmianie warty na pompową. Wiatr wiał równo, wskazania wiatromierza pokazywały między piątym a szóstym stopniem. Niestety drobne zmiany w kierunku wiatru zmusiły nas do długich halsów. Oczekuję, ze wydłuży to czas podróży o około dzień. Na zachodniej części horyzontu dało zauważyć się lekkie chmury, w większości pierzaki.
Kolejne szklanki upływały we względnym spokoju i stałym wietrze. Oddelegowałem trzech doświadczonych załogantów z obecnej wachty: Toma Kotowa, Gregoriego oraz Waleriego do ćwiczeń sondowania głębokości. Doświadczenie i obycie może być dla nich przydatne podczas samej ekspedycji.
Cztery szklanki po zmianie kursu straciliśmy z oczu ląd. Załoga wydawała się mieć dobre nastroje, lecz ze słów bosmana Batutty wynika, że wielu niepokoi się obraniem tak dziwnego kursu i stratą z oczu linii brzegowej. Postanowiłem powiadomić załogę o planowanych testach dzielności morskiej oraz dryfu. Wydaje się, ze to uspokoiło niepokój załogi. Jeśli pogoda dopisze, nie powinno być żadnych problemów z osiągnięciem celów.
Cztery szklanki przed wartą wieczorną wiatr zaczął słabnąć i zmieniać kierunek. Udało nam się wrócić na założony kurs ze stratą około trzech czwartych dnia. Kierunek wiatru przesunął się na zachód o około dziesięć stopni.
Nocną wartę podejmuje oficer wachtowy Witold Krzywik.

// Wiatromierze na statkach tego okresu są prymitywniejszą oraz prostszą wersją wiatromierzy Wilda. 3 stopień to wiatr ok. 4 m/s, 5 stopień to wiatr ok. 8 m/s.
// 3 szklanki pierwszej warty  to około godziny 5:30
// 2 szklanki to 1 godzina.
// rejówki – żagle rejowe
// warta pompowa – warta od 12 do 16, w której żeglarze schodzą do pomp zęzowych i wypompowują wodę zęzy (odsyłam do Wiki)
// pierzaki – chmury typu cirrocumulus (odsyłam do Wiki)
// Cztery szklanki przed wartą wieczorną – godzina 18:00
Cytat:
Dziennik Pokładowy.

Dzień 3

Pogoda: Słońce. Wiatr umiarkowany między czwartym, a szóstym stopniem wiatromierza. Brak oznak nadchodzących sztormów lub znaczących zmian.
Wiatr wzmógł się zaraz po zmianie warty na poranną. Przez kolejne cztery szklanki wzmagał się, a wskazania wiatromierza ostatecznie wyrównały się na poziomie między piątym, a szóstym stopniem. Kierunek uległ odchyleniu o pięć stopni na zachód. To powinno dać nadrobić nam kolejną ćwiartkę dnia. Zarządziłem rozpoczęcie testu dzielności morskiej na zmianę warty szklankę tuż po zmianie warty.
Statek idzie bajdewindem lewego halsu. Według wyliczeń nie musimy przyostrzać, lecz kazałem załodze osiągnąć maksymalną wysokość. Udaje utrzymać się prędkość na poziomie dziewięciu i pół do dziesięciu węzłów.
Test dzielności morskiej przeszedł pomyślnie. Udało nam się osiągnąć maksymalny kąt pięćdziesięciu czterech i pół stopnia i utrzymać żagle bez łopotu na prawie całą szklankę, osiągając prędkość siedmiu i pół węzła. Wykonaliśmy przygotowania oraz udało nam się wykonać zwrot przez sztag przy luźnych rejówkach. Przeciąganie na szotach zdało egzamin, choć znacznie spowolniło czas wykonywania zwrotu.  
Powrotny zwrot wykonaliśmy przez rufę i przez kolejne trzy szklanki odzyskiwaliśmy wytraconą prędkość. Załoga wydawała się zadowolona pomyślnie wykonanym testem. Zezwoliłem na toast i otworzyliśmy jedną z beczek rumu.
Dwie szklanki po rozpoczęciu warty pompowej na horyzoncie pojawiła się linia brzegowa. Zgodnie z wyliczonym kursem, w ciągu dwóch szklanek powinniśmy znaleźć się w punkcie krytycznym, w którym znajdziemy się niecałe czterdzieści mil od brzegu Revii.
Przez długość jednej warty udało mi się obserwować brzeg Revii przy użyciu lunety. Tak jak się spodziewałem, nie znalazłem tam czerwono-czarnych drzew opisanych przez Poloniusza. Jak udało mi się zaobserwować, woda wokół wydaje się być spokojna i niezmącona, lecz plaże są płaskie i piaszczyste – może to oznaczać tylko, że wzrost głębokości przy brzegu musi być znaczny, a duża część przybrzeżnego dna jest mulista i zmienna. Wątpię też, by można było znaleźć tam ostre skały – brak jest charakterystycznych zawirowań, a samo wystawienie na nieosłonięte morze wyklucza możliwość pojawienia się raf. Dostęp do brzegu nie powinien być więc trudny. Istnieje co prawda możliwość wystąpienia prądów przybrzeżnych, lecz powinny być one dość stałe biorąc pod uwagę regularność linii brzegowej.
Jak udało mi się zobaczyć, ląd wydawał się niemal martwy. Drzewa wydawały mi się niesamowicie wysokie i strzeliste, a w połączeniu ze ściółką i krzewami tworzą niemal ścianę, nie pozwalającą niczemu wejść w głąb wyspy, nawet promieniom słońca. Nie udało mi się także zaobserwować żadnych zwierząt ani drzew owocowych.

Załoga zaczęła się niepokoić. Kazałem odpaść i rozpocząć testy dryfu. To uspokoiło ludzi, jako że mieli lepsze zajęcia niż oglądanie osławionego brzegu Revii. Testy przebiegły spokojnie. Ku mojemu lekkiemu niezadowoleniu, lecz nie zdziwieniu, nie udało nam się osiągnąć lepszych wyników niż ostatnim razem. Test zakończyliśmy wraz z nastaniem wieczornej warty. Kurs mieliśmy stabilny, w granicach błędu, jaki przewidziałem i nie przewidywałem dodatkowych opóźnień.
Nocną wartę podejmuje oficer wachtowy Eric Angin.
Cytat:
Dziennik Pokładowy.

Dzień 5

Pogoda: Słonecznie, trochę średniej wielkości chmur. Wiatr stały ze wskazania wiatromierza: stabilny szósty stopień. Ciężkie chmury na północno-wschodniej części horyzontu.
Tuz przed zmianą warty na poranną udało nam się osiągnąć kolejny punkt trasy. Wykonaliśmy zwrot i zaczęliśmy powolne opadanie w kierunku Valen. Wskazania wiatromierza od pięciu szklanek są niezmienne: szósty stopień – prawie dziewiętnaście i pół węzła. Statek szedł pełno, baksztagiem prawego halsu przechodzącym w fordewind.  W ciągu szklanki udało nam się dojść do prędkości siedemnastu węzłów – maksymalnej prędkości „Bryzy”.  Jeśli uda nam się utrzymać prędkość i kurs, powinniśmy być w Valen najpóźniej wieczorną wartą.
Dwie szklanki po zmianie warty z porannej, na północnym-wschodzie zaczęły pojawiać się ciężkie chmury burzowe. Nie doszło do zmiany wiatru, co znaczy, że deszcze powinien przejść bokiem, lecz zleciłem wysłanie kogoś na  bocianie gniazdo i obserwowanie wszelkich zmian.
Pierwsza szklanka warty pompowej. Jednej z pomp zęzowych złamała się rączka. Według słów oficera wachtowego Krzywika, pompy są w dobrym stanie, a złamanie nastąpiło z powodu słabości drewna. Zleciłem wykonanie pełnego przeglądu pomp po dopłynięciu do portu. Krzywik zgłosił się do wykonania przeglądu.
Szósta szklanka czwartej warty. Na horyzoncie pojawiła się linia lądu. Porównanie przewidywanego  kursu z wykazami z lunety wskazują na niewielki błąd rzędu dziesięciu do piętnastu mil morskich przesunięcia. Niewielki błąd biorąc pod uwagę czas spędzony bez punktów odniesienia.
Początek warty wieczornej. Pojawiły się światła latarni morskiej Valen. Utrzymujemy stałe i niezmienne tempo. Wiatr powoli opada, wskazania spadają cyklicznie.
Dotarliśmy do Valen około czwartej szklanki wachty wieczornej. Nawigując praktycznie po ciemku udało nam się dopłynąć do basenu portowego. Cumowanie oraz formalności zajęły kolejną szklankę.

egir siedział za biurkiem w swojej kajucie. Późna godzina nie przeszkadzała jego załodze kończyć klaru na statku, a więc i jemu nie powinna przeszkadzać. W tle słyszał krzątających się załogantów oraz Ibana i Irenez, którzy wydawali kolejne rozkazy i instruowali załogę. Domyślał się, że jego pierwsza oficer da żeglarzom jakiegoś rodzaju dyspensę i pozwolenie na zejście na ląd. Sam zresztą zrobiłby to samo – załoga spisała się nadwyraz podczas rejsu i to dzięki jej wysiłkom udało im się dopłynąć w pięć zamiast siedmiu dni. Siedząc przy zapalonej świecy, Kapitan dokonywał kolejnych wpisów w dzienniku pokładowym i uzupełniał brakujące informacje. Wszystko było bowiem ważne. Prędkości, kierunki oraz nawet drobne odchylenia. Wszystko to bowiem przekładało się na dane, które można rozszyfrować i odtworzyć w ten sposób całą trasę, jaką przebyła „Bryza”.  
Wreszcie gdy skończył, sięgnął po schowany list od Frippa i jego wspólnika, po czym otworzył go i zaczął czytać. Ciekawiło go, co znajdzie w liście. Miał nadzieję, że prócz nazw oddziałów najemniczych, wspólnik Frippa będzie tak dobry i poda także informacje gdzie ich szukać. Miał także nadzieję, że w liście znajdą się inne, równie przydatne informacje, które mogłyby pomóc z przygotowaniami oraz uchylić rąbka tajemnicy, którą była tożsamość wspólnika Frippa

// klar – wykonywanie porządków na statkach, głównie związanych z porządkowaniem lin, układaniem żagli oraz sprawdzaniem, czy nic się nie stało ze sprzętem.
05.07.2019, 20:52
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Nabrzeże
#3

