Atarashii




Leśne Chaszcze
#1

Cytat:

Biorąc pod uwagę ogrom całego Starego Lasu obszar ten położony jest na samym jego skraju. W rzeczywistości jednak po zboczeniu z traktu do Greathard trzeba przejść spory kawałek w głąb drzew iglastych, aż dostrzeże się pierwsze pojedyncze buki, klony lub dęby, próbujące się wpasować w towarzystwo sosen. Poszycie gdzieniegdzie gęsto zarasta jeżynami, uniemożliwiając swobodne przejście łowcom, którzy lubią tu nadal polować. Bliżej Martwej Rzeki można znaleźć cały teren zarośnięty paprociami i grubymi kępami trawy, gdzie z całą pewnością ukrywają się przeróżne małe stworzenia, lubiące wilgoć. Ktoś, kto zajmuje się zielarstwem w tych obszernych chaszczach mógłby znaleźć wiele pożytecznych ziół, z czego pokrzywa porasta chyba najwięcej przestrzeni.
Stara, zarośnięta już ścieżka prowadzi na północ między pokrytymi mchem pniami spróchniałych już drzew i krzakami czeremchy. Dawniej urządzano tutaj grupowe polowania na większą zwierzynę, jednak czasy się zmieniły i teren ten sprawia teraz wrażenie zapomnianego. Wciąż jednak jest to miejsce odpowiednie dla wcześniej wspomnianych łowców, którzy nie boją się stawiać nogi w Starym Lesie. Fauna nie uległa zmianie, co nie zmienia jednak faktu, że świat Atarashii stał się dużo groźniejszy niż był dziesięciolecia temu.



To był zły dzień. Od samego rana wszystko szło nie tak jak powinno. Pułapkę, którą przygotował na noc, zastał tak jak ją pozostawił zeszłego wieczora, alkohol gdzieś zniknął i musiał zadowolić się wodą z rzeki, płynącej nieopodal, jedzenie powoli się kończyło, a nie chciał wracać do miasta z pustymi rękami. Na dodatek ogień zgasł o wiele za wcześnie, a grunt okazał się wyjątkowo niewygodny. Najwidoczniej cały wszechświat przez noc pracował nad zirytowaniem i upokorzeniem Tarhia.
Łowca obudził się później niż zwykle i miał wyjątkowo paskudny humor. Mięśnie go bolały, nie mógł swobodnie poruszać głową i ramionami, zupełnie jakby górna część ciała zbuntowała się przed nim. Poranny trening z mieczem przysporzył mu więcej bólu niż zwykle, a był dużo bardziej skromny. Za długo siedział w Greathard i czerpał ze swojej biednej sakwy w Złotogroszu. Ktoś, kto sądzi, że ludzie się zmieniają, sam za dużo czasu spędza przy kuflu. On ma 32 lata i do tej pory nie zmienił się ani odrobinę, nawet jeśli musiał przez to przeżywać dni takie jak ten.
Niejednokrotnie zastanawiał się jak muszą czuć się ci, którzy rozmawiają z bogami i czy następnego ranka niczego nie żałują. On za swoje kilkudniowe rozmowy musiał płacić potem nawet i cały tydzień, zanim ciało wróciło do normalnej sprawności po chwili leniuchowania. Sam się sobie dziwił, bo nie był człowiekiem komunikatywnym, a już na pewno nie otwartym. Ale oberżyści z każdego niemal miasta znali go już od podszewki. Nie rozmawiał. Może w myślach - rozmawiał ze swoimi własnymi, dziwnie zdeformowanymi bogami. Siedział i pił, zawsze w tym samym miejscu, zawsze sam, nie robiąc problemów, nie szukając kłopotów. A kiedy kłopoty próbowały znaleźć jego - płacił za siebie i po prostu wychodził. Co więcej potrzeba wiedzieć takiemu karczmarzowi? I tak znał go lepiej niż ktokolwiek inny. A Tarhio pozbywał się w ten sposób nadmiaru złota. Żył z polowania, na co dzień pożywienie potrafił więc zdobyć sam. Pieniądze z trofeów były mu potrzebne tylko na noclegi i trochę jedzenia, kiedy przebywał w mieście - czyli mały procent jego niemal koczowniczego życia. Nigdy jednak nie pozwalał sobie stracić wszystkiego - nieraz zdarzało się, że musiał wrócić do społeczeństwa po jedzenie, bo żadna zwierzyna nie dawała mu się złapać. Nazywał te chwile "morderczymi", bo takie myśli krążyły mu wtedy po głowie. Nigdy jednak żadnej nie urzeczywistnił - to nie było w jego stylu. Bo w tej chwili właśnie był sobą - niezdefiniowany, a jednak niezmienny, cierpiący na cholerny ból zastałych w złej pozycji mięśni, bo przyzwyczaił je do wygód karczemnego łóżka.
Był pewien, że zanim zajdzie słońce wydarzy się coś złego. W ciągu ostatniego tygodnia nie czuł się tak tragicznie, bo musiał znosić tylko wymęczone ciało. Tego dnia dochodziło do tego jeszcze wrogie postrzeganie świata przez niego i jego przez świat. Mimo wszystko rozgarnął stopą popiół, po czym ruszył w stronę lasu, gdzie postanowił dobrze wykonać swoją robotę.
Znał to miejsce - Stary Las, najbardziej zniesławiony z lasów, w jakich zdarzało mu się polować. Mógł zapolować w lesie przy Greathard, ale za bardzo kusiłoby go, aby po wszystkim wrócić do oberży. A przecież nie o to mu chodziło. W Starym Lesie był już wiele razy, wiedział dokąd może się zapuszczać, a gdzie lepiej nie zaglądać. Nie wchodził dalej niż podpowiadał mu zdrowy rozsądek, miał oczy dookoła głowy i wszystkie zmysły wyczulone na jakiekolwiek zmiany w otoczeniu. Przeżył wiele, nie miał zamiaru zginąć nie dając z siebie wszystkiego i nie będąc odpowiednio ostrożnym. Kiedy zobaczył lisa, stojącego kilkanaście metrów przed nim, przy krzakach jeżyn, i nasłuchującego, zatrzymał się i ukucnął, czując protest ciała. Wpadła mu do głowy nieśmiała myśl, że może wcale nie ma takiego pecha. Nie mógł zapolować na lisa z mieczem, ale jeśli wszystko poszłoby dobrze - zwierz powinien nazajutrz być w tym samym miejscu, bo najwidoczniej coś zwęszył. Gdyby tylko Tarhiowi udało się zdobyć jakąś padlinę, mógłby przygotować pułapkę. Lisie futro jest bardzo cenione, jeśli się wie, gdzie je sprzedać.
Na tę chwilę pozostawało mu jednak czekać w bezruchu aż ssak wróci do swojej kryjówki. Miał nadzieję spotkać nieco groźniejsze bydle jak wilk czy dzik, które nie ucieknie przed myśliwym, a wręcz przeciwnie. Do tego był stworzony - do walki bezpośredniej. O wiele łatwiej byłoby sprawić sobie łuk, pewnie już miałby gotowy obiad i załatwioną wypłatę. Ale to zniszczyłoby zabawę - staranie się o padlinę, przygotowywanie pułapki, podchody dnia następnego i oczekiwanie. Cały rytuał, który gospodaruje czas i pozwala nie zwariować bardziej niż to konieczne. Spędzał w podróży całe tygodnie, miasta odwiedzał tylko na kilka dni. To tutaj był jego dom, nie tam. Lubił to.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.02.2014, 21:22 przez Tarhio.)

27.02.2014, 21:00
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#2

W głowie Ray'a dudniało od prostych pytań, które uderzały raz, za razem w jeden i ten sam temat: "Gdzie ja jestem?". Cel niby był prosty, bo wracał do domu, do Lothil i do swojej ukochanej, do której uczucia dopiero teraz zostały ujawnione. Wykonanie jednak nie było proste, od samego początku droga nie była usłana różami. Opętane przez rozwścieczone dusze zwierzęta atakowały go ciągle, a czasem zdarzali się nawet ludzie. Jednak od kilku dni wędrówki wszystko ucichło. Widocznie uciekł od nich, przynajmniej tak mu się wydawało. Ciężkie życie maga jego pokroju, pech chciał, że głodne dusze smakowały w energii jego typu. Akolita błąkał się z nadzieją na znalezienie jakiegoś szlaku, bądź drogi, gdzie spotka podróżników gotowych pomóc mu w powrocie.
- Cholera, że też sobie mapy nie sprawiłem... - przeklną pod nosem przedzierając się przez jakieś leśne gęstwiny wyglądające, jakby bogowie o nich zapomnieli. Nigdy nie słyszał o takim miejscu, a aura wytwarzana przez nie, nie była najmilsza. Czuć było... tajemnicę, to najlepsze określenie. Oprócz dzikiej zwierzyny czaiło się tutaj coś jeszcze, tak czuł. Głód doskwierał mu coraz bardziej, nie jadł już ponad dzień, jak tylko mógł to pił wodę, by nie czuć pustki w żołądku. Taki stan rzeczy wycieńczał go z godziny, na godzinę bardziej. Po pewnym czasie już włóczył nogami klnąc na otaczające go drzewa. "Dlaczego nie domy?" - pytał siebie jakby licząc na odpowiedź, lecz w jego głowie nie było drugiej osobowości co, by mu pomogła. Kiedyś miała jak Mad, lecz od pamiętnego momentu Reb znikła. Nagle coś mignęło między zaroślami. Jego wzrok to zignorował, lecz drugi raz już nie mógł.
- Zając... - szepnął lekko rozbudzony i instynktownie przykucnął. Jego wszystkie zmysły wyostrzyły się do granic możliwości. Co głód robił z ludźmi... Zwierzę było kilkanaście metrów od niego, zajęte czymś leżącym na ziemi. Powoli, niczym wyćwiczony złodziejaszek zaczął podchodzić stawiając delikatnie stopy na zdradliwym, najeżonym gałęziami podłożu. Każda z nich mogła pęknąć wydając w tej ciszy odgłos donośniejszy niż trębacze królewscy. Kilka chwil później, samemu nie dowierzał, że podszedł tak blisko. Jakaś mentalna blokada uniemożliwiała mu dalszy ruch, jakby czuł, iż zając może go już usłyszeć. Wybił się niesamowicie silnie z nóg i rzucił wprost na cel, który został niechybnie złapany za łapę. Ray spróbował się z nim podnieść, lecz ten czmychnął mu. Mag nie poprzestał na tym, ruszył w desperacki bieg za pożywieniem marnując ostatnie siły i wykorzystując resztki nadziei. Zwierze jednak było sprawniejsze. Bez problemu przemieszczało się po chaszczach i pod obalonymi kłodami, z którymi akolita miał problem. W pewnym momencie potknął się o wystający korzeń i runął jak długi w mchy. Te przyjazne rośliny złagodziły upadek. Powoli podniósł się, bez sił, zdyszany i spocony. Zrezygnowany ruszył dalej. Teraz jeszcze był spragniony.
- Wspaniale. - skwitował kiwając głową. Nie myślał, że kiedykolwiek znajdzie się w takiej sytuacji. Po całkiem sporym błąkaniu się wreszcie coś ujrzał.
- Człowiek?! - krzyknął we własnej głowie patrząc jak rozmazana plama zjeżdża się powoli w jeden, spójny obraz sylwetki mężczyzny. Przyśpieszył kroku i wyprostował się, nie bacząc na otoczenie ruszył wprost na niego.
- Hej, Ty! Potrzebuję pomocy! - krzyknął w jego stronę ciągle przyśpieszając kroku. Pomimo całych trudów podróży jego twarz oprócz potu nie miała zabrudzeń. Włosy jedynie były trochę przetłuszczone. Mimowolnie na usta wpełzł przyjazny uśmiech, a oczy zaiskrzyły.
- Nadzieja! - wspomniał sobie.
27.02.2014, 23:30
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#3

Tak, to z całą pewnością nie był dobry dzień.
Tarhio usłyszał niechcianego i zupełnie niespodziewanego gościa chwilę po tym, jak lis zastrzygł uszami i odwrócił łeb speszony. Tamten szedł w stronę Łowcy i wrzeszczał, nic sobie nie robiąc z zachowania ciszy. Wyglądał, jakby był wielce uradowany ze spotkania obcej sobie osoby z bronią, w środku lasu, co sprawiło, że wojownik został na moment trochę zbity z tropu. Kiedy odwrócił głowę w stronę rudego zwierzęcia, ono już mknęło przez las jak najdalej od ludzi. I szlag trafił futro. Szlag trafił pułapki, pieniądze, jedzenie. Tak po prostu.
Tyle czasu spędza w podróży, chowając się na noc w najbardziej bezpiecznych według siebie miejscach - i dobrze, bo jeszcze tego by brakowało, żeby ktoś go zaskoczył we śnie. Tyle lat samotnie chodzi po tym świecie i samotnie poluje. Radził sobie w najbardziej morderczych z morderczych czasów. Odkąd opuścił rodzinny kontynent, tuła się od Lothil do Valen i z powrotem, potem do Greathard i Perony i znowu na wschód. Spędził tak większość swego życia. Spotkał wiele osób, ale nigdy w głębi Starego Lasu, na który niektórzy boją się spojrzeć. A ten człowiek był tu i teraz, straszył mu zwierzynę i próbował zniszczyć cały spokój jaki z trudem udawało mu się tego dnia utrzymać. Do zachodu słońca pozostało wiele czasu, a los zdawał się pracować bardzo aktywnie.
Wstał i odwrócił się do nieznajomego. Mięśnie nadal go bolały, ale nie w ten sposób, kiedy człowiek wstaje dzień po ciężkiej pracy. Taki ból był mobilizujący, bo uświadamiał, że są efekty, że ciało żyje i może znieść więcej. Nie, ten konkretny ból odbierał chęci do robienia czegokolwiek, człowiek najlepiej pozostałby w wygodnej pozycji już do końca życia. Wiedział, że może to trwać kilka tylko minut, a może skończyć się dopiero następnego dnia. Ale odetchnął i przetarł powoli dłonią twarz. Nie wyglądał na złego, może na trochę poirytowanego. W takich chwilach zastanawiał się, co takiego stałoby się, gdyby nie wybrał samokontroli w swoim życiu. Jak kończyłyby się jego wizyty w oberżach? Co teraz by się stało? Problem polegał na tym, że bójki nie mają sensu. Ani nie ćwiczą w prawdziwej walce, ani nie dają żadnych widocznych zysków, tylko obtłuczenia i inne niepotrzebne nieudogodnienia. Sytuacja była beznadziejna, więc po to się wściekać? Lepiej obserwować i czekać na jej rozwój. Czekał więc w milczeniu, aż mężczyzna się zbliży, bo nie chciał krzyczeć.
Wyglądałby zwyczajnie, gdyby nie ten entuzjazm. Uśmiechał się na widok Tarhia, jakby mu co najmniej życie miał uratować. Dziwne. Wojownik nie był przyzwyczajony do takich sytuacji. Od innych oczekiwał tego, co sam by uczynił, a sam jest człowiekiem zbyt osobliwym, by uważać zachowanie obcych sobie osób za normalne. Jeśli więc chodzi o ludzi, Tarhio zupełnie się na nich nie znał. Ale uczył się, jeśli musiał - obserwował i zapamiętywał. To, co uznał za potrzebne.
- Co robisz w środku lasu, człowieku? - spytał, marszcząc lekko brwi. - Zwierzynę mi spłoszyłeś.
Obserwował jego twarz. Zdążył jedynie zarejestrować miecz jednoręczny u pasa, nic innego go nie obchodziło. Nie lubił myśleć, że ktoś może uznać jego wzrok za pogardliwy czy oceniający, dlatego ograniczał spojrzenia na wysokość poniżej szyi do absolutnego minimum. W rzeczywistości jednak dostrzegał wiele, na tym polegała przecież praca łowcy. A on chciał być cholernie dobry w tym, co robił.
28.02.2014, 01:17
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#4

Jakkolwiek szczęśliwie i przyjaźnie mógł wyglądać Ray, tak miejsce w jakim się znajdował nie sprzyjało tworzeniu nowych znajomości. Las, w który rzadko zapuszczali się nawet doświadczeni łowczy i podróżnicy nie należał do odpowiednich. Mężczyzna, którego Akolita znalazł wyglądał na obytego w temacie okolicy, a także świata. W głowie maga widniał jako zarośnięty drwal-wojownik, silny fizycznie i odporny psychicznie.
- Przepraszam najmocniej za to, ale staram się powrócić z przypadkowych przygód do domu, do Lothil, lecz nieznajomość tej części kontynentu doprowadziła mnie właśnie tutaj. Możesz mi pomóc? - powiedział, po czym przeczesał palcami włosy, które już kleiły się ze sobą. Miał nadzieje, że nieznajomy poda mu kilka ważnych wskazówek jak dojść do stolicy. Wiedział również, że za chwilę może zostać zaatakowany. Otoczenie sprzyjało głodnym duszom, które mogły opętać tego człowieka i rzucić się na Ray'a, który niezbyt był chętny na walkę ze spotkanym. Wyglądał on na doświadczonego zarówno w życiu jak i w boju, a Akolita nie należał do bitnych. Zwykle wybierał ucieczkę, a nawet zawsze. Niepotrzebne bójki to tylko modły do bogów o dostanie w mordę, a On uszkodzić się nie chciał, nie w tym wcieleniu.
- Przy okazji, jestem Ray, a Ty? - zapytał z lekkim uśmiechem wystawiając dłoń do uścisku. Jakkolwiek błahy ten gest nie był, tak wiele znaczył zazwyczaj. Tak zwana "graba" zdradzała wiele na temat zamiarów, lecz nie tyle co psyche. Właśnie! Przypomniał sobie o czymś. Podczas tych słów spojrzał prosto w oczy łowczemu, lecz jego wzrok nie wyglądał jakby patrzył na gałki oczne, a gdzieś wiele, wiele głębiej. Mag korzystając ze swoich zdolności wyczytał stan człowieka. Oprócz gorejącej irytacji, nie był wściekły, ani nieprzyjazny, zwyczajnie spokojny. Zapamiętał fale duchowe i samą specyfikę psyche.
- Kiedyś może się przydać. - pomyślał przezornie. Nagle zaburczało mu w brzuchu, potężnie niczym osuwające się głazy. Jego oczy otworzyły się szerzej, a usta wygięły w speszonym uśmiechu.
- Nie jadłem niczego od ponad dnia, albo dwóch... - powiedział drapiąc się lewą ręką po głowie. Czuł, że mężczyzna może go olać, odwrócić się na pięcie dlatego w desperacji zaczął wymyślać kolejne teksty.
- To miejsce wygląda podejrzanie, pewnie jak ja dlatego chciałbym powiedzieć, że nie mam złych zamiarów i zależy mi na Twojej pomocy. Jestem Akolitą, używam magii. Za pomoc mogę się odwdzięczyć, mam trochę złota, a także jedną drogocenną rzecz. - wiedział, że takich informacji się nie podaje, ale gdyby ten spróbował go zaatakować, to pewnie Ray rzuciłby się, by uciec. Był szybki i zwinny, zapewne dałby radę.
28.02.2014, 20:14
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#5

Mężczyzna wyglądał, jakby spędził wiele godzin na wędrówce, jednak nie w takim stylu, w jakim podróżował zwykle Tarhio. Ten błąkał się bez celu, a przynajmniej takie wrażenie miał wojownik. Rozczapierzone włosy, spojrzenie w podobnym stanie, dziwne zachowanie w stosunku do niego samego - ten człowiek dawno nie widział miasta. A już na pewno dawno nie odpoczywał.
Kiedy przeprosił za wypłoszenie zwierzyny i wyjaśnił co robi akurat tam, w leśnych chaszczach, wojownik uniósł nieznacznie brwi. Może i jego oczy wyglądały, jakby nic do niego nie docierało, ale tak wielkiego zdziwienia ukryć niełatwo. Byli na drugim końcu świata, cel podróży tego człowieka znajdował się wiele mil na wschód i dojście tam pieszo wymagało albo ogromnego samozaparcia, albo cierpliwości i opanowania we krwi jak w przypadku Tarhia. I zapasów. Dużych zapasów.
- Lothil? - spytał, by się upewnić, czy dobrze usłyszał. - Zboczyłeś trochę z kursu. Jesteśmy w Starym Lesie, w pobliżu Greathard i Perony. By dojść do Lothil, musiałbyś wyjść z powrotem na trakt i przeznaczyć wiele dni na morderczy marsz - odparł po niedługiej chwili - według siebie treściwie. Mężczyzna wzbudził jego zainteresowanie, ale to całkiem normalne w takich okolicznościach. Co sprawiło, że ktoś taki, w sile wieku, nie ma pojęcia, gdzie się znajduje?
Nie spuszczał z niego wzroku. Kiedy się przedstawił i wyciągnął dłoń, tylko na krótką chwilę na nią zerknął, po czym wrócił do twarzy. Jakiś czas temu zauważył, że ludzie dzielą się na trzy kategorie: tych, którzy unikają spojrzeń prosto w oczy, tych patrzących na jedno oko oraz takich, którzy wodzą od jednego do drugiego, czasem w bardzo zastanawiającym tempie. On sam należał raczej do drugiej grupy. Swego czasu się nad tym zastanawiał - co ci ostatni chcą wyłapać? Różnice? A ci pierwsi - czego się boją? Bardzo interesująca zagwostka. Nigdy tego nie rozgryzł. Nie miało to nawet jakiegoś większego dla niego znaczenia, ale czasem potrafił zająć umysł takimi banałami.
- Tarhio - odparł krótko, podając Ray'owi dłoń. Nie ścisnął jej w jakiś szczególny sposób, po prostu ścisnął. Nie miał w zwyczaju udowadniać jakiejkolwiek pozycji, zaprzątać sobie głowy jakimiś bezsensownymi symbolami i ich rozgryzaniem. Dla niego ważne były inne szczegóły.
Zauważył jego wzrok, bo też trudno mu było coś takiego przeoczyć. Jakby go badał - naturalne, a jednak nie do końca. Nie znał się na ludziach, jeszcze mniej na magii. Dużo dostrzegał, mało rozumiał. Prosty człowiek. Ale był ciekaw, jeśli już ów dziwactwa dotyczyły jego osoby.
Wtedy odezwał się brzuch przybysza, jakby również chciał się przedstawić. Łowca przyzwyczajony był do braku śniadań, czasem nawet i nieco późniejszych posiłków. Jadał nieregularnie, jego żołądek był już zahartowany, ale Ray widać swojego jeszcze nie wychował.
- Można zauważyć - uznał, słysząc wyjaśnienia mężczyzny. - Niestety, nie mogę nic na to poradzić. Wystraszyłeś mi obiad. - Zastanawiał się, co takiego krąży w jego głowie. Nie miał zamiaru odprowadzać go do drogi czy dla niego polować. Sam nie miał jedzenia i szanse na to, by miał, zmniejszyły się znacznie właśnie przez przybysza. Jedyna nadzieja w polowaniu w dalszej części lasu, które może nie było jednak najlepszym pomysłem, widząc w jakim kierunku pchało go tego dnia przeznaczenie. - Mogę zaoferować wodę, jeśli chcesz. - Położył dłoń na bukłaku, czekając na decyzję. Gdyby nie to, że człowiek poprosił go o pomoc... Nie, wodę pewnie by i oddał, nawet gdyby sprawa wyglądała inaczej. Bo dlaczego nie? Zmieniało się jedynie to, że w tych okolicznościach charakter nie pozwalał mu odesłać go w dalszą drogę. Nie tak od razu.
- Fakt - przyznał, słysząc komentarz odnośnie otoczenia. Zdziwiło go, w jak łatwy sposób nieznajomy udzielał informacji o sobie. Akolita, używa magii, ma złoto i drogocenny przedmiot. Tarhio lubił gromadzić informacje, jeśli już miał ku temu okazję, jednak ten ich typ nie wydał mu się w tej chwili zbyt pożyteczny. Najzwyczajniej w świecie uważał, że w ciągu kolejnych kilku minut Ray stanie się pewnym człowiekiem, którego spotkał w lesie. Ale zapisał inny szczegół, a on w połączeniu z klasą mężczyzny nabrał nieco sensu i nie mógł w tej chwili nie wykorzystać sytuacji, by o niego nie spytać. - Akolitą, powiadasz. Powiedz mi, Ray - zaczął łagodnie i w ten sposób już też kontynuował. Był ciekaw. - Co to było? To spojrzenie? Zaszczepiłeś we mnie jakieś duchy może? - Nigdy nie znał się na magii. Rozumiał tylko tą, której sam używał. Akolita, Mistyk czy Szaman, co za różnica?
28.02.2014, 23:05
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#6

Dwie nazwy miast uderzyły w Ray'a niczym pięści i wybiły go z toku myślenia. Nie wiedział sam co myśleć o swoim położeniu, czuł zrezygnowanie. Morderczy marsz był przymusem, nie mógł przecież tutaj zostać. Musiał ruszać, lecz najpierw zaspokoić podstawowe człowiecze potrzeby. Odpoczynek, jedzenie i picie - tego potrzebował, by dać radę pokonać długą drogę.
- Przecież to pieprzony drugi kraniec świata! - krzyknął sobie w głowie ze zdziwienia w jak niekorzystnej pozycji jest. Mężczyzna przestawił się i uścisnął dłoń akolity. Zwyczajny, prosty uścisk. Spotkał spokojnego człowieka, zrównoważonego. Lepiej nie mógł trafić, no chyba, że jakaś panna chciałaby umilić mu drogę, to jedyna lepsza opcja. Przez cały czas patrzył Tarhiowi w oczy, chwilowo tylko zerkając na grymasy czy posturę. Mowa ciała zdradzała najwięcej, więcej niż słowa i ton głosu, dlatego warto było mieć to na uwadze. Nowo poznana postać jednak nie wyglądała na jakoś bardzo skłonną do pomocy. Każdy miał swoje problemy na głowie, nie było powodu, by brać czyjeś i obciążać się jeszcze bardziej. Chyba, że ktoś chce umrzeć jako męczennik, wtedy jest wyjaśnienie.
- Przepraszam jeszcze raz za moje zachowanie. Obawiałem się, że znikniesz mi z oczu i będę musiał szukać kolejnej osoby zdolnej udzielić mi kilku istotnych informacji. - powiedział delikatnie gestykulując przy tym dłońmi opuszczonymi wzdłuż sylwetki. Podnosił je nieznacznie uginając w łokciach i machał lekko, jakby rozsupływał wypowiedziane słowa.
- Może się myliłem? - pomyślał, gdy Tarhio zaproponował mu wodę. Była możliwość, że jednak mężczyzna zna litość i współczucie, a przede wszystkim okaże mu te cechy. Lekki uśmiech znów wpełzł na twarz Ray'a. Kiwnął głową na znak potwierdzenia.
- Oczywiście. Jestem spragniony, gdyż byłem bliski złapania zająca, lecz pech wisi nade mną, niczym sępy nad padliną. - powiedział, a następnie przetarł dłonią czoło zgarniając pot z niego. Znów musiał zadowolić się wodą, sztuczne uczucie najedzenia pozwalało oszukać mózg, lecz nie organizm, który domagał się kolejnej porcji energii. Wygłodzony człowiek w nocy marznie wiele szybciej, dlatego musiał albo coś zjeść, albo znaleźć schronienie. Ostatnie pytanie niesamowicie zdziwiło Ray'a. Rzadko kto jest w stanie dostrzec, że jego spojrzenie nie było zwyczajnym zapatrzeniem się spowodowanym zamyśleniem. Uśmiechnął się szerzej i pokiwał lekko głową jakby lekko karcąc siebie.
- Słyszałeś powiedzenie "oczy są zwierciadłem duszy"? Tak się składa, że ja potrafię wyczytać z ludzkich ślepi w jakim stanie jest ich dusza, a dokładniej jakie fale wysyła. Każdy stan psychiczny, czy fizyczny jest definiowany takimi, które zaś mogą być odpowiednio zinterpretowane, gdy trafią na kogoś mojego pokroju. Wybacz mi jednak moje wścibstwo, w ten sposób dowiedziałem się, że czujesz sporą irytację faktem spłoszenia zwierzyny i ona kłębi się w Tobie. Oprócz tego wiem też, że na ogół jesteś spokojnym człowiekiem, nie szukasz zwady. - gdy skończył wywód lekko rozłożył ręce jakby na znak swojej niewinności.
- Nie zamierzam kłamać osoby, która mi pomogła. Służę również swoimi ograniczonymi zdolnościami. Potrafię rozróżnić prawdziwą informację od fałszywej. - dodał po chwili, by znów się odezwać po nabraniu kolejnego oddechu.
- Swoją drogą jesteś niesamowicie bystrym i spostrzegawczym człowiekiem. Przed Tobą tylko jedna osoba wykryła, że moje spojrzenie ma w sobie jakąś magiczną tajemnicę. - zakończył, by rozglądnąć się. Słyszał o Starym Lesie różne historie, szczególnie naczytał się o duszach, które przybrały za pojemnik roślinność manipulując nią. Dopiero teraz czuł niepokój bijący zewsząd, gdyby nie informacja o swoim miejscu pobytu, nie obawiałby się zapewne ataku niespodziewanych sił. Dla człowieka czasem lepiej jest wiedzieć mniej niż więcej. Może to mało rozsądne myślenie, aczkolwiek pozwalało zachować spokój i nie przejmować się wieloma sprawami dręczącymi ten świat. Mędrkowie zazwyczaj uważali takich ludzi za pustych, nieświadomych tego, co się dzieje wokół nich, więc gardzili nimi. Ray'owi to nie przeszkadzało, dopóki akceptuje sam siebie, dopóty jest dobrze.
- Ty zaś nie wyglądasz na zwyczajnego łowczego. Miecz przy boku i tarcza na plecach wskazują, że jesteś Łowcą, zdolnym wojownikiem. Ci zwykli twierdzić, że magia zawodzi, a pewne ramię i kawał stali nigdy. Czyżbyś był jednym z wielu podobnych Tobie? - zapytał nieco niegrzecznie wskazując na jednakowość wszystkich wojaków niezbyt obdarzonymi unikalnymi i wyjątkowymi zdolnościami magicznymi. Jako Akolita posługujący się magią nie uważał się jednak za lepszego czy gorszego od kogokolwiek. Według niego to czyny decydowały o wartości, a nie pochodzenie, bądź wrodzone cechy. Jednak system wartości tego człowieka był trochę zachwiany. Cenił sobie błahe rzeczy, a gardził poważnymi i - jak zwykł to nazywać sobie w umyśle - godnymi. Każdy ma swój własny taki cennik, dlatego waluta nie zgrywała się, w taki sposób rodziło się niezrozumienie.
01.03.2014, 03:22
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#7

No dobrze, mężczyzna przeprosił, zrobił to nawet więcej niż raz. Nie było sensu dłużej zamęczać jego sumienia. Lis uciekł, stało się, zresztą i tak nic by dziś z nim nie zrobił. A przybysz miał inne problemy i widocznie naprawdę potrzebował jego pomocy. Nie uśmiechało się to Tarhiowi, bo oznaczało zakłócenie spokoju, tej cichej prawie-monotonii, jaką zdołał ustanowić w swoim samotnym życiu. Ale z drugiej strony - przecież nie może to trwać wiecznie, a im szybciej z nim skończy, tym szybciej każdy z nich wróci do swoich spraw. Świat jest prosty, trzeba tylko spojrzeć pod odpowiednim kątem.
Kiwnął tylko głową, przymykając przy tym na chwilę oczy. Ray żywo gestykulował, ale wojownik nie zwracał na to uwagi. Śledził tylko ważne szczegóły. Sam wykonywał mało znaczących gestów, a swoich słów nigdy nie podpierał jakimiś ruchem ciała. Może tylko niekiedy twarz go zdradzała, choć tym też się nie przejmował. Częściej po prostu czyny mówiły o jego zamiarach. Był jak bestie, na które poluje: gdy są złe - warczą, gdy się boją - uciekają, kiedy niczego takiego nie czują - szukają pożywienia i siedliska, a wszystkie inne sprawy ich nie dotyczą.
- Trafne porównanie - uznał i podał mężczyźnie bukłak, kiedy ten zdecydował się przyjąć wodę. Być może trudno było szczerze zjednać sobie Tarhia, ale dzielenie wspólnego fatum zawsze pomaga przybliżyć ludzi ku sobie. Kiedy Akolita wspomniał o króliku i pechu, jaki nad nim ciąży, Łowca wyczuł tę nić i mimowolnie westchnął do swoich myśli. Nie był już młody. Znał wielu ludzi, lecz zawsze pozostawali oni tylko szarą plamą w pamięci. Byłby trudnym druhem, wiedział to. Ale tyle miał jeszcze przecież do zrobienia. Nikt nie mógł mu zakłócać spokoju, stawać na drodze. A dziś działo się to bez przerwy. Musiał coś zrobić, zanim fatum poklepie go znowu po ramieniu i każde zmienić kierunek działań.
Ray nie był osobą, którą trzeba było obserwować. Oczywiście, nie oznaczało to, że Tarhio zaprzestał być w jego obecności uważny i czujny. Ale w zawodach z otoczeniem Ray przegrywał. Łowca rozejrzał się więc, bo miejsce, w którym przebywali, wciąż nosiło miano Starego Lasu, z którym nie można tracić kontaktu chociażby wzrokowego. Teren ten był jak warczący na łowcę basior, czekający na tę jedną chwilę, kiedy jego wróg spuści oczy, a wtedy rzuca się do ataku. Ray i Tarhio mogli stać na jego linii.
Kiedy mężczyzna odpowiedział o swojej umiejętności i o tym, co mu zrobił, myśliwy był pod lekkim wrażeniem, ale poczuł się również niekomfortowo. Ktoś po prostu włamał mu się do głowy i przeczytał, co zamierza. To nie pomaga czuć się bezpiecznie, a już na pewno nie wzbudza zaufania. Dlatego nikt nie lubił ludzi, posługujących się umiejętnościami, związanymi z umysłem. Dla takich myśli innych są czymś tak samo dostępnym jak ich same, a na dodatek za nic sobie mają cudzą prywatność. Myśli, stan duszy, ta sama rzecz. To sprawa tylko i wyłącznie ich właściciela. Prywatność, cisza, spokój, porządek. Pewnych rzeczy po prostu się nie zakłóca.
Zmarszczył nieco brwi, jednak nic nie powiedział. Słuchał dalej. Skoro już mówiono o nim, chciał wiedzieć jak najwięcej. Ludzie nie mają zwykle pojęcia, co kłębi się w jego głowie. Niestety, to był Akolita. Pytając o spojrzenie nie spodziewał się, że tak dużo racji będzie mieć. Nie chodziło, oczywiście, o żadne duchy, ale o działania równie nienormalne. Tak naprawdę podejrzewał, że mężczyzna próbuje zgadnąć jego zamiary, ocenić, czy jest wrogiem, czy przyjacielem. Jego odpowiedź przerosła te oczekiwania wielokrotnie, choć miała niejako wiele z nimi wspólnego.
- Nie ukrywam, że nie podoba mi się to - powiedział. - Nie mam twoich umiejętności, nie potrafię ocenić, czy kłamiesz - uznał, kręcąc lekko głową. Po chwili jednak wypuścił powietrze nosem, jakby decydując, że to jednak nie takie ważne, i dodał: - Ale nie sądzę. Może i jestem spokojnym człowiekiem, ale o prywatność swoją zadbać potrafię, więc nie rób tego więcej. - Nie kłamał. Nie odczuwał potrzeby mówienia nieprawdy w jakiejkolwiek sytuacji. Może miał jakiś problem w tym swoim zbadanym już przez Akolitę umyśle, może to ułomność, ale nie potrafił wymyślać czegoś, co mogłoby zastąpić prawdę. Pewne rejony jego skomplikowanej maszynerii wewnątrz głowy nie działały tak jak powinny. Mówił, co miał powiedzieć, robił, co miał zrobić. Nie kombinował. To wszystko komplikuje.
Ray również nie mógł kłamać. Nikt, kto chciałby mówić nieprawdę, nie byłby tak wylewny. Nieznajomy coraz szybciej stawał się znajomym, mimo iż Tarhio nie starał się o to. Ten człowiek albo musi być naprawdę wycieńczony, albo ma takie przysposobienie. Jeśli to drugie - wojownik współczuł mu, ponieważ życie kogoś takiego nie może być na dłuższą metę przyjemne w tych czasach. Współczuł, może to za wiele powiedziane, ale tak uważał.
- Jestem bardzo podobny - przyznał, przyjmując komplementy skinięciem głowy, acz niezbyt entuzjastycznie, ale też nie zwracając większej uwagi na wady przyrównania go do innych. Miał na myśli fizyczne możliwości jego klasy. - Każdy jednak ma własną głowę, nieprawdaż? - dodał, zwracając uwagę na fakt, że wcale nie musi myśleć identycznie. Nie zaprzeczył też. Nie wiedział, czy mężczyzna nadal grzebie w jego głowie, choć miał nadzieję, że wziął sobie jego wcześniejsze słowa do głowy. Nie miał ochoty na konflikty. Nie dzisiaj. Nigdy.
- Co zamierzasz? - rzucił w końcu. - Do Lothil wiele mil, a ty jesteś w głębi Starego Lasu - podkreślił, jakby miało to bardzo ważne znaczenie dla całej wypowiedzi - i rozmawiasz z nieznajomym. Nie sądzę, byś dotarł tam dziś, a już na pewno nie bez jedzenia i w takim stanie. - Może zabrzmiało to niezbyt kulturalnie, jakby wyczekiwał chwili od samego początku rozmowy. Ale może i było to prawdą.
01.03.2014, 15:55
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#8

Ray złapał za bukłak z wodą jakby zachowując na tyle wstrzemięźliwości, by nie wyjść na niesamowicie spragnionego i łapczywego. Spokojnie otwarł go i pociągnął trzy zdrowe, pełne łyki. Chłodna, nieco dziwna w smaku ciecz spływała do jego żołądka sprawiając wrażenie bijącego od wewnątrz zimna. W takich warunkach było to przyjemne uczucie. Zamknął pojemnik i wystawił go w stronę Tarhia, zewnętrzną częścią drugiej dłoni przetarł usta i kiwnął lekko głową mając w myślach uprzejmość.
- Dziękuje. - powiedział krótko nadal patrząc w jego oczy, z tym samym spojrzeniem co wcześniej. Łowczy słysząc o unikalnej zdolności Akolity zdziwił się, jak również poczuł nieswojo - wiedział to właśnie poprzez wyczuwanie fal duszy. Gdy tylko wspomniał, że nie podoba mu się, to mag przestał. Jego wzrok lekko zmienił się, a i oczy wędrowały teraz po całej twarzy. Nie dziwił się takiej reakcji, jedyną niezbywalną i niemożliwą do wydarcia nam prywatnością są własne uczucia i myśli, a Ray bez żadnych skrupułów czytał w mężczyźnie jak w otwartej księdze. W głowie postawił sobie sytuację, w której każdy ma tą zdolność. Zwyczajne zagadywanie do kobiet z zamiarem zaciągnięcia ich do łóżka - jak to w zwyczaju miał - byłoby niemożliwe. Wszystkie karty odkryte, całkowicie nagi człowiek.
- Już przestałem. Musisz mnie zrozumieć, miejsce to nie wygląda na przyjazne, a ja nie wyglądam na zaradnego, Ty zaś w moich oczach figurujesz jako niesamowicie obeznany w tych terenach człowiek oraz silny druh. Jeżeli chcę wrócić cało do domu, to muszę uważać. Twoja wiedza jest wtedy niebezpieczna. Zwykła moja prośba o pomoc mogłaby zostać przez Ciebie wykorzystana w skuteczny sposób. Jak? Mógłbyś mnie posłać w niewiarygodnie niebezpieczne miejsce w Starym Lesie, przez które potrafią przejść jedynie doświadczeni ludzie, do których należysz. Bestie zabiłyby mnie, a Ty zabrałbyś to co zostawiły po mnie. Ot prosty przykład. - rozgadał się utrzymując na ustach lekki uśmiech. Taką sytuację niestety miał w głowię, więc podał ją. Gdy człowiek potrzebuje pomocy nie może pozostać kłamliwym. Jeden zły ruch, jedno potknięcie w takich sytuacjach i cała nadzieja idzie do diabła, a on nie mógł sobie na to pozwolić.
- Nie myśl też, że jestem na tyle naiwny, by bez przeszkód mówić Ci o moim majątku przy sobie. Wspomnienie o tym było swego rodzaju testem, czy jesteś osobą chciwą i czy w sytuacji zagrożenia naszego życia, gdyby taka miała nastąpić, zabiłbyś mnie, bądź zostawił. Ewentualnie mógłbyś mnie zamordować, gdybym ukrył fakt posiadania złota, a Ty dowiedziałbyś się o tym i miał zamiar wzbogacić. Nie mogę wykluczać żadnej możliwości jeżeli chcę przeżyć. - dopiero teraz do świadomości Ray'a dotarło jak bardzo się zmienił przez swoje dziesięć lat odkąd opuścił dom. Stał się wiele rozsądniejszy i inteligentniejszy, co jednak nie znaczyło, że jego beztroska i hulaszczy tryb życia odeszły w zapomnienie. Teraz sytuacja wymagała jego poważniejszej strony, zatem wykorzystywał ją. Gdyby miał okazję bawić się jak dziecko, pewnie robiłby to, aczkolwiek teraz to nie był ten czas. Niczym strażnicy na drodze do mordercy wykluczał różne ścieżki rozwoju wydarzeń, by nachodzić na kolejne rozwidlenia i badać je. Wszystko jednak teraz opuścił. Nie wyczuwał już stanu duszy Tarhia i nie miał zamiaru zrobić tego drugi raz. No chyba, że sytuacja, by tego wymagała, lecz mówiąc o tym miałby na myśli dobro ich obojga, nie tylko jego samego.
Okazało się, że Akolita trafił w swojej dedukcji. Tarhio był Łowcą i przyznał, lecz zaprzeczył swojej schematyczności jaką zarzucił mu mag. Cieszyło go to, niesztampowi ludzie są ciekawi i mili w poznawaniu. Lubią zaskakiwać swoją różnorakością cech osobowości. Oby takich więcej na tym parszywym świecie stąpało. Pytanie o dalsze poczynania zbiły Ray'a z myśli. Nie wiedział co ma ze sobą począć, dlatego na szybko postanowił opracować jakiś plan.
- Nie mam pojęcia co dalej. Muszę wypocząć i najeść się, czyli dotrzeć do najbliższej osady, bądź miasta i tam to wykonać. Później może spróbuję zabrać się z jakąś karawaną kupiecką, albo z podróżnikami. Byle do Lothil. A Ty, masz jakąś radę dla mnie? Pomysł? Propozycję? Moja niewygodna sytuacja sprawia, że byłbym zgodny do wielu rzeczy, których normalnie, bym nie podjął się. - powiedział i rozglądnął się, lecz nie, by coś dostrzec, a zwyczajnie, aby nie patrzeć ciągle na twarz Tarhia. Mogło go to speszyć, bądź sprawić, że myślałby, iż coś ma na niej, albo czemuś Ray się przygląda.
- Przy okazji... nie jesteśmy już tacy nieznajomi. Znamy swoje imiona, profesje oraz umiejętności poniekąd. Chwila rozmowy sprawiła, że masz szkic mojego charakteru, a ja Twojego... nieco dokładniejszy. Przyjmij fakt, że kiedyś mogę Cię rozpoznać - jeżeli przeżyję - i odwdzięczyć się nazywając Ciebie wybawicielem, a może i przyjacielem. Bo kto byłby zdolny do jakiejkolwiek pomocy w takim miejscu, o takiej porze i w dodatku takiemu człowiekowi, który jeszcze spłoszył Ci zwierzynę? Doceniam to. - zakończył wywód i westchnął lekko. Długie mówienie jakie miał w zwyczaju bywało męczące, szczególnie, gdy żołądek pusty, a organizm krzyczy do myśli, że potrzebuje snu.
02.03.2014, 23:09
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#9

Ludzkie charaktery nie dają się opisać w kilku zdaniach, nawet jeśli miałyby to być zdania długie i złożone. Bogowie, czy kto taki zajmował się kreowaniem tak zróżnicowanych postaci, z całą pewnością nie tworzą żadnego konkretnego opisu, zamkniętego w słowach. Nie, już prędzej dodają do cech fizycznych kilka najważniejszych atrybutów psychicznych, rzucają twór w wir akcji i obserwują jego zachowanie. Tak, to całkiem możliwe. Dlatego Tarhio nie starał się nikogo zamykać w jakichkolwiek ramach, wysnuwać o nim swoich własnych, niezmiennych opinii, a już z całą pewnością nie wierzył w coś takiego, jak pierwsze wrażenie. To głupie. Zdarza się przecież, że nawet wróg może okazać się przyjacielem, jeśli postawić go w odpowiednich okolicznościach. Nie da się opisać człowieka. Życie robi to bez przerwy, jedne przymioty dodaje, inne odejmuje, a jeszcze inne tylko redukuje. Biorąc to pod uwagę, określanie kogoś na podstawie sprawdzenia stanu jego duszy wydawało się wojownikowi dziwne. Owszem, widział w tym ten sam sens, który widział Akolita - musiał sprawdzić, czy Tarhio się na niego nie rzuci z mieczem, nie okradnie czy cokolwiek innego. Tylko... Sam nie wierzył ludzkiemu charakterowi, do tego nie pokładałby takiego zaufania w magiczne umiejętności, takie, których nie da się zobaczyć na własne oczy. Jeśli ktoś może się zmienić w ciągu roku, to może się zmienić w ciągu sekundy, jakkolwiek przesadnie by to brzmiało. Dusza, to takie wielkie słowo. Rzeczy wielkie są zawodne.
- Rozumiem twe obawy - odparł, kiedy Ray skończył mówić o niebezpieczeństwach, jakie go mogły czekać z jego strony. Sporo mówił. Mówił wszystko. Tarhio czuł, że nie musi posiadać żadnych magicznych umiejętności - a może to skaza w osobie Akolity, spowodowana posiadaniem takiej mocy? Albo po prostu pragnął być wiarygodny. - Jednak zapewniam, że nie jestem typem takiego człowieka. - Nie poczuł się urażony. Przynajmniej nie miał do czynienia z idiotą. Choć nadal był to bardzo wygadany mężczyzna, który nie wiadomo dlaczego znalazł się w głębi Starego Lasu i zajmuje go rozmową.
Nie było to bezpieczne. Gdyby chociaż posiadał jakieś inne ciekawe umiejętności, które mogłyby przynieść pożytek w walce ze zwierzyną. Potrzebowali jedzenia, którego żadne z nich nie miało. Jednak nie uśmiechało mu się walczyć w parze z kimś, kogo zna od pięciu minut. Najlepiej, gdyby jak najszybciej opuściliby to miejsce, jeśli mieli ochotę prowadzić dalej tę rozmowę. Tarhio chciał wrócić do swoich obowiązków, rzadko kiedy przerywał to, co zaczynał. W tej sytuacji jednak było to nieuniknione, inaczej mogli przypłacić nieuwagę życiem. Nie mógł przecież zostawić mężczyzny bez pomocy, kiedy już ją sobie postanowił.
Słuchając planów Akolity, zastanawiał się nad swoją decyzją. Spojrzał na korony drzew, sprawdzając tym samym pozycję słońca. Był w podróży dopiero tydzień, w jego trakcie zdążył już kłaść się spać nasycony i z pustym żołądkiem, a sprawa potrafiła zmienić się tak szybko, że nie bał się o siebie. Nie zamierzał wracać do Greathard, na pewno nie w ciągu najbliższych miesięcy, choć alkohol mieli wspaniały. Mógł odwiedzić Peronę, w końcu to miasto stworzone dla kogoś takiego, jak on - myśliwy mógł tam liczyć na zacne przyjęcie. Jednak to stanowczo za szybko. Nie powinien wybierać się w drogę tylko dlatego, że ktoś stanął mu na niej. Nie był też o to poproszony.
Dalsza wypowiedź przybysza wydała się Tarhiowi zbędna i rozwiała jego myśli. Nie lubił rzucania słów na wiatr. Wybawiciel, przyjaciel - to stanowczo za dużo. Niektóre określenia mają bardzo ważne znaczenie i nikt nie powinien stosować ich w taki sposób.
- Wymiana kilku zdań to nie wszystko - powiedział, nie ukrywając lekkiego zniesmaczenia. - Być może ktoś inny odesłałby cię do demonów bądź też ograbił, jak mówiłeś. Nie obchodzi mnie to. Nie jestem jednak nikim, z czyjego towarzystwa mógłbyś się cieszyć. Gdyby coś nas zaatakowało - nie poświęciłbym za ciebie życia. Może i znasz mój charakter, ale nie znaczy to, że jesteśmy przyjaciółmi. - Miał nadzieję, że mężczyzna zrozumie, o co mu chodziło. Nie chciał być niemiły, jednak zwykle chcenie często nie ma nic do rzeczy. Widać mieli różne spojrzenie na pewne sprawy. Dla Tarhia nawet człowiek, który uratowałby mu życie, nie byłby jego przyjacielem. Wybawicielem - może i owszem. Ale w tej chwili nikogo jeszcze od niczego nie wybawił. A przynajmniej nie widział tego w ten sposób.
- Idąc tam, skąd przyszedłeś, prędzej czy później dotarłbyś do głównego traktu - powiedział, spoglądając Ray'owi w oczy. - Mógłbyś kontynuować swoją drogę na wschód, albo pójść w przeciwną stronę i odzyskać siły w Greathard. Nie wiem jednak, czy chcesz nadkładać drogi. - Przerwał na chwilę, by jeszcze raz spojrzeć w las. - Tutaj niedaleko znajduje się droga, którą mógłbyś dotrzeć do Perony. Sam chętnie bym ją odwiedził, jednak stanowczo za krótko byłem w podróży. Ścieżka prowadzi przez las, więc musiałbyś się trzymać na baczności. To niebezpieczne miejsce, igramy z losem samym staniem tutaj w miejscu. - Wrócił spojrzeniem do Akolity, żeby sprawdzić, czy rozważa jego słowa. - Radziłbym zrobić tak, jak mówiłeś - odwiedzić któreś z tych miast i odpocząć, najeść się. Sama woda to nie wszystko. Możesz też wrócić do traktu i nieco okrężną drogą dotrzeć do Perony. Zawsze to bezpieczniej, a może szczęście ci dopisze i już po drodze spotkasz karawanę. To chyba najlepsze rozwiązanie, jeśli czujesz, że masz wystarczająco dużo sił.
Dawno nie mówił tak długo. Nie czuł się dziwakiem, odosobnionym i samotnym mężczyzną, który nie radzi sobie w kontaktach z ludźmi. Nie, on był podróżnikiem i łowcą, wojownikiem, trenującym z drzewami i polującym na zwierzęta. Kimś, kto nie interesuje się innymi i nie potrzebuje z nimi kontaktu, nie licząc tych chwil, kiedy oddaje się rozkoszom należnym każdemu mężczyźnie. Długo jeszcze nie planował tego zmieniać. Ba, podejrzewał, że prędzej umrze.
03.03.2014, 03:01
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#10

Może to i Ray zawsze wychodził na dziwacznego, lecz rzadko na hipokrytę. Najpierw Tarhio zapewnił, że nie jest osobą jaką wymienił Akolita, czyli żadnym złodziejem, mordercą, ani nikim nieprzyjemnym, a później powiedział, że nie jest osobą, z której towarzystwa można się cieszyć i zostawiłby maga, gdyby ich bezpieczeństwo byłoby zagrożone. Jednak to siebie skreślało. Przecież jeżeli ktoś nie chcę Cię zabić, ani okraść, bądź nie ma dziwnych zamiarów to dlaczego miałby ktoś się nie cieszyć? Ba! Nawet dał się napić wody i podał kilka istotnych informacji.
- Strasznie nieufny jest... jakby cały świat był dla niego dziką zwierzyną, a On sam podobny. - pomyślał i dostrzegł, że mężczyzna bardzo dokładnie obserwuje otoczenie. Wyglądało to jakby był to odruch, zwyczaj i całkowicie normalna dla niego rzecz, a nie wymuszana. Jak nos na swędzi, to się drapiemy, jak jesteśmy w Starym Lesie, to jesteśmy czujni - na takiej zasadzie.
- Może nie jestem całkowicie rozsądny, jednak na tyle rozumu mam, by nie nazywać poznanych kilka minut temu ludzi przyjaciółmi. Powiedziałem "kiedyś", to nie znaczy, że teraz, ale może być to po odpowiednim rozwinięciu naszego przypadkowego spotkania. Chociaż to chyba nie pora i miejsce na dysputę o stosunkach międzyludzkich, prawda? - zapytał retorycznie i zaczął zastanawiać się nad podanymi propozycjami drogi. Cofanie się do Greathard nie podobało się Ray'owi. Jakiekolwiek nadkładanie drogi, nawet po odpoczynku nie wyglądało w jego myślach przyjemnie. Droga do Perony przez ścieżkę brzmiała dobrze, lecz niebezpieczeństwa jakie czyhały mogły zakończyć przypadkową podróż akolity śmiercią. Od razu Łowca wspomniał, że nie zamierza wracać z nim, więc nawet nie próbował namówić. Mając człowieka pokroju Tarhia ze sobą, o jego doświadczeniu i wiedzy, byłby względnie bezpieczny. Z tego co mówił można było wnioskować, że takimi trasami szedł nie raz, ani nie dwa. Była to raczej dla niego codzienność. Mag uświadomił sobie, że życie w ciągłym zagrożeniu nie pasuje ani trochę do niego. Znał obraz do jakiego należy jednak z grzeczności wolał nie opowiadać o nim, ani nawet teraz nie myśleć. Nie czas na takie wyobrażenia.
- Zatem wyruszę do Perony, przez tą niezbyt bezpieczną ścieżkę. Nie czuję się na siłach, by móc podróżować dłużej. Wskaż mi ją, jeżeli to nie problem i zostawiam Cię w spokoju. Jeżeli przeżyję, a Ty trafisz do Lothil i potrzebowałbyś pomocy - poszukaj mnie. Mam mały domek na obrzeżach stolicy, nie będzie Ci ciężko znaleźć. Ugoszczę jak brata. - zakończył z lekkim uśmiechem i rozglądnął się. Za chwilę miał wyruszyć w nieznane jemu tereny i starać się dotrzeć do celu, do którego dążył już trochę czasu. Nie wiedział nawet czy Madeleine jest cała, czy mieszka w ich chacie. Równie dobrze mogła po tych dwóch latach stwierdzić, że z pewnością Ray nie żyję i znaleźć sobie kogoś innego, a spóźniony w uczuciach Akolita zostałby teoretycznie samotny. Zapewne długo, by nie cierpiał, chociaż kto wie, nigdy wcześniej nie czuł tego uczucia i nie wiedział, czy dotychczasowe życie mogłoby ukoić jego zranione serce.
- Dlaczego myślę pesymistycznie? - skarcił sam siebie i lekko westchnął. Ostatnio zbyt wiele scenariuszy brał pod uwagę, a jego beztroska została brutalnie zabrana.
- Jak wrócę do domu to spędzę dwa lata na zabawie! Rekompensata musi być. - postanowił sobie i aż uśmiechnął się szerzej na tą myśl. Wizja dawnego stylu życia była wspaniała. Dopiero teraz doceniał jak przyjemne ma życie. Własne mieszkanie, kobieta w domu, brak problemów z pieniędzmi, całkiem przystojna aparycja i brak problemów z pieniędzmi. Żyć nie umierać, a jednak kiedyś trzeba.
05.03.2014, 22:08
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja bez grafiki