Atarashii




Dzielnica Żebraków
#31

ozmowa nabierała różnego rozmachu, ale finalnie nic nie jebło. Jeszcze.
- Bzdur? Wszystko co mówię jest przenoszone z dziada pradziada. Mówienie o tym jak o bzdurach to jak nazwanie golema kawalarzem! Poza tym i bez mądrości starych mędrców można było się domyślić jakoby nikt nie podskoczy właśnie większemu, bo czują respekt i wiedzą, że to on tutaj rządzi. Prawdziwy samiec alfa.
Oparł się wygodnie na krześle, dokładne lustrując swoją rozmówczynię.
- Generalnie nigdy się nie atakuje bez powodu, prawda? Nawet zwierzęta tak jak mówisz, atakują gdy chronią swoje młode lub szukają pożywienia.
Teraz dostrzegł łańcuchy. Hmm, czyli tak wyglądają oznaki zniewolenia w tych rejonach? Początkowo myślał, że to część wyposażenia lub nawet broni. Mimo wszystko i tak bogato właściciel ją ozdobił, gdyby tak się zastanowić. Wychodzi na to, że ktokolwiek był jej właścicielem tak dbał o swoją własność. Lub zachowywał pozory i chcą szczycić się swoim bogactwem wykorzystywał swoich niewolników, by dosłownie świecili przykładem. Wtedy kawał chama, skurwysyna z tejże osoby. Nadal było mu szkoda jej doli. Nawet przy swobodzie, że może się przemieszczać jak chce i nie ma problemów ruszyć do pierwszej lepszej gospody w celu napicia się trunku, tak nadal podpadała pod czyjąś własność. Przez moment przeszła mu myśl, czy aby nie ma sposobności, by zwrócić jej wolność. Pokiwał przecząco głową i westchnął.
Posłuchał jej uważnie przez chwilę. Jej wyjaśnień, przyjrzał się uważnie jak mówi i się przy tym porusza. Wkładała w to tyle energii i zaangażowania… pomyśleć że na przekór wszystkiemu potrafiła w sobie znaleźć tą siłę i na swój sposób zachować swoją tożsamość. To jak najbardziej imponująca cecha, której nie zwykł widywać u wszystkich napotkanych przez niego osób.
Z zamyślenia wyrwał się dopiero, gdy kobieta skwitowała to wszystko jako żart. Wzruszyłby ramionami, gdyby nie puściła do niego oczka. Kolejny raz z kolei… nie miał pojęcia z jakiego powodu tak robiła, acz wychodziło jej to tak zalotnie, że z pewnego powodu robiło mu się ciepło na sercu.
- Na opowieści, jak i na alkohol, zawsze jest czas i pora.
Uśmiechnął się chciwie mężczyzna, zacierając przy tym ręce i zerkając co rusz przez ramię w kierunku szynkwasu. Myślał czy nie zamówić trunku, lecz chwilowo zaangażowany był w rozmowę.
- Tak przynajmniej mi się wydawało, a widzę łatwo zajść ci za skórę. Twierdzisz jednak, że w porównaniu do pozostałych tutejszych jesteś ostoją spokoju. Pozwolisz zatem, że poproszę cię, abyś pozostała przy mnie jak najdłużej? Zawsze to raźniej i nie będzie kusiło złego, jeżeli wiesz co mam na myśli.
Zażartował, co uwieńczył szybko chichraniem się. W pewnym stopniu nie żartował, acz nie powinna wychwycić kłamstewka wśród dozy pewności siebie Rurika. Z jakiegoś powodu miał przeczucia, że ta zdążyła już go w pewnym stopniu przejrzeć. Szczerze w to wątpił, ale odrobiny ostrożności nigdy za wiele.
- Wieczór w sam raz na długie opowieści. Trochę ja, a potem trochę ty. Dogadamy się jak znalazł!
Zaśmiał się.
- Od razu wiedziałem że to tylko taki przydomek, a ponieważ daleko ci do paskudy upiornej niczym noc najczarniejsza, tak też nie dałem się nabrać. Skoro jednak nosisz takie przezwisko wtem musisz być naprawdę niezłą diablicą.
Tym razem to on puścił jej oczko w sposób żartobliwy i nad wyraz niezgrabny. Zdążyła za nich zamówić trunek, dlatego nie czuł potrzeby i od siebie coś krzyczeć. Tym bardziej że to ona była tu miejscowa i chciał niejako zobaczyć jaki obyczaj kieruje tutejszymi ludźmi. Fakt, pomilkli jak tylko weszli. Nigdy bohatera na oczy nie widzieli?
Odparł jej w międzyczasie, że niewiele mu Arsh’Ghem mówi, a zwłaszcza moment, w którym umiera ten, kto wymieni się spojrzeniem z przedstawicielką jej plemienia. Oparł się tym razem łokciami o stół, wzrokiem przyglądając się postawionej między nimi butelczynie. Zachęcająco wyglądało, niemniej z trudem szło mu odgadnąć cóż to za trunek. Przy tym jak nalała im alkoholu do kielicha w powietrzu wyczuł moc jaką odznaczał się… no kurwa alkohol jak alkohol. Po chuj się rozpisuję w sumie! Do dna!
- Osz kurwa ale moc!
Zaśmiał się po raz wtóry, tym bardziej robiąc przy tym dziwne miny. Zupełnie jakby otrzymał na mordę kubeł zimnej wody.
- Faktycznie chujowe paskudztwo, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.
Odstawił z siłą kielich na stół, przybierając zupełnie nagle i na chwilę tylko poważną minę.
- Słuchaj, mówiłaś żeś w niewoli uchowana. W Azaracie to… codzienne? Normalne? Nie myślałaś żeby zerwać okowy niewolnictwa, rzucić wszystko w pizdu i zacząć od nowa?
Zanim miałby zacząć swoje opowieści chciał wpierw zapytać o jej spojrzenie na sprawy związane z niewolą i czy aby na pewno nie ma rady, aby ją w sposób heroiczny wyzwolić. Zawsze miałby w kimś sojusznika lub przynajmniej osobę zadeklarowaną do ochrony życia zajebistego już i tak Rurika. Od dłuższego czasu nurtowała go ta myśl i dopiero teraz postanowił, że bezpośrednio zapyta Ajerkoniak Liję w tej właśnie kwestii.
13.11.2020, 04:15
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dzielnica Żebraków
#32

eszcze chwila, a jej brwi zostałyby w wyrazie permanentnego zmarszczenia. Niewolnica patrzyła na mężczyznę, zupełnie nie rozumiejąc. Azarat może i znajdował się na końcu świata, ale miała wrażenie, że jest dla niej bardziej zrozumiały niż ten obcokrajowiec.
- Golemakawalarzem? - spytała, jeszcze bardziej marszcząc brwi i patrząc na niego z ewidentnym brakiem zrozumienia. Po chwili westchnęła ciężko, a zmarszczki niezrozumienia pomiędzy jej brwiami lekko się wyprostowały. - Albo czują zazdrość i niepewność, dlatego właśnie podskakują, by pokazać swoją wartość. To też mogą być samcy alfa. - machnęła ręką, jakby argumenty Rurika wcale jej nie przekonywały. Co zasadniczo było prawdą. Nie przekonywały jej. Zaśmiała się jednak krótko, słysząc jego kolejne słowa. - Nie porównuj nas do zwierząt, to jest dla nich obraza. Atakowanie bez powodu jest czymś, co robią tylko ludzie. - uśmiechnęła się gorzko, czując na sobie jego wzrok. Odwróciła swoje spojrzenie i wypuściła powietrze z płuc.
Nie chciała wiedzieć co sobie o niej myślał. Dla tutejszych była chodzącym sposobem na śmierć. Dla obcych za to była dziwką bogatego księcia. I choć wiedziała, że nikt nie miał racji, za każdym razem, kiedy wychodziła, musiała znosić te spojrzenia... Zacisnęła dłoń w pięść i odchyliła się wygodniej w krześle dla niepoznaki. Nie miała zamiaru użalać się duchu nad sobą. Uniosła głowę, a w jej zielonych oczach błyszczało postanowienie. Nie będzie się tu mazać.
Zasadniczo, z tą kulką nienawiści nie żartowała tak do końca. Święcie wierzyła w to, że każdy człowiek ma w sobie bazowe pokłady złych uczuć, które z czasem mogą - ale nie muszą - rosnąć. A im mniejszy człowiek, tym większa szansa, że będzie w nim więcej złości niż rozwagi. Z jej obserwacji, ta reguła miała już wiele potwierdzeń.
- Zakładam, że im więcej alkoholu, tym barwniejsze opowieści, hm? - Lia pomachała do mężczyzny stojącego za barem, widząc jak Rurik co chwila zerka w tamtym kierunku. - Ja nie... - zaczęła, milknąc szybko. Odgarnęła włosy za uszy i poprawiła woalkę zakrywającą jej pół twarzy. - Po prostu ludzie na mnie nie wpadają. Było to dla mnie na tyle niespotykane, że pierwszym odruchem była obrona...- skrzywiła się i przygryzła wargę. - No dobra, zasadniczo atak, ale w celu obrony. - wzruszyła w końcu ramionami z rozbrajającym uśmiechem. - Chwilowo nie mam innych planów, więc mogę z tobą jeszcze trochę zostać... chociaż nie mam pojęcia co masz na myśli. - przyznała. - Więc raz jeszcze: po co tu przybyłeś? spytała, uśmiechając się lekko. Aeolian od samego początku nie była w stanie czuć w nim zagrożenia. Nie był typem osoby, która szuka i zaczepia innych w złych celach. Chyba mogła sobie pozwolić na jego towarzystwo.
- No dobra, to zaczynaj jak już spytałam, czego tu szukasz. Skąd pochodzisz i jak złe musiało być to miejsce, że wybrałeś to piekło? - uniosła lekko brwi.
Ciemnowłosa zaśmiała się, słysząc wątpliwy komplement. Zapatrzyła się przed siebie, robiąc szybki przegląd swoich czynów w kontekście bycia diablicą. Nie, nie pasowało to do niej.
- Przyspieszony oddech, jąkanie się, bladość i pot tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że byłeś świadomy od samego początku, że to tylko przydomek. - wyszczerzyła się, kiedy puścił jej oczko, ale w momencie, kiedy zjawił się obok nich barman, jej twarz stała się obojętną maską, a matowe spojrzenie śledziło każdy ruch mężczyzny. Odszedł od nich z wyraźną ulgą, a każdy jego kolejny krok wydawał się lżejszy. Lia też się wtedy rozluźniła.
- Arsh'Ghem musi cię zabić, jeśli widziałeś jego lub jej twarz. - powiedziała, skupiając się na nalewaniu trunku. - Inaczej jego dusza zostaje zabita przez nieczyste spojrzenie i nie może się odrodzić w swoim plemieniu. - wyjaśniła, z zadowoleniem patrząc na równo nalany alkohol.
Aeolian zaśmiała się widząc miny Rurika, jednak ją też ostro paliło w gardle i w uszach. Raz jeszcze rozlała.
- To ci nie wyjdzie na dobre. Jutro przyznasz mi rację. - przysunęła kieliszek w jego stronę. Palący smak alkoholu zaczął przechodzić w metaliczną słodycz na języku.
W pierwszym odruchu Lia zesztywniała słysząc słowa mężczyzny, a kiedy na niego spojrzała, widać było, że z trudem przychodzi jej zachowanie spokoju. Wychyliła kolejny kieliszek zanim zdecydowała się odpowiedzieć.
- Nie mówiłam, że urodziłam się niewolnicą. - odparła, patrząc mu w oczy. Chciała, żeby te słowa wybrzmiały dosadnie. - Urodziłam się w plemieniu Arsh'Ghem. Jesteśmy... byliśmy koczownikami. Pewnej nocy, kiedy zaatakowały nas demony, zostałam mocno ranna. Mój lew, Reas'sh, uciekł na pustynie, jednocześnie ratując mi życie i je odbierając. Długo byłam nieprzytomna, a kiedy się obudziłam, byłam już w klatce, a moja twarz była odsłonięta... - Lia przechyliła głowę, bawiąc się kieliszkiem. - Złapali nas łowcy niewolników. Myśleli, że jestem jakąś bogatą księżniczką i chcieli oddać mnie do burdelu. Pierwszego, który się do mnie zbliżył, zabiłam w niecałą minutę. Dopiero wtedy się zorientowali kim jestem i przez następne dni byłam nieustannie skuta łańcuchami. A mój przyjaciel... Reas'sh... zabili go. - jej głos załamał się na chwilę, a oczy roziskrzyły emocje. Zacisnęła dłoń na kieliszku. - To był pierwszy przyjaciel, którego zabrał mi Azarat. Potem wylądowałam na Arenie, żeby lud Azaratu mógł się nacieszyć widokiem żywego demona pustyni. Piewszej nocy zabiłam czterech wojowników, których na mnie wysłali, żeby się przekonać czy legendy mówią prawdę. I potem zostałam sprzedana. Kupiła mnie dziewczyna, którą nazywali Zagładą Azaratu... Ludzie tutaj bardzo wierzą w moc legend. Yan miała białe włosy, białą skórę i niebieskie oczy. Była piękna. - Lia uśmiechnęła się na myśl o swojej przyjaciółce. - To druga bliska osoba, którą odebrał mi Azarat. Zamordowano ją. Ostatnią bliską mi osobą, którą tu straciłam, był wojownik, który... zawsze robił mi na złość. - zamilkła na chwilę, jakby otrząsając się z dziwnego snu. Zmarszczyła brwi. - Wybacz, jeszcze nigdy nie mówiłam tego nikomu. - przyznała. - Ale chciałam, żebyś zrozumiał, dlaczego moja odpowiedź na twoje pytanie brzmi następująco: każdego dnia i każdej nocy myślę o tym, żeby się uwolnić. Ale nic mi to nie da. Nie mam duszy, dzięki której mogę się odrodzić w swoim plemieniu. Jedyne co mogę zrobić, to zabić każdego, kto widział moją twarz lub zemścić się na ludziach, którzy skrzywdzili moich bliskich. - była świadoma tego, że wielu szpiegów czy nawet zwyczajnych ludzi może ją podsłuchiwać, ale była to wiedza powszechnie znana. Aeolian nigdy nie kryła się ze swoją pogardą oraz groźbami pod adresem różnych person. Wolała, żeby byli tego świadomi, że może nadejść... ale nie będą w stanie przewidzieć kiedy. - Mogłabym uciec, ale mam tu swoje plany. - uśmiechnęła się i znów rozlała alkohol do kieliszków. - A czemu pytasz? - spojrzała na niego spod uniesionych brwi.








13.11.2020, 21:02
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dzielnica Żebraków
#33

ardzo wciągnął się w rozmowę z owym Demonem Pustyni. Traktował ją jednak jak równą sobie osobę, bo i zdarzają się fenomeny mniej lub bardziej bojowe lub takie, których los nie rozpieszczał. U niej fakt ten był na tyle oczywisty i przykry, a jeszcze dostrzec w nią taką siłę. Nawet jeśli w rzeczywistości była pełna odczuć, rozterek i żalu, a powłoka jaką wokół siebie tworzy jest niczym innym jak tylko barierą przed niepowołanymi osobami. Dowodem jest chociażby na to, iż opieprzyła go słownie za domniemane zabawy z życiem, z czym nie do końca się zgadzał z Aeolian. Nie czerpał frajdy, ani nie radował się przy każdej przelanej krwi. Wręcz przeciwnie. Mógłby to z nią omówić, lecz miał ochotę porozmawiać o czymś bardziej wesołym, a mniej ponurym. Temat o jej niewolnictwie akurat jest wyjątkiem, a ponieważ codziennie z tym żyje i najwyraźniej zdążyła już przywyknąć do tej doli, wtem pozwalał sobie na częste pytania związane z jej losem oraz nią samą.
Nie zrozumiał jej pytania. przez co uniósł brwi z wyrazem twarzy jakby psu zabrano miskę pełną jedzenia sprzed nosa.
- Wiesz, każdy może stać się przysłowiowym samcem alfa, jeśli ma choć odrobinę oleju w głowie i trochę jaj w gaciach. Czysta siła czy absurdalna postura nie są jedynymi wyznacznikami męstwa, choć w pewnych kręgach bardzo ceniona. W końcu widać dobre geny, które można przekazać swoim młodym. Z tym chyba się zgodzisz?
Przetarł buzię rękawem, nadal mierząc się z uporczywym, acz zaskakującym posmakiem jaki pozostawił po sobie ten trunek. Alkohol pierwsza klasa!
- Nas do zwierząt?
Powtórzył powoli. Spojrzał na nią z zastanowieniem, jakby szukając odpowiedzi gdzieś na twarzy.
- Jak dla mnie wyglądasz po ludzku. Chyba że mówisz o duchowych obyczajach związanych z Arsz Głem twojego pochodzenia, wtedy przyznam nie rozumiem w pełni twej perspektywy.
Kobieta zaczęła kierować kilka pytań w stronę Rurika. Skoro ustalili, że na zmianę będą o sobie co nieco mówili, nieuczciwym byłoby się nagle wypierać. Tym razem to on nalał im po kielichach, sobie prawie do pełna, kobiecie z kolei prawie przelewając trunek do przesady. Małe zdarzenie skomentował jedynie mimiką, która składała się na uśmieszek oraz wystawiony język.
- Jak już mówiłem wywodzę się i mieszkam w Greathard. Razem ze swoim bratem bliźniakiem oraz jego żoną mamy tam także miejsce, które możemy nazwać własnym domem. Oczywiście ostatnimi czasy zacząłem podróżować nieco więcej po całym świecie z chęcią zwiedzenia i zobaczenia co mnie otacza na tej wielkiej i niebezpiecznej przestrzeni.
Zjechał niżej tyłkiem po krześle, przez co cała pozycja znalazła się nieco niżej, niźli przy normalnym spoczynku. Ot, dla wygody!
- I prawdą jest że rozglądam się za przyprawami jak i również samymi inspiracjami kulinarnymi, które mógłbym w przyszłości wykorzystać we własnej kuchni. Mam także jeden dość szczególny powód, dla których wędruję i tak daleko, po większych miastach w szczególności.
Spoważniał. Poczuł się ciężko na swoim ciele, a głos  mężczyzny również nabrał brzmienia trudu i zrezygnowania.
- Od pewnego czasu, czyli ze trzy lata już będą odkąd moja matka przepadła bez wieści. Z dnia na dzień, zupełnie nagle i niespodziewanie. Zaglądam gdzie się tylko da, zadaję pytania i pozostawiam rozgłos na jej temat, ale na ten moment bez skutku. Nie wiem, być może ty słyszałaś coś wiesz na ten temat? Ordyllia Grimvard, szukam jej już od kilku lat, ale bezskutecznie.
Powtórzył się. Westchnął po tej wypowiedzi głęboko, nie przypuszczając, że kobieta mogłaby posłyszeć coś na ten temat. Prawdę mówiąc przyzwyczaił się do odpowiedzi negatywnej, a ponieważ tylko ją otrzymywał przez ten cały czas, tak i w tej obecnej chwili nie łudził się, aby było inaczej.
- Dlatego widzisz mnie w Azaracie. Nie przebyłbym takiego kawału drogi do miasta otoczonego przez demona bez dobrego powodu.
Usiadł w ciszy przez jedną minutę, patrząc bezwiednie na swoją rękę trzymającą za kielich.
- Nie ma co się z drugiej strony użalać.
Wyrwał nagle.
- Jeżeli faktycznie okaże się, że nie żyje to muszę zweryfikować czy aby na pewno jest to prawdą. Niewiedza jest dla mnie gorsza niż świadomość tego, czy bliska mi osoba żyje, a być może... sama rozumiesz.
Uniósł wreszcie naczynię do góry i przybliżając kielich tak, aby mogli się nimi stuknąć, upił kolejny łyk alkoholu.
- Nie wiem co to, ale nawet wchodzi. Poza tym Lia... nie chowam urazy. To są trudne czasy i ostrożności nigdy za wiele. Zresztą ja się nigdy długo nie gniewam. Postawiłaś alkohol to jesteśmy bardziej niż kwita.
Rozchmurzył się po chwili, czyli dokładnie wtedy, gdy rumieńce zaczęły oblewać jego twarzy. Bardzo przyjemnie mu było, gdy mógł się komuś wysłowić. I nawet jeśli dany odbiorca ma zupełnie w dupie to co powie, tak przynajmniej nie będzie musiał kisić swoich myśli w sobie. A i zawsze to lżej na duchu. No, mniej lekko na żołądku, ale coś za coś.
- Swoją drogą ten mój bliźniak - Morcant, to i kawał chuja był za dziecka, ale przynajmniej potrafiliśmy się dogadać, gdy była taka potrzeba. Zawsze oczko w głowie ojca, bo umiał o wiele lepiej ode mnie walczyć. Niemiłosiernie mnie to wkurwiało, tym bardziej że wolałem gotować. Wszystkiego prawie nauczyła mnie moja mama, z nią zresztą byłem bardziej zżyty niż z tym starym wygą. Choć nigdy nie życzyłem mu pod koniec takiego losu, po prostu trudno nam szło znaleźć porozumienie.
Zachichotał lekko.
- I jak na bliźniaków przystało wyglądamy zupełnie jak dwie krople wody. To znaczy wyglądaliśmy. On teraz ma zupełnie inne włosy, blizny na twarzy. Za młodu to jedyną różnicą między nami był kolor oczu. On ma błękitne, ja z kolei mam piwne. Co nie zmienia faktu, że często robiliśmy sobie z ludzi jaja.
Tym bardziej śmiech przybierał na sile.
- Och, przygody jakie mieliśmy z podobieństwem wyglądu. Ale wszystko się skończyło... gdy jego pierwsza dziewczyna mnie z nim pomyliła.
Złapał się za twarz, próbując ukryć silne rozbawienie.
- Możesz sobie wyobrazić, że mój brat był co najmniej niepocieszony. Oczywiście to nie była moja wina i tylko dlatego nie zerwałem manta. Po tym jednak odbyliśmy rozmowę i przyrzekliśmy sobie więcej nie udawać siebie nawzajem.
Poprawił się na siedzeniu i usadowił na krześle w normalny i przyzwoity sposób.
- "Przyspieszony oddech, jąkanie się, bladość i pot"...
Zaczął w filuterny sposób przedrzeźniać ją, przybierając najgorszy możliwie kobiecy głos znany w historii całego istnienia ludzkiego rodzaju.
- ... wziął się od zapachu jaki mnie uderzył jak tylko tutaj wszedłem. Ot, alkohol robi swoje ze zmysłami. Najczęściej przytępia je. Tak, właśnie.
Przytaknął, wierząc że przekonał kobietę do swoich racji. Z kolei temat o Arsh'Ghem zaczął kłębić w jego głowie więcej pytań niż sensu.
- Chwila, zaraz. Chcesz mnie zabić, bo uważasz moje piękne, piwne spojrzenie za nieczyste? Nie jest to aby czasem lekka przesada?
Zaczął się głowić i to srogo. Wiele rzeczy mu tutaj nie pasowało, ale skoro wywodziła się z ludów tajemniczych ludzi pustyni kryjących swoje twarzy... w dodatku to jest ich droga do zbawienia? Z jakiegoś powodu Rurik nie rozumiał takiego podejścia.
- Widzę że jesteś wyznawczynią pewnego kultu, skoro to takie ważne dla ciebie. Arsz Głen...
Jeszcze mocniej główkował, próbując wyobrazić sobie sytuację. W końcu przypomniał coś sobie.
- Wiesz, mój ojciec opowiadał mi kiedyś o napotkanej przez niego osobie. Twierdził, że wywodziła się z pustynnego plemienia i to zaczynało się na A właśnie. Także miała zakrytą twarz, a spotkanie ich było zupełnie niespodziewane i... jak szybko wyszło, niepożądane. Otóż... jeśli jest ktoś kto nauczył mnie przetrwania i co nieco na temat polowania to właśnie mowa o moim papciu. Ojcu znaczy się. I widzisz... mieli niemałą debatę na temat swoich poglądów oraz podejścia do życia po śmierci. Imienia nie zapamiętał, a było ono równie dziwne i trudne do zapamiętania jak i twoje.
Sięgnął wnet ponownie po butelkę, ale nerwowo nią potrząsnął i to wcale nie celowo. W ostateczności udało mu się rozlać alkoholu po kielichach, nie robiąc przy tym zbyt dużego zamieszania poza faktem, że od poprzedniego rozlania teraz uwinął się z tym wolniej. Dobrze by było zwolnić tempo.
- Po pierwsze dziwne dla tej dwójki było dlaczego ta kobieta wywodząca się i żyjąca na pustyni znalazła się nagle w lesie. O ile miała swoje powody tak trudno było jej przyznać, jakoby po prostu się zgubiła. Ale do rzeczy. Też była z tych osób, które zabijają jak tylko spojrzą na jej twarz. Początkowo pomyślał czy nie chodzi o zachowanie tożsamości w tajemnicy i jest po prostu asasynem w nieznanej nam jeszcze organizacji skrytobójców. Wtem okazało się, że powodem były wierzenia w odrodzenie w tym samym plemieniu co obecnie są. I mój ojciec zadał jej dwa pytania. Po pierwsze, czy mają udokumentowaną pewność, że takie odrodzenia mają miejsce? Naszym wierzeniem jest, że faktycznie jest życie po życiu, ale nie na tej ziemi tylko w zupełnie innym świecie. Były osoby co jedną nogą były w mogile, leżały martwe przez około dziesięć minut, lecz potem wstały. I taki ateista na przykład, gdy zetknął się z raną śmiertelną i zobaczył jakby siebie leżącego martwego, a on coraz wyżej unosił się w świecie. Jakiego wyznania byś nie była tak są dowody, że istnieje życie po życiu. Wątpliwym jest i według mnie, aby odrodzić się w tym samym miejscu, choć są tacy co mówią o poprzednich wcieleniach jako zwierzęta, reinkarnacje... ogólnie chuju muju i dzikie węże.
Zaśmiał się z własnego suchego żartu. Tak suchy, że sam Azarat wydawał się bardziej żyzny od słów Rurika.
- Gdyby tak było to twoje plemię miałoby nieskończone, nieprzebyte ilości wojowników i współplemieńców. I pytanie czy ono było lub jest bardzo liczne?
Nie czekając jeszcze na odpowiedz kontynuował swoją opowieść.
- I drugim pytaniem było - czy swoją pierwszą miłość od wejrzenia, gdyby ten dostrzegł jej twarz i się zakochał, czy on też zasłużyłby na śmierć? Nie wiadomo jakie są drogi życia, mówiąc szczerze to jest bardziej popierdolone niż ta cała magia i smoki.
Pokiwał ponuro głową, spoglądając co jakiś czas na rozmówczynię, a co rusz wzrok wlepiając w trunek, stół lub inny punkt zaczepienia jaki mu się spodobał. Tak się rozgadał, że zapomniał o puencie całej tej historii. W dużej mierze utrzymywał jednak kontakt wzrokowy z kobietą. Niecodziennie widywał egzotyczne wdzięki, dlatego tak ochoczo spoglądał prosto na nią. Im częściej mówiła o tym, że jej lud zabija ktokolwiek spojrzy na ich twarz, tym bardziej wpatrywał się na nią jak na zakazany owoc, starając się jak najbardziej nacieszyć osobą kobiety. W głębi ducha Rurik uważał, że Lia jest urodziwą kobietą, czego zresztą jeszcze nie powiedział jej na głos. Była tak śliczna, że zamówiłby sobie tylko soczek, lecz wcześniej padło na alkohol i nie było sensu go odmawiać. Są momenty i chwile, w których po prostu trzeba sobie trzepnąć w łeb.
Pozwolił sobie na wysłuchanie historii Aeolian o tym jak tutaj skończyła. Czyli demony w okolicy są jednak aktywne. Cały ten przebieg i los dla niej zgotowany wydawał się taki przykry, ponury. Potraciła przyjaciół jeden za drugim. Kilka razy otarła się o śmierć, była zdana na łaskę podstępnych ludzi, prawie skończyła w burdelu oraz sposób w jaki o tym mówi utwierdził go w przekonaniu, że wcale nie była złą osobą. To ten Azarat ją tak odmienił. I znowuż ten temat odrodzenia, który chciałby w jakiś sposób rozwiązać. Z tego co zrozumiał to jest jeszcze inna opcja. Ale czy tak w jej oczach zawsze musi być? Żeby się odrodzić musi odebrać życia tym, którzy ją ujrzeli lub skrzywdzili? Brzmiało dość krwawo i niejako barbarzyńsko. Mimo że sam miał korzenie dzikich ludów tak wierzenia ich nie sprowadzały się do mordowania w imię odkupienia.
- Aoleian, idąc tym rozumowaniem to czeka cię wymordowanie co najmniej połowy Azaratu przez sam udział na arenie. Posłuchaj uważnie, współczuję ci poniesionych strat. Tamci ludzie, których wymieniłaś, a którymi nazywasz przyjaciółmi... wierzę że szczególne z nich osobowości, skoro w Zagładzie Azaratu zobaczyli człowieka godnego uwagi i poznania, zamiast zabawki czy chodzącej śmierci.
Odchrząknął. Dlaczego właśnie zadał jej te pytanie? Nieszczególnie miał jakikolwiek plan związany z jej niewolą, a tym bardziej odbiciem Lia z okowów niewolnictwa. Nie szkodziło próbować, tym bardziej że nie sypał pustymi obietnicami dla poprawy nastroju słuchacza.
- Na pewno jest jakieś wyjście z tej sytuacji. Skoro twierdzisz że jesteś w stanie się stąd wyrwać wtem wierzę, że znasz ku temu sposobność. Nie miałbym większego oporu przysłużyć się w tej sprawie, o ile zobaczę zdecydowanie w tej sprawie. A te niedokończone sprawy, o których mówisz, no właśnie...
Przysunął się z krzesłem bliżej stołu.
- Pytam ponieważ nie wiem jakie masz plan i priorytet na obecną chwilę, bo z mojego punktu widzenia wygląda to tak, że wystarczyłoby ci opuścić to miejsce i nie oglądać się za siebie. Wyciągnij rękę przed siebie, jeśli możesz.
Nawet gdyby tego nie zrobiła on podobnie postąpił ze swoją.
- Jak widzisz masz porównanie. Zarówno ty i ja jesteśmy stworzeni z krwi i kości. Mamy taki sam kształt, w podobny sposób się poruszamy, mówimy i jemy. Twarz to trochę jak imię. Każdy ma swoją własną tożsamość, której nie może nam zabrać żadne przekonanie, bo to pozostaje nam jako własne. Poza marzeniami mamy również tożsamość i nie ma siły, która by to podważyła. Jeśli jednak bardzo zależy ci na tajemniczości wyglądu zewnętrznego to pociesz się tym, że ujrzana twarz tylko jeden raz na szybko zostanie zapomniana, choć z twoją urodą to trochę wolniej ona przeminie z pamięci.
Przyznał kobiecie - pół żartem, pół serio. Podrapał się po głowie tą samą ręką, którą przed chwilą trzymał wyciągniętą jak zwykli to robić wróżbici bez zębów w namiotach.
- I duszy też ci nikt nie zabierze, nawet sami bogowie, wszyscy razem wzięci. Bo tą duszą jesteś właśnie ty. Wierz mi, gdybyś nie miała w obecnej chwili duszy to nawet byś tutaj nie była, a ciałem tym kierowała inna persona lub po prostu byłoby ono martwe i leżało w bezruchu. Jest kilka rzeczy, których nikt nam nie odbierze. No, w teorii mówi się że życie. Prawda jest taka, że po tym życiu następuje nowe. Ja tak przynajmniej to widzę.
Zauważywszy że za bardzo rozgadał się na ten temat postanowił w końcu zapytać Lię o zdanie.
- Dlatego proszę, jeśli się ze mną nie zgadzasz, opowiedz mi jak ty to widzisz. Jak zdążyłaś zauważyć nie wiem nic o Arsh'Ghen czy jak to się wypowiada. Jest taka możliwość, że to ja o czymś nie wiem. Poza tym noc jeszcze młoda, a czasu mam dziś wyjątkowo dużo.
Posłał jej wdzięczny uśmiech. Był otwarty na przekonania i lubił w ten sposób poznawać swoich rozmówców.
- Zamieniam się w słuch.
Zachęcał Aeolian do rozmowy.
15.11.2020, 21:19
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dzielnica Żebraków
#34

śmiechnęła się kącikiem ust. Chyba nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, że musiała wreszcie wyrzucić z siebie to wszystko. Tyle tygodni dusiła w sobie słowa, które powinny wreszcie wydostać się na świat. Oparła łokieć na stole, a na ręce położyła brodę i przez jakiś czas przyglądała się ludziom w knajpie. Nie była to zbyt ciekawa zgraja, ale czego mogła się spodziewać w tej części Azaratu? Przynajmniej była pewna, że nie grozi jej tu niebezpieczeństwo. Sami pijacy, drobni złodzieje, bojówkarze czy handlarze nielegalnymi przedmiotami. Przetarła dłonią twarz, zastanawiając się co się stało, że zaczęła uczęszczać do takich przybytków.
Po chwili spojrzała na Rurika, jakby dopiero go zauważając. Uśmiechnęła się przepraszająco i wzruszyła ramionami. Przygryzła rąbek swojego półprzezroczystego zakrycia twarzy, a po chwili odpięła złoty łańcuszek, który zwieszony był na jej uszach i podtrzymywał materiał.
- Oczywiście, że się zgodzę. - odłożyła ozdobę na stolik z lekkim brzdękiem złota. - Tutaj to ja jestem prawdziwym alfą. Mam odrobinę oleju w głowie, dwa jajka i absurdalną posturę. - uniosła brwi i zaśmiała się wesoło. - Eh, chyba nie mam na tyle ambicji, by stado za mną podążało. Jestem samotnym lwem, który odłączył się od grupy. - skrzywiła się okropnie po kolejnym wypitym kieliszku. Czuła jak rumieńce pojawiają się na jej jasnych policzkach.
- Nas do zwierząt. - powtórzyła po nim powoli. - Jesteśmy zdecydowanie gorsi niż zwierzęta.
Lia oparła się wygodnie na krześle, słuchając początku opowieści mężczyzny naprzeciwko. Wypiła kolejny kieliszek, który wręcz poczuła w uszach - ciśnienie sprawiło, że chyba odblokowały jej się dodatkowe kanały, o których wcześniej nie miała żadnego pojęcia. Nie przejęła się tym, że to jej kieliszek został przelany.
- Podróżujesz po całym świecie? Gdzie już byłeś? - zaciekawiła się wbrew sobie. Nie zamierzała stąd odchodzić przez dość długi czas, ale musiała przyznać, że alkohol wyzwolił w niej niepożądane myśli o nowym życiu w innym świecie. - Widziałeś już pustynię pełną wody zamiast piasku? - jej oczy rozbłysły zaciekawieniem, kiedy pochyliła się ku niemu z nagłym entuzjazmem. - I zielone pustynie, pełne roślin? I pustynie z kamienia, które sięgają nieba? - przez chwilę stała tak nad stołem, niczym dzikie zwierzę nad ofiarą, po chwili jednak się opamiętała i usiadła z powrotem na krześle, opierając się wygodnie.
- Kuchnia Azaratu jest jedną z lepszych na świecie, jeśli wierzyć plotkom i przechwałkom. Trochę racji muszę im przyznać, nie umiem na nią narzekać. - pokręciła głową. Spoważniała po chwili. - Kiedy ktoś znika z dnia na dzień, to są dwa wyjścia. Albo zostaje zabity, albo porwany. Przykro mi, nic jednak nie mówi mi to imię. - dotknęła dwoma palcami najpierw czoła, potem ust, a następnie serca. - Jestem w stanie zrozumieć twoje uczucia. Niewiedza co się dzieje z rodziną jest... - zacisnęła dłoń na kieliszku, prawdopodobnie bezwiednie. -...trudna do zniesienia.
Zaśmiała się, słuchając historii o bracie Rurika i ich przygodach. Nie miała rodzeństwa, więc nie wiedziała jakie to uczucie i co się z nim wiąże. Trochę mu tego zazdrościła. Mimo wszystko miał rodzinę. Ona już nie miała nic. Westchnęła ciężko i oblizała wargi, które trochę pierzchły od wypitego alkoholu. Kiedy zaczął ją przedrzeźniać, uśmiechnęła się i zmrużyła oczy.
- Oczywiście wierzę ci, że to wszystko przez zapach tego miejsca. W końcu każde twoje słowo jest prawdą. - przechyliła lekko głowę, a jej włosy spłynęły na jedną stronę. Złote blaszki w jej włosach zabrzęczały srebrzyście.
- Oczywiście, że jest nieczyste. Ale już się przyzwyczaiłam do tego. Równie dobrze mogłabym tu siedzieć nago, nie robi mi to już różnicy... - westchnęła raz jeszcze i przewróciła oczyma. Pokręciła głową. - To nie jest kult. Arsh'Ghem to plemię nomadów. - zamilkła, słuchając Rurika i jego opowieści. Zamyśliła się, muskając palcem dolną wargę. - Możliwe, ale mało prawdopodobne, że była z mojego plemienia. Rzadko kiedy Arsh'Ghem opuszczają Martwy Kwiat. Chyba, że zostają wygnani lub mają specjalne zadanie. - wychyliła kieliszek, który napełnił Rurik, a jej oczy stawały się coraz bardziej szkliste od alkoholu. - Nie będę mówić za osoby, których nawet nie znam. Moje plemię zakrywa twarz przy obcych, wśród swoich nie musimy tego robić. Może faktycznie była zabójczynią i starała się was omamić zasłyszanymi półprawdami? - Lii powoli zaczynało robić się gorąco, pomimo skąpego odzienia. Zmarszczyła brwi. - Czy nie na tym polega wiara, aby wierzyć, a nie spisywać wszystko w dokumentach? - zawiesiła na chwilę głos, jednak potem podjęła. - Mamy naszych Wiedzących oraz Strażników Pamięci, historie, prawa i wierzenia są przekazywane u nas ustnie. Każdy kto umiera, wraca do miejsca, gdzie żyją wszystkie dusze naszych przodków. Gdy rodzi się nowy Arsh'Ghem, duża przodka wkracza w jego ciało, dodając wszystkie przymioty wojownika, kształtując całkowicie nową osobę. Z każdym wcieleniem dusza uczy się nowych rzeczy i daje więcej darów nowemu nosicielowi... Jeśli zaś chodzi o miłość, to zależy. Jeśli byłaby spoza plemienia, to jest kilka opcji. Albo nigdy nie pokazałaby swojej twarzy, albo jej wybranek musiałby przystąpić do Arsh'Ghem... ale wtedy zostałby oślepiony. - wzruszyła ramionami, jakby to nie było nic poważnego. - W końcu to miłość, prawda? Oczywiście, że jest popierdolona.
Im Rurik bardziej uporczywie się w nią wpatrywał, tym bardziej rosła w niej rozbawiona irytacja. Przecież widziała doskonale o co mu chodzi. Pokręciła głową i pochyliła się ku niemu, pstrykając go lekko w nos.
- Jesteś iluś-tysięczny w mojej kolejce zabójstw. - zaśmiała się krótko.
Skrzywiła się, kiedy wymówił jej pełne imię. Po raz kolejny. Po raz kolejny niepoprawnie.
- Lia. Nazywaj mnie po prostu Lia. - poprosiła, rozlewając trunek do kieliszków. - Tak, masz rację. Najbezpieczniej będzie zamordować wszystkich, a to i tak nie da mi pewności, że udało mi się zabić każdego, kto widział moją twarz. Widzisz... pogodziłam się z tym, że jestem banitą. Jedyne czego teraz chcę, to zemsta. Dlaczego tylko ja mam cierpieć? - spytała retorycznie, robiąc kółeczka kieliszkiem i rozlewając trochę trunku. - Dziękuję za chęć pomocy, ale naprawdę nie mam pomysłu, gdzie indziej mogłabym się udać. Chyba jestem skazana na to miejsce... - westchnęła i oparła się dwoma łokciami o blat. Przyłożyła kieliszek do policzka, patrząc na Rurika. - Mogę się nie oglądać, ale co mi to da? Co miałabym robić? Czy moi ukochani zaznają spokoju, jeśli nikt ich nie pomści? - mówiła, a jej spojrzenie coraz bardziej traciło blask.
Po chwili wahania podała mu rękę i wysłuchała jego słów. Po chwili wstała i wzięła butelkę. Zostawiła przesłonkę twarzy na stole, choć była warta z pewnością kilkanaście złotych monet.
- Nie jesteśmy tacy sami. Ja nie jestem kompletna. Jestem skorupą, która umrze, kiedy nadejdzie kres mojego życia. Nie mam szansy na zjednoczenie ze swoim plemieniem. Zostaje mi tylko wspomnienie po nich, wspomnienie po moich przyjaciołach, poza tym nie mam nic. - położyła mu dłoń na ramieniu. - Napijmy się na świeżym powietrzu. Tutaj robi się faktycznie za duszno.
Kiedy wyszli na zewnątrz, kobieta wystawiła twarz na chłodny powiew nocnego wiatru. Przez chwilę nic nie mówiła, po prostu wskazała kierunek, w którym chciała, aby się udali.
- Czy masz coś, czego pragnąłeś od dziecka tak bardzo, że zrobiłbyś dla tego celu wszystko, odegnał nawet strach przed śmiercią? - spytała cicho, patrząc przed siebie. - W naszym plemieniu to właśnie wiara w to, że wrócisz do rodziny. Cokolwiek by się nie stało, jesteś na zawsze częścią plemienia, które odda za ciebie życie, zrobi dla ciebie wszystko. Ja to straciłam. Straciłam wspólnotę dusz, wspólnotę życia. Nie jestem już jednym z nich i nigdy nie będę. Ale nie jestem też Azartczykiem. Nienawidzę tego miejsca, które nadało mi piętno niewolnika i demona. Na całym świecie nie mam już nikogo, kogo mogłabym nazwać rodziną. A to jest coś, co sprawia, że jesteś najbardziej samotny, kiedy wokół ciebie jest cała masa ludzi... - powiedziała ciężko, podkreślając swoje słowa dość sporym łykiem z butelki. Podała ją Rurikowi. - Co się stało z twoją rodziną?








19.11.2020, 22:29
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dzielnica Żebraków
#35

ciągnął się w rozmowę z Aeolian do stopnia, w którym całkowicie stracił rachubę czasu. Przestało to mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie, w duchu czując, że miło byłoby, gdyby wszystko zatrzymało się w miejscu. Mało gościnne miejsce z mniej gościnnymi ludźmi, zdecydowanie z o wiele mniej gościnnym zapachem nagle nabrał dla niego przyjemnej atmosfery. Nie miał pojęcia czy działo się tak za sprawą alkoholu, czy dogodnego towarzystwa. Już dawno nie czuł takiej swobody i poczucia pewności siebie jak tego wieczoru, gdy przelewali między siebie alkohol i upijali do dna za każdym razem. Cóż, przynajmniej on tak robił. W jednym należało przyznać kobiecie rację. Ten trunek za każdym razem smakował coraz paskudniej.
- To jest nas dwoje. Co do ambicji to wcale ci jej nie brak. Mało kto planuje wybicie całej ludności miasta za pogwałcenie czyichś sakralnych obrządków lub obrażeniem poglądów. Myślę jednak, że problemem nie byłaby nieudolność przewodzeniem stadem. Bardziej... nie ma godnych tobie, którymi mogłabyś pokierować. Albo wolisz działać w pojedynkę.
Westchnął, po czym pokręcił przecząco głową.
- Nie zrozum mnie źle w tym momencie. Samodzielność jak najbardziej jest pożądaną cechą, zwłaszcza w czasach takich jak te. Samotność jednak z czasem staje się wredna. W najgorszym wypadku do niej się przyzwyczajamy, przez co trudno nam nawiązać kontakt, czy też zaufać drugiej osobie.
Odchrząknął, poprawiając się na krześle jakby co rusz stawała się dla niego niewygodnym utrapieniem.
- Nie dziwię się jednak gdybyś nie mogła zaufać ludziom. Zgodnie z tym co mówisz jesteśmy najgorszym, najbardziej przewrotnym złem jakie mogło stąpać po tej ziemi. Chwilami zastanawiam się, czy nie jesteśmy gorsi od samych demonów.
Oparł się łokciem o stół, opierając na niej swoją głowę. Zaczynało mi się lekko kręcić w głowie, aczkolwiek nie na tyle, by zaburzyć równowagą ruchu Rurika. Miał wrażenie, że w pomieszczeniu robi się coraz goręcej.
- Można tak powiedzieć, a zwiedziłem naprawdę wiele zakamarków świata.
Uśmiechnął się jak tylko kobieta zaczęła wymieniać poszczególne krajobrazy, wszystkim z kolejna przypisując cechy pustyni, a przynajmniej z nazwy. Na swój szczególny sposób to było urocze. Do głowy przyszła mu myśl jak cudownym byłoby pokazanie jej całego świata i obserwowaniu jej reakcji. Nie twierdził że cieszyłaby się jak małe dziecko. Niemniej jednak prawie każdy żyjący człowiek miał ten błysk w oku, gdy doświadczał nawet drobnych rzeczy za pierwszym razem. Rzecz jaką dostrzegł nawet w kuchni, ilekroć danej osobie posmakowało danie lub on sam odkrył coś szczególnie wyniosłego. Samodzielnie lub za pośrednictwem innego kucharza.
- Lia, kochana. Ten świat jest niezwykle rozległy i warto choć jeden raz zobaczyć nawet fragment tego co ma on nam do zaoferowania. Pustynia pełna wody zamiast piasku to nic innego jak morze. Tak przynajmniej przyjęło się na to mówić. I czasem dno jest tak głębokie, że nie widać co znajduje się na dole. Oczywiście bez umiejętności pływania można się utopić, dlatego morze najlepiej przebyć statkiem lub łodzią, np. rybacką. Różne nieodkryte rzeczy znajdują się na dnie oceanu. Mowa o niezliczonych skarbach, w skrzyniach lub takich jakie matka natura ma do zaoferowania. Zamieszkują je niezliczone zastępy ryb. Swoją drogą bardzo pyszne i lekkostrawne potrawy można z nich przyrządzić.
Gdy tak opowiadał zaczął bawić się kieliszkiem, przewracając nim między palcami. Niekoniecznie sprawnie, zgrabnie.
- Zielone pustynie pełne roślin? Tam skąd przybywam jest ich pełno. Roślinność bujna, kwiaty pachnące. Wiosną tereny te są najpiękniejsze, bo wtedy wszystko budzi się do życia. Słońce świeci wysoko, lecz nie jest tak palące jak tutaj. Gdzieniegdzie widać domy mieszkalne, choć niektóre opuszczone ze względu na niebezpieczeństwa znajdujące się poza murami miasta. Zwierząt hodowlanych także było kiedyś więcej.
Podrapał się po głowie, usiłując przypomnieć sobie więcej szczegółów.
- Są także zielone łąki pełne drzew. Na te z kolei mówimy lasy. Drzewa naprawdę majestatyczne, koronami drzew sięgające naprawdę wysoko i zapewniają cień chroniący przed upałem słońca. W nich także żyje wiele zwierząt, które również szukają w nim schronienia oraz domu.
Coraz bardziej podobało mu się opowiadanie o danych lokacjach, choć nie był pewny jak daleko sięga wiedza ogólna kobiety na ten temat.
- Pustynne kamienie, które sięgają nieba - na nie mówimy góry. I prawdą jest, że sięgają naprawdę wysoko ku górze. Z bardzo daleka można je już wypatrzyć, choć przemieszczanie się po nich bywa czasochłonne. Gdy jednak zdołasz już wejść na ich szczyt to czekają cię naprawdę niesłychane widoki. Z tak wysoka możesz zobaczyć cały otaczający cię krajobraz i tak aż po sam horyzont. Dla samych widoków warto wejść tak wysoko!
Opowiedział tyle ile miał w głowie.
- Słowa jednak nie opiszą ci tego wszystkiego. Pewnych rzeczy należy doświadczyć na własnej skórze, dlatego też zachęcam cię do wyruszenia w świat.
Przytaknął. Odstawił kielich obracany w rękach i przytaknął wnet ponownie.
- Kuchnia Azaratu podobno ma wiele nowości do zaoferowania. Mnie najbardziej interesują przyprawy, bo to one nadają sensu i smaku wszelkim potrawom. Jeżeli mam być najlepszy w tej dziedzinie, wtem muszę koniecznie poznać wszystkie możliwe kombinacje i sekrety.
Nie ożywił się na długo w tym temacie. Pozostaje drugi powód przybycia Rurika w owe miejsce. Przyprawy to tak naprawdę drugorzędna rzecz w tej chwili, acz skoro już tutaj przybył to równie dobrze mógłby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. A przynajmniej jedną, bo nie zaskoczyła go niewiedza na temat jego matki. Westchnął głęboko, próbując nie uronić w towarzystwie Aeolian łzy. Nie byłoby sprawiedliwym, gdyby nagle miał się rozczulić, tym bardziej że ona sama miała nie lada problemy. Ba, nie miała nawet w pełni własnej wolności! Mimo że cieszył się ze swobody jaki miała w poruszaniu się po mieście. W ten sposób zawsze mógł z kimś zamienić słowo w tym mało przychylnym zakamarku świata. Kto by przypuszczał, że tak szybko się do niej przekona i ją polubi?
Na wzmiankę przez nią o siedzeniu nago przez chwilę zrobił się bardziej czerwony, aniżeli dotychczas, jeśli dokładniej mu się przyjrzeć. Nie śmiał skomentować tego w żaden sposób, a wyobraźnia i alkohol podsunęły mu naprawdę podejrzaną myśl. Na tyle krępującą, iż Rurik pięścią stuknął się w czoło, usiłując wyzbyć się trudnych przemyśleń.
- Mucha.
Burknął szybko, starając się zachować świeżość i neutralność jak tylko potrafił.
- Yyy... tak, tak. Na pewno była na jakiejś ważnej misji, o której nie wyjawiła wtedy mojemu ojcu.
Podłapał szybko temat, uwalniając się z niezręcznej prawie ciszy. Skupił się w pełni na słowach Aeolian, gdy zaczęła wyjaśniać postrzegany przez nią Arsh'Ghem. Końcówka wyszła dosyć brutalnie, lecz w końcu rozumiał jak to u nich wygląda. Czyli stąd potrzeba ukrywania swojej twarzy. Świadomość wizerunku jej twarzy uniemożliwia jej reinkarnację w swoim rodzinnym plemieniu. Biorąc pod uwagę atak demonów trudno, by było to możliwe nawet, jeśli wykurwiłaby w pień cały jebany Azarat aż po samo niebo. Dostał pstryczka w nos, co wyrwało go z krótkiego zamyślenia.
- Co za ulga. A już planowałem spisywanie swojego ostatniego testamentu.
Zaśmiał się. Nawet te drobne lęki, które mógł potencjalnie w sobie posiadać, odeszły w zapomnienie. Już sam sobie ustalił, że na ten czas będzie się zwracał per Lia do kobiety. Nie jego wina, że imiona bywają trudne, acz kiedyś powinien wreszcie zapamiętać pełną nazwę.
- Wiesz, mam korzenie swojego plemienia i mimo spędzenia swojego życia w cywilizowanym mieście tak tradycje od pradziadków przeszły na mnie przez mojego ojca. Według tamtych reguł krew należy spłacić krwią, a zwłaszcza jeśli krew ta należała do twojego brata. Z kolei w niektórych rejonach nie jest to moralne rozwiązanie, choć biorąc pod uwagę obecne czasy każdy ma to po prostu daleko w piździe. Niektóre religie zachęcają, by nie iść drogą zemsty, jako że to potrafi całkowicie zniszczyć człowieka. Wiem o czym mówię.
Westchnął głęboko.
- Naprawdę trudno mi wymyślić co mógłbym ci powiedzieć lub doradzić w tej sprawie. I nie chcę okazać się hipokrytą. Wraz z moim bratem i my planujemy zemstę na pewnym szlachcicu, który zatłukł nam ojca. Patrząc jednak na twoje losy... nie wiem ile osób chcesz ze sobą zabrać. Wolałbym jednak, abyś nie spędziła całego swojego życia w ogniu zemsty i nienawiści. Jesteś na to za młoda, a jest tyle rzeczy do zrobienia, których mogłabyś się złapać. Ja mógłbym ci pokazać co i jak, gdyby to miało zapewnić jakieś ułatwienie.
Pochylił się bardziej do przodu, odrywając się nieco tyłkiem z krzesła.
- Lia, posłuchaj uważnie słońce. Ci ludzie i tak w końcu umrą. Jeżeli nie ty ich zabijesz to czas zrobi to za ciebie. Lub cokolwiek innego odbierze im życie, a jeśli nie jakiś stwór lub inny człowiek to na pewno ich własna głupota ich pogrąży. Twoja banicja nie będzie trwała wiecznie, tym bardziej że możesz sprawić, by był to ciekawy czas w twoim życiu. Wiem po sobie, banicja to wcale nie jest taka zła rzecz. Jeżeli jednak plemię te darzy cię miłością równie wielką co ty ich... na pewno jest wiele sposobów, aby się odkupić i wcale nie musi się to odbyć za sprawą przelania krwi.
Usiadł wygodnie z powrotem na miejscu, choć dupa bolała od tego pieprzonego taboretu.
- Dopuszczam do siebie myśl, że zechcesz pomścić naprawdę bliskie ci osoby. Nawet chętnie ci pomogę, przyprowadzę ich w domyślne miejsce, sam pierdolnę toporem. Jeśli naprawdę nienawidzisz tego miejsca i to jest jedynym powodem trzymającym cię w tym piaskowym pierdolniku to nie czekaj w nieskończoność. Nie tego by chcieli ci, których utraciłaś. Wierzę, że powiedzieliby ci dokładnie to samo. Chujowo jest, było i będzie. Dopóki masz sił w ramionach i dech w płucach to skorzystaj z życia, chwyć się tego czego tylko możesz i wykorzystaj wszystko co świat ma do zaoferowania. Uwierz mi, warto!
Nie czuł się wybitnie wielkim mówcą czy osobą odpowiednią do przekonywania o zmianie patrzenia na pewne sprawy. Serce mu się krajało, gdy widział jak ona tak marnowała się w tym miejscu. Kobieta o pewnych talentach, wielu których najpewniej jeszcze u niej nie znał, a siedziała w Azaracie tak pogrążona w smutku i kierowana żądzą zemsty.
Do następnych wypowiedzi nie udzielił jeszcze odpowiedzi, jako że postanowili przenieść się na zewnątrz. Zostawili przy stole swoje rzeczy. Wstał za nią dopiero wtedy, gdy położyła na ramieniu Rurika swoją rękę. Stanowczą, pewną i jednocześnie kojącą i delikatną. Przytaknął, a następnie ruszyli w dowolnie wybranym przez nich kierunku.
- Świetny pomysł. Właśnie tego potrzebowałem!
Rozprostował nogi, prężąc się i wyciągając niczym kot. Ponieważ kobieta wzięła butelkę przed nim, on podniósł ze stołu zdobioną przesłonkę, którą nie tak dawno przywdziewała na twarzy. Szkoda gdyby tak cenna rzecz zmieniła właściciela i trafiła w niepowołane ręce.
- Jeśli mam być szczery to wiele rzeczy. Na pewno chcę być najlepszy w swojej dziedzinie, choć nie ukrywam mógłbym polepszyć i swoją technikę walki dla samej ochrony.
Posmutniał.
- Tyle rzeczy... bym zmienił. Tyle istnień ocalił przed nieuniknionym. Nawet tego starego pryka bym uratował, mimo że nie przepadał za mną szczególnie. Tak, mówię o własnym ojcu. Wcześniej straciłem też pewną kobietę, z którą zaczęliśmy się spotykać. Nieznany nikomu sprawca zadźgał ją, a potem popełnił nad nią samobójstwo. Okazało się, że i on ją umiłował.
Głos mu się załamał, głos robił coraz cięższy.
- Mojego ojca przybito do ściany. Zadarł z niewłaściwą osobą, niejakim wysoko urodzonym popierdółkiem. Morcant jest w Greathard i wziął te zadanie na siebie. Z kolei ja... wędruję po świecie w nadziei, że jeszcze raz ujrzę własną matkę. Podzieliliśmy się zadaniami, lecz póki co żaden z nas nie zrobił żadnego postępu. Straciłem dwie osoby i boli mnie myśl, że stracę i tę trzecią.
Świeże powietrze dobrze mu robiło. Mówione jednak przez niego słowa zadawały mu wyraźny ból.
- Nie wiem ile jeszcze będę musiał znieść. To jednak boli moje serce.
Przez chwilę nic nie mówił. Przejął butelkę podaną mu przez Aeolian, z której wziął trzy głębokie łyki. Ileż to już wypił? Nie miał bladego pojęcia.
- I wiem że ciebie życie nie rozpieszczało. Straciłaś przyjaciół, rodzinę, możliwość powrotu. Jedno tak naprawdę trzyma cię przy życiu, a przynajmniej póki co.
Otarł ręką łzę, której nie potrafił powstrzymać. A by to licho.
- Lia, A- Aeolian. Masz śliczne imię.
Na zewnątrz było już ciemno. Nad nimi górował księżyc, który swoim blaskiem oświetlał pogrążone w ciemności miasto. Gdzieniegdzie tliły się światła, między budynkami nadal pałęsali się ludzie, nie było tak tłoczno jak w momencie przybycia Rurika w te miejsce, a i tak nadal tętniło życiem.
- Wiem że sytuacja jest beznadziejna i czujesz się stratna. Powtarzam jednak jeszcze raz. Żadne z tych osób, które straciłaś, a które cię szanowały, a nawet kochały nie chciałyby tego, abyś marnowała swoje życie w taki oto sposób.
Położył rękę na jej ramieniu.
- Swoją drogą zgubiłaś coś.
Wcisnął jej zgubę pozostawioną na stole do jej dłoni. Uśmiechnął się nieznacznie, a następnie kontynuował.
- Świat jest naprawdę wielki, jeśli dać mu szansę to potrafi zaskoczyć nawet czymś przyjemnym. To grzech marnotrawić swoją młodość w takim miejscu. Nawet banici by banitowali w innym miejscu, jeśli ma to dla ciebie jakiś sens. W każdym razie ludzi naprawdę jest mnóstwo. Wielu z nich najpewniej nie zaufasz, ale trafią się te jednostki, z którym zdołasz nawiązać wspólny język, a nawet i zaprzyjaźnić. Kto wie, być może wśród nich odnajdziesz wyjątkowego mężczyznę, który uczyni ciebie bardziej wyjątkową, a wtedy zaczniesz swoją własną rodzinę.
Mruknął do niej pytająco.
- Hmm? Jak uważasz? Wtedy nie byłabyś już taka samotna. Jak sama wiesz życie jest pełne niespodzianek. Nawet nie wiesz kiedy wdepniesz w gówno lub znajdziesz się w zupełnie innym pomieszczeniu.
Spojrzał jej prosto w oczy. Wpatrując się tak w kobietę, dostrzegł różnicę w jej atrakcyjności przy świetle księżyca padającego prosto na nią.
- Wiesz, do twarzy ci w księżycu.
Słowa wypowiedziane przez niego, chwilowo zdawały się neutralne, szybko jednak podsumował to jako bardzo głupi i niestosowny komentarz.
- Daruj, czasem nie wiem co mam na myśli.
Oddalił się krok do tyłu od niej wraz z ręką spoczywającą wtedy na jej ramieniu. Odchrząknął, zachowując powagę i świeżość. Kto by przypuszczał, że jednego wieczoru przy nowo poznanej osobie wyjawi większość swoich myśli? Ze szczególnego powodu poczuł, że mógł znaleźć u niej zrozumienie i zaufanie. Kto wie. Możliwe, że te całe przypadkowe ich spotkanie mogło sygnalizować dobrą znajomość, a nawet i przyjaźń. Popierdolony ten cały los równie mocno co miłość, o której mowa była jeszcze zanim wyszli na zewnątrz.
- Albo wiesz, możesz zawsze ze mną podróżować, przynajmniej przez jakiś czas. Dwóch samców alfa, jeden z dużymi jajami, druga niekoniecznie... ale nikt by nam nie podskoczył! Nie byłoby chuja na nas i szybko zgarnęlibyśmy sławę i chwałę. Nawet dobre monety wpadną do kieszeni, więcej przygód i opowieści do opowiedzenia. Nic nie tracisz!
Uśmiechnął się do niej. Jeżeli niektóre z tych argumentów mówiących o tym, by nie pogrążała się w zemście i niejako skorzystała z innych dostępnych dla niej opcji to sam nie wiedział co dokładnie mogłoby przekonać Aeolian do zmianę zdania.
21.11.2020, 21:38
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dzielnica Żebraków
#36

ia zaczęła się zastanawiać, wyjątkowo trzeźwo jak na jej stan, czy jest już na tyle pijana, by stwierdzić, że wystarczy jej na dzisiaj alkoholu. Był to podły trunek pod każdym możliwym względem, dlatego też już żałowała swojego jutrzejszego stanu. Coraz ciężej jej się oddychało z każdym kolejnym kieliszkiem, ale dzisiaj właśnie tego potrzebowała. Chciała się upić, przez chwilę zapomnieć o tym kim jest i gdzie jest, i na wszystkie demonie kurwy, po prostu nie myśleć. Skrzywiła się mocno po kolejnym kieliszku i otarła usta wierzchem dłoni. W pałacu mogła przecież raczyć się najlepszymi trunkami Azaratu, a z własnej woli wybrała te siki. Naprawdę było z nią kiepsko.
- Hm? - mruknęła, unosząc brew. - Po czym wnioskujesz, że nie brak mi ambicji? Po tym, że planuję wymordować cały Azarat? - uśmiechnęła się ponuro. Jej spojrzenie stało się ostrzejsze. - To nie jest pogwałcenie czyichś sakralnych obrządków. To jedynie to, na co zasługują. - powiedziała gorzko, ucinając temat. Nie miała zamiaru kontynuować kwestii swoich pobudek z kimś, kto określa je obrządkami, nie mając pojęcia absolutnie nic o jej kulturze, o świecie, w którym żyła i który ją ukształtował. Odetchnęła głęboko i policzyła w myślach do trzech. - Mam swoje stado. Dosłownie. Kilka pustynnych lwów, z czego moim najbliższym przyjacielem jest Ra'esh, którego dziś ratowałam przed śmiercią na Arenie. - złapała się za głowę, starając się nie wracać do tych stresujących chwil u Caherada, kiedy to musiała jeszcze bardziej oddać samą siebie, aby uchronić przyjaciela przed okrutnym losem.
- Owszem. Jesteśmy źli. Ale demony są gorsze. Jeśli miałabym do wyboru zabić z zemsty lub zabić demona, zawsze wybrałabym to drugie. - spojrzała na niego, jakby nie była do końca pewna dokąd zmierza ta konwersacja.
W końcu roześmiała się, kiedy zaczął opisywać wylistowane przez nią krainy. Przechyliła lekko głowę i machnęła dłonią, jakby chciała przegonić muchę.
- Nie sądziłam, że to możliwe, ale to za każdym razem działa... - wyszczerzyła się po chwili, trochę uspokajając śmiech. Odetchnęła głośno i spojrzała na mężczyznę. - Dlaczego sądzicie, że ludzie z pustyni nie mają pojęcia o zewnętrznym świecie? - zmrużyła lekko oczy. - Wiem czym jest ocean czy morze. Wiem czym są góry, łąki i lasy. Znam krainy tego świata, wiem o nich naprawdę dużo. Czytałam o nich wiele i jeszcze więcej słyszałam opowieści. W miejscu, w którym mieszkam zjeżdżają się wielmoża z każdego możliwego zakątka, którzy są politykami, misjonarzami, szlachcicami. Wszyscy mają swoje opowieści do przekazania... Ale reakcja ludzi spoza Azaratu zawsze jest bardzo podobna... skoro mieszkamy na końcu świata, to na pewno nie wiemy, że w innych miejscach istnieją "wodne pustynie". - skrzyżowała ręce na piersiach i raz jeszcze, tym razem bezgłośnie, się zaśmiała. - Nigdy ich nie widziałam. Ale słyszałam tyle, że mogę ci je namalować. Znaczy... mogłabym, gdybym umiała malować. - zamyśliła się na chwilkę. - W każdym razie, to czego aktualnie doświadczam, całkowicie mi wystarcza. Na razie nie zamierzam opuszczać Azaratu. - wzruszyła ramionami, czując jak powoli zaczyna jej szumieć w głowie.
Skupiła spojrzenie na Ruriku. Chyba już mu mówiła, gdzie może znaleźć przyprawy? Tak, chyba tak... Potrząsnęła delikatnie głową, by pozbyć się coraz mocniejszego wrażenia ciężkości myśli. I zasadniczo całego ciała. Otworzyła szerzej oczy, kiedy Rurik uderzył się pięścią w czoło i odruchowo sięgnęła po Pazury, zdając sobie z tego sprawę dopiero, kiedy trzymała na nich swoją dłoń.
- Mucha...? - spytała, patrząc na niego spod uniesionych brwi. Znów się rozluźniła, kiedy zrozumiała, że nie ma żadnego bezpośredniego zagrożenia. Przynajmniej w tym momencie.
Uśmiechnęła się lekko, słuchając słów mężczyzny o jego podejściu do tradycji. Pokręciła głową i wychyliła kolejny kieliszek.
- Podążasz ścieżką przodków i tradycji. Wierzysz w ich wierzenia. Nawet jeśli widzisz w nich okrucieństwo lub brak logiki. Masz swoją własną zemstę. Czemu tak bardzo trapi cię moja? - spytała szczerze ciekawa. Trzymała w dłoni kieliszek i zataczała denkiem kółeczka po stole. - Nie potrzebuję rad w tej kwestii. Moje życie, nawet jeśli będzie pasmem zemsty, nienawiści i śmierci, to w dalszym ciągu moja decyzja. A ją już podjęłam i nie zamierzam jej zmieniać. - spojrzała na Rurika spokojnie i położyła swoją dłoń na jego dłoni. - Całe swoje życie walczyłam. Nie zamierzam poddać się i pozwolić tym draniom żyć i spać spokojnie. Legendy o Arsh'Ghem nie są przesadzone. Azarat niedługo się o tym przekona. - zabrała dłoń, nie spuszczając spojrzenia z mężczyzny. - Nie możesz odkupić duszy, której nie masz. Jedyna droga, to zabicie wszystkich, którzy widzieli twoją twarz. Nie jestem idiotką, wiem, że nie uda mi się zabić całego miasta. Dlatego też nie zamierzam wracać do swojego plemienia... Chcę po prostu zabić wszystkich, którzy skrzywdzili mnie oraz moich bliskich. A to jest jak najbardziej w zasięgu moich możliwości. - Lia, choć mówiła spokojnym głosem, zacisnęła mocno dłoń na kieliszku. - I to jest moje życie.
Aeolian zupełnie nie rozumiała czemu obcy mężczyzna z takim uporem nakłania ją do zmiany wszystkiego, do czego do tej pory dążyła. Nie uważała, aby marnowała się w Azaracie. Do tej pory, z niechęcią, musiała przyznać, że Azarat pozwolił jej się rozwinąć. Wspólne treningi walk z Aristem, nauki Yan, spotkania z przedstawicielami ludów całego świata, wszystkich języków i wierzeń... W plemieniu nigdy nie zdobyłaby tak szerokiej wiedzy i umiejętności, jakie otrzymała tutaj. Przyszła pora spłacić długi wdzięczności dla jej nieżyjących przyjaciół.
W końcu zaproponowała, aby wyszli. Potrzebowała świeżego powietrza i chłodu nocy. Białe piaskowce przyjemnie oddawały ciepło, przez co noc wcale nie była bardzo chłodna. Jedynie zapach dzielnicy psuł całkiem przyjemną atmosferę.
Wysłuchała jego kolejnych słów w ciszy, nie były to łatwe tematy. Wszystko, co wiąże się z utratą ukochanych osób, jest bolesne i trudne do zwerbalizowania. Doskonale to wiedziała, dlatego nie zamierzała mu przerywać.
- Skoro cię to boli, to znaczy, że ci zależy. Że jest to ważne. A skoro takie jest, to czemu miałbyś się poddać i pozwolić, aby myśli o ich krzywdzie stały się prawdą? - spojrzała na niego z ukosa. Uśmiechnęła się miękko i przymknęła oczy. - Eh, wiesz co. Tak naprawdę to nie myśli o zemście trzymają mnie prosto. Tylko wiara, że moi ukochani dzięki temu zaznają spokoju.
Lia uniosła brwi i uśmiechnęła się szeroko. Dotknęła palcami czoła, ust i serca, kiedy skomplementował jej imię.
- Dziękuję. Jesteś chyba pierwszą osobą, która jest na tyle szalona, aby powiedzieć coś takiego na głos. - po chwili jednak westchnęła i pokręciła głową.
- Ruriku, nie znasz mnie i nie wiesz jak się czuję. Nie znałeś moich bliskich i nie masz pojęcia czego mogli oczekiwać. Dlaczego więc z takim uporem mówisz... no, to co mówisz? - Aeolian spojrzała na swoją zawieszkę i wzięła ją, po czym zamocowała na twarzy. - Jak już ci wspomniałam... kilkukrotnie... nie mam zamiaru opuszczać Azaratu. To jest miejsce, do którego aktualnie należę. - zielonooka zamrugała kilka razy, a potem roześmiała się. - O nie. Nie zamierzam się z nikim wiązać, tym bardziej zakładać rodziny. Korzystając z twojej metafory... żeby nie wdepnąć w gówno, uważnie patrzę pod nogi.
Kobieta spojrzała na księżyc, a chwilę potem na Rurika. Uśmiechnęła się lekko i puściła mu oczko.
- Komplementy nie sprawią, że zmienię zdanie. - pokazała mu język i zabrała od niego butelkę, z której się znów napiła. - Nie mam wątpliwości, że takie życie mogłoby być ciekawe i przyjemne. I że na pewno cały świat by nas poznał. Ale najpierw muszę dokończyć kilka spraw tutaj, by móc ze spokojem myśleć o sobie i swoim życiu.
Kusiło ją spróbowanie takiego życia, ale z drugiej strony myślami i tak wracałaby do Azaratu. Wiedziała, jaka jest kolejność działań. Nie mogła tego zmienić, nie widziała na to żadnej opcji.
- Nudzi ci się samotne życie i podróżowanie, że tak żarliwie namawiasz mnie do zmiany swojego losu?








25.11.2020, 21:08
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dzielnica Żebraków
#37

ężczyzna mógł się spodziewać takich odpowiedzi ze strony kobiety. Aeolian sprawiała wrażenie osoby zarówno zaradnej jak i takiej, która nie da się pierwszej lepszej osobie poznać. A jednak pod pewnym względem jedno drugiemu mogło się wygadać i przelać swoje myśli do drugiej osoby. Niejako Rurik potrzebował uważnego ucha i rozsądnej osoby, aby móc rozładować swoje żale i frustrację, dzięki czemu lżej zrobiło mu się na sercu. Kwestia zaufana pozostawała jednak pod znakiem zapytania. Któż mógł się jej dziwić po tym wszystkim?
Na niektóre kwestia brakowało mu zdania, a głownie dlatego, że myśli zaczynał mieć nierówne (czyli jakiś post temu). Trudno przychodziły mu wnioski, samo myślenie przysparzało mu nie lada kłopotów. Zaczął się majtać przy własnych wypowiedziach.
- No dobra, niechaj będzie. Praktycznie nie rozumiem tego całego konceptu, ale nie znaczy to, że nie szanuję twojej ścieżki. No, pomijając zabijanie. Jeszcze nie zrobiłem wszystkiego w życiu żeby godzić się na taki koniec, tak więc wierz mi na słowo. Spadł mi kamień z serca wiedząc, iż jestem iluś tysięczny na twojej krwawej liście.
Wymieniali się swobodnie trunkiem między sobą, a zawartości zaczynało brakować. W normalnych okolicznościach zaproponowałby jeszcze jedną flaszkę, lecz ta dała mu po ryju tak mocno, że tym razem będzie musiał niemiło oznajmić, iż do picia to on się już nie nadaje. Zaczynało go kręcić w nogach, aczkolwiek nie musiał na całe szczęście dużo się przemieszczać. To skończyłoby się katastrofalnie.
- Osz ty cholero mała!
Zrobiło mu się trochę głupio, ale zaśmiał się sam z sytuacji. Dał się nabrać na tak niewinny żart, że to magia.
- Mówiłaś to tak przekonującym tonem, że nie zastanawiałem się nad prawdziwością tych słów. Ale sprytnie, sprytnie... zrobiłaś ze mnie głupca.
Poprawiło mu to nastrój. Pomimo słów wypowiedzianych przez siebie tak on wcale nie czuł się jak skończony baran.
- Tak czy owak polecam zobaczyć to kiedyś na własne oczy. Pewne przeżycia wyrażają więcej niż tysiąc słów.
Upił łyk z butelki i bez problemu podał ją Aeolian. Bądź co bądź miała więcej prawa do trunku, aniżeli sam Rurik.
- Głównie dlatego, że los cię nie rozpieszczał. Zrobiło mi się trochę szkoda, a wtedy odruch zazwyczaj mam taki, że chciałbym choć trochę ulżyć w cierpieniu. Nawet tym mniej znanym osobom. Przeważnie jednak kończy się gorzej, nie każdy lubi moje opowieści i pławić się w blasku mojej kulinarnej zajebistości.
Widział powagę w oczach kobiety, dlatego dalsze wywody i próby przekonywania zachował tylko dla siebie. Wydawało się, że wcześniej już podjęła decyzję, której nie zmieni dosłownie nic. Poniekąd szanował ją za determinację, ale nie kibicował jej w tym kierunku. Nie chciał prędko znaleźć się na szczycie jej listy niemiłych panów.
Świeże powietrze wiele mu pomagało. Przede wszystkim wrócił po chwili do stabilności i przestał się tak bujać dupą jak opętany przez wszy łonowe.
- Rozumiem. Nie będę w takim razie próbował cię od tego odwodzić. Wierzę wiesz co robisz i nie dasz się dorwać byle komu.
Wyszczerzył zęby. Zaśmiał się odnośnie komentarza wywołanego myślą o założeniu rodziny. Trudno się nie zgodzić.
- Trochę szkoda, zmarnujesz się. Z drugiej strony jednak jestem skłonny przyjąć do siebie to do wiadomości. Nigdy nie wiesz co się spierdoli, tak więc nie ma co drążyć dalej tego tematu. Jednak będę trzymał kciuki za ciebie.
Przytaknął jej głową. Zawiesił się jakby na chwile, nie wydając żadnej wyraźnej reakcji. Przynajmniej tak jej nie sprowokuje do nagłego sięgania po broń. Czegoś się bała. Musiała mieć towarzystwo na karku, bo ciągle trzymała stan bojowej gotowości. Nawet gdyby faktycznie chciał coś jej zrobić, to myśląc zdroworozsądkowo, nie miałby z nią żadnych szans. Poza tym przyjemnie mijał z nią wieczór, a i ten parszywy trunek nie był taki zły w jej towarzystwie. Pomyje co prawda, ale przynajmniej waliło w dekiel.
- Bez przesady. Samotność to jest akurat coś do czego zdążyłem już się przyzwyczaić. Od czasu do czasu jednak lubię z kimś zamienić słowo, bo idzie oszaleć w końcu. Nawet moje przygody i opowiadania nie mają sensu, jeśli nie ma w okolicy uszu, którym mógłbym przekazać swoje doświadczenie. Proponowałem tylko połączyć siły, a sojusznicy w tych czasach to rzadkość. Każdy przy pierwszej lepszej okazji skłonny jest wbić ci dzidę w dupsko, jeśli poprawi to standard życia tejże osoby o nawet jedną kroplę wina.
Spojrzał się na horyzont, to znów na swoją rozmówczynię. Stracił rachubę czasu, dlatego trudno było mu oszacować ileż to go upłynęło w tej karczmie.
- Trunek nam się powoli kończy. Chcemy jeszcze jedną butelkę zaczynać, czy dajemy za wygraną?
Dokładnie po tym zdaniu sam zaczął rozważać czy aby na pewno to dobra decyzja. Postanowił dostosować się do odpowiedzi Aeolian, bo sam na pewno pił nie będzie. Niebawem będzie szukał kwaterunku, toteż pomyślał czy w tej oberży będzie mógł przenocować za rozsądną cenę. W dzielnicy żebraków chyba nie będą sępili o nie wiadomo jaką sumę monet?
27.11.2020, 18:31
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dzielnica Żebraków
#38

ocne powietrze sprawiło, że jej myśli trochę się wyklarowały. Cały ten dzień był dla niej niczym odległy, prawie zapomniany już sen. Czując wiatr na twarzy, wiedziona nagłym impulsem ściągnęła złotą obręcz z włosów, które rozwiały się ciemnymi falami po jej ramionach i plecach. Dawno nie miała rozpuszczonych włosów, ponieważ w walce było to bardzo niepraktyczne posunięcie. W warkoczach zawsze mogła umieścić ostre haczyki, które dodatkowo raniły nieuważnych. Tak czy inaczej, teraz nie zamierzała walczyć.
- Czasem chyba lepiej już rozmawiać ze sobą niż milczeć. Poza tym, wiesz... nie wszyscy chcą przejmować czyjeś doświadczenie. Niektórzy wolą doświadczać sami, nawet jeśli może być to dla nich tragiczne w skutkach. Może znajdziesz sobie jakiegoś ucznia? Podobno masz dużo różnych talentów, to nie powinno być takie trudne.
Lia westchnęła cicho i pokręciła głową.
- Jestem niewolnicą, Ruriku. Jeśli jutro mój pan każe mi cię zabić, będę musiała to zrobić. Nie dla mnie są sojusze i przyjaźnie. - uśmiechnęła się smutno. Już się do tego przyzwyczaiła. Do tego nie była w stanie wyobrazić sobie, że mimo wszystko ktoś nasyła ją na nieznanego nikomu podróżnika-kucharza.
- Mi tyle tego podłego płynu wystarczy... - skrzywiła się, krzyżując ręce na piersiach. Nie wiedziała która dokładnie jest godzina, ale powoli zaczynała odczuwać zmęczenie. Zapomniała, że cisza w ogóle istnieje w Azaracie, a to miejsce było po prostu... spokojne. - Więc jaki jest twój plan na to miejsce?
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.12.2020, 22:22 przez Aeolian.)









12.12.2020, 22:22
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Dzielnica Żebraków
#39

yglądało na to, że na nic próby przekonania jej o swoich racjach. Wyraźnie w dodatku się określiła, dlatego też zaniechał dalszych wywodów na ten temat. Oparł się o balustradę, próbując odzyskać komfortową kontrolę nad swoim ciałem. Poczuł lekki zawrót głowy, w żołądku odczyniały się nietypowe rewolucje, zaś nogi zaczynały uginać się pod ciężarem mężczyzny.
- Tak, pewnie masz rację. Nie ma sensu kusić złego.
Wsłuchał się uważnie w słowa kobiety, wychwytując jeden nieprzyjemny szczegół.
- Zaraz, zaraz. Przed chwilą mówiłaś, że jestem iluś tysięczny na twojej liście, a teraz chcesz mi powiedzieć, że są ku temu wyjątki?
Poczuł lekki dyskomfort, przełykając mimowolnie ślinę. Z drugiej strony jeszcze nie nadeszła ta godzina, dlatego nie przejął się tym zbytnio.
- Wierzę że pewnego razu będziesz w końcu nie-niewolnicą. Polecam gorąco, nie musisz słuchać niczyjego pierdolenia nad swoją głową.
Osunął się lekko, przez co ledwo zdołał utrzymać się łokciami na nogach. Po wyprostowaniu swojej postawy i odzyskaniu równowagi przetarł czoło, gdzie pot zaczął się rosić. Kurwa, faktycznie było w środku duszno.
- Szczerze? Długo nie zamierzam tutaj zabawić. Spróbuję zdobyć informację, popytam okolicznych ludzi, dobiję targu na przyprawach i nie tylko. Jak tylko pojawi się jakaś karawana to się przyczepię i wynoszę się do Sohan lub z powrotem do Greathard.
27.12.2020, 20:34
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja bez grafiki