egir wyjął list otrzymany od wspólnika Frippa i spojrzał na prostą, nieoznaczoną pieczęć. Przez chwilę rozważał, czy nie poczekać z czytaniem do rana, lecz wiedział, ze odwlekanie nic nie zmieni. Po dłuższej chwili wpatrywania się w ochronny, skórzany materiał, w którym ukryte były kartki, mężczyzna złamał pieczęć i, rozwijając list, zaczął czytać.6
Jak mógł się domyślać,w liście znajdowała się przede wszystkim lista wartych uwagi nazwisk i nazw grup które można  było spotkać w Valen wedle najnowszych informacji Frippa. Ważny punkt stanowiła w nim grupa znana jako Szogun. Jej trzon stanowił niejaki Liu Zhe z Teolii i jego zaufani uczniowie, bracia Lin. Zdarzało się że przyciągali do siebie innych ludzi, których przyjmowali do drużyny, jednakże tylko tymczasowo. Parali się głównie eradykacją potworów, znani byli z tego że nigdy nie przyjęli zlecenia które miałoby szkodzić innym ludziom. Fripp miał okazję raz korzystać z ich usług. Biorąc pod uwagę renomę trójki, jeśli wciąż byli w Valen na pewno rezydowali w górnym mieście.
Kolejną grupą wartą wspomnienia był oddział Valkyra V, z przypisem że "V" jest literą, a nie liczbą. Grupka ta zajmowała się przeróżnymi zleceniami, była gotowa nawet zaaranżować płatne morderstwo za odpowiednią stawkę. Nie pytali, tylko wykonywali rozkazy. Posłusznie, pokornie, co do joty. Ich lidera można było spotkać pewnie w "Pończosze", gdzie często spędzał noce ze swoją ulubioną pracownicą, Letittą.
Trzecim z trzech wspomnianych z osobna ugrupowań byli tak zwani "Porażacze" starego Albusa "Dębowej Nogi". Jest to podróżna gildia, mająca rozbudowaną wewnętrzą hierarchię. Często wynajmowali tylko część ze swoich członków, w czasie gdy inni zajmowali się innymi zadaniami. Z racji swoich rozmiarów byli uniwersalni, często dostrajając się do indywidualnych potrzeb co bogatszych klientów. Jeśli chodziło o moralność i lojalność, stali pomiędzy dwoma powyższymi przykładami.
Co do pojedynczych osób, była lista nazwisk z dopiskami jak duże szanse były na to że znajdują się w mieście. Tutaj jednak nie było żadnych szerszych opisów ich dotyczących, a jedynie data i miejsce gdzie ostatnio byli widziani przez informatorów kupca. Zupełnie osobno od listu, Aegirowi została podarowana notka przeznaczona niejakiemu Wezuwiuszowi Deynnowi, pośrednikowi najemników rezydujacym w Braci Gildii Albion w Valen. Jej treść prosiła o przekazanie Farmartyrowi wiedzy o "aktualnych dawnych współpracownikach znajdujących się aktualnie w mieście" jako "osobie wysokiego zaufania".
Na samym dole, w post scriptum znajdowała się także wzmianka o tym by poszukać ludzi w karczmach, nawet tak podrzędnych jak "Zbój", bo nawet tam mogły się zjawić chętne do pracy dłonie, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach.
Aegir zwinął list z powrotem i schował go do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Widać czekała go długa i żmudna robota poszukiwań. Wiedział jednak, że nic nie można było na to poradzić. Jako, że noc trwała już w najlepsze, kapitan „Bryzy” postanowił rozeznać się w lokalnych nastrojach i karczmach. Nic bowiem nie ułatwia poszukiwań jak znajomość lokalnych karczmarzy.
Wychodząc na pokład, mężczyzna zobaczył Irenez, która wydawała ostanie rozkazy wachcie. Wokół, prócz załogantów nocnej wahty, nie było nikogo. Widać oficer wydała załodze dyspensę. Nie była to rzecz dziwna, szczególnie po tak wyczerpującym rejsie. Sam także zrobiłby to samo.
Aegir podszedł do Irenez i po krótkiej rozmowie, ruszył w jej towarzystwie w stronę nabrzeża i stojących tam przybytków, szukając tawerny, w której będzie mógł wybadać nastroje i przemyśleć zawartość listu oraz kolejne kroki.

Gracz opuścił wątek
11.07.2019, 21:17
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Nabrzeże
#4

