Atarashii




Leśne Chaszcze
#11

Łowca był pełen dziwactw, toteż nie dziwne, że Ray odbierał go w ten sposób. Niewielu może zrozumieć jego sposób myślenia, a ten, komu by się udało, albo zostałby z nim już na wieki, albo uciekł jak najszybciej tam, gdzie rośnie pieprz. Nie jest on taki, jak inni Łowcy, z całą pewnością, bo nie ma dwóch identycznych osób, nie jest też mordercą ani zwykłym bandytą, co nie znaczy, że miałby poświęcać życie za kogoś, kogo zna od pięciu minut. Owszem, mógłby mu pomóc, mógłby go nawet wyciągnąć spod paszczy bestii, ale z całą pewnością nie wtedy, gdy jego siły i umiejętności skazałyby ich obu na śmierć. Każdy jest odpowiedzialny za siebie. A Tarhio stara się nie być głupcem. Niestety, każdy sądzi sam, mierzy swoją miarą i wierzy w to, co uważa za odpowiednie. A słowa prowadzą do wielu nieporozumień, dlatego nie należy ich używać zbyt wiele.
Jak już zostało powiedziane, myśliwy był przeciwny teorii, iż ludzie się nie zmieniają. Zmieniają się i to bez przerwy. To w pewnym sensie mogłoby usprawiedliwiać również jego samego, gdyby miał manierę modyfikować siebie lub swoje zdanie. Jednak nie posiadał takowej, a - ponownie - wręcz przeciwnie, bo kurczowo trzymał się jednej ścieżki i nią kroczył, rzadko kiedy zbaczał w jakieś ślepe, według niego, uliczki. Nie lubił tego. Dlatego też odwrócił głowę z rosnącym na twarzy poczuciem niezadowolenia, kiedy usłyszał słowa "jeżeli przeżyję". To takie nieodpowiednie. Dlaczego nie "kiedy już będę w domu", albo "gdy dotrę na miejsce", w ostateczności - "jeśli mi się uda"? Tak, "jeżeli przeżyję" jest stanowczo zbyt bezpośrednie. Tarhio nie miał nic przeciwko bezpośredniości, ba, był z nią za pan brat. Jednak stosowanie jej w taki sposób, do tego w jego kierunku, nie było mu na rękę, oj, nie było.
Miał wiele do zrobienia. Wody miał dużo, bo napełniał bukłak stosunkowo niedawno. Jedzenia nie posiadał, ale znajdował się w lesie, gdzie rosną jagody, jeżyny, biegają zwierzęta i krwiożercze bestie. Do wyboru, do koloru.
Spojrzał na Ray'a i pierwszy raz omiótł go wzrokiem od głowy do stóp i z powrotem. Nie zrobił tego z pogardą ani poczuciem wyższości. Musiał się zastanowić. Akolita, potrafiący grzebać ludziom w głowie. Z mieczem, którego pewnie potrafi używać w stopniu podstawowym. Zmęczony. Wykończony wręcz. "Jeżeli przeżyję..."
Co zabawne, Tarhio zupełnie zignorował dalszy ciąg wypowiedzi mężczyzny. Ktokolwiek inny podziękowałby i wymienił się grzecznościami, ale nie on. Może to, że nie posiadał swojego własnego domu wpływało w pewnym stopniu na ów fakt, jednak był to bardzo niewielki stopień. On natomiast zobaczył, jak na Ray'a wyskakuje zza drzew wilk bądź dzik i jak próbuje się on bronić. A to był scenariusz ze zwierzętami w roli głównej. Stary Las gości u siebie nieco poważniejsze niebezpieczeństwa.
- Poczekaj - powiedział, marszcząc brwi i zaciskając na moment usta. Jak łatwo nim manipulować, dlaczego? Co się takiego stało przez te ostatnie dni? Aż tak bardzo przyzwyczaił się do karczemnego stolika? Wstyd.
To był zły dzień, ale nie tylko dla niego. Los chciał być zabawny i rzucił mu na drogę przybysza, który zobaczył w nim kogoś, kto może uratować mu życie. To śmieszne i mało istotne, ale nie w tym rzecz. Czy posyłanie go samego w drogę nie byłoby właśnie morderstwem? Docierając do tego miejsca, sam, z mieczem w pochwie, goniąc za królikiem, wyczerpał resztki szczęścia, które posiadał. Czy to nie ten moment, w którym własne zdanie, własne sprawy należy zostawić i pójść w inną stronę? Pal licho konsekwencję, kończenie, co rozpoczęte, brnięcie do celu? Dla mężczyzny, który w ciągu kilku chwil wyjawił mu co ma w sakwie, gdzie mieszka i jak wygląda jego dom? I który grzebał bez pytanie w jego głowie? O, Bogowie. Ileż on lat nie zdawał sobie sprawy, ile pracy wkłada w to, by nie dojrzeć następnego dnia. A Tarhio nie chciał mieć nikogo na sumieniu.
Westchnął.
- Nie podoba mi się to - powiedział, jakby do samego siebie. Kolejny raz już tego dnia użył tego stwierdzenia. Pesymizm wychodził mu już dziurkami w nosie, ale tak bardzo trudno było to zmienić. - Pójdziemy razem. Nie chcę cię urazić, ale pierwszy lepszy zwierz powaliłby cię na ziemię. Nie jestem nawet pewien, czy dasz radę o własnych siłach przejść tysiąc jardów. Nieść cię nie zamierzam, ale mam wodę - ty jej nie masz, a rzeka znajduje się na zachodzie. Obawiam się, że za dużo już szczęścia zmarnowałeś, by biegać sam po tym lesie. - A jeszcze przed chwilą zarzekał się, że zostawi Akolitę w spokoju przy pierwszej lepszej okazji i wróci do polowania. Może rzeczywiście jest hipokrytą. Woli jednak nim pozostać, niż potem zacząć się zastanawiać, czy kiedyś nie trafi na kości swojego nowego znajomego. Jeszcze tego brakowało, by zaczął martwić się o innych. Starzeje się.
- Pójdziemy tędy - Wskazał kierunek, gdzie za drzewami powinna znajdować się ścieżka, i ruszył tam, nie czekając na Ray'a. Był załamany. Robił coś wbrew sobie. Jednak może to dobry sposób na los - jeśli sprawia on, że wszystko wtedy działa na opak, czemu by nie zagrać w tę grę?
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.03.2014, 14:49 przez Tarhio.)

