Atarashii




Zniszczone ogrody
#41

Bert spojrzał na Seitaro rozgniewanym spojrzeniem.
- A kto tu miał zamiar biwakować przez kilka dni? Jak nie masz nic mądrego do powiedzenia, to po prostu stul pysk - wybuchnął, zirytowany całym zajściem.
- Wtedy musiałby milczeć przez całe życie - stwierdziła Vivienne i zachichotała. - Przesadzasz braciszku. Straty nie są aż takie wielkie, wystarczy nam, abyśmy się teraz posilili i jeśli uda nam się uwinąć, to zjemy coś jeszcze po zabiciu bestii. - Dodała uspokajającym tonem, potem jej spojrzenie spoczęło na Seitaro. - I tak będziemy musieli tu poczekać. Słońce zaczyna zachodzić. Chyba, że chcecie się pałętać po Norwel w ciemności, wtedy macie nasze błogosławieństwo i umierajcie w spokoju - stwierdziła z rozbawieniem, a potem ruszyła aby wydobyć z zaatakowanych zapasów to, co było jeszcze do uratowania.
Ogary dobrały się do prowiantu, ale przy okazji zniszczyły też kilka innych rzeczy. Wśród pobojowiska można było zauważyć potargane ciuchy, pościele i przewrócone przeróżne urządzenia.
- Na szczęście broń zostawiły nietkniętą - stwierdziła z zadowoleniem Vivienne. Bert odetchnął, a potem przykucnął i zaczął przeszukiwać rozrzucone papiery. Wyciągnął spośród nich odrobinę zmiętą mapę, która na szczęście jednak nie została potargana. Następnie podniósł jeden ze stołów który był w lepszym stanie, niż reszta mebli i rozłożył na niej ów mapę. Podniósł wzrok na Seitaro i Agathę.
- Chodźcie, objaśnię wam plan - zaproponował już spokojniejszym tonem. Położył palec na jednym z kwadracików. - Tutaj jesteśmy. - Stwierdził, a potem zaczął sunąć palcem wzdłuż jednej z ulic, aż dotarł do większego kwadracika. - Tutaj musimy się dostać. To będzie ta łatwiejsza część naszego zadania. Około dwudziestu minut piechotą. To była kiedyś jakaś świątynia, czy coś w tym stylu. Teraz jest z niej ruina, ale osadziły się tam dwa allingery. Potem zaczęły się nawzajem tłuc i został tylko jeden. Obserwowaliśmy go przez jakiś czas, nie ma co prawda stałych nawyków, ale wczesnym rankiem zazwyczaj jest właśnie tutaj, a jeśli szczęście nam będzie sprzyjać, to będzie spać. Zaatakujemy go więc tutaj. Plan wygląda następująco. Seitaro, ty i Vivienne idziecie na pierwszy ogień. Waszym zadaniem jest szybki atak i ucieczka, tak żeby was nie dorwał. Zaraz za wami będę ja, moim zadaniem będzie odwrócenie jego uwagi. Zrobię wszystko, aby zwrócił swoją uwagę na mnie i na mnie się skupił. Wtedy wy znów zaatakujecie i znów uciekniecie. I tak do skutku. Agatho, ty na początku będziesz z tyłu. Z takimi skurwielami problem jest kiedy stoją, jeśli uda się go przewrócić albo chociaż osłabić, wkroczysz i spróbujesz go przytrzymać chociaż na kilka chwil. To będzie szansa dla nas, głównie znów dla Seitaro i Vivi aby skurwiela wykończyć na dobre. Jeśli nie, będziemy znów próbować wcześniejszy wariant. Czyli atak, ucieczka, atak, ucieczka, tak do momentu aż zobaczymy, że będzie osłabiony, wtedy go znów unieruchamiamy i próbujemy zatłuc. Jakieś pytania? - Oparł obie ręce na mapie i spoglądał na dwójkę towarzyszy, oczekując ewentualnych zastrzeżeń. W międzyczasie nadeszła Vivi.
- Mam dobrą wiadomość i złą wiadomość - stwierdziła, opierając rękę na biodrze. - Dobra jest taka, że mamy wystarczającą ilość pożywienia, aby starczyło dla każdego. Zła jest taka, że bydlaki dobrały się do bukłaków, więc mamy mało wody. Jeśli nie załatwimy tego jutro rano, to będziemy musieli stąd spieprzać - stwierdziła, spoglądając na swojego brata. Bert potarł tylko czoło i wymruczał coś pod nosem.
- Cóż, nie zamierzałem tu zakładać rodziny - stwierdził tylko.
07.07.2014, 14:39
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zniszczone ogrody
#42

- Już się tak nie denerwuj. On ma specyficzny charakter. Nie zauważyłeś? - powiedziałam do rozgniewanego Berta zanim jeszcze Vivienne odpowiedziała. Następnie poszłam do koleżanki szukać jakiegoś pożywienia, bo na pusty żołądek nie chciałam walczyć. Nic ciekawego nie znalazłam, więc poszłam do Sei z nietęgą miną.
- Może jednak spróbuje tego mięsa, bo możliwe, że naprawdę tojtnę... Poza tym ja nic nie zdążyłam zjeść w karczmie, bo trafiłam na bójkę. - Powiedziałam dopóki Bert nie zawołał nas, aby wytłumaczyć plan działania. Słuchałam i słuchałam. Plan jak plan, ale nie widziało mi się ciągłe uciekanie. Po prostu nigdy nie lubiłam uciekać. To nie było w mojej naturze. Wolałam stawić czoło zagrożeniu i dostać niż uciekać z podkulonym ogonem, ale towarzysz miał rację. Nie wiadomo czy przytrzymam bestię, więc jedyne wyjście to ucieczka. Miałam zamiar do tego się dostosować.
- Nie mam pytań. Chyba... i nagle Vivienne powiedziała piękną nowinę. Z wrażenia aż otworzyłam buzię i nic nie powiedziałam. Spojrzałam tylko na Seitaro.
15.07.2014, 00:35
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zniszczone ogrody
#43

Bert spoglądał na Agathę, a potem na Seitaro. Gdy żadne z nich nie zgłosiło zastrzeżeń, zwinął mapę i poszedł szperać przy swoich rzeczach. Seitaro zaś burknął coś pod nosem i także poszedł zająć się swoimi sprawami. Agatha została sama z Vivienne, która uśmiechnęła się do niej przyjaźnie.
- Mężczyźni muszą się zając swoimi męskimi sprawami. Choć, pomożesz mi przygotować coś do jedzenia. - Zaproponowała, a potem nie czekając na odpowiedź Akolitki odwróciła się i wyszła do sąsiedniego pomieszczenia.
W pokoju obok znajdowała się spiżarnia, która była w równie złym stanie, jak pierwsze pomieszczenie. Wszędzie porozrzucane były resztki jakiegoś jedzenia, tu i ówdzie znaleźć można było rozszarpane bukłaki i plamy po rozlanej wodzie. Vivienne westchnęła.
- Cholerne szkodniki - warknęła pod nosem, a potem spojrzała na Agathę.
- No, idziesz czy nie? - Spytała tonem sugerujący, że czerwonowłosa powinna już dawno być przy niej.
27.08.2014, 13:57
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zniszczone ogrody
#44

Stwierdziłam, że faceci są naprawdę dziwni. A la szef zwinął swoje manatki bez słowa i poszedł. To samo zrobił Seitaro. Myślałam, że coś powie, a tu nic. Z deczka zdziwiona byłam, bo ciągle miał coś do powiedzenia i jeszcze ta dziewczyna. Szczerze? Nie polubiłam jej, a tu nagle ślicznie do mnie się uśmiechnęła i zaproponowała wspólne przygotowanie jedzenia. Stałam i patrzyłam na nią zdziwiona, bo nie przypominałam, aby tak przyjaźnie się do mnie uśmiechała, ale mniejsza o to. Poszłam za nią w końcu i znalazłam się w pomieszczeniu. Podejrzewałam, że to spiżarnia. Przepraszam. To było owe pomieszczenie, tyle że po przejściach. Wszędzie walały się resztki jedzenia, więc zaczęłam grzebać co nadawało się do jedzenia, sprawdzać bukłaki czy jest woda... Szczerze? W tym momencie naprawdę uwierzyłam w jakiej jesteśmy sytuacji. Ciężko było mi przyznać, ale siedzieliśmy w czarnej dupie.
- Vivienne od kiedy tu już jesteście? I jesteście z tych stron? - spróbowałam nawiązać rozmowę. Chciałam... Nie wiem w sumie czego. Zmienić o niej zdanie albo po to, aby nie myśleć na okrągło o jedzeniu, bo to robiło się naprawdę uciążliwe. Kiszki mi zaczynały grać marsza.
28.08.2014, 01:58
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zniszczone ogrody
#45

Czarnowłosa nachyliła się, poszukując jakieś żywności.
- Rozpal ognisko jeśli łaska - zaproponowała, wskazując Agacie miejsce, gdzie ma to uczynić. W jednej ze ścian znajdowała się mała wnęka, przygotowana na palenisko. Obok stało kilka zużytych desek, zapewne służących właśnie do celu spalenia.
Vivienne tym czasem przetrząsała zapasy żywności, wyciągając wszystko, co nadawało się do przygotowania. Nie odpowiedziała od razu na pytanie zadane przez czerwonowłosą.
- Niech pomyślę... to będzie... dwudziesty drugi dzień. - Stwierdził w końcu i wyprostowała się. - I nie, nie pochodzimy stąd. Urodziliśmy się w Valen i tam żyliśmy przez jakiś czas. Potem matka zmarła, a ojciec zabrał nas do swojej rodzinnej wsi w okolicach miasta. Ale było tam cholernie nudno, więc kiedy tylko trochę dorośliśmy, wyruszyliśmy w poszukiwaniu przygód. - Odpowiedziała i uśmiechnęła się delikatnie. Potem zabrała się za krojenie warzyw.
- Ale jeśli mam być szczera, mam już dość tego miejsca. Chciałbym się wreszcie wyspać na porządnym łóżku, najlepiej z jakimś mięśniakiem obok... właśnie, czy ty i Seitaro...? - Tutaj Vivienne uśmiechnęła się porozumiewawczo i przyglądała się badawczo akolitce.
28.08.2014, 18:48
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zniszczone ogrody
#46

Rozpalanie ogniska jak najbardziej mi pasowało. Odwzajemniłam jej uśmiech i pomyślałam, że Vivienne nie jest taka zła jak mi się na początku wydawało. Zaczęłam zbierać deski i słuchałam z ciekawością co mówiła.
- Dwadzieścia dwa dni? Strasznie się napaliliście na te allingery. - położyłam deski do paleniska ze śmieciami i próbowałam rozpalić. Na szczęście problemów nie miałam z tym i ogień zajął się drewnem.
Podeszłam do dziewczyny z zamiarem pomocy przy przygotowaniu jedzenia, ale zszokowała mnie pytaniem.
- Ja i Sei? - Otworzyłam szeroko oczy. - Skąd Ci to przyszło do głowy? Nie, nie jesteśmy... Chociaż przyznam, że jest galanty i brałabym go, ale niestety... Nie ten czas i miejsce. Jak na razie jest moim kompanem, a co? Wilgotno Ci się robi na jego widok? - Przyjrzałam się jej z uśmiechem. - Daj. Pomogę Ci. Będzie szybciej, ale oczywiście odpowiedz na pytanie, bo nie dam Ci spokoju. Podobają Ci się tacy mięśniacy? A może to, że posługuje się kataną? - Śmiałam się, bo od razu przypomniało mi się jak z szacunkiem potraktowała jego broń.
- A tak wracając do poprzedniego tematu. Myślałam, że jesteście z okolic... Może wiesz, co się stało z tym miastem? Zawsze mnie to nurtowało, a nikt nic nie wie.
30.08.2014, 01:49
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zniszczone ogrody
#47

Czarnowłosa przeczesała włosy ręką i westchnęła. Potem wyciągnęła mały garnek i napełniła go wodą pozostałą w jednym z bukłaków. Nie było jej zbyt wiele, jednak łowczyni uznała, iż wystarczy. Potem zaczęła tam wrzucać wszystkie składniki, które wcześniej przygotowała.
- Nie chodzi konkretnie o Allingery. Przyszliśmy tu na zwiad, zobaczyć co jest do zrobienia. Na początku myśleliśmy o Ogarach, ale potem przytrafiły się te Allingery, a z wasza pomocą... - Nie dokończyła, bowiem zabrała się za wrzucanie kolejnych składników do wody. Potem dodała tam kilka ziół, a na koniec zawiesiła garnek nad rozpalonym ogniem. Kiedy to zrobiła, oparła się o ścianę i wybuchnęła perlistym śmiechem, odpowiadając tym samym na pytanie Agathy.
- Nie przesadzajmy. Przyznam, że jest przystojny i całkiem wygadany... ale jednocześnie potrafi być palantem albo zwykłym idiotą. Poza tym wydaje się taki... infantylny? - Stwierdził i przybrała zamyślony wyraz twarzy, skubiąc się palcami po wardze. - Mogłabym z nim pójść do łóżka. Ale nic więcej - dodała i znów się zaśmiała. - Tak, katanę ma całkiem ciekawą. Nią bym się nawet chętniej pobawiła niż nim. Ale wydaje się do niej mocno przywiązany. A ja to rozumiem. - Stwierdził i wzruszyła ramionami. Podeszła do jednego z krzeseł, które nie wyglądało zbyt pewnie, jednak łowczyni odważyła się na nim usiąść.
- Niestety nie wiem co tu zaszło. Słyszałam kilka plotek, jednak to bardziej bajdurzenia pijanych marynarzy niż fakty. - Odparła, opierając brodę o oparcie krzesła.
30.08.2014, 20:08
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zniszczone ogrody
#48

- ...są większe szanse na ubicie potworów. - Dokończyłam za nią i obserwowałam jak wiesza gar nad paleniskiem. Na zadane przeze mnie pytanie o Seitaro wybuchła śmiechem. Automatycznie również się zaśmiałam, a jeszcze więcej o tym co o nim powiedziała. Racja. Był trochę dziecinny jak na swój wiek. Strzelałam, że miał około trzydziestki, ale pewności nie miałam. Nie wyjawił mi ile wiosenek ma. Jeśli chodzi o katanę to naprawdę był przywiązany. Miałam przeczucia, że ostrze jest magiczne, że przemawia do niego, ale nie chciałam dzielić się ze swoimi spostrzeżeniami z Vivienne. Aż takimi koleżankami nie byłyśmy. Oparłam się o ścianę przy palenisku i obserwowałam jak gotuje się nasze jedzenie z resztek.
Dziewczyna nic nie wiedziała konkretnego o tym mieście, a szkoda. Powracałam myślami do tamtych czasów. Chciałam coś więcej przypomnieć, ale to nic nie dało. Zastanawiałam się również po co nas ten staruszek z karczmy wysłał akurat właśnie tutaj. Ach... Głowa od tego myślenia mi pulsowała, że aż się złapałam za skronie i ten głód... Spojrzałam ponownie na posiłek. Uważałam, że jest już gotowy. Sporo czasu zleciało. Podeszłam, zamieszałam i spróbowałam. Smakowało znakomicie.
- Uważam, że jest gotowe. Pójdę po nich. - Wstałam i podeszłam do drzwi od sąsiedniego pokoju.
- Posiłek gotowy. Chodźcie. - powiedziałam dość wyraźnie i wróciłam z powrotem. Znalazłam jakieś naczynia, wyczyściłam i trzymałam w dłoniach z zamiarem rozdania pozostałym.
03.09.2014, 17:47
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zniszczone ogrody
#49

Vivienne nie protestowała, kiedy Agatha zajęła się próbowaniem zupy. Uśmiechnęła się nawet lekko, widząc jak czerwonowłosa jest głodna. Dlatego skinęła tylko głową, a potem ściągnęła garnek, żeby zupa trochę ostygła. W międzyczasie Bert odpowiedział na zawołanie Agathy i przyszedł do kuchni, masując się po brzuchu. Skierował spojrzenie na kociołek.
- Zupa? Tylko na tyle was stać? - spytał i uśmiechnął się szyderczo. W nagrodę otrzymał kuksańca od Vivienne.
Następnie czarnowłosa zabrała się za napełnianie misek, które trzymała Agatha. Chwilę później znalazły się one na stole. Seitaro wciąż się jednak nie pojawiał.
- Pimpuś, do nogi, obiad! - Zawołała Vivienne, lecz nie wywołało to żadnej reakcji.
- Chuj mu w dupę, więcej dla mnie - Zawyrokował Bert i zabrał się za pochłanianie własnej porcji. Vivienne posłała mu rozbawione spojrzenie, jednak po chwili wzruszyła tylko ramionami i również zajęła się jedzeniem.
04.09.2014, 00:02
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Zniszczone ogrody
#50

- O nie... Taka wdzięczność... Ciesz się, że to ona nalewa, a nie ja, bo nic byś nie dostał za to. - odpowiedziałam Bertowi z obrażoną miną, ale długo nie wytrzymałam z takim wyrazem twarzy. gdy nalano mi usiadłam i już nic mnie nie obchodziło oprócz mojej porcji jedzenia. Zupa nie byłą taka zła jak się spodziewałam. Jadłam ją z wielką radością i smakiem. Do takiego stopnia, że nawet nie zwróciłam uwagi, że mojego towarzysza, który obiecał, że mnie ocali i pomoże, nie ma. Nawet jak Vivienne wołała go "Pimpuś" nie ruszyło mnie.
Gdy zjadłam swoją porcję Seitaro nadal się nie pojawił. Trochę wydawało mi się to podejrzane.
- Wyjdę go poszukać i dzięki za posiłek. Świetnie gotujesz. masz ten smak. - powiedziałam z uśmiechem i wyszłam z pomieszczenia, w którym jedliśmy.
Wyszłam na zewnątrz, bo w środku nigdzie go nie było. Zastanawiałam się gdzie on mógł sobie pójść? Już miałam takie myśli, że mnie zostawił, a tak mi naobiecywał... Faceci... Daleko się nie oddalałam, a drzwi zostawiłam otwarte na wszelki wypadek. Wołałam go, szukałam, a jego jak nie było, tak i nie ma. Wróciłam z powrotem. Z jednej strony byłam zła na niego, a z drugiej... No dobra... Przyznam, że martwiłam się i do końca nie wierzyłam, że od tak spierdolił. Krótko go znałam, ale czułam, że tak by nie zrobił.
- Nigdzie go nie mogę znaleźć. - Oznajmiłam im trochę wystraszona.
06.09.2014, 02:28
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja bez grafiki