Atarashii



Nabrzeże
#1

Cytat: Port w Valen ukryty jest w zatoce, która została dodatkowo wzmocniona kamiennym pirsem chroniącym statki przed falami. Po zachodniej stronie zatoczki widoczna jest wysoka latarnia morska, która służy okrętom zgubionym w nocy.
Choć sama zatoczka jest dość głęboka oraz wystarczająco duża, by pomieścić niemal sześćdziesiąt dużych jednostek oraz niezliczona ilość mniejszych, całe półkoliste nabrzeże jest wzmocnione mieszanką kamiennych słupów oraz drewnianych kładek, a w wielu miejscach poprowadzone są długie keje wychodzące głęboko w zatokę.
Dodatkowo w centralnej części portu zobaczyć można wielkie żurawie przygotowane do załadunku i rozładunku statków przewożących srebro lub inne ciężkie towary.
w zachodniej części portu widać także okazały budynek będący siedzibą Morskich Sił Porządkowych.
05.07.2019, 20:51
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Nabrzeże
#2

Cytat:
Dziennik Pokładowy.



Wpis Rejsowy nr. 154  

Dziś rozpoczynamy nowy rejs. Wyruszamy z Greathard. Celem jest Valen. Oczekuję dopłynięcia w ciągu czterech do siedmiu dni z powodu zmian kursu oraz obranej trasy. Ładownie mamy puste. W trakcie rejsu przewiduje wykonanie testów dzielności morskiej oraz ćwiczenia z zakresu sondowania głębokościowego. Jeśli pogoda będzie sprzyjać, wykonamy także test dryfu oraz ostrzenia wiatrowego.
Przewidywany kurs: Wypłyniemy z Greathard kierując się na zachód, starając się osiągnąć maksymalne przewidywane odchylenie dziesięciu stopni na północ od zachodu. Kurs utrzymywać będziemy przez ok. 56 mil morskich. Następnie dokonamy zwrotu kierując się na północny wschód od północy, starając się osiągnąć minimum 15 stopni odchylenia od północy. Nie przewiduje zejścia poniżej 25 stopni średniego odchylenia. Nowy kurs utrzymamy przez co najmniej kolejne 120 mil. W tym czasie przewiduje odbycie testów. Następnie, jeśli warunki pozwolą, utrzymamy odchylenie około 25-30 stopni na wschód od północy przez kolejne 140 mil. Po tym czasie zaczniemy manewr odpadania i powolnego opuszczania się w stronę północnego-wchodu płynąc bezpośrednio na port docelowy.



Dzień 1

Pogoda: Słoneczna. Brak większych skupisk chmur. Płytka wiatromierza wahała się pomiędzy 3 a 5 stopniem skali. Morze gładkie, bez oznak nadchodzących burz lub zmian wiatrowych. Horyzont czysty.
Wypłynęliśmy z Greathard równo po trzeciej szklance pierwszej warty. Tarcza słońca była nie wyżej niż osiem stopni powyżej horyzontu. Łagodna bryza od strony portu wiała wprost na północ, nie mogła mieć więcej niż dwa węzły prędkości. Z portu wyszliśmy gładko, wcześniej od większości jednostek.
Stan załogi w momencie wypłynięcia wynosił trzydzieści dwie dusze, z czego pięciu załogantów zaciągnęło się w ostatniej chwili szukając przejścia do Valen. Bosman Batutta przydzielił ich do różnych wart dla bezpieczeństwa ich oraz reszty załogi.
Po wypłynięciu szliśmy lewym ostrym halsem bejdewindu na bezanie oraz sztakslach, z prędkością około sześciu węzłów. W  ciągu dwóch szklanek osiągnęliśmy odpowiednią wysokość i dostosowaliśmy kurs, by wejść na przewidywaną trasę. Po kolejnej szklance udało nam się uzyskać pożądany wektor kursowy i rozwinęliśmy rejówki. Szliśmy prawym halsem w bajdewidzie. Dla uzyskania odpowiedniej wysokości szliśmy praktycznie na granicy łopotu, wspierając się w ostrzeniu sztakslami. Ostatecznie osiągnęliśmy prędkość dziesięciu węzłów.
Osiągnięcie punktu zmiany kursu zajęło nam 11 szklanek. W tym czasie nie zaobserwowałem żadnych zmian czy niebezpieczeństw. Horyzont był czysty, a słońce świeciło równo, bez chmur w zasięgu wzroku.
Zmiana kursu nastąpiła równo szklankę po zmianie warty na pompową. Wiatr wiał równo, wskazania wiatromierza pokazywały między piątym a szóstym stopniem. Niestety drobne zmiany w kierunku wiatru zmusiły nas do długich halsów. Oczekuję, ze wydłuży to czas podróży o około dzień. Na zachodniej części horyzontu dało zauważyć się lekkie chmury, w większości pierzaki.
Kolejne szklanki upływały we względnym spokoju i stałym wietrze. Oddelegowałem trzech doświadczonych załogantów z obecnej wachty: Toma Kotowa, Gregoriego oraz Waleriego do ćwiczeń sondowania głębokości. Doświadczenie i obycie może być dla nich przydatne podczas samej ekspedycji.
Cztery szklanki po zmianie kursu straciliśmy z oczu ląd. Załoga wydawała się mieć dobre nastroje, lecz ze słów bosmana Batutty wynika, że wielu niepokoi się obraniem tak dziwnego kursu i stratą z oczu linii brzegowej. Postanowiłem powiadomić załogę o planowanych testach dzielności morskiej oraz dryfu. Wydaje się, ze to uspokoiło niepokój załogi. Jeśli pogoda dopisze, nie powinno być żadnych problemów z osiągnięciem celów.
Cztery szklanki przed wartą wieczorną wiatr zaczął słabnąć i zmieniać kierunek. Udało nam się wrócić na założony kurs ze stratą około trzech czwartych dnia. Kierunek wiatru przesunął się na zachód o około dziesięć stopni.
Nocną wartę podejmuje oficer wachtowy Witold Krzywik.

// Wiatromierze na statkach tego okresu są prymitywniejszą oraz prostszą wersją wiatromierzy Wilda. 3 stopień to wiatr ok. 4 m/s, 5 stopień to wiatr ok. 8 m/s.
// 3 szklanki pierwszej warty  to około godziny 5:30
// 2 szklanki to 1 godzina.
// rejówki – żagle rejowe
// warta pompowa – warta od 12 do 16, w której żeglarze schodzą do pomp zęzowych i wypompowują wodę zęzy (odsyłam do Wiki)
// pierzaki – chmury typu cirrocumulus (odsyłam do Wiki)
// Cztery szklanki przed wartą wieczorną – godzina 18:00
Cytat:
Dziennik Pokładowy.

Dzień 3

Pogoda: Słońce. Wiatr umiarkowany między czwartym, a szóstym stopniem wiatromierza. Brak oznak nadchodzących sztormów lub znaczących zmian.
Wiatr wzmógł się zaraz po zmianie warty na poranną. Przez kolejne cztery szklanki wzmagał się, a wskazania wiatromierza ostatecznie wyrównały się na poziomie między piątym, a szóstym stopniem. Kierunek uległ odchyleniu o pięć stopni na zachód. To powinno dać nadrobić nam kolejną ćwiartkę dnia. Zarządziłem rozpoczęcie testu dzielności morskiej na zmianę warty szklankę tuż po zmianie warty.
Statek idzie bajdewindem lewego halsu. Według wyliczeń nie musimy przyostrzać, lecz kazałem załodze osiągnąć maksymalną wysokość. Udaje utrzymać się prędkość na poziomie dziewięciu i pół do dziesięciu węzłów.
Test dzielności morskiej przeszedł pomyślnie. Udało nam się osiągnąć maksymalny kąt pięćdziesięciu czterech i pół stopnia i utrzymać żagle bez łopotu na prawie całą szklankę, osiągając prędkość siedmiu i pół węzła. Wykonaliśmy przygotowania oraz udało nam się wykonać zwrot przez sztag przy luźnych rejówkach. Przeciąganie na szotach zdało egzamin, choć znacznie spowolniło czas wykonywania zwrotu.  
Powrotny zwrot wykonaliśmy przez rufę i przez kolejne trzy szklanki odzyskiwaliśmy wytraconą prędkość. Załoga wydawała się zadowolona pomyślnie wykonanym testem. Zezwoliłem na toast i otworzyliśmy jedną z beczek rumu.
Dwie szklanki po rozpoczęciu warty pompowej na horyzoncie pojawiła się linia brzegowa. Zgodnie z wyliczonym kursem, w ciągu dwóch szklanek powinniśmy znaleźć się w punkcie krytycznym, w którym znajdziemy się niecałe czterdzieści mil od brzegu Revii.
Przez długość jednej warty udało mi się obserwować brzeg Revii przy użyciu lunety. Tak jak się spodziewałem, nie znalazłem tam czerwono-czarnych drzew opisanych przez Poloniusza. Jak udało mi się zaobserwować, woda wokół wydaje się być spokojna i niezmącona, lecz plaże są płaskie i piaszczyste – może to oznaczać tylko, że wzrost głębokości przy brzegu musi być znaczny, a duża część przybrzeżnego dna jest mulista i zmienna. Wątpię też, by można było znaleźć tam ostre skały – brak jest charakterystycznych zawirowań, a samo wystawienie na nieosłonięte morze wyklucza możliwość pojawienia się raf. Dostęp do brzegu nie powinien być więc trudny. Istnieje co prawda możliwość wystąpienia prądów przybrzeżnych, lecz powinny być one dość stałe biorąc pod uwagę regularność linii brzegowej.
Jak udało mi się zobaczyć, ląd wydawał się niemal martwy. Drzewa wydawały mi się niesamowicie wysokie i strzeliste, a w połączeniu ze ściółką i krzewami tworzą niemal ścianę, nie pozwalającą niczemu wejść w głąb wyspy, nawet promieniom słońca. Nie udało mi się także zaobserwować żadnych zwierząt ani drzew owocowych.

Załoga zaczęła się niepokoić. Kazałem odpaść i rozpocząć testy dryfu. To uspokoiło ludzi, jako że mieli lepsze zajęcia niż oglądanie osławionego brzegu Revii. Testy przebiegły spokojnie. Ku mojemu lekkiemu niezadowoleniu, lecz nie zdziwieniu, nie udało nam się osiągnąć lepszych wyników niż ostatnim razem. Test zakończyliśmy wraz z nastaniem wieczornej warty. Kurs mieliśmy stabilny, w granicach błędu, jaki przewidziałem i nie przewidywałem dodatkowych opóźnień.
Nocną wartę podejmuje oficer wachtowy Eric Angin.
Cytat:
Dziennik Pokładowy.

Dzień 5

Pogoda: Słonecznie, trochę średniej wielkości chmur. Wiatr stały ze wskazania wiatromierza: stabilny szósty stopień. Ciężkie chmury na północno-wschodniej części horyzontu.
Tuz przed zmianą warty na poranną udało nam się osiągnąć kolejny punkt trasy. Wykonaliśmy zwrot i zaczęliśmy powolne opadanie w kierunku Valen. Wskazania wiatromierza od pięciu szklanek są niezmienne: szósty stopień – prawie dziewiętnaście i pół węzła. Statek szedł pełno, baksztagiem prawego halsu przechodzącym w fordewind.  W ciągu szklanki udało nam się dojść do prędkości siedemnastu węzłów – maksymalnej prędkości „Bryzy”.  Jeśli uda nam się utrzymać prędkość i kurs, powinniśmy być w Valen najpóźniej wieczorną wartą.
Dwie szklanki po zmianie warty z porannej, na północnym-wschodzie zaczęły pojawiać się ciężkie chmury burzowe. Nie doszło do zmiany wiatru, co znaczy, że deszcze powinien przejść bokiem, lecz zleciłem wysłanie kogoś na  bocianie gniazdo i obserwowanie wszelkich zmian.
Pierwsza szklanka warty pompowej. Jednej z pomp zęzowych złamała się rączka. Według słów oficera wachtowego Krzywika, pompy są w dobrym stanie, a złamanie nastąpiło z powodu słabości drewna. Zleciłem wykonanie pełnego przeglądu pomp po dopłynięciu do portu. Krzywik zgłosił się do wykonania przeglądu.
Szósta szklanka czwartej warty. Na horyzoncie pojawiła się linia lądu. Porównanie przewidywanego  kursu z wykazami z lunety wskazują na niewielki błąd rzędu dziesięciu do piętnastu mil morskich przesunięcia. Niewielki błąd biorąc pod uwagę czas spędzony bez punktów odniesienia.
Początek warty wieczornej. Pojawiły się światła latarni morskiej Valen. Utrzymujemy stałe i niezmienne tempo. Wiatr powoli opada, wskazania spadają cyklicznie.
Dotarliśmy do Valen około czwartej szklanki wachty wieczornej. Nawigując praktycznie po ciemku udało nam się dopłynąć do basenu portowego. Cumowanie oraz formalności zajęły kolejną szklankę.

egir siedział za biurkiem w swojej kajucie. Późna godzina nie przeszkadzała jego załodze kończyć klaru na statku, a więc i jemu nie powinna przeszkadzać. W tle słyszał krzątających się załogantów oraz Ibana i Irenez, którzy wydawali kolejne rozkazy i instruowali załogę. Domyślał się, że jego pierwsza oficer da żeglarzom jakiegoś rodzaju dyspensę i pozwolenie na zejście na ląd. Sam zresztą zrobiłby to samo – załoga spisała się nadwyraz podczas rejsu i to dzięki jej wysiłkom udało im się dopłynąć w pięć zamiast siedmiu dni. Siedząc przy zapalonej świecy, Kapitan dokonywał kolejnych wpisów w dzienniku pokładowym i uzupełniał brakujące informacje. Wszystko było bowiem ważne. Prędkości, kierunki oraz nawet drobne odchylenia. Wszystko to bowiem przekładało się na dane, które można rozszyfrować i odtworzyć w ten sposób całą trasę, jaką przebyła „Bryza”.  
Wreszcie gdy skończył, sięgnął po schowany list od Frippa i jego wspólnika, po czym otworzył go i zaczął czytać. Ciekawiło go, co znajdzie w liście. Miał nadzieję, że prócz nazw oddziałów najemniczych, wspólnik Frippa będzie tak dobry i poda także informacje gdzie ich szukać. Miał także nadzieję, że w liście znajdą się inne, równie przydatne informacje, które mogłyby pomóc z przygotowaniami oraz uchylić rąbka tajemnicy, którą była tożsamość wspólnika Frippa

// klar – wykonywanie porządków na statkach, głównie związanych z porządkowaniem lin, układaniem żagli oraz sprawdzaniem, czy nic się nie stało ze sprzętem.
05.07.2019, 20:52
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Nabrzeże
#3

egir wyjął list otrzymany od wspólnika Frippa i spojrzał na prostą, nieoznaczoną pieczęć. Przez chwilę rozważał, czy nie poczekać z czytaniem do rana, lecz wiedział, ze odwlekanie nic nie zmieni. Po dłuższej chwili wpatrywania się w ochronny, skórzany materiał, w którym ukryte były kartki, mężczyzna złamał pieczęć i, rozwijając list, zaczął czytać.6
Jak mógł się domyślać,w liście znajdowała się przede wszystkim lista wartych uwagi nazwisk i nazw grup które można  było spotkać w Valen wedle najnowszych informacji Frippa. Ważny punkt stanowiła w nim grupa znana jako Szogun. Jej trzon stanowił niejaki Liu Zhe z Teolii i jego zaufani uczniowie, bracia Lin. Zdarzało się że przyciągali do siebie innych ludzi, których przyjmowali do drużyny, jednakże tylko tymczasowo. Parali się głównie eradykacją potworów, znani byli z tego że nigdy nie przyjęli zlecenia które miałoby szkodzić innym ludziom. Fripp miał okazję raz korzystać z ich usług. Biorąc pod uwagę renomę trójki, jeśli wciąż byli w Valen na pewno rezydowali w górnym mieście.
Kolejną grupą wartą wspomnienia był oddział Valkyra V, z przypisem że "V" jest literą, a nie liczbą. Grupka ta zajmowała się przeróżnymi zleceniami, była gotowa nawet zaaranżować płatne morderstwo za odpowiednią stawkę. Nie pytali, tylko wykonywali rozkazy. Posłusznie, pokornie, co do joty. Ich lidera można było spotkać pewnie w "Pończosze", gdzie często spędzał noce ze swoją ulubioną pracownicą, Letittą.
Trzecim z trzech wspomnianych z osobna ugrupowań byli tak zwani "Porażacze" starego Albusa "Dębowej Nogi". Jest to podróżna gildia, mająca rozbudowaną wewnętrzą hierarchię. Często wynajmowali tylko część ze swoich członków, w czasie gdy inni zajmowali się innymi zadaniami. Z racji swoich rozmiarów byli uniwersalni, często dostrajając się do indywidualnych potrzeb co bogatszych klientów. Jeśli chodziło o moralność i lojalność, stali pomiędzy dwoma powyższymi przykładami.
Co do pojedynczych osób, była lista nazwisk z dopiskami jak duże szanse były na to że znajdują się w mieście. Tutaj jednak nie było żadnych szerszych opisów ich dotyczących, a jedynie data i miejsce gdzie ostatnio byli widziani przez informatorów kupca. Zupełnie osobno od listu, Aegirowi została podarowana notka przeznaczona niejakiemu Wezuwiuszowi Deynnowi, pośrednikowi najemników rezydujacym w Braci Gildii Albion w Valen. Jej treść prosiła o przekazanie Farmartyrowi wiedzy o "aktualnych dawnych współpracownikach znajdujących się aktualnie w mieście" jako "osobie wysokiego zaufania".
Na samym dole, w post scriptum znajdowała się także wzmianka o tym by poszukać ludzi w karczmach, nawet tak podrzędnych jak "Zbój", bo nawet tam mogły się zjawić chętne do pracy dłonie, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach.
Aegir zwinął list z powrotem i schował go do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Widać czekała go długa i żmudna robota poszukiwań. Wiedział jednak, że nic nie można było na to poradzić. Jako, że noc trwała już w najlepsze, kapitan „Bryzy” postanowił rozeznać się w lokalnych nastrojach i karczmach. Nic bowiem nie ułatwia poszukiwań jak znajomość lokalnych karczmarzy.
Wychodząc na pokład, mężczyzna zobaczył Irenez, która wydawała ostanie rozkazy wachcie. Wokół, prócz załogantów nocnej wahty, nie było nikogo. Widać oficer wydała załodze dyspensę. Nie była to rzecz dziwna, szczególnie po tak wyczerpującym rejsie. Sam także zrobiłby to samo.
Aegir podszedł do Irenez i po krótkiej rozmowie, ruszył w jej towarzystwie w stronę nabrzeża i stojących tam przybytków, szukając tawerny, w której będzie mógł wybadać nastroje i przemyśleć zawartość listu oraz kolejne kroki.

Gracz opuścił wątek
11.07.2019, 21:17
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Nabrzeże
#4

czesnym rankiem, gdy tylko słońce wstało zza horyzontu, Aegir obudził się w swojej kajucie na "Bryzie". Poprzedniego wieczoru udało mu się pozyskać pierwszego członka ekspedycji, co  mogło nie wydawać się zbyt dużym osiągnięciem, lecz zważywszy ze nastąpiło to nie później niż dwie godziny od jego przypłynięcia, kapitan był dobrej myśli. Skoro w dwie godziny pozyskał jedną osobę, to w ciągu paru dni powinien posiadać choć trzecią część planowanej liczby ludzi.
Wracając myślami do poprzedniej nocy, myśli mężczyzny powędrowały do nowej towarzyski o dziwnym i, jak na gust Aegira, zbyt prostym imieniu "Chichi". Kobieta na pewno była ciekawą i, najpewniej, pełną sprzeczności osobą. Mimo swojej dość kobiecej budowy i niepodważalnego wdzięku, widać było, że posiada pewien zestaw umiejętności, które mogły przydać się podczas wyprawy. Wydawało się, że kobieta potrafi także o siebie zadbać, szczególnie patrząc na miejsce i towarzystwo, w jakim ją zastał.
Trudno było zrozumieć Aegirowi postać Gustawo, czy jak tam brzmiało jego imię. Wydawał się być wystarczająco elokwentny i inteligentny, jednocześnie posiadając widoczne znajomości z wieloma różnymi typami ludzi. Mimo tego, człowiek ten wydawał się w jakiś sposób śliski i niegodny zaufania. Tym bardziej, że najwidoczniej nie do końca potrafił powstrzymać się od poddania się podstawowym instynktom. A przynajmniej tak można było wnioskować z ukradkowych spojrzeń mężczyzny pełnych jakiegoś dziwnego wyrzutu i, jak zdawało się kapitanowi, źle ukrywanej chuci. Dobrze chociaż, że udało mu się załatwić przy pomocy tego człowieka jakąś, jak można to było nazwać, awaryjną linę ratunkową, dzięki której byłby w stanie znaleźć ludzi do wyprawy.
Aegir westchnął i zarzucając ciałem, wstał energicznie z koi*. Po paru minutach był już ubrany i gotowy do drogi. Przyglądając się sobie krytycznie w wypolerowanym, miedzianym lustrze, stwierdził, że niedługo przyjdzie czas odwiedzić golibrodę. Zabrawszy swój kapitański kapelusz, płaszcz i broń, kapitan "Bryzy" wyszedł na pokład.
Tak jak się spodziewał, nie zastał tam zbyt wielu ludzi. Prócz czterech członków załogi, pełniących wachtę, reszta musiała spać, odsypiając rejs lub późnonocne spotkanie z ulubionym napitkiem żeglarzy.
Rozglądając się, zauważył oficera wachtowego opartego o reling** na rufie. Gdy Aegir podszedł do niego, ten zerwał się i wyprężył niczym struna, salutując po żeglarsku. Oficer wachty wydawał się być młody. W pamięci kapitana pojawiło się jego imię - Darren. Z tego co kojarzył, chłopak pływał na "Bryzie" razem ze swoim ojcem Rogerem od niemal roku i z tego co wiedział Aegir, nie miał nigdy przydzielanych obowiązków oficera wachty. Najpewniej jego ojciec, chcąc by dzieciak został pewnego dnia kimś więcej niż prostym żeglarzem, kazał mu podjąć obowiązki zamiast niego. Co prawda Aegir nie pochwalał tego typu zachowań i mieszania z ustalonym cyklem wacht i zaufanych wachtowych***, lecz jako że byli w porcie, mogła to być dobra okazja by chłopak zrozumiał podstawy i obowiązki, bez wrzucania go na głęboką wodę.
Aegir zamienił parę słów z młodym Darrenem, instruując go, po czym wręczył mu dwa srebrne smoki na opłaty portowe. Z tego co policzył, taka kwota powinna wystarczyć na dwa najbliższe dni, a bosman portowy powinien pojawić się niedługo by pobrać opłatę.
Załatwiwszy najważniejsze i wiedząc, że Irenez będzie w stanie zająć się resztą, jeżeli zaszła by taka potrzeba, Aegir ruszył żwawym krokiem przez miasto. Czekał go pracowity dzień - najpierw rozmowy w Gildii Braci Albion, a później odwiedziny w bibliotece, by wyszukać informacje potrzebne do powoli formujących się planów wyprawy.


// * Koja - takie łóżko na statku
// ** reling - taka barierka biegnąca wzdłuż burty, żeby żeglarze nie wypadli
// ***wachtowy - inaczej oficer wachtowy

Gracz opuścił wątek
28.08.2019, 22:47
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Nabrzeże
#5

zedłem w milczeniu, obserwując swoje beztroskie towarzystwo. Cieszyli się jak skończeni idioci, jak psy, którym ktoś miał rzucić niebawem najzwyklejszy ochłap mięsa, nie wiedząc, że są prowadzeni tylko i wyłącznie na rzeź... Dlatego właśnie zacząłem szukać siły, potęgi i środków na realizację celów. Mistrz powtarzał często, że zawsze znajdzie się ktoś silniejszy... w tym i w każdym innym przypadku, chciałem być to ja. „Ci wszyscy ludzie nie rozumieją swojej własnej natury...” - myślałem, krzywiąc się z obrzydzenia. „Tylko potęga może zerwać kajdany... więc tylko to jest jedyna słuszna droga”. Dziś prawdopodobnie po raz pierwszy w swoich nędznych życiach mogli przysłużyć się czemuś większemu niż wypełnienie swoich błahych potrzeb. Wspierając mnie, wspierali mój cel i w ten właśnie sposób przyczynili się do zwiększenia moich szans na przemianę tego świata. Teraz była ich ostatnia misja... To przez panujący ustrój stałem się tym, kim jestem teraz,, więc moim nadrzędnym celem jest likwidacja tej wylęgarni potworów. „Dzieło stworzenia zaprawdę warte jest zniszczenia”

Całe burzliwe przemyślenia nie przysłaniały głównej i metodycznej strony... Kierując się nabrzeżem, wzdłuż doków wybierałem cały czas odpowiednie miejsce, próbując nie wzbudzać podejrzeń swoich pomocników. Miejsce miało być przede wszystkim osłonięte przed nieplanowanymi świadkami, przysłonięte i przyjemnie odosobnione. Kiedy tylko takie znalazłem i byłem niemal pewny, że nikt nas nie obserwuje z uśmiechem, skinąłem przyjaźnie na swoich towarzyszy i w praktycznie niezauważalny sposób uaktywniłem swoją zdolność nawarstwiania mgły. Aby odwrócić uwagę, stanąłem przodem do toni wodnej i zacząłem mówić spokojnie i koleżeńsko, tak aby ukoić dusze przed ich przeprawą na drugą stronę.

- Dobrze moi drodzy towarzysze, to tutaj. Musimy poczekać jeszcze chwilkę, a w międzyczasie omówimy temat wynagrodzenia. Obiecałem wam nagrodę, nagrodę na miarę tego świata... pewnie zastanawiacie się, co to może być? Powiem wam od razu, że coś o wiele przyjemniejszego niż czysty złoty smok, jest to coś, co uwalania od wszelkich trosk... - mówiłem, nawarstwiając coraz bardziej i bardziej mgłę wyliczając odległości, siłę i taktykę, tak by ta najprostsza czynność była wykonana, jak najlepiej i bez żadnych pomyłek. Kiedy tylko byłem gotowy, postanowiłem zaatakować z zaskoczenia, zwieńczając kwestię smutnym, ale dosyć prawdziwym zdaniem... - Niestety, ten świat nigdy nie był sprawiedliwy...

Zasłużyli na szybką i bezbolesną śmierć... Ich ofiara, nigdy nie przyniosła satysfakcji, ponieważ, nie poznali i nie szukali znaczenia słowa POTĘGA. Nadrzędnym planem była likwidacja wszystkich czterech celów jednocześnie w jak najszybszy sposób. W tym celu wykreowałem z many w pobliskim zbiorniku wodnym cztery macki, a następnie korzystając z zaskoczenia i tego, że moje cele są zwrócone do mnie, a nie w stronę wody, posłałem je z aktywnymi Łoteroterami wprost w plecy moich byłych już sług. Jeśli to się udało, wystarczyło posprzątać toteż, gdy tylko uporałem się z niedogodnością, wrzuciłem nieszczęśników do wody, asystując się mackami, w miejscu, gdzie była odpowiednio głęboka i mętna oraz poprowadziłem macki, tak by jeszcze przez pewien czas utrzymały cele pod wodą, odciągając je od brzegu, tak by prędko już nie wypłynęły



Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






04.04.2020, 22:54
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Nabrzeże
#6

ak jak planowałem... Kiedy tylko mgła otoczyła mężczyzn metodycznie zacząłem to, co zabójcy robią najlepiej. Jeden. Drugi. Trzeci. Jeden za drugim, niczym zapałki, życia i szczęście mężczyzn, którzy niedawno byli jeszcze chłopcami, kończyły się zdmuchnięte przez członka rodu Star. W końcu pozostał tylko ostatni, najmłodszy. Patrząc na mnie zaczął zalewać się łzami. On jeden zdążył zrozumieć co się dzieje. Padł na ziemię i zaczął błagać o litość. Nie wobec siebie. Wobec ich ojca i siostry. Dziwne... Zamiast uciekać, zaczął czołgać się po ziemi w stronę nóg zabójcy swoich braci. Czołgać się i błagać, bym nie ruszył za ojcem i nie ruszył za siostrą. Bym pozwolił im żyć. Ciągle tylko szlochał i czołgał się i jedyne co było dostrzegalne w jego oczach to szaleńcza desperacja i zrozumienie.

- Cichutko mój drogi... - powiedziałem uspokajająco przykucając lekko. - Nic im nie będzie, ale dopilnuję, żeby każdy jeden potwór odpowiedzialny za twoją i moją krzywdę, miał szansę przeprosić cię w Avaroku. - zwieńczając kwestię pozwoliłem, by macka owinęła się wokoło szyi nieszczęśnika i zacisnęła na strunach głosowych, a następnie wciągnęła jego oraz pozostałości towarzyszy wprost w mroczną toń morską. Biedak umarł z błaganiem na ustach i niemą prośbą w oczach. Dźwięk jego targanego przez macki ciała zdawał się wybrzmiewać niezwykle głośno w panującej ciszy. Po chwili w ciemnej, zamglonej uliczce pozostałem już tylko ja oraz dziwna nienaturalna cisza i kłębiąca się mgła.

Teraz wreszcie, wolny od problemów, mogłem chociaż trochę zbliżyć się do jednego z moich celów. Miałem najszczerszą nadzieję, że wszelakie kwestie jakich potrzebowała ode mnie Sfora w dziedzinie protezy, będą mogły zostać rozwiązane możliwie szybko, tak bym jeszcze dziś mógł doczekać się spotkania z rudowłosą księżniczką... Jej niecierpliwość prawdopodobnie może okazać się o wiele bardziej zabójcza, niż sam gniew władcy mroku, który to pozbawił mnie kończyny. "Thornie, chroń lepiej swojego wyznawcę i prowadź ku spełnieniu ambicji!" - pomyślałem z lekkim przekąsem i uśmiechem, po czym odwróciłem się na pięcie i pewnym krokiem ruszyłem w kierunku celu, jakby to co się tutaj wydarzyło jeszcze parę minut temu, było czymś tak znaczącym, jak najzwyklejsze oddanie moczu.


Gracz opuścił wątek


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






04.08.2020, 22:43
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Nabrzeże
#7

ożegnanie z Kocią Panią nie przyniosło satysfakcji. Pożądałem od tego spotkania czegoś więcej, niż planu na nową rękę i paru łyków średniego wina... Kto wie, może za dużo pożądam? A jeśli już o pożądaniu mowa... Gdzie do diaska moja podstawowa jego istota?! Postanowiłem spróbować wykorzystać swój węch przypominając sobie woń z uciętego i zaplecionego kosmyka Mędrczyni, tak jak to robiłem kiedyś w celach poszukiwawczych, po czym ruszyłem do Łosiosia ciągle szukając pociągającej woni.

Niestety, poszukiwania nie dały rezultatów. A przynajmniej na początku. Dopiero po powrocie pod Łososia, wyczułem zapach Vin. Niestety, jej i kogoś jeszcze. Zapach przywodził mi na myśl niedźwiedzia skąpanego we krwi o niezwykle wysublimowanym guście co do wody kolońskiej... Trop prowadził przez miasto. Do jego dolnej części. Dopiero po dłuższej chwili kluczenia i błądzenia, odnalazłem miejsce, gdzie zapach Mędrczyni był niezwykle silny - Piekarnia "Ciepła bułeczka". A dokładniej - pokój na piętrze. Z uwagi na późno-wczesną porę, gdy słońce dopiero wychyliło się zza horyzontu, piekarnia była zamknięta. Najpewniej piekarz w środku dopiero rozpalał piec by przygotować poranną partię pieczywa.

W głowie zaczęły mi się pojawiać liczne pytania oraz dosyć specyficzne myśli zabarwione nie do końca sprecyzowaną formą emocjonalną. Mimowolnie moje kły zagryzły dolną wargę, a mięśnie i ciało zaczęło podlegać instynktowi napinając się i wyostrzając zmysły, z nadzieją jak najszybszego zebrania informacji na temat tego co w tym momencie dzieje się z czerwonowłosą zabójczynią. Niestety, sprawa najprawdopodobniej nie była tak prosta, jak bym tego chciał, coś czułem, że zniknięcie piękności to coś więcej, niż tylko głupi psikus, czy kaprys za lekkie ociąganie się ze sprawą wozów, a dodatkowy zapach tylko namnażał podejrzeń... Zacząłem najzwyczajniej w świecie węszyć w poszukiwaniu poszlak mogących naprowadzić mnie na rozwiązanie tej irytującej sytuacji. Na początek bazując na węchu obszedłem domostwo dookoła poszukując czegokolwiek odstającego od normy. W zasadzie każda obecność czerwonowłosej niosła za sobą szeroko pojętą rozrubę, więc może i tym razem coś takiego mogło mieć miejsce...  Plan zawierał, że jeżeli nie znalazłem niczego sensownego, spróbowałem podpytać nieco u piekarza korzystając przy okazji z pretekstu do zakupienia śniadania, a jeżeli i to na nic by się nie zdało to sfrustrowany ruszyłbym w kierunku gospody w której byłem pierwotnie z nią umówiony, aby zaznać nieco wytchnienia i snu, a także zasięgnąć ogólnych wieści z nadzieją, że problemy same się jakkolwiek rozwiążą. Węszenie ogólnie trochę mi zajęło. Zapach zdawał się rozchodzić od budynku, lecz niknąć tuż przy nim. Dopiero po dłuższej chwili zauważyłem, że najsilniejszą woń czuję, gdy stoję przy jednej ze ścian. W niej zaś, na wysokości drugiego piętra, pełniącego zapewne też rolę strychu, widać było uchylone okno. To przez nie musiał wydostawać się zapach! Cała ta akcja dawała dużo do myślenia i nerwów z lekka za niefrasobliwość Mędrczyni, a także na całą tę sytuację oraz niepohamowaną i specyficzną potrzebę podążania za czerwonowłosą.

Oceniłem spokojnie możliwość bezpiecznego wspindrania się w okolice epicentrum zapachu przy jednoczesnym pozostaniu niezauważonym. Za czasów posiadania obu rąk, bezszelestne wejście przy moich umiejętnościach to byłaby dziecinna igraszka, zaś teraz wystarczyło użyć wodnej ręki żeby się wciągnąć, ale czy było to konieczne?

Z racji, że był to poranek to i była szansa na poranną mgłę w najbliższej okolicy, zwłaszcza bacząc na lokalizację i jeżeli ta mgła rzeczywiście, by była to nie byłoby niczym dziwnym, gdyby tej mgły zrobiło się nieco więcej za sprawą magicznych zdolności. Jeżeli zaś tej mgły w ogóle by nie było, to była to całkiem niezła szansa na polepszenie parametrów swojej zdolności mnożąc po wielokroć zasięg zaklęcia...

Zdając się na skrytobójcze poczucie bezpieczeństwa i korzystając z mackowej asysty i płaszcza mgły dookoła ostrożnie spróbowałem się znaleźć tuż pod otwartym oknem, by po upewnieniu, czy jest dostatecznie bezpiecznie, wejść do środka. Poranek był wczesny wystarczająco, by na ulicach nie było jeszcze zbyt wielu ludzi. Mgły co prawda nie było, ale wiała przyjemna bryza znad portu. Nietrudnym było więc stworzenie dla mnie mgły, która zdawałaby się nawiewać znad okolic przystani i snuć się nisko wokół budynków. Samo wejście na górę też nie stanowiło problemu. Niewidziany przez nikogo, użyłem swoich zdolności by wspiąć się do pomieszczenia. Nie okazało się to szczególnie trudne, biorąc pod uwagę, ze w ścianie ktoś stworzył niemal drabiniastą ścieżkę, ukrytą na pierwszy rzut oka, lecz łatwą do odnalezienia przy bliższym przyjrzeniu się ścianie - to tu lekki uszczerbek w zaprawie, to tam ubytek w belce, to znów nierówno ustawiona, wysunięta cegiełka. I tak oto w ciągu paru sekund znalazłem się w pomieszczeniu. Tam zaś, mój nos zalała fala zapachów - Vin na pewno tu była. Do moich nozdrzy dotarł zapach ciepłego łoża, potu, lekka stęchlizna pomieszczenia i stary zapach zakurzonego drewna. Zmuszając swój wyczulony nos do pracy, byłem w stanie rozróżnić wśród zapachów dwie osoby, które spędziły tu dłuższy czas - najpewniej noc - jedną z nich musiała być Vin. Drugi należał do mężczyzny, którego nie znałem. Węsząc dalej, wyczuć mogłem, że ich zapachy prowadzą na dach budynku. Do tego zaś były dość świeże - nie mogli być tu dawniej niż godzinę temu...
Od nawału informacji dosłownie zaczęło się we mnie gotować. Nie rozumiałem wtedy co się ze mną dzieje. Mój niedojrzały emocjonalnie umysł nie był w stanie ogarnąć tej fali  sprzecznych odczuć. Nie było się ku temu co dziwić, przecież byłem ledwie wychowywany przez skupionego na potędze smoka, który zaszczepił we mnie lękliwe pragnienie siły oraz wyrachowanego łotra, który co rusz wbijał kosę w plecy, nawet u krańca swojego życia. Można było rzec, że w dziedzinie emocjonalnej tamtejszy Mest był ciągle dzieckiem, a co gorsza dzieckiem z siłą dostateczną, by nigdy nie musieć dojrzewać do sytuacji w której nie otrzymuje się tego co się zachciało i wymarzyło. Tutaj było po prostu inaczej niż zwykle... Po raz pierwszy od dawna nie miałem na coś wpływu. Utrata ręki wydawała się nie być w tym momencie tak straszna, jak nie spełnienie zachcianki, bo tam wystarczyło stać się silniejszym, znaleźć jakieś obejście... Zaś tutaj? Czułem czysty, soczysty i nieokiełznany gniew. Chciwość, czyli mój największy grzech dawał o sobie znać teraz jak nigdy przedtem. Mimowolnie macki jako przedłużenie mojej woli zaczęły wysuwać się spod pancerza, lecz tym razem przesiąknięte gniewem z każdą chwilą rozgrzewały się coraz bardziej.

Oszczędzając resztki sił psychicznych i próbując się opamiętać zacząłem chaotycznie rozglądać się po izbie szukając jakiejkolwiek poszlaki, co do tego gdzie mogła udać się moja czerwonowłosa lisica, a także do kogo należy ten przeklęty pokój. Jeżeli bym niczego nie znalazł, chciałem pozwolić na manifestację gniewu rozpierdalając pomieszczenie swoją absurdalną siłą oraz stadem rozjuszonych wrzących macek, a następnie uciec przez otwarte okno na dach próbując łapać w nozdrza jakiekolwiek inne poszlaki, bądź cokolwiek sugerującego gdzie jest jego cel... Na szczęście, bądź nieszczęście tuż przed tym, jak miałem zniszczyć pomieszczenie, trafiłem na trop. Trop słaby i niezbyt mocny, jak gdyby ktoś próbował go maskować. Trop ten prowadził dalej w miasto, w stronę portu. Prowadził, co zadziwiające, po dachach. Nawet nie pozwalając na jakieś większe zastanowienia ruszyłem wręcz instynktownie za tropem niczym pies gończy. Mieszanina emocji jakiej doświadczałem nie była prosta do utrzymania i jedynie czyste skupienie na celu pozwalało mi nie ulegać krwistej żądzy i potrzeby jej rozładowania...

Nie zajęło mi długo, nim znów trafiłem w okolice portu. Ku dalszemu zdziwieniu, zapach Vin prowadził niedaleko miejsca, gdzie niespełna pół godziny temu pożegnałem synów farmera. Sam zapach prowadził do ulicy z magazynami, lecz tutaj się urywał. Jakby zbyt wiele zapachów nakładających się na siebie. I co dziwne, praktycznie żadnego zapachu Vin. Tak jakby ten znikał nagle wpół kroku. Pozbawiony tropu zacząłem więc węszyć za zapachem "niedźwiedzia" bądź innego charakterystycznego, niepasującego do smrodu dzielnicy portowej. Jeżeli tego było mało, próbowałem znaleźć coś co nie pasowało wizualnie do terenu w którym jeszcze niedawno przebywałem...

Umysł samoczynnie narzucał setki pytań mających jakkolwiek zbliżyć mnie do celu pośród tej tułaczki... "Jacyś ludzie? Jakieś ślady? A może któryś magazyn? Może zacząć sprawdzać każdy z osobna? Może minimalna infiltracja i zdobycie poszlak, na przykład poprzez nierówne deski? Może jest jakieś niedomknięte okno? Może dochodzą do moich uszu mędrca jakieś znaczące elementy rozmowy, która mogłaby go jakkolwiek zaprowadzić dalej. COKOLWIEK!?"


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






01.04.2021, 22:32
Przeczytaj Znajdź Cytuj




Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja bez grafiki