Atarashii



Domostwo Astarte
#1

Chata oddalona ponad pół dnia pieszej drogi od najbliższych siedzib ludzkich. Prawdę mówiąc, jest to mikroskopijne gospodarstwo. Główny budynek, w postaci solidnej chaty o wysokiej, sięgającej do jednej czwartej długości zewnętrznych ścian, kamiennej podmurówce znajduje się na samym środku leśnej polany. Ściany domostwa stoją idealnie prostopadle do kierunku czterech stron świata. Od południa znajduje się wejście do chaty. Od strony wschodu, tuż przy chacie mieści się niezbyt duży, ogrodzony, ogródek warzywny.  Od strony zachodniej postawiono niezbyt solidną, drewnianą szopę. Poza postawionymi obok narzędziami ogrodniczymi, ślady krwi na deskach oraz pobliska, ziemna wędzarnia jawnie sugerują, iż pomieszczenie to służy do oprawiania zwierzyny. Kilka metrów od wędzarni znajduje się studnia.
Polana na którym stoi dom ma kształt silnie wydłużonej w jedną stronę elipsoidy, tak, iż bezpośrednio przed samą chatą jest najwięcej miejsca. Trawa jest tutaj bujna, sporadycznie porastają ją kwiaty. Na miejscu nie panuje typowa, bagienna duchota, gdyż do właściwych bagien jest jeszcze trochę drogi, tutaj dopiero zaczynają się pierwsze torfowiska.
Skoro o torfowiskach mowa, zachodnie podejście do chaty jest niebezpieczne, gdyż znajdują się w nim dwa pola ruchomych piasków. Jedno z ich jest dość proste do wykrycia doświadczonym okiem, a jednocześnie niebezpieczna dla osób nieobeznanych z tematem, gdyż pokrywa je niesamowite zagęszczenie kwiecia. Drugie grzęzawisko leży bliżej lasu, tuż przy linii drzew i między nimi i jest bardziej podstępne.
Od wschodu liczność drzew jest początkowo niska, a typowe leśne rośliny ustępują miejsca kilku drzewom owocowym. Od południa natomiast przez polanę przechodzi wydeptana, niezbyt zadbana ścieżka, prowadzi przez las i moczary w stronę ludzkich osad.
Północną stronę chaty osłania od wiatru strome wzgórze, górujące nad zabudowaniami. Zaczyna się blisko ściany chaty, stromym, skalistym zboczem, o trudnym, acz nie niemożliwym podejściu. Przeciwległe podejście na wzgórze jest za to łagodne, a sama formacja pozbawiona drzew.
Wnętrze chaty podzielone jest na cztery pomieszczenia, sień z magazynek przetworów i wejściem na strych, sporą kuchnię połączoną z jadalnią, izbę sypialnianą oraz salę w której przyjmuje pacjentów i magazynuje rzeczy. Przez środek domu przechodzi ceglany piec, stanowiący jego ogrzewanie oraz, poprzez dobudowę, wiejski piec w kuchni.

***

Od czasu zniknięcia matki, w umyśle Astarte narastał niepokój. Każdy upływający dzień od pamiętnych wydarzeń był dla dziewczyny kroplą która drążyła skałę losu. Prędzej czy później przyjdą tutaj inni. Ktoś z chłopstwa wskaże im gdzie pomieszkuje znachorka. Nie pomoże zmiana drewna w kominku na mniej kopcące czy sztuczki z wyglądem. Przyjdą tutaj i zaczną zadawać pytania.
Mogła ruszyć w dzicz, zostawić dom na pastwę losu, ofiarę nieskończonym żywiołom w zamian za pomyślną drogę. Mogła, lecz charakter medyczki nie pozwalał jej. To był jej dom, jej teren. Jak niedźwiedź kocha swoją barć, tak Astarte czciła z uczuciem każdy kamień, drzewo, mokradło, deskę i strop swego domu. To było jej. A żywioły? Żywioły muszą zostać zdominowane.
Lecz wiedziała, iż nie może tutaj zostać i czekać na zderzenie z przeznaczeniem. Nie tak po prostu. Postanowiła na jakiś czas opuścić dom, uprzednio zabezpieczając go przed naturą. Ostatecznie musiała mieć gdzie wrócić. Koncepcja wiecznego powrotu była zbyt stara i fundamentalna aby dziewczyna mogła ją zignorować. Tak jak ptasie plemiona wracając gdy kończy się zima, a masy wody cofają się wraz z przypływem, tak chcąc panować nad naturą, trzeba kroczyć w jej życiu jej ścieżką. Trzeba mieć gdzie wrócić.
Interesowało ją wyłącznie długie zaklęcie. Wiedziała, iż matka używała podobnej magii od ręki. Podpatrywała ją, znała ruchy, myśli i drżenia mocy. Sprawdziła księgi. O tyle rzecz była łatwiejsza. Problem był zupełnie innej natury. Dziewczyna potrzebowała na raz zdecydowanie więcej mocy niż jest w stanie wykrzesać. I większej precyzji przy takiej ilości energii.
Trzeba było przejść na magię rytualną, uczynić wszystko spokojnie, z aptekarską precyzją. Przygotować ciało i ducha. Pierwsze dni młoda kobieta spędziła na przygotowaniu zapasów, obliczeniach i przygotowaniu planu.
Pełen ceremoniał zajął jej dwa tygodnie. Pierwszy tydzień przebiegał pod znakiem lekkiego postu i rzeźbienia kościanych amuletów, w drugim musiała przejść już na bardziej surowy post. Było to o wiele bardziej niedogodne od zachowania wstrzemięźliwości seksualnej - nie lubiła zadawać się z brudnym chłopstwem, a mniej konserwatywne chłopaki też bywały dalekie od czystości. To nie to samo co dwory szlacheckie, tam przynajmniej umieli wyperfumować śmierdzące ciało.
Rytuał odbywał się w nocy, na wzgórzu ponad domem. Wierny pies dziewczyny kręcił się pod domu ujadać na coś wściekle gdy ona klęczała przy łojowych świecach, nucąc spokojną melodię. Zioła powoli spalały się nadając powietrzu słodki, niemal cukrowy posmak.
Tej nocy ciemność otaczała bagna zwartym kokonem. Jest magia dnia, jest i magia nocy. Gdy chcesz coś ukryć, nie powinieneś tego robić w dzień. Wybierz noc, najlepiej taką jak ta, gdy księżyc jest w nowiu. Wtedy świat nie patrzy.
Dziewczyna przez cały poprzedni tydzień oznaczała teren. Rzeźbiła w korze, malowała żywicą, podkładała kościane amulety. W każdy symbol przelewała swoją własną moc. Nie mogła wykorzystać krwi, to osłabiłoby zaklęcie. Mistrz ceremonii musiał zostać czysty aż do jej końca, nawet sprawy kobiece byłyby istotnym osłabieniem magii.
Melodia przyspieszyła. Dziewczyna sięgnęła umysłem w miejsca symboli, były to w większości mniejsze pieczęcie Sa’ona doprawione osobistą inskrypcją. Trudno było jej powiedzieć czy to co widzi i czuje to efekt własnej pamięci i sugestii, czy faktycznie sęga ich magią.
Jakie to miało znaczenie?
Zaczęła śpiewać. Najpierw melodyjnie, proste słowa mocy znane z wschodnich rejonów świata. Były to proste i dobre słowa, rzucane karawanom na drogę, werbalne uśmiechy i życzenia powodzenia.
Sięgnęła symboli umysłem raz jeszcze.
Śpiew stał się bardziej gardłowy i groźny. Królik w klatce zaczyna wierzgać. Teraz Astarte śpiewa pieśni grozy, słowa obce cywilizacji, słowa które przychodzą w snach po dobrym polowaniu. Ubrane w znaczenia warkoty, wrzaski i szał. Otwiera klatkę i wbija kościany sztylet w klatkę piersiową zwierzęcia.
Krew tryska na ziemię, zwierze wije się w konwulsjach. Świecie przygasają. Akolitka miesza swoją moc z mocą zwierzęcia i dopełnia tym wszystkie symbole. Chwilę walczy jeszcze z materią rzeczywistości. Królik, jej ofiara, nie poddaje się łatwo. Przesuwa ostrzem w jamach jego ciała. Wbija palce w środek drobnego ciała i zaczyna je rozerwać od środka. Ręce ma całe we krwi.
Śpiew dziewczyny przypomina teraz ciche wycie, nieco zbyt warkotliwe.
Królik umiera. Jego poszarpane ciało spada w dół wzgórza, zgodnie z tradycją ofiar dla wichrów, a ogień nie jest zalecany.
Ręce czarownicy drżą, po chwili drży całe ciało. Musi odciąć dopływ mocy. Jeszcze chwila, i ma wrażenie, że głodna jej duszy ziemia wyssie ją do sedna. Skupia się, dalej nuci. Jest pod kamieniem. Jest na progu, jest ramą okien, jest krętą ścieżką między drzewami, jest chłodem piwnicy.
Jakby nie było jej wcale.
Trzeba było się definiować na nowo. Wykuć siebie. Tak jak poskramia się śœiat, trzeba było poskromić własny byt. Wszak magia była odbiciem świadomości.
Dziewczyna drży jak w febrze. Głos się jej łamie, mimo to utrzymuje groźny zaśpiew. Wie kim jest. Teraz tylko zamknąć odpływ mocy.
Udaje się. Chyba.
Traci przytomność.
16.02.2020, 02:05
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Domostwo Astarte
#2

STRAŻNIK



Ciemność jest wynikiem braku światła, nie na odwrót...

iemność. Jakże, tajemnicza i nieprzemierzona wydaję się ta głębia... Powieki Astre były ciężkie, a ciało takie zmęczone. Umysł był otępiały i nie pozwalał na swobodne myślenie. Jednak coś co dominowało nawet bardziej, niż ogólne uczucie zmęczenia - ból. Nie był ostry, a raczej przewlekły, tępy oraz nieustępliwy. Ten dziwny dyskomfort rozsiany po każdym centymetrze ciała napawał jedynie zniechęceniem. W tym stanie ciemnowłosa wiedźma nie była w stanie odliczać czasu. Magia była światłem każdego życia, bez magii zaś w każdym żywym organizmie pojawia się ciemność. Tej ciemności i pustki doświadczała właśnie w tej chwili Astre. Mimo, że rytuał zdawał się naprawdę dobrze dopracowany i ukończony, akolitka w głębi duszy czuła, że brakowało jakiegoś kluczowego i szalenie ważnego elementu. I tak oto, Akolitka zawieszona na granicy swojej świadomości oczekiwała, aż jej ciało samoistnie powróci do minimalnie dyspozycyjnego stanu...

Słońce leniwie zachodziło za horyzont, gdy Astre uczuła, że może otworzyć oczy. Ból i zmęczenie nie doskwierały już tak bardzo jak wcześniej, a świadomość pozwalała na konstruowanie bardziej złożonych myśli. Co ciekawe, nim jeszcze wzrok wrócił do pełnej kondycji inne zmysły zdążyły go uprzedzić i wysłać swoje informacje. Pierwszy był słuch, który przekazał do jeszcze rozkojarzonego umysłu informację o dziwnych ale kojarzących się przyjemnie trzaskach. Następny był węch, który dał do zrozumienia, że jest tu coś co daje intensywną ale i przyjemną woń. Dziewczyna dotykiem zdiagnozowała, że jest przykryta jak również to, że jest jej przyjemnie ciepło. Powolne otwieranie oczu dało obraz roztańczonych ogników pośród paleniska, a zaraz nad nim gotującą się potrawę. Wszystkie znaki wskazywały na to, że Akolitka nie jest tu sama i nie inaczej czuła. Niestety, jej ciało wciąż nie pozwalało na bardziej złożone ruchy, toteż musiała poświęcić jeszcze chwilę, na bierne przyglądanie się tak znajomej, ale i nie do końca ustawionej przez nią rzeczywistości. Wreszcie do jej uszu dotarł nowy, zupełnie obcy dźwięk. Był to żeński głos, który w słowiczy wręcz sposób wlewał się w uszy odpoczywającej.

- Na bogów, wreszcie się ocknęłaś. Bałam się, że te dziwy które odprawiałaś wyrwały ci duszę i odesłały do samego Thorna! Chyba nie chcesz wiedzieć w jakim stanie cię znalazłam... Nie wiem co zrobiłaś, ale też chyba nie chcę wiedzieć, chociaż w głębi duszy czuję, że to właśnie dzięki tobie nadal żyję...


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






24.02.2020, 02:05
Przeczytaj Znajdź Cytuj




Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja bez grafiki