czesnym rankiem, gdy tylko słońce wstało zza horyzontu, Aegir obudził się w swojej kajucie na "Bryzie". Poprzedniego wieczoru udało mu się pozyskać pierwszego członka ekspedycji, co  mogło nie wydawać się zbyt dużym osiągnięciem, lecz zważywszy ze nastąpiło to nie później niż dwie godziny od jego przypłynięcia, kapitan był dobrej myśli. Skoro w dwie godziny pozyskał jedną osobę, to w ciągu paru dni powinien posiadać choć trzecią część planowanej liczby ludzi.
Wracając myślami do poprzedniej nocy, myśli mężczyzny powędrowały do nowej towarzyski o dziwnym i, jak na gust Aegira, zbyt prostym imieniu "Chichi". Kobieta na pewno była ciekawą i, najpewniej, pełną sprzeczności osobą. Mimo swojej dość kobiecej budowy i niepodważalnego wdzięku, widać było, że posiada pewien zestaw umiejętności, które mogły przydać się podczas wyprawy. Wydawało się, że kobieta potrafi także o siebie zadbać, szczególnie patrząc na miejsce i towarzystwo, w jakim ją zastał.
Trudno było zrozumieć Aegirowi postać Gustawo, czy jak tam brzmiało jego imię. Wydawał się być wystarczająco elokwentny i inteligentny, jednocześnie posiadając widoczne znajomości z wieloma różnymi typami ludzi. Mimo tego, człowiek ten wydawał się w jakiś sposób śliski i niegodny zaufania. Tym bardziej, że najwidoczniej nie do końca potrafił powstrzymać się od poddania się podstawowym instynktom. A przynajmniej tak można było wnioskować z ukradkowych spojrzeń mężczyzny pełnych jakiegoś dziwnego wyrzutu i, jak zdawało się kapitanowi, źle ukrywanej chuci. Dobrze chociaż, że udało mu się załatwić przy pomocy tego człowieka jakąś, jak można to było nazwać, awaryjną linę ratunkową, dzięki której byłby w stanie znaleźć ludzi do wyprawy.
Aegir westchnął i zarzucając ciałem, wstał energicznie z koi*. Po paru minutach był już ubrany i gotowy do drogi. Przyglądając się sobie krytycznie w wypolerowanym, miedzianym lustrze, stwierdził, że niedługo przyjdzie czas odwiedzić golibrodę. Zabrawszy swój kapitański kapelusz, płaszcz i broń, kapitan "Bryzy" wyszedł na pokład.
Tak jak się spodziewał, nie zastał tam zbyt wielu ludzi. Prócz czterech członków załogi, pełniących wachtę, reszta musiała spać, odsypiając rejs lub późnonocne spotkanie z ulubionym napitkiem żeglarzy.
Rozglądając się, zauważył oficera wachtowego opartego o reling** na rufie. Gdy Aegir podszedł do niego, ten zerwał się i wyprężył niczym struna, salutując po żeglarsku. Oficer wachty wydawał się być młody. W pamięci kapitana pojawiło się jego imię - Darren. Z tego co kojarzył, chłopak pływał na "Bryzie" razem ze swoim ojcem Rogerem od niemal roku i z tego co wiedział Aegir, nie miał nigdy przydzielanych obowiązków oficera wachty. Najpewniej jego ojciec, chcąc by dzieciak został pewnego dnia kimś więcej niż prostym żeglarzem, kazał mu podjąć obowiązki zamiast niego. Co prawda Aegir nie pochwalał tego typu zachowań i mieszania z ustalonym cyklem wacht i zaufanych wachtowych***, lecz jako że byli w porcie, mogła to być dobra okazja by chłopak zrozumiał podstawy i obowiązki, bez wrzucania go na głęboką wodę.
Aegir zamienił parę słów z młodym Darrenem, instruując go, po czym wręczył mu dwa srebrne smoki na opłaty portowe. Z tego co policzył, taka kwota powinna wystarczyć na dwa najbliższe dni, a bosman portowy powinien pojawić się niedługo by pobrać opłatę.
Załatwiwszy najważniejsze i wiedząc, że Irenez będzie w stanie zająć się resztą, jeżeli zaszła by taka potrzeba, Aegir ruszył żwawym krokiem przez miasto. Czekał go pracowity dzień - najpierw rozmowy w Gildii Braci Albion, a później odwiedziny w bibliotece, by wyszukać informacje potrzebne do powoli formujących się planów wyprawy.


// * Koja - takie łóżko na statku
// ** reling - taka barierka biegnąca wzdłuż burty, żeby żeglarze nie wypadli
// ***wachtowy - inaczej oficer wachtowy

Gracz opuścił wątek
28.08.2019, 22:47
Przeczytaj Znajdź Cytuj




Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna