Atarashii



Wymarłe domostwo rzemiosła stolarskiego
#1

Cytat:
om nie wyróżnia się niczym specjalnym, jest zbudowany z drewna, tuż przed domem widać świeżo obrobioną drewnianą szafę i kilka oheblowanych desek luzem opartych o obiekt mieszkalny, tak jakby ktoś miał po nie wrócić, aby dokończyć inne drewniane dzieło. Poza tym luzem położony jest również spory fragment drewnianego płotu i charakterystyczny kołek na wampiry. Co ważniejsze widać masę pajęczyn dookoła, tak jakby z zabiegania od pracy nikt nie miał czasu ich zgarnąć. W oknie jeszcze świeciła się świeczka, którą z oddali było widać w tę okropną jak zwykle pogodę, tak jakby jeszcze tej nocy ktoś tam spał, choć mogło dawać to mylne złudzenie. Przed opuszczonym domem stolarki kręciło się parę dzieciaków i przesiadywała jedna osoba, może dlatego, iż jest to świeże miejsce, gdzie dopiero została zainicjowana awantura. Wiadomym jest, iż parę osób zwariowało i chce się narazić. Nad domem powieszony jest szyld, który ma dawać innym do zrozumienia, iż mieszka tu stolarka. Sam dom jest całkiem duży. Widać, że kobieta musiała się na niego dobrze dorobić za żywota.
09.01.2020, 22:22
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wymarłe domostwo rzemiosła stolarskiego
#2

om jednorodzinny, który niegdyś należał do stolarki, to właśnie on. Niegdyś mieszkała tu pewna kobieta, lecz po jednym incydencie dom stoi pusty — wniosek jest prosty, właścicielka już po prostu nie żyje. Przyczyna jej śmierci jest nieznana, choć zarzuty padły na młodego jegomościa, którego niewinność trzeba udowodnić. Kto wie, czy nie jaki wampir pokwapił się na jej byt.


Wracając do opisu domu, jest on położony w Dravnul, okolica ta nie widziała tęczy od zarania dziejów, jest to miejsce ponure, pozbawione jakiejkolwiek uciechy z życia. Na dodatek pogłoski o tym, że wampiry krążą dookoła, wzbudzają strach i sieją ziarno niepokoju, wpływając na psychikę mieszkańców tak jak mityczny potwór, który potrafi plugawić ludzkie mózgi samą obecnością. Nikt jednak nie wie, ile rzeczywiście jest w tym prawdy. Rzadko zagląda tutaj słońce, o ile w ogóle zagląda, przeważnie czarne chmury zakrywają niebo. Wydaje się, jakby te czarne niczym smoła chmury płakały nad losem ludzi, którym przystało się tutaj urodzić i dorastać. Trudno kogokolwiek spotkać tuż przed domem stolarki, a na pewno trudniej będzie kogokolwiek tutaj spotkać rozmownego, bo jak wiemy ludzie tutaj, są bojaźliwi, a gdy widzą obcego, to mogą różnie zareagować, nawet wyzwać od Wampira, albo uraczyć czosnkiem i krzyżem, czy innymi reliktami, które mają za zadanie ich obronić. Dom ten można zaliczyć od jednego z wielu, które zostały opuszczone w Dravnul. Liczne legendy wspominające o duchach, czy upiorach mogą tylko potęgować złowrogą aurę miejsca, gdzie do niedawna mieszkała zamordowana kobieta, wciąż się dziwię, że jeszcze ktokolwiek chce tu mieszkać, kiedy są inne, lepsze regiony do zamieszkania. Z tego, co widać, to tutejsi znają bardzo dużo opowieści, bo boją się nawet wychodzić na ulice. Z ulicy, na której położony jest dom stolarki, można dostrzec stare zamczysko, które potęguje straszną atmosferę. Kto wie, może mieszka tam Król, który jest wampirem? W końcu plaga wampirów nieustannie nęka tę mieścinę. Ludzie nie bez powodu popadają w obłęd i wskazują na siebie palcami, tak jak było to w przypadku mordercy stolarki. Nie wiadomo też, jak wygląda wampir, czym się wyróżnia, jak go odróżnić... Przecież on może być dokładnie taki sam jak my, może to nawet twój najbliższy przyjaciel. Na miejscu podróżnych nie stawiałbym tutaj nogi, jeśli nie mam ku temu naprawdę dobrych powodów. W końcu za każdym rogiem coś może na nas czyhać, a wchodząc w zaułek, trzeba niejako spojrzeć śmierci w oczy.

Dom znajduje się w najstarszej dzielnicy Dravnul, gdzie też przywiało odważnego awanturnika, a chodzi tutaj dokładniej o Starą Studnię. Nie cieszy ona się poklaskiem wśród ludu, a najgorszą sławą w mieście. Nazwa wzięła się od starej studni, która znajduje się pod wschodnimi murami miasta. Krążą tutaj dziwne pogłoski, na temat niejakiego „czorta”, który to może capnął, tę stolarkę? Nie wiem co myśleć. Nie wiadomo, czy ten „czort” to wymysł ludu, czy on naprawdę żyje, nigdy go nie udowodniono, choć parę osób twierdzi, że go widziało. Jednak dzielnica jest o tyle straszna, że łatwiej z tej studni o ciała, niż wodę. Coś w tym czorcie może być albo jakaś organizacja może się pod niego podszywać i dawać ludziom złudne odczucie, że to jego wina. Skoro tutaj tyle wampirów, to na pewno się jakoś zorganizowały i planują jakieś konspiracje.

Sejki stojąc nieopodal opuszczonego domu, poczuł ciarki na plecach i przeszywający chłód, tak jakby całun śmierci na swoim ciele, czuł wiszący na nim wzrok tutejszych ludzi. Był nietutejszy, czuł się dziwacznie, ale powiedział, że zbada tę sprawę, a silne poczucie sprawiedliwości nie dawało mu odejść od tej sprawy spokojnie. Nie ugiął się jednak i do samego końca wierzył w powodzenie swojego zadania w to, że da radę sprostać temu zadaniu, które zostało mu powierzone. Nie chciał nikogo nigdy więcej zawieść i chciał się pokazać z jak najlepszej strony, aby zyskać aprobatę i nie wyjść na gbura. W głębi duszy obawiał się jednak, że plotki i pogłoski na temat wampirów wydawały mu się faktem, toteż musiał uważać na swoją skórę, ponieważ pewnie już niewłaściwe osoby mogły wiedzieć, że szaman zaczął węszyć istoty astralne w tej sprawie.

Wziął głęboki oddech, otworzył szerzej oczy, nabrał podniebne ilości powietrza do swoich płuc i aktywował swoją szamańską umiejętność, dzięki której mógł widzieć duchy. Miał nadzieje, że w końcu dostrzeże ducha stolarki, której poszukiwania zajęły tyle czasu.
09.01.2020, 23:15
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wymarłe domostwo rzemiosła stolarskiego
#3

a zewnątrz domostwa ducha stolarki widać nie było. Można było dostrzec jednakże w mieszkaniu jakiś ruch. Ktoś poruszył się, gasząc świeczkę w oknie akurat, gdy Szaman doń spojrzał. Przez brudne okno trudno było dostrzec szczegóły w przechodzącej sylwetce. Dlatego też nie udało się szamanowi zidentyfikować niczego na temat tej postaci. Mógł spodziewać się jedynie jednego, że będzie groźna i najprawdopodobniej nie będzie skora do współpracy. Obcych boimy się najbardziej, bo nie potrafimy ich zidentyfikować, bo niewiele o nich wiemy i nie możemy ich zaszufladkować. Szczególnie tych, których już w ogóle nie widzimy... Tych, których dostrzec nam nie dano. Których istnienie jest dla nas słodką tajemnicą, którą będziemy musieli dopiero zgłębiać. Niosło to za sobą nutkę adrenaliny, lecz nie na luźne szamańskie nerwy takie zabawy niestety. Jednak podejmie się tego zadania, bo hańbą by było nie pomóc płaczącej kobiecie, która nie wie, co ma począć — jednak zostało w Seiu trochę uczuć, i empatii do ludzi, a to dziwne. Słów nie rzuca się na wiatr, a czyn ma tylko spotęgować jego wartość. W mniemaniu Seia nawet nadać jakąkolwiek wartość, bo żyjemy w czasach, kiedy słowa rzuca każdy na wiatr... Powie to, powie tamto, a w rzeczywistości się zesra, a nie coś zrobi.

No więc witamy w wymarłym domostwie rzemiosła stolarskiego, w miejscu, gdzie niegdyś produkowano drewniane akcesoria, meble, stoły. Z tego, co zaobserwował Sei, to rzemieślniczka znała się na rzeczy, płot i szafa z daleka wyglądały zaskakująco dobrze jak na tamte czasy. Aż żal, że ktoś taki jak ona musiał umrzeć, nawet niekoniecznie wiadomo dlaczego. Szczególną uwagę przykuł drewniany kołek, Szaman od razu popadł w zadumę, zastanawiając się, czy zda się do czegoś w walce przeciw wampirowi, czy jest poświęcony. Czy wyrządzi mu jakąś krzywdą, powszechne stereotypy w końcu wskazywały na to, że kołki i czosnek są przeznaczone do walki z tymi bestiami, a skoro już tutaj trafił i podjął się takiego zadania, to musiał sobie jakoś poradzić, jakoś podjąć walkę z bestiami i zaskoczyć przeciwnika, który pewnie myśli, że awanturnik wpadnie w jego sidła i zgotuje sobie dobry, syty posiłek. Choć nie do końca można powiedzieć, że syty, po tym, że szaman wcale taki mega masywny nie jest.

O śmierci i panującym źle można by opowiadać godzinami, czasem jest uzasadnione, czasem nie. Tylko prawda jest taka, że śmierć innego człowieka nigdy nie jest dobra, zawsze ktoś cierpi, zawsze ktoś umiera. Robi się to w ramach mniejszego bądź większego zła. Niestety, gdy dla kogoś nie ma ratunku, a co za tym idzie, jest przepełniony złem do szpiku kości, to chcąc nie chcąc trzeba go zabić, ażeby nie siał ziarna spaczenia wśród innych ludzi. Tylko czemu był winien ten syn kobiety, która poprosiła brązowowłosego o pomoc? Już śpieszę z odpowiedzią. Mógł on zasiać ziarno prawdy w tym mieście, mógł wiedzieć coś więcej, coś, co nie śniło się już starszym mieszkańcom, którzy widzieli już paru króli dosiadających Dravnulskiego tronu. Mógł mieć informacje, które mogły zdradzić cały ten mroczny sekret wiszący w atmosferze tego zimnego i złego miejsca, w którym boisz się skaleczyć, ażeby nie zleciały się do ciebie te krwiożercze istoty. Żeby nie dopadły cię, niczym sęp padlinę, żeby nie rozszarpały twojego ciała, żebyś przeżył z dnia na dzień.

Zaczęło go również zastanawiać, czy stolarka da się przejąć do laleczki, ażeby szaman mógł ją potem przyzwać i przedstawić wszystkim, co rzeczywiście miało miejsce. W końcu kto by słuchał od obcego teorii na temat ich miasta, nawiasem mówiąc on miał tutaj najmniej do gadania, a jego słowa były warte w tym momencie kilka brązowych smoków. Swoje słowa musiał przekuć w czyny, jak on sam to określa. Lepiej pokazać się czynami, niż słowami, albowiem one mają większą wartość. Mógł zostać kimś w tym mieście, może właśnie za tym zadaniem stała cała tajemnica tego miasta, może stolarka została zabita, bo poznała ten mroczny sekret, który wręcz wisi w powietrzu i przyprawia każdego obywatela o zawrót głowy. Co prawda szaman nie był najlepszą osobą, której można było powierzyć to zadanie, jednak czuł w głębi duszy, że jest w stanie sobie z tym poradzić i jakiś Łowca wcale nie musi być lepszy od niego, tylko dlatego, że jest szybszy, zwinniejszy, silniejszy i ogólnie lepszy. W końcu nie ma go tu, a szaman jest. Gdyby był rzeczywiście lepszy, to byłby, wtedy gdy lud go potrzebuje, gdy woła o pomoc, a nawet płacze tylko dlatego, żeby mu pomóc. Bo jest bezradny, bo sobie nie radzi, bo coś trzeba z tym zrobić.

Ludzie — inaczej tłum, który nic nie wnosi, który w niczym nie pomoże, który nie zajął się tą sprawą, który boi się władz i wampirów z plotek... Czy kogoś takiego można w ogóle nazwać człowiekiem? Określić go jako przedstawiciela tego samego gatunku, co inni bohaterowie Atarashii? Kto tutaj rzeczywiście jest larwą i sępi na innych. Skoro mieszkają tutaj i żyją na co dzień, to dlaczego nie ruszą razem na te wampiry? Przecież gdyby całe miasto się zjednoczyło albo wynajęło odpowiednie silne osoby, to zażegnaliby bez problemu ten problem. Takiego Łowcę, na pewno istnieje osoba, która szkoliła się w kierunku walki z wampirami i zna ich każdy słaby punkt, no nie wierzę, gdyby takiej osoby nie było na tym świecie. Godne pożałowania, że król się tak nie przejmuje swoimi poddanymi, jak robi to podrzędny gość, który jedyne co potrafi, to komunikować się z duchami i je przyzywać, o ile tego zechcą.

Wracając do faktów, byty egzystowały wokół budynku i na ulicach łypali na szamana podejrzliwie, odkąd zjawił się na ulicy. Dziwny był ten gość, jakiś pierdolnięty! Niechluj i przyjezdny. - według szamana tak był określany na boku, kto wie, czy tak nie było w rzeczywistości? Już nieraz się spotkał z gorszymi sytuacjami, a ta była na porządku dziennym. Zaśmiał się w duszy, choć nie był to szczery śmiech, miał w sobie nutę desperacji, cierpienia, agonii, jednego z tych, albo nawet wszystkiego na raz połączonego. Nie uginał się jednak... Głównie ukradkowe spojrzenia potęgowały jego stres, to, że inni patrzą...

- A co jeśli wśród nich jest wampir? - przeszło mu przez myśl, rozejrzał się po tłumie, wszyscy stopniowo milkli. Ściszyli swój głos, wymienili kilka uwag na temat przybyłego, to było normalne, tylko czy ktoś tam z boku nie czyhał na niego? Czy ktoś nie poszedł na niego donieść strażom, czy zastępom wampirów? Od tej atmosfery tego miejsca sam szaman zaczynał dostawać niezdrowego pierdolca emocjonalnego.

- Muszę zacząć ćwiczyć, jeśli chcę tutaj zostać na dłużej, bo mnie wykończy cała ta pojebana atmosfera... - wysnuł w trakcie wykonywania swojego planu. Co on mógł samodzielnie zrobić, kiedy wnioski, iż Szaman nie wzbudzał zaufania wśród tutejszych, same mimowolnie się nasuwały przez presję otoczenia. Capiło tą dziwną aurą na kilometr. Nieufnością i pasywną agresją. Bał się, że przy takim biegu spraw on sam niedługo zawiśnie na stryczku tak jak inni bogu ducha winni ludzie. Na szczęście nikt nie odważył się, aby powstrzymać, bądź wejść w drogę brązowowłosego lalkarza, tak jakby obawiali się jego. W końcu nic dziwnego, w rzeczywistości nie wiedzieli, co tak naprawdę potrafi zrobić.

- Uhh... - szaman przełknął ślinę, czuł, iż może zaraz wpaść w objęcia śmierci. Utracić zdecydowaną większość krwi albo całą, aż do pojedynczej kropelki... Przez te wampiry, które mogły mu ją wyssać. Nie był typem wojownika, był raczej trochę chudszy, polegał na swoich astralnych przyjaciołach i wiedział, że jego leśny przyjaciel pomoże mu, o ile zdoła, jednak tu się rodzi jedno zasadnicze pytanie, czy rzeczywiście zdoła go uchronić od wszystkiego. Ducha stolarki nie było na zewnątrz, a to mogło jedynie oznaczać, że trzeba będzie zajrzeć do środka. Tylko czy poradzi sobie wyłącznie z Filisem i czy inni ludzie go nie zjedzą za to, że wchodzi do domu świętej pamięci osoby? W końcu zabobon to w tym mieście chyba najczęstszy przesąd, który, nawiasem mówiąc jest bezpodstawny. Jakby nie patrzeć, to jest to niewrażliwa na argumentację wiara w istnienie związku przyczynowo-skutkowego między danymi zdarzeniami. Kształtuje ono stereotypy, a nawet wynika z już uformowanych wcześniej, które zalążki mają w swojej tradycji i kulturze. Jak widać, kulturę mamy tutaj śmieszną, istny horror, w którym ludzi już tak spotęgował strach, że nie potrafią się obronić przed potworami, a na pewno ludności w Dravnul jest zdecydowanie więcej, niż wampirów... O ile część z nich, to nie są wampiry. Notabene, to ten przesąd nie jest możliwy do określenia racjonalnych podstaw, lalkarz również nie zdoła na własną rękę go zweryfikować. Choć ciekawe, w co tu w głównej mierze wierzą, bo może być to po części wpływ na to, jak się uformowały u nich zabobony.

- Może ktoś coś tutaj tych biednych wieśniaków oczorowoł jakimś urokiem, niegdyś, jakiś czarnoksiężnik, czy inny kurwisyn? Dlatego tutaj teraz taka ciemnota i zacofanie... W sumie to by było logiczne, nie wierzę, żeby rasa ludzka była, aż tak głupia i bezradna w stosunkowo prostych sytuacjach, łatwo by było tutaj zażegnąć problem. - pomyślał Sei. - A może jaka stara babka, co jej każdy na słowo wierzył boboniła, niewyraźnie i mrukliwie w trakcie jakiegoś obrzędu zwiastując, że nie ma dla nich ratunku, że tak obawiają się wziąć sprawy w swoje ręce, aby wyzwolić Dravnul z wampirzych kłów?

Jednokorzeniowych zębów, charakterystycznych dla uzębienia wampirów, które skutecznie chwytają, przytrzymują, czy rozrywają ludzi na szczątki, kawałki, czy inne fragmenty... Istny mechanizm nie dość, że atakujący, to i obronny. Można się tylko złapać za głowę, jeśli już się spotka taką istotę. Gdyby tak ugryźć człowieka w szyję dwójką takich ostrych i dużych zębów, to już by było na pewno po nim. Jednak nie należy w stu procentach wierzyć przesądom i stereotypom, może wampiry wyglądają zupełnie inaczej i wcale nie mają złych zamiarów co do ludzi od pierwszego spotkania. Może jedzą, bo muszą... Gdybać sobie tak można w nieskończoność, jednak nie zwróci to nikomu życia i jeśli ktoś jest człowiekiem, a chce dbać o swój gatunek, to musi takie cholerstwo plewić, zabijać. Wracając do biegu wydarzeń, to już z daleka sprawnym złotym okiem udało się dostrzec Seiowi ruch w oknie, który ugasił źródło światła — które niejako symbolizowało nadzieję. Ktoś je zgasił, tylko niestety nie udało się dostrzec, kto to rzeczywiście był. Niestety... To by już coś dało w całym śledztwie. Miejmy nadzieję, że ta osoba uciekła na widok idącego w kierunku chałupy osobnika.

- Dlaczego akurat teraz ktoś zgasił to światło? Może to straż, grabarz? Albo i gorzej... Zabójca? Głupim posunięciem będzie tutaj wystawiać swojego asa... - przeszło mu przez myśl, wyciągnął mniejszą laleczkę z torby i rzucił ją pod siebie, posyłając w jej kierunku trochę many. Laleczka ta mogła okazać się kluczowa, ponieważ mogła zrobić szybki zwiad i wrócić.

- Feret leć, sprawdź, proszę, co tam jest... - rozkazał łagodnie cichym głosem, aby nie wzbudzać większej sensacji. Kiwnął głową na drewnianą chałupę. Bał się też, co sobie pomyślą te tępe mózgi, jak zobaczą prymitywne rzeczy, których oni nie potrafią zrobić. No cóż, do niektórych czynów trzeba się po prostu tak urodzić, a widok szamana, który na dodatek używa swoich zdolności do panoram codziennych, na pewno nie należy.

- Wszystko jest teraz w twoich małych łapkach kochany przyjacielu, wierzę w ciebie. - czuć było od niego ciepło i przywiązanie do laleczki.

Szaman nie przejmował się innymi, takie zachowania tłumu były już dla niego nieuniknioną rutyną. Stanął parę metrów przed wejściem i nerwowo czekał na swojego astralnego przyjaciela, aż wróci z nowymi wieściami. W międzyczasie patrolował okolicę i złapał za drewniany charakterystyczny kołek na wampiry. Mógł mu się przydać, gdy tylko zobaczy swojego przeciwnika. W końcu laleczki nie mogły odwalić za niego całej roboty. Sam też musiał w jakikolwiek sposób przyczynić się do wyniku tego starcia. Ufał swoim sprzymierzeńcom, jednak nie czułby się dobrze, gdyby im jakoś nie pomógł, w końcu wiedział, że one też mogą ucierpieć.

Widok szamana wyciągającego jedną ze swoich laleczek jeszcze raz zwrócił na siebie uwagę. Tym razem jednak kilka osób postanowiło po prostu stąd odejść, a tłum znacznie się uszczuplił. Jedna kobieta zawołała swoje dzieci bawiące się w okolicy i zabrała je ze sobą, znikając za rogiem. Najwidoczniej bali się konsekwencji albo nie chcieli być świadkami, żeby w razie ewentualności straż ich nie męczyła. Zabawne, jak piszą się przygody, o których zapominamy, bo główni bohaterzy pozostają sami. Niektórzy otwarcie zaczęli przyglądać się nieznajomemu, inni zaś udawali, że niczego nie widzą — Takich, to jeno zajebać. - zarzucił luźną sentencję w swojej głowie.

Drapieżnik zaś niemalże natychmiast wyrósł do swoich naturalnych rozmiarów i zniknął w półotwartych drzwiach domostwa. Nie trzeba było jednak długo czekać na jego powrót, który nie zwiastował niczego dobrego.

Przez cały ten czas nikt nie zbliżał się do szamana. Kiedy zaś duch powrócił, Szaman mógł wyczuć bijący od niego strach. Coś tam musiało się czaić, siedzieć, w końcu ta odważna fretka nie wystraszyłaby się byle czego. W środku domu na pewno znajdował się ktoś, kto nie wzbudził sympatii zwierzaka z rodziny łasicowatych. Na wiele więcej jednak ten mały rekonesans się nie zdał, miał jedynie potwierdzić awanturnikowi, czy ktoś tam jest, ażeby nie wszedł nazbyt beztrosko. Drastycznie wzbudziło to w nim czujność, adrenalina poszybowała hen do góry, tego mu właśnie było trzeba. Wydawało się, jakby serce miało mu wyskoczyć z klatki piersiowej i znaleźć się na drugim końcu domu.

- Cóż... Trzeba to będzie załatwić nieco inaczej. - mruknął do siebie, wziął fretkę na ręce, pogłaskał parę razy, a ona sama wróciła do formy laleczki, którą szaman zaraz schował do swojej torby. Wówczas postanowił wyciągnąć inną laleczkę, tym razem zdobioną srebrem, a nie podrzędnym brązem. Przez uchylone drzwi wrzucił ją i przelał do niej manę, ażeby następnie móc spokojnie wejść, wiedząc, że Filis go asekuruje i pomoże w razie, gdyby został zaatakowany. Takiego bydlaka należy się bać, w końcu nie codziennie widzi się stwora, który ma dwa metry i jest porośnięty z każdej strony florą. Poczuł na karku dziwne uczucie, tak jakby atak przeciwnika z wyprzedzeniem, jednak był nieugięty i chciał za wszelką cenę wejść do środka — do jaskini lwa, w której do końca nie wiadomo, czy będzie zwierzyną, czy uda mu się wyjść zwycięsko jako łowca. Wiedział, że musi być tutaj jakaś poszlaka... Potrzebował potężniejszych duchów, które skontrują naturę wampira, świetlistego ducha, dla tego czarnego jak smoła miasta, ażeby oświetlić drogę i pokazać tym mieszkańcom, że zawsze jest jakieś wyjście z każdej tragicznej sytuacji, nawet z tej, w której oni są teraz, będąc w wiecznym stresie... Wiedząc, że ich życie wisi na włosku, a każdy dzień może być ich ostatnim, nie z przyczyn naturalnych, a z przyczyn grasującego tutaj zła. Teraz dopiero miało się zadziać, a przynajmniej na to wskazywało tętno, które diametralnie przyspieszyło w ciele Seia. Akcja podskoczyła do punktu kulminacyjnego, a emocje sięgnęły niemalże zenitu. Jeszcze tuż przed wejściem wyjął z torby swój ulubiony nóż ze stałą głownią, ostry jak brzytwa — trzpień noża oraz klinga wykonane były z jednego kawałka dobrej stali. Rękojeść idealnie leżała w dłoni dzięki materiałowi z dębu, wydawało się, że idealnie jakby zaraz miała wystawać z krtani tego pierdolonego czegoś, co tam siedziało. Od dotychczas spokojnego szamana zaczęła bić dziwna aura, złowroga, jakby miał zamiar zabić to coś, co tam siedziało... Jednak nie miał tego w planach, chyba że to coś, co tam czyhało, samo go zaatakuje.

- Filis, powierzam ci swój los... Jeśli zajdzie potrzeba, to będziemy walczyć ramię w ramię. - powiedział, przechodząc przez próg... Od tego momentu jego życie mogło zawisnąć na szali, jednak był pewien swojego wyboru i tego, że uda mu się pokonać ukryte zło.

Ktoś musiał pokazać, co rzeczywiście groziło miastu, że rzeczywiste zagrożenie jest wśród nas i możemy z nim walczyć codziennie. Gdybyśmy tak tylko wszyscy jednym głosem ruszyli i zrobili coś z tymi wampirami, to przecież byłoby po nich. Brązowowłosy chciał dać świadectwo innym, że nawet ktoś taki jak on, kto nie ma żadnych specjalnych umiejętności do walki i specjalizuje się w medycynie, jest w stanie walczyć z wampirem. Jest w stanie go pokonać, że to wcale nie tak, że ludzie są zwierzyną... W końcu nawet lew może zabić kłusownika, jeśli jemu posunie się noga. Taka sama sytuacja jest w tym przypadku. Ludzie coś mogą zrobić z wampirami, które nękają te ziemie. Mogą nawet obalić króla głuchego na głosy ludu i posadzić kogoś nowego, kogoś kompetentnego, kto rzeczywiście wziąłby sprawy w swoje ręce i odprawiłby tych wampirzych rzezimieszków hen daleko, gdzie pieprz rośnie. Życie niejednokrotnie zmusza nas do trudnych wyborów, do takich jak ten, choć tutaj ludzie nie chcą dla siebie lepiej i to jest najdziwniejsze, zupełnie jakby działała na nich jakaś magia, która mieszałaby im w mózgach.

Nie każdy się nadaje do takiej roboty, jeden hebluje deski, drugi robi groty, trzeci zajmuje się garbarstwem, a jeszcze czwarty zielarstwem. Jednak wszyscy stoimy pod jednym sztandarem, pod sztandarem ludzkości i wszyscy jednakowo powinniśmy bronić swoich praw. Powinniśmy walczyć o swoje, powinniśmy atakować z całych sił i nie dawać wrogom zgładzić ani jednego z naszych. W Dravnul wyglądało to tak jakby, ludzie sami się podstawiali, tylko jakie były rzeczywiste intencje ludu? Może od zarania dziejów naradzali się, kto tym razem pójdzie na karmę dla wampirów i żyli tak od pokoleń.

- Dla mnie to niepojęte... - pomyślał zaraz po wypowiedzianych słowach. - Żeby każdy patrzył na bliźniego obojętnie, żeby każdy miał taką znieczulicę, żeby nikt nikomu nie pomagał. - te myśli, aż zakuły szamana w serce. Jaki ten lud jest przesiąknięty złem, korupcją, synonimami, które charakteryzują Dravnul... Jacy oni są przesiąknięci tym miastem. - Kurwa... - powiedział już troszeczkę głośniej, zaraz po tym, gdy przeszedł przez próg i zdał sobie sprawę z tego, co właśnie robi.

Ryzykuje życie dla tego miasta, dla miasta, o którym nie wie nic, nie wie właściwie, po co ryzykuje życie. Dla jednej kobiety, która się wypłakała mu w ramię. Nie wiedział on jednak w rzeczywistości o niej nic, ona mogła przecież konspirować z innymi wampirami, mogła go narazić, w końcu zauważyła, że był nietutejszy. Mogła to zrobić specjalnie. W końcu ten rejon to Stara Studnia, a już słyszał o pogłoskach krążących w tym mieście. Że łatwiej tutaj o ciało niż o pitną wodę. Oh... Cóż za los sobie zgotował, ryzykować życie dla tej kobiety... Nie wiedział, czy miała dobre serce, nie wiedział, czy miała złe serce. Nie wiedział, czy właściwie jakikolwiek jego wybór odkąd przybył do tego miasta, był właściwie dobry. Musiał jednak trwać i walczyć, walczyć z przeciwnościami losu, uczyć się na błędach, żeby potem nie popełniać rażących błędów i na starość uczyć swoich podopiecznych, których planuje mieć w swojej wymarzonej organizacji Larw. Wierzy, że gdy będzie stary, to będzie świecił mądrością, że będzie mógł dokształcać innych młodych ludzi. Sęk był w tym, czy dożyje sędziwego wieku, czy może umrze przedwcześnie z przyczyn zdrowotnych, bądź innych. Takich jak ta teraz, w której oblicza ma zamiar zaraz spojrzeć prosto w oczy.

Całe życie zaczęło przelatywać mu przed oczami, zaczął się zastanawiać ni stąd, ni zowąd, co z jego bratem. W końcu nie widział go od tak dawna. Co może teraz robić, co może się z nim dziać... Czy będzie mu dane jeszcze zobaczyć go przed śmiercią? Jako jego oprawcę? Tkwił w niepewności... Nie wiedział w rzeczywistości, z kim czeka go walka, kogo przystanie mu pokonać, bądź przez kogo będzie mu dane być zgładzonym. Nie wiedział jakimi umiejętnościami dysponuje przeciwnik, nie przewidział niczego, nawet niczego nie zaplanował. Innymi słowy, rzucił się z motyką na słońce, choć w jednej dłoni dzierżył nóż, a w drugiej kołek na wampiry, a słońce wcale nie świeciło. Było owiane czarną niczym smoła tajemnicą.

- Co się stanie ze mną po śmierci... - przemknęło mu przez myśl. Czuł się coraz mniej pewnie, a czas nieubłagalnie zwolnił, albo bicie jego serca i skok adrenaliny, tak przyspieszyło, że widział wszystko z zupełnie innej perspektywy. Był gotowy na kontratak, choć wiedział, że musi być gotowy na śmierć, jak każdy. Śmierć przychodzi nieoczekiwanie, w momencie, którego najmniej się spodziewamy. Może umrzeć nawet teraz... Siedząc, pijąc, jedząc, sprzątając... Możemy się udławić jedzeniem, możemy się zapić na śmierć niebagatelnymi ilościami alkoholu, możemy dostać zawału, udaru, czy wylewu, możemy umrzeć z przemęczenia. Prawdę mówiąc, to śmierć czeka na każdym rogu, tak samo jak w Dravnul, które niejako materializuje życie i przedstawia je. W końcu nie każde życie musi być kolorowe i nie zawsze jest kolorowe, często towarzyszy nam rutyna, która zabija humor tak jak wiecznie ciemna pogoda w tym mieście.

Wierzyć, pozostaje mu wierzyć. Wierzyć w sukces, który nie jest do końca pewny, jednak on... On... On da radę. Wystarczy wierzyć, a on w siebie wierzy. Wierzy w to, że zdoła wrócić żywy, że zdoła rozwikłać tę zagadkę, że pokaże zleceniodawczyni, że był czegoś warty, że się nie przejechała na tym, iż akurat jemu powierzyła to zadanie. Ma zamiar wrócić, on jest tego bardzo pewny, chce w to wierzyć, choć nie może, nie jemu jest, bo oceniać swoje siły, może się przeceniać. Ma nadzieje, że gdy wróci z tej przygody, to powstaną o nim ballady, że zdoła naprawić Dravnul. To wszystko tylko dlatego, żeby przywrócić dawny blask, który na pewno tutaj niegdyś był. Ponieważ wiedział, że ludzie wcale nie rozbudowywaliby się tutaj, gdyby kiedyś to miasto nie prosperowało należycie. Coś musiało się tutaj stać, a Szaman z całych sił wierzył, że wszystko da się naprawić. To miasto wcale nie było skazane na wieczną złą sławę, nikt tutaj nie musiał ginąć, nie musiały tutaj padać takie zarzuty, nikt nie musiał wcale mieć skwaszonego humoru na okrągło. Temu wszystkiemu jesteśmy na szczęście zaradzić my, jako ludzie, jako jednostki, które rzeczywiście mogą coś zrobić w tym świecie, który jest abstrakcją rzeczywistości. Jedną z abstrakcji, w które każde z nas żyje, choć każdy żyje w całkowicie innym oderwaniu od rzeczywistości, bo każdy inaczej postrzega świat.

Abstrakcja to przecież nawet ten świat, który nazywamy rzeczywistym. To jest proces, w którym tworzymy pojęcia, w którym wychodząc od rzeczy jednostkowych, dochodzimy do pojęcia bardziej ogólnego poprzez konstatowanie go. Przecież na początku żaden człowiek nie miał ambitniejszego celu w życiu, nie było mieczy, kusz... Wszystko to, to nasza ludzka abstrakcja, to dzięki nam świat wygląda teraz dokładnie tak, jak ukształtowaliśmy. To człowiek miał wielki udział przy tworzeniu tego świata, wpływając na niego mniej lub bardziej. To my go możemy nazywać światem, bo to my go abstrahowaliśmy, to my nadaliśmy mu sens. Choć to brzmi jak zwykłe herezje, to ja w to wierzę. Drogą tego procesu dochodzi się do pojęć najuboższych treść, lecz co ma minusy, ma również plusy, ponieważ są one o najszerszym zakresie, które nie są jednoznaczne, z których można stworzyć coś więcej. Na przykład z substancji można stworzyć masę specyfików, mikstur, eliksirów, trunków, z drewna można stworzyć broń, meble, można nawet postawić mury. Z bytów możemy czynić sojuszników, wrogów, pożywienie, maskotki, nie chodzi tutaj wyłącznie o ludzi, w końcu zwierzęta, czy insekty to również byty. Abstrakty...

Abstrahowanie wcale nie jest kłamstwem, jeśli korzystamy z tego umiarkowanie, choć brak umiarkowania w abstrakcji może prowadzić do dostrzeżenia rzeczywistości nieempirycznej. Tak samo słowa są zewnętrznym wyrazem istniejących w umyśle idei, nigdy nie potrafimy do końca powiedzieć, co siedzi nam w umyśle. Dlatego według Sejkiego ważniejsze są czyny od słów. Nigdy nie będziemy w stanie pokazać tego, co dokładnie nam siedzi w głowie, dzielą nas różne bariery, takie jak językowe, słownikowe, albo po prostu ograniczenia rasy ludzkiej, która, nawiasem mówiąc, nie jest idealna. Wiemy to doskonale i możemy spojrzeć po sobie, sami jesteśmy przykładami, gdy pomyślimy sobie, ile rzeczywiście rzeczy nam wyszło, a ile zadań zaprzepaściliśmy z powodu własnej niedoskonałości — ze złej analizy, z przecenienia się, z braku czasu, czy kompetencji. Jesteśmy niestety nieidealni i nigdy nie będziemy, chyba że stworzymy byt doskonały swoimi niedoskonałymi umysłami, który zresztą nas wyprze.

Gdyby każda idea miała swoją nazwę, to liczba słów musiałaby być nieograniczona. Nigdy nie określimy do końca tego, co nam siedzi w głowie i musimy się z tym pogodzić. Zresztą, ciężko byłoby się porozumiewać, gdyby każdy mówił o swoich wyjątkowych ideach, a słów na to byłaby nieograniczona ilość. Byłoby ciężko znaleźć "wspólne fale" i nić porozumienia. Dlatego jesteśmy uformowani tak, a nie inaczej, że jesteśmy trochę głupsi. Zapobiegamy temu nieświadomie, ponieważ umysł nasz wybiera spośród poszczególnych idei ideę, a następny czyni ją ideą ogólną. Dlatego często się rozczarowujemy, gdy dochodzi do nieporozumień, albo gdy coś nam nie wychodzi, tak jak chcieliśmy. Szczególnie można to zaobserwować we wczesnych etapach życia, kiedy nie mamy utartych szlaków, nie znamy jeszcze świata, a nasz mózg jest otwartą książką, którą trzeba nadpisać tymi pieprzonymi abstraktami, które spieprzyły nam życie. Jakby zwierzęta również potrafiłyby abstrahować tak jak my, to niewiele byśmy się różnili od nich, oczywiście nie wliczając w to małp. Wiele osób nie przejmuje się abstrakcją, ba, rzekłbym nawet, że zdecydowana większość społeczeństwa podziela przekonanie, które mówi o tym, że abstrakcja jest niepotrzebna. Według mnie należy cały czas myśleć nad nowymi rozwiązaniami i patentami, nie dawać mózgowi nadmiernie odpoczywać, ponieważ on przyzwyczaja się do braku wysiłku psychicznego i rozleniwia się, przez co potem trudniej nam się uczyć nowych rzeczy. Notabene, gdyby abstrakcja nie istniała, to czarodzieje z całego globu, nie byliby w stanie wymyślać żadnych własnych zaklęć i wszystko ograniczałoby się do wojny na broń białą, co zresztą też jest jakby nie patrzeć abstrakcyjne. Idee proste mogą być w końcu reprezentowane przez inne idee proste, na przykład młotek przez połączenie kamienia i patyka, no i czegoś, co przymocuje jedno do drugiego. Nawiasem mówiąc, abstrakcja prowadzi do wielu sprzeczności, gdyż zaprzeczamy utartym zasadom, jednakże każdy ma inne zdanie na ten temat i każdy ma prawo myśleć inaczej. Nie możemy ingerować w zdanie innych, jako że każde jest wyjątkowe i nieregularne, choć schematyczne przez to, iż każde z nas podąża utartymi ścieżkami przez innych. Czy to w szkołach, czy w pracy, żeby ludziom żyło się lepiej, posiadając taką samą, jednolitą wiedzę.

Należy próbować z całych sił, do samego końca, z takim przekonaniem nacierał Sei. Czuł nieświadomie złość i gniew, czuł również determinację i gorycz. Czuł w powietrzu unoszące się tajemnicze Dravnulskie powietrze, które gdyby mogło przybrać kolor, to najpewniej byłoby szare. Czuł adrenalinę w swoim ciele, czuł każdą komórkę ciała. Każdy z jego zmysłów pracował na pełnych obrotach, był w stu procentach gotowy na kontrę, choć był cały poddenerwowany, choć czuł strach, to nie dał się sparaliżować. Po całym jego ciele rozchodziło się uczucie, tak jakby otrzymał całun śmierci, jakby rzucił się prosto do jamy lwa, choć doskonale wiedział, co go czeka, wiedział co będzie następne. Wiedział, że musi dać z siebie wszystko, tak aby dać inspiracje innym ludziom. Tak, żeby pokazać, że nawet ktoś taki jak on potrafi sobie poradzić z problemem, że potrafi rozwiązać problem, przed którym został postawiony, że od niego nie ucieknie.

Pozostało mu teraz wyłącznie czekać na dalszy obrót spraw. Był piekielnie ciekaw tego, jak silny będzie jego przeciwnik, jak daleko się posunie, która ze stron rzeczywiście wygra pojedynek. Która okaże się lepsza w tym pojedynczym starciu, gdzie najprawdopodobniej na szali postawią swoje życie. Gdzie każdy ruch będzie miał znaczenie. Sei dawno nie prowadził żadnego poważnego starcia i w końcu, ktoś zmusił go do tego. Z tego też powodu adrenaliny miał dwukrotnie tyle, co by wyprodukował rosły chłop.

Mechanizm stresu najwidoczniej zadziałał aż za dobrze, organizm Sejkiego był gotów błyskawicznie zareagować na zagrożenie tak jak inne stworzenia, przy zwiększonej ilości adrenaliny w organizmie. Jego serce nigdy nie biło tak szybko, ciśnienie w jego ciele nigdy nie było tak wysokie, a źrenicy nigdy tak szerokie. Gdyby spojrzeć głęboko w nie, to nie dostrzegłoby się nic poza głęboką pustką, która oszałamiała przy spojrzeniu. Pierwszy raz w życiu miał taką sytuację, że jego życie miało zostać wystawione w walce, jako warunek... Jeśli okaże się, że jest zbyt słaby, to je przegra. Praktycznie każdy receptor w ciele Szamana został pobudzony, czuł się lepiej niż po swoim zielsku, które zwyczajowo pali, podejmując działania sympatykomimetyczne. Jego układ nerwowy zaczął współgrać, przeminęła mu ta cała bezsilność, wiedział, że jest w stanie się podnieść i zadać obrażenia swojemu przeciwnikowi. Jego własne ciało wytwarzało w jego organizmie substancje, które stymulowały bezpośrednio wszystkie receptory w jego ciele. Depresyjne myśli ustąpiły, zostały tylko te pozytywne, które utrzymywały go przy życiu, nadawały sens jego działaniom, dzięki którym czuł się kimś. Był cały pobudzony, gotów na wszystko. Skurcz w jego ciele powodował nieustannie wzrost ciśnienia tętniczego. Adrenalina potęgowała szybkość czynności serca, jednocześnie zwiększając jego pojemność, a także nieznacznie rozszerzała naczynia wieńcowe... Źrenice coraz bardziej się rozszerzały, mobilizując się do działania. Zrobiło mu się sucho w ustach, przestał czuć lekki głód, który dotychczas mu towarzyszył, a jego mięśnie lekko się napięły.

Był gotów, czekał tylko, aż będzie w stanie dostrzec swojego przeciwnika, aż będzie w stanie zrobić coś więcej niż tylko przygotować się do walki. Chciał już się z nim zmierzyć, był święcie przekonany, że ktoś tam na niego czekał, dlatego tak gotował się do walki wręcz. Miał już nawet ułożoną w głowie drobną taktykę, która miałaby rekompensować jego brak większego doświadczenia w bezpośrednich starciach. Miał zamiar nieczysto zagrywać, aby narobić sobie korzyści i okazji, do ugodzenia przeciwnika. Chciał podłożyć mu nogę, użyć czegoś, co by leżało w mieszkaniu, rzucić jakąś wazą, wylać na niego żrący kwas, o ile by tam stał. Rozważał każdą opcję... W jego głowie właśnie działa się burza mózgów, a zmysł percepcji działał na najwyższych obrotach, tak żeby po wejściu dostrzec, jak najwięcej ile się da, żeby zarejestrować wszystko, co tylko będzie w stanie, a następnie zaatakować z całych dostępnych sił, każdą dostępną okazją, każdym drobnym chwytem, które da mu szansę wykorzystać otoczenie. Wiedział, że to nie przelewki i musi dać z siebie wszystko, inaczej może nie wyjść stąd żywy.

Ktoś musiał odpowiedzieć za to, co się wydarzyło, a osoba w środku najwięcej wiedziała. Na pewno, gdyby jej coś zrobić, pokonać ją, albo postraszyć, to by mogła coś powiedzieć. Nikt by bez powodu nie gasił światła w środku mieszkania... Chociaż na dobrą sprawę, mógł to być ktoś bliski. Jednak lepiej nie ryzykować, a każdy postawiony na miejscu Sejkiego zachowałby się podobnie. W końcu od tego miasta każdy zaczyna po jakimś czasie wariować, nieważne kim jest i jak bardzo jest konsekwentna jego psychika. Chcąc nie chcąc każdy tutaj dostaje bzika, tak działa to miasto. Krwiożercze miasto, gdzie nie ludzie ustanawiają zasady, a wampiry. Na domiar złego, to właśnie ludzie trzymają się tych zasad, które wyznaczają wampiry, dając się im jak głupie bydło.
11.01.2020, 00:08
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wymarłe domostwo rzemiosła stolarskiego
#4

STRAŻNIK


twieranie drzwi zajęło szamanowi całą maleńką wieczność. W jego głowie roiło się od przeróżnych myśli, a jego ciało gotowe było wykonać unik przy jakimkolwiek podejrzanym ruchu. Światło dnia wręcz wpływało w niewielką, pustawą izbę, wylewając się na zadbane piły, dłuta, młotki i całą gamę innych narzędzi których nazwy ani przeznaczenia Sei nie był w stanie zidentyfikować. Część asortymentu leżała w spokoju oparta o ścianę po lewej, wyraźnie oddzielona od obrabianego drewna usytuowanego nieco dalej wgłąb pomieszczenia. Dwa drewniane młotki i jedna ręczna piła leżały jednak na podłodze, tuż przy niepozornym szkielecie niedokończonego krzesła. Nozdrza maga wypełniła mieszanka zapachu drewna i zgnilizny. I o ile źródło tej pierwszej woni nietrudno było odnaleźć, smród rozkładającego się ciała zdawał się pojawiać zupełnie znikąd, jak gdyby był tu od zawsze. Nawet pomimo oświetlenia, panowała tu jakaś mroczna, bliżej niesprecyzowana nienaturalna aura. Stolarska pracownia, choć wyglądała na zupełnie normalną, napawała przybysza niepokojem. Jakiś kształt poruzył się nagle przed oczyma Szamana, ale znikł zanim ten w ogóle zdążył wyrwać się z zamyślenia i go rozpoznać. A może po prostu to jego wyobraźnia pobudzona stresem i gotowością do walki płatała mu figle...

Po krótkim rekonesansie okazało się że mieszkanie było właściwie puste. No, prawie. Na pewno nie było w nim nikogo, kto chciałby lub byłby w stanie zdmuchnąć świeczkę przy oknie, czy wyrządzić komukolwiek jakikolwiek psikus lub krzywdę. Budowla ta była zupełnie tak martwa jak jej właścicielka. A śmierć właścicielki była o tyle niezaprzeczalna, że Sejki ujrzał na własne oczy jej ducha w jej włanej sypialni, na piętrze mieszkalnej części zakładu. Była to kobieta w okolicy czterdziestki o typowo dravnulskiej urodzie. Trzymała więc się dość średnio, jej włosy były tłuste i odrobinę przerzedzone, błękitne oczy zdradzały oznaki zmęczenia zakumulowanego przez ostatnie tygodnie, a skóra była blada jak u trupa. Siedziała w kącie, szlochając cicho w dłonie i dopiero słysząc skrzypienie drzwi podniosła zapłakaną głowę i spojrzała na intruza. Jej oczy rozszerzyły się z wyrazie czegoś co równie dobrze mogło być zdziwieniem jak i przerażeniem, a ona sama jakby nieco zmalała. Sprawiała wrażenie, jakby nie do końca wiedziała co powinna teraz zrobić i postanowiła po prostu obserwować sytuację w swojej niemocy.
16.01.2020, 01:57
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wymarłe domostwo rzemiosła stolarskiego
#5

niknięcie Filisa zdawało się nie wpływać na kobietę. Spokojny głos Szamana zdawał się ją nieco uspokajać, jednakże łatwo było wyczuć, że rozpacz, która ją wypełniała była po prostu obezwładniająca. Zdawać by się przez chwilę mogło, że bez przejęcia władzy nad duchem, Sejki niewiele mógł tu zdziałać, aż...


Mój kochany... – łkała żałośnie. – Mój kochany... Przecież on też go zabije... – Powtórzywszy to kilka razy w końcu w twarz rozmówcy, a jej własne lico się rozjaśniło. – Ale wy możecie mu pomóc, prawda? Ostrzeżecie mojego Roberta! Każcie mu uciekać... gdziekolwiek! On nie może podzielić mojego losu! - Robert mógł coś na ten temat wiedzieć... Trzeba będzie również jego przepytać.

- Ukochany... - zastanowił się. - Gdzie go znajdę? Jak wygląda... Potrzebuję jakichś informacji na jego temat... Albo muszę zdobyć cię... - dopowiedział, zastanawiając się, czy nie okiełznać tego ducha i zapieczętować go w lalce, aby on sam mógł się wypowiedzieć przed miastem i udowodnić, że to wszystko było ukartowane.

Jest... młody... – Przyznała niechętnie – Siedemnaście lat ma ledwie i... nie pamiętam, jak wygląda... czarny włos miał, nie wyższy niż wy... Był u mnie na terminie... Tylko on nas- – Przerwała swą wypowiedź, gdy tylko usłyszała wzmiankę o zdobywaniu jej. Wcisnęła się jeszcze bardziej w kąt, chyba mimowolnie, i znowu schowała głowę w ramionach, popłakując cicho. – Po prostu ostrzeżcie go...

- Na co mam uważać? Każda informacja jest na wagę złota... W jaki sposób zginęłaś? - dopytał jeszcze raz Szaman. Chcąc zaraz po tych pytaniach odejść, o ile nic nowego nie przyszłoby mu na myśl. Czuł, że kobieta nie chce zostać zniewolona w jego walce. Może tak miało być, w końcu kto by chciał zostać uwolniony na resztę życia i być noszonym u boku... Postanowił dać jej odejść w spokoju, chciał wypełnić jej wolę. Nie chciał zrobić jej niczego złego, był przecież dobry. Choć nie widać było tego po nim, bo wyglądał, jak wyglądał, to jednak miał dobre serce. Nie chciał żerować na stolarce, po prostu nie widziało mu się to. Jeśli jakiś duch nie chce być u jego boku, to uszanuje jego wolę. Takim był człowiekiem Sejki, wstrzemięźliwym i prawym.

Kobieta najpierw nie odpowiedziała. Wzbudziła w Sejkim mieszane uczucia. Zamiast tego spuściła głowę jeszcze niżej, a jej włosy odsłoniły ranę po prawej stronie karku. Wyglądało to, jak gdyby ktoś próbował obciąć jej głowę, ale zabrakło mu sił, by przebić się do końca nawet przez mięśnie. Do tego, wokół można było zobaczyć siniaki. Te właściwie były widoczne nie tylko tam, ale na całym ciele kobiety, jedynie jej twarz była we względnie dobrym stanie – Chociaż i do tego Sejki nie mógł być pewien – w trakcie rozmowy często wszak przysłaniały ją dłonie.

Sejki zaczął się zastanawiać, kto to rzeczywiście mógł zrobić. W końcu miał ratować Roberta, który z tego, co mu wiadomo, był na terminie u stolarki. Będzie musiał wytężyć teraz swój umysł, co zresztą zrobił... Jednak nic nie przychodziło mu do głowy. W ten czas podniósł lalkę z ziemi i postanowił kontynuować to małe śledztwo.

Uważajcie na siebie. – W końcu odpowiedziała też na pierwsze pytanie. A może po prostu dodała to od siebie, z troski? – A, jak i Was będą chcieli dopaść, uciekajcie jak najdalej.

- Kto mógłby posunąć się do czegoś takiego? - zapytał się retorycznie samego siebie, przy tym odchodząc. Wyszedł z tego domu. Od razu po tym, gdy wyszedł, skierował się w stronę centrum... Wiedział, co się z nią stało, ale nie wiedział, kto to zrobił, nie miał żadnej poszlaki, żadnej wskazówki. - Kto to do kurwy mógł zrobić... - przeszło mu przez myśl. Postanowił poszukać matki Roberta, aby powiedzieć jej o tym, co był w stanie wyciągnąć od ducha stolarki. Może ona będzie wiedzieć coś na ten temat... Po drodze wypytywał się, gdzie mieszka kobieta chłopaka na terminie. Chciał iść do niej, aby zapytać się o chłopaka. Mogła ona coś wiedzieć i jej również coś mogło grozić. Martwił się o nią, bo jakby nie patrzeć był za nią poniekąd odpowiedzialny. Wiedziała ona również, gdzie aktualnie przebywa chłopak. Ten chłopak musiał wiedzieć coś więcej, w końcu bez powodu kobieta by nie mówiła o nim... Czy to te wampiry? Kto wie, to już niedługo się okaże. Na ten moment wiadomo, że oprawca posunął się do drastycznych czynów.

Ludzie nie widzą, nawet jak szybko przemija życie i nie potrafią go docenić ani uszanować. Niestety, taki mamy świat. Jedni idą ślepo za pasją, jedni żyją miłością do drugiego człowieka, a jeszcze inni biegają zaślepieni chęcią dóbr ziemskich, których i tak nie wyniosą poza grób. Nie chciał, nikomu wtrącać się w to, jak żyje, jednak bolało go, że ludzie niby tacy inteligentni, nie potrafili oprzeć się negatywnym emocjom, rujnującym wszystko.

Przemijanie było i będzie nieodłączną cechą naszego ludzkiego bytu. Musimy się do tego przyzwyczaić jako zwyczajni śmiertelnicy, ponieważ nic nie trwa wiecznie. Tak samo Sei ma to w głowie, że on kiedyś również skończy zakopany kilka metrów pod ziemią, jednak żadne emocje nim nie szargają. Nie myśli on o tym, aby kogoś zabić, nie byłby w stanie. Jego ludzka dusza, rzadko kiedy wpada w gniew i skrajności. Złe uczucia, czy gniew zdarza mu się okazywać na tyle rzadko, że nikt o nich nie pamięta, bo już zdąży zapomnieć. Ostatni moment, w którym dostał ataku złości, miał miejsce cztery lata temu, kiedy pobił agresora tak bardzo, że ledwo udało się go z tego wyciągnąć. Poprzysiągł on sobie wtenczas, że nigdy więcej się to nie powtórzy. Nie chciał już nigdy więcej czuć się odpowiedzialny za życie innego człowieka, szczególnie jeśli po jego śmierci mógłby zobaczyć przypadkiem jego ducha… Kto wie, co by taka istota astralna również by mu zrobiła, w końcu żal pozostanie za zakończenie jego żywota.

Wraz z przemijaniem czasu, z każdą poruszającą się wskazówką zegara, czy słońcem, które kieruje się ku zachodowi, przemija również nasze życie. Musimy doceniać ten dar, który akurat został nam podarowany. Nam zwykłym śmiertelnikom. Że możemy teraz czuć, te wszystkie różne uczucia, że możemy bawić się, czuć smutek, żal, zazdrość, że możemy właściwie żyć. Bo życie nie składa się wyłącznie z tych właśnie dobrych chwil, gdyby nie było na moment źle, to nie moglibyśmy poczuć się w innym momencie dobrze.

Jedne rzeczy się kończą, inne zaczynają. Musimy zabijać, ale niekoniecznie ludzi, żeby przeżyć. Nie wiadomo jednak Sejkiemu, jak taka sprawa ma się z wampirami i czy ta cała scenka nie była czasem ustawiona po to, aby zaaranżować zabójstwo. W końcu wampir mógł spożyć ofiarę niedługo po jej śmierci, a trumna mogła świecić pustkami. Mogła być to również sprawa jakiegoś gangu, jednak na gdybanie nie ma tutaj miejsca. Trzeba działać silnie i zdecydowanie… Trzeba podjąć decyzję i uratować Roberta, w końcu Szaman nie mógł sobie pobrudzić po raz kolejny swoich dłoni krwią innych ludzi. Nie chciał, aby ktoś z jego powodu stracił życie. Z powodu głupiego niedopatrzenia, niemożności, czy niewiedzy. Wszystko dało się osiągnąć, a guślarz właśnie dążył do tego, aby pokazać światu, że nawet on jest w stanie ratować innym życia — on, który akceptowany jest przez społeczeństwo, gdy mają miejsce jedynie nadprzyrodzone sytuacje. On nadaje się również do pomocy ludziom, którzy żyją…

Na świecie jedyną stałą rzeczą jest zmiana, taka jak zmiana charakteru. Zmienny również jest czasami Sei, gdy może pozbyć się większego zła, ceną mniejszego. Wtedy również potrafi pokazać swoje oblicze, o którym nikt nie wiedział. Oblicze żądnego sprawiedliwości oprawcy, który nie cofnie się przed niczym, aby ukarać winnych.

Przemijanie według głupiego ludu jest zazwyczaj postrzegane w negatywnym kontekście. U nas samych również może być takie podejście, jednak czy aby na pewno… W końcu, bez przemijania stalibyśmy w miejscu bez możliwości jakiegokolwiek ruchu, ponieważ nie byłoby przeszłości, a bez niej nie byłoby przyszłości. Byłoby to, co jest teraz, czyli jedna wielka klatka… Klatka, w której jesteśmy uwięzieni i z której nigdy się nie wydostaniemy. W trakcie sekundy przesuwa się nieskończona liczba klatek, a gdyby nie było więcej niż jedna, to co by było? Obraz… No właśnie, żadne z nas nie chciałoby utknąć w obrazie. Więc jeśli chcemy coś przeżyć, to niestety musimy pogodzić się z tym, że nasze życie jednak musi przeminąć, a to, co było dobre, jednak z perspektywy czasu może wydać nam się złe. Możemy dostrzec jak bardzo, było toksyczne i że jednak warto było „przeminąć” ten epizod z życia.

Gdy kończy się dzieciństwo, to nie mamy do niego powrotu. Przemijają wówczas lata życia, czyniąc człowieka bardziej doświadczonym, bardziej zgorzkniałym. Już coraz mniej go cieszy, ponieważ tak wiele on zobaczył. Widzi życie przez schematy oraz przez doświadczenie, jakie nabył podczas życia ziemskiego. Potrafi on tak dużo, wie tak wiele… Niektórzy nawet — co jest trudne — przestają zważać na wartość pieniądza w tym świecie, które jest wyłącznie ustaloną przez niby ważnych ludzi liczbą, o którą niektórzy mogliby walczyć na śmierć i życie… A nawet to robią, gdzieś tam… Nie wolno mówić gdzie… Ostatecznie życie jednak musi się zakończyć, a z nim odejdzie to wszystko, czego się dorobiliśmy. Cała wiedza wyparuje, pieniądze zostaną, jednak wiedza przekazana potomstwu. Tylko po co, skoro oni również kiedyś przeminą? Czy da się jakoś to zatrzymać… Nikt tego nie wie. Może sam Bóg, o ile istnieje. Wraz z odejściem jednej osoby, odchodzi również jeden świat, który widziała tamta osoba. Perspektywa, z której na niego spoglądała i uczucia, którymi się kierowała podczas tego żywotu.

Dlatego też człowiek nigdy nie godził się na przemijanie, bo cały świat i wszystko, co według niego było ważne nagle, jak gdyby za pstryknięciem palca znikało. Mawia się, że ludzie widzą przed śmiercią pokaz slajdów, lecz ile w tym prawdy, skoro nie mamy jak się tego dowiedzieć, ponieważ ci ludzie zaraz po tym umierają?

Człowiek nie godzi się również na zapomnienie, choć każdego to dopadnie, bo nikt nie pamięta przecież o swoim pra-pra-pra-pra dziadzie. Wszyscy wówczas traktowaliby się jako rodzina i nikt by nie posuwał się do takich czynów, jaki miał miejsce u stolarki. W już wymierającym i tracącym blask biznesie. Zostanie on zapomniany, on również przeminie tak jak ona. Szczególnie dlatego, że w to wszystko miał zostać również wplątany niewinny Robert. Właśnie jego było najbardziej szkoda znachorowi, bo on nic nie zrobił, pobierał jedynie praktyki, aby nie zostać zjedzonym w tym świecie. Żeby móc swoją pracą wywoływać uśmiech na twarzach innych ludzi.

Niegdyś mumifikowano zwłoki, aby ludzie na pewno nie umarli w zapomnieniu. Jednak jak to się rzeczywiście miało na rzeczy? W końcu i tak ludzie, którzy mieli pamiętać umarli, a wówczas już nie pamiętał nikt. Żyli w innych czasach i po prostu nie mogli zostać zapamiętani. Nie łączyło ich ze sobą nic. Są jednak postacie historyczne, o których głupio nie wiedzieć, jednak w końcu i tak się zapomni o ich czynach, albo będzie tak trudno dokopać się do informacji na ich temat, że nikomu nie będzie się chciało. Możliwości jest wiele, na pozostawienie po sobie śladu i zapisanie się na kartach historii, jednak i tak przyjdzie kiedyś na nas wszystkich czas. Czas, w którym każdy o nas zapomni i należy pamiętać, że każdy, ale to każdy niechybnie się do niego zbliża.

Wybitne dzieła autorów, pisarzy, bardów, trubadurów nadal są znane po dziś dzień. Jednak należy zaznaczyć, że na pewno nie każdy utwór. W końcu nie mamy uniwersalnej pamięci, niektóre rzeczy, które są niepotrzebne, w końcu ulatują z pamięci po to, aby zrobić miejsce na kolejne. Te ważne, te, które się dzieją, lub mają się wydarzyć… Te, które niosą za sobą bagaż doświadczeń, które mogą nam się w przyszłości przydać. Te, które pozwolą nam uniknąć przykrości, które niegdyś nas spotkały.

Jednak zmiana nie zawsze musi kojarzyć się źle. W końcu na miejsce tych starych ballad prześpiewanych już z miliard razy może pojawić się lepsza wersja, z lepszym podkładem, nowocześniejszym sprzętem, a co ważniejsze… Z lepszym przekazem, bardziej uniwersalnym. Uczymy się na przeszłości i na tych, którzy zmarli. Często wyciągamy wnioski z powodu ich śmierci. Gdybamy, dlaczego zmarli i czy rzeczywiście my również musimy w taki sam sposób umrzeć. Rzadko się zdarza, aby ktoś inny umarł tak samo, a jeśli nawet ktoś zginął w pewien sposób, to przynajmniej miał w głowie to, że mógł uniknąć tej śmierci.

W przyrodzie również następują zmiany. Łańcuch pokarmowy, czy chociażby pory roku. Przemijanie wcale nie musi nam kojarzyć się źle i nie ogranicza się do śmierci, czy zapomnienia o specyficznej personie. Tak jak po zimie następuje wiosna, tak my również musimy komuś oddać swoje miejsce i powierzyć doświadczenie. Musimy zaufać i zgodzić się po prostu na to. Często jest tak, że wolą zatrudnić młodego chłopa, choć starsza osoba ma więcej doświadczenia, to jednak ten młody ma więcej krzepy. To nic, że nic nie umie, od tego jest ktoś starszy. Ktoś z większym doświadczeniem, kto będzie w stanie przekazać elementarną wiedzę, która może się przydać w wykonywaniu specyficznego zawodu.

Naprawdę nudne byłoby życie, nawet w pełni szczęścia, gdyby wokół wszystko pozostawało niezmienne. Żywot powinien być taki jak sinusoida, mieć wzloty i upadki, żeby móc docenić te pozytywne uczucia, jak i znienawidzić te złe.

Upływ czasu, koniec przygody, odchodzenie z pokoju, przejście pomiędzy scenami… Czy wyobrażamy sobie życie bez tego wszystkiego? Przecież musi upływać czas, żebyśmy mogli się czegoś doczekać. W końcu musi się skończyć przygoda, aby nadeszła kolejna. Musimy wyjść z pokoju, aby spotkało nas coś nowego, coś, co będzie w stanie nawet odmienić nasze życie o 180 stopni. Czy wyobrażamy sobie sztukę, w której nie byłoby żadnych przejść pomiędzy scenami? Która kończy się jedną klatką, w której nawet kurtyna się nie odsłania.

Wszystko podlega wiecznym przemianom i niestety trzeba się z tym pogodzić. Nawet w przyrodzie — która dla niektórych jest martwa — panuje nieustanny ruch. Nawet głupie liście, które powiewają na wietrze, czy roślina, która nieustannie stara się dojrzewać przez dobre miesiące.

Jedyne co nas ocala przed całkowitym zapomnieniem, jest twórczość… Która zresztą i tak kiedyś przeminie. Kto wie, czy za parę lat, nasz język nie zostanie zapomniany.

Życie jest krótkie, szczególnie to ziemskie. Życie jest zmienne, a jeśli istnieje życie wieczne, to na pewno jest doskonałe. Jednak nie widzi mi się, ażeby cały czas żyć… Przecież to już nawet nie podchodzi pod przemijanie. Nie widać w tym końca. Nikt nie zdaje sobie z tego sprawy, jednak w naszym życiu, cały czas dążymy do tego końca, nieustannie zbliżamy się do śmierci. W opisywanym przez niektórych ludzi poglądzie mamy żyć wiecznie? Wiecznie, bez końca? Niedorzeczność… W miejscu, gdzie zawsze ma być radośnie? W takim razie przyzwyczaimy się do szczęścia i co nam pozostanie? Stagnacja?

Klepsydra jako zegar złożony z dwóch naczyń, które są połączone wąskim kanalikiem… Dobrze jest mieć coś takiego przy sobie i odwrócić, jeśli poczujemy się źle. Tak jak gdyby nasze życie nie miało sensu. Należy wtedy odwrócić klepsydrę i w nią spojrzeć, jak ziarenka czy inna ciecz spływa w dół. Pokaże nam to, że jednak dążymy do czegoś, dążymy do śmierci, po której czeka nas już tylko… nic. Choć, kto to wie. Lepsze to niż wizja życia, w którym nie ma wzlotów i upadków.

Choć otwieranie drzwi zajęło szamanowi tak długo, to jednak można było to uznać za przemijanie. Mimo iż wydawało się to wieczne, to jednak i tak przeminęło, dając możliwość kontynuowania dalszej przygody. Dało mu to możliwość również zaprezentowania wszystkich myśli, tych ciemniejszych i jaśniejszych, które kłębiły się w jego głowie. Ciało niczym drapieżnik było w każdym momencie gotowe na unik. Jeśli tylko dostrzegłby jakiś ruch, to zdołałby odskoczyć w bok. Był gotowy na niemalże wszystko i cały czas nie tracił czujności. Wiedział, że zło jest wszędzie…

Żył w chorych czasach, w których jeśli nie miałeś przy sobie brązowego smoka, to nie potrafiłeś gadać w żadnym języku. W świecie, w którym rządzi pieniądz i ludzie znajdujący się nad tobą.

Według Sejkiego w tych czasach pieniądz był cenniejszy niż słowa tych uboższych. Kto by słuchał żebraka, który gdzieś w centrum prosi o poratowanie na bułkę chleba. Jest to często spotykane, nawet przez drwiące dzieci, które postanowiły okazać szacunek staruszkowi. Kto wie, co go spotkało, przecież każdemu mogła się podwinąć noga w jakimś momencie życia. Niektórym podwija się praktycznie cały czas, a jednak… Ich błędy są tuszowane, a oni wcale nie muszą się na nich uczyć.

Bez pieniędzy człowiek jest sparaliżowany, jedyne co widzi, to to, co jest przy nim. Wokół zachodzą zmiany, jednak bez pieniędzy człowiek nie jest w stanie ich doświadczyć. Rycerz nie będzie mógł sobie zakupić nowego miecza z lepszej rudy, jeśli nie będzie miał pieniędzy. Tak właśnie działa życie. Każdy patrzy wyłącznie na siebie, zamiast przez chwilę spojrzeć na dobro wspólne. Niestety, nie każdej zmiany możemy poczuć… Choćbyśmy chcieli, to nie wszędzie damy radę być, a już tym bardziej za wszystko zapłacić. Trzeba więc czasem przewrócić oczami i zdać sobie sprawę z tego, że niestety tak brutalne jest życie. Nie ważne jakbyśmy się starali i tak nie doświadczymy wszystkiego, czego możemy doznać. Trzeba niestety wybierać, wybierać tak, abyśmy nie żałowali na koniec życia naszych wyborów.

Ludzie są teraz tak pewni siebie, że się zatracają… Porównują się do postaci wybitnych, uważają, że są wyjątkowi. Co prawda, tak jest poniekąd. Jednak jeśli ktoś inny popatrzyłby na taką osobę, to nie dopatrzyłby się w niej niczego wyjątkowego, bądź pozytywnego.

Dookoła rządzi pieniądz i przemoc — tak jak to widać. Jedyne czego można być ciekawym to, o co poszło stolarce. W końcu mógł to być konflikt o pieniądz. Każdy tak naprawdę tutaj jest bohaterem smutnej historii. Szczególnie w tym obskurnym mieście, gdzie ludzie bali się nawet wyjść na ulicę.

Zło jest wszędzie, dlatego warto przy sobie trzymać coś do samoobrony. Sejki miał przy sobie coś zawsze i żył według tej zasady. Powtarzał ją sobie zawsze z rana i przed snem… Krótka, choć prawdziwa sentencja “Zło jest wszędzie, a ludzie są tak biedni, że mają tylko pieniądze.”.

Szaman często zastanawiał się, jak jego życie mogłoby się potoczyć, gdyby nie obrał tej ścieżki. Gdyby wszyscy jego bliscy nie zostali zamordowani… Czy miałby teraz kogoś? Czy miałby kobietę, z którą miałby dziecko? Ach… Nie… On wcale nie był takim typem człowieka. Wstrzymałby się z tym na pewno, pewnie by nie chciał nawet za kilka lat, dlatego że nie wiedziałby tego, czy jego dziecko będzie chciało przyjść na świat. Jest to poniekąd dobra postawa — choć każda ma jakieś swoje plusy i minusy…

On nie byłby w stanie postawić się na czyimś miejscu. Nie w takim stopniu. Doskonale zdawał sobie sprawę, że nie jest aż tak dojrzały, aby wziąć czyjeś życie na swoją klatę. Nie chciał tego i wpierał to sobie przez cały czas. Dlatego teraz tak bardzo się wyalienował. Nie zamierzał też nikogo oceniać, bo sam nie chciał stawiać się na czyimś miejscu.

- Sam jestem degeneratem. - mruknął pod nosem tuż po wyjściu.

Wcale nie czuł się od nikogo lepszy, ale uważał, że niektórzy mogliby przyjmować jego postawę. Ci, którymi kieruje chęć zemsty, żądza władzy, wzbogacenia się. Brzydził się takimi ludźmi.

- Kiedyś coś zbuduję… Kiedyś… Teraz nie jest czas. - mruknął pod nosem tuż po wyjściu.

Sejki dorastał niejako w patologii i nienawiści, czuł złych ludzi, którzy przychodzili niejednokrotnie do jego przełożonego. Najwięcej czasu spędzał, pracując nad pułapkami, które miały za zadanie zabić innych. Jego umysł był trawiony przez zło już od najmłodszych lat, dlatego coś ze złego charakteru się w nim zakiełkowało. Jednak on jest na tyle dobry, iż potrafił to przezwyciężyć i wyrosnąć na dobrego człowieka, choć trochę dziwnego z charakteru.

Jednak po dziś dzień nienawidzi on dzieciaków, które mają wszystko podane do tacy. Ma do nich wewnętrzną awersję i uraz, zważywszy na to, co stało mu się niegdyś. Za jego wczesnych lat. Miał wrażenie, że takie dzieciaki czują się od niego lepsze. Jednak jak było w rzeczywistości? Oczywiście, że Sei był bogatszy w doświadczenia, a to, dlatego że niósł ze sobą większy bagaż doświadczeń, niż ten sztucznie wypchany przez bogate dzieciaki. Nie wiem, czy to na pewno jest takie dobre. Nawet on, nie potrafił nigdy przyjąć czegoś za darmo. Zawsze musiał coś zrobić albo jakoś się poświęcić, jeśli miał coś otrzymać. Nigdy nie przyjmował podarunków ani nie chciał być nikomu dłużny.

Dlatego też wyrosło z niego to, co widzimy teraz. Zdrowy, silny, prawy mężczyzna, który nie uznaje przyjemności i rozkoszy za dobry najwyższe i cel życia. Nie odczuł tego za dzieciaka i nie potrzebuje tego teraz. Nie uważa, że taki motyw powinien być głównym motywem ludzkiego postępowania i sprowadzał się wyłącznie do tego.

- Chcę, by zapamiętano mnie jako dobrego człowieka. - myślał po drodze.

Pamiętał jak jeszcze, gdy wszedł do tego pomieszczenia, czuł zapach drewna i zgnilizny. Przypomniało mu to o tym, jak podtapiał swoją głowę w rzece… Robił to przynajmniej raz dziennie, aby pamiętać, że żyje. Pamiętać, jaki jest cel jego życia i że nie wegetuje. Miał tak od czasu, gdy stracił wszystkich przyjaciół. Był to zwyczaj, który pozwalał mu jeszcze normalnie funkcjonować. Czasem wydawało mu się, że on wyłącznie egzystuje i przestaje myśleć. W takiej sytuacji podduszenie się i zachowanie instynktu samoobronnego było kluczowe. Dzięki niemu czuł się żywy. Gdyby był martwy, to pewnie nie czułby, że umiera.

Smród rozkładającego się ciała wtedy zdawał mu się taki… Dziwny. Nie chciał również tak skończyć, jednak wiedział, że na niego z czasem również przyjdzie pora. Jednak ten zapach zdawał się, jakby był tam od zawsze… Od momentu, kiedy kładziono dopiero fundamenty. Było to dla niego co najmniej dziwne.

Pomimo oświetlenia panowała tam jakaś mroczna, dziwna nienaturalna aura, której normalny śmiertelnik wystraszyłby się na pewno na zawał. Stolarska pracownia, choć wyglądała na normalną, to w środku niemiłosiernie straszyła i napawała przybyszy — bo nie tylko Sejkiego niepokojem. Jakiś kształt poruszył się nagle przed oczyma Szamana, ale znikł, zanim ten w ogóle zdążył wyrwać się z zamyślenia i go rozpoznać. Wzbudziło to w Sejkim niemałe wrażenie. Akcja jego serca w tamtym momencie gwałtownie przyspieszyła, przestraszył się niesamowicie i do tego czasu uważał, że mogło coś tam być. Nie było jednak warto tam wracać. Jak sam duch powiedział, jeśli zobaczyłby to któryś z nas, to powinien od razu uciekać. Zapewne marny los by spotkał któregoś z nas, gdyby dał się tak podejść, jak kobieta słynąca z rzemiosła stolarskiego. A może po prostu to wyobraźnia pobudzona stresem i gotowością do walki płatała mu figle… Nie wiadomo. Jednak nadal był zdania, że coś musiało na niego czyhać z tamtego okna. Wiedział, że coś mogło mu się stać i nie tracił, ani na jedną malutką chwilę czujności. Tak mu się wydawało i tak by powiedziała osoba, która stałaby obok niego. Która widziałaby, z jakim zaangażowaniem wszedł i wyszedł do budynku. Zależało mu na tym zleceniu, bardzo mu na nim zależało.

Po krótkim rekonesansie okazało się, że mieszkanie było właściwie puste. Jednak nie wolno było wykluczyć opcji, że coś kryło się przed wzrokiem znachora. Mogło to być cokolwiek… Nawet stwór, który potrafił stać się niewidzialny. No, prawie. Na pewno nie było w nim nikogo, kto chciałby lub byłby w stanie zdmuchnąć świeczkę przy oknie, czy wyrządzić komukolwiek jakikolwiek psikus lub krzywdę. Tak się mogło wydawać, jednak Sejki nikogo nie spotkał i to nawet lepiej. Budowla ta była zupełnie tak martwa, jak jej właścicielka. Niestety, przecież każdy wolałby, żeby była żywa. Śmierć właścicielki była o tyle niezaprzeczalna, że Sejki ujrzał na własne oczy jej ducha w jej własnej sypialni, na piętrze mieszkalnej części zakładu. Była to kobieta w okolicy czterdziestki o typowo dravnulskiej urodzie. Zaprawdę była to piękna uroda. Trzymała więc się dość średnio, jej włosy były tłuste i odrobinę przerzedzone, błękitne oczy zdradzały oznaki zmęczenia zakumulowanego przez ostatnie tygodnie, a skóra była blada jak u trupa. Wyglądała naprawdę źle, Sei aż dziwił się, że zobaczył ją w takim stanie. Zaczął zastanawiać się w tamtym momencie, czy ktoś przypadkiem jej tam nie więził. Dostrzegł wtedy, jak siedziała w kącie, szlochając cicho w dłonie i dopiero słysząc skrzypienie drzwi, podniosła zapłakaną głowę i spojrzała na intruza. Był nim dwudziestolatek, który znacząco różnił się od swoich rówieśników. Jej oczy wtedy rozszerzyły się w wyrazie czegoś, co równie dobrze, mogło być zdziwieniem, jak i przerażeniem, a ona sama jakby nieco zmalała. Sei wiedział, że będzie to specyficzna rozmowa. Dziwnie mu było w tamtym momencie. Kobieta sprawiała wrażenie, jakby nie do końca wiedziała, co powinna teraz zrobić i postanowiła, po prostu obserwowała sytuację w swojej niemocy. Takiego widoku było żal mężczyźnie, on nigdy nie potrafiłby postawić się w jej sytuacji. Zawsze miał swoje parę groszy do dorzucenia.

Sei wziął laleczkę, wyszedł z budynku i udał się w kierunku miasta. Było to naprawdę dobre posunięcie, według mnie jedno, z jakiego lepszych mógł dokonać, lecz kto wie. Może czegoś jeszcze mógł dowiedzieć się w tamtym domostwie, jednak niestety nic szczególnego nie rzuciło mu się w oczy. Chciał odnaleźć matkę Roberta, żeby móc z jej pomocą dowiedzieć się czegoś więcej. Czegoś więcej na temat okoliczności, w których zginęła kobieta. W końcu mogła ona mieć jakieś powiązania z szemranymi interesami. Jako matka mogła czegoś dowiedzieć się od syna, który jednak mógł jej coś powiedzieć przy obiedzie, albo po prostu się zwierzyć. Szamanowi nie dawało spokoju to, że kobieta tak bardzo to wszystko przeżywała, że aż nie potrafiła mówić. Nie dała mu żadnych wskazówek, dosłownie niczego. Jeśli miał dowiedzieć się czegoś więcej, to jednak musiał poznać więcej wskazówek, żeby wiedzieć gdzie zacząć dochodzenie i od kogo dowiedzieć się dodatkowych informacji. Ona wiedziała w końcu, gdzie jest chłopak, oraz mogła coś na ten temat usłyszeć. Niczego nie można było być pewnym, lecz lepiej było coś założyć, niż brnąć z opaską założoną na oczach. Chciał poznać jej zdanie na ten temat oraz jej wersję wydarzeń. Jak to wszystko wyglądało z jej perspektywy. Mogła przecież rozwikłać tajemnicę, którą owiana była śmierć stolarki. Jednak jedną poszlakę już mamy. Jest nią to, że sprawca nie był na tyle silny, aby odrąbać jej głowę za jednym zamachem. Nie mogła więc to być osoba przesadnie umięśniona.

Gdyby spojrzeć jak wszystko szybko się zmienia, to dostrzeglibyśmy to wszystko, czego nie jesteśmy w stanie dostrzec podczas codziennego rutynowego życia. Mija ono własnym rytmem. Coś jest, a później tego nie ma… Taka jest kolej życia i takie jest życie w rzeczywistości. Niestety. Człowiek jest tylko sumą oddechów i nie jesteśmy w stanie niczego z tym zrobić jako zwykli śmiertelnicy. My nie tworzyliśmy tego świata.

Wszystko się zmienia, raz jest, a później tego nie ma. To nie ściema, każda historia ma swój dylemat. Swoje spory, swoje problemy, swoje wyjątkowe i specyficzne historie. Każde życie ma swój początek i koniec jak poemat.

Nowe tematy nieustannie do nas przybywają z każdego kierunku świata. Kręcą i nęcą, a później umierają. Nic nie trwa wiecznie, ponieważ jest niebezpieczne.

Gracz opuścił wątek
01.04.2020, 21:15
Przeczytaj Znajdź Cytuj




Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja bez grafiki