08.03.2014, 14:45
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#12

Zaskoczenie - tak można by określić uczucie Ray'a, gdy usłyszał o tym, że Tarhio wybierze się z nim do miasta. Nie wiedział czy to jego przypadkowo, całkowicie niezamierzenie wypowiedziane słowa typu "jeżeli przeżyję" uderzały w sumienie Łowcy niczym młot w kowadło, aż jak metal uległ sile nacisku i zdecydował się nie posłać Akolity na śmierć. Kąciki ust "ocalonego" wzniosły się lekko, jakby tryumfalnie. Po raz kolejny w głowie Maga zrodził się obraz hipokryty, który najpierw twierdził, że przybysz jest skazany na siebie, że nie pomoże więcej, a ostatecznie postanowił wyruszyć z nim robiąc za swego rodzaju ochronę. Sam już nie wiedział, czy wygląda tak żałośnie, czy nowo poznany udaje niedostępnego, by nim się zainteresować. Taki charakter wprawdzie znał doskonale, ale nie u płci męskiej, a pięknej. Kobiety nie raz udają niezdobyte niczym twierdze, zimne jak lochy, aby tylko jakiś przystojny naiwny człek zaczął zajmować się nimi i pielęgnować je jakoby kwiatami były. A to tylko słodka, jednostronna intryga, która sprawia, że biedny amant zostaje owinięty wokół palca. Doświadczenie Ray'a potrafiło obrócić taki charakter przeciwko damie i wykorzystać każde jej słowo oraz czyn na korzyść mężczyzny. Wracając jednak do Tarhia - bez czytania w duszy było trudno odgadnąć jego intencje, chociaż nawet przez myśl nie przeszło Akolicie, że mogą być złe. Nie teraz, nie kiedy się poznali. Chociaż to naiwne zachowanie, to było jedynie podtrzymywane przez zwyczajną grzeczność - nie można myśleć w ten sposób o osobie, która wyciągnęła pomocną dłoń.
- Dziękuje bardzo. Jednak moje szczęście nie zostało na tyle zmarnowane, skoro los uśmiechnął się do mnie i dał mi takiego towarzysza podróży. - powiedział lekko pochylając kark mając w myślach podziękę. Był to gest nieodpowiedni do tej sytuacji, otoczenia, tego charakteru, aczkolwiek Mag zareagował tak czysto intuicyjnie. Radość kojarzyła mu się z... kobietami, a te z manierami. Odczuwał teraz szczęście, więc jego podświadomość powiązała fakty narzucając savoir-vivre. Przez chwilę rozbawiło go to, jak własny mózg potrafi płatać figle.
Słowa Tarhia jednak miały drugi oddźwięk oprócz radosnej nowiny. Łowca sugerował całkowitą bezsilność Ray'a, a nawet brak jakichkolwiek zdolności do przetrwania. Nie zirytowało to Akolity jednak dało wskazówkę, że świeżo poznana postać czuje się silniejsza.
- Masz rację, w tym stanie, w tej okolicy nie dałbym sobie rady ze zwyczajnym wilkiem pewnie. Ledwo siłę iść mam, a co dopiero miecz podnosić. Jednak magia przychodzi mi łatwiej niż oddychanie, zatem wszystko co posiada w sobie dusze nie jest dla mnie żadnym wyzwaniem. - skwitował swoje myśli w ten sposób wysnuwając pewne wnioski.
Zabłąkany podróżnik ruszył za nowym kompanem podróży i wyrównał z nim krok. Początkowo szedł w ten sposób, lecz nagle odsunął się od niego o jeden wstecz. W końcu przewodnik mógł zauważyć pułapkę, czy zwierzynę, a równo kroczący z nim Ray miał szansę nie zareagować na czas. W ten sposób się ubezpieczył.
- Jeszcze raz... teraz idziemy w stronę? - zapytał z nadzieją, że Tarhio dokończy nazwą miasta. Pomieszało mu się już gdzie jest Perona, a gdzie Greathard, a co dopiero trakty. Rzucił z wolna okiem na niebo, które przypomniało mu o pewnej zdolności mogącej wspomóc łowczego w jego zadaniach. Zupełnie przypadkiem, będąc u staruszka odkrył w sobie talent do tresowania ptaków, a nawet jednego przygotował do łowów, jednak zmuszony został go wypuścić, gdyż sam nie zamierzał polować na zwierzynę, a dziadek narzekał, że Sokół skrzeczy strasznie, a to na jego uszy niezdrowe.
- Prawdę mówiąc mam pewną umiejętność przydatną w polowaniach. Słyszałeś przyjacielu o profesji ptasznika? Trochę poświęconego czasu i mięsa, a miałbyś jakiegoś drapieżnego ptaka pomocnego w tropieniu zwierza, a nawet samym ubiciu. - wspomniał mając na myśli, że postara się wytresować po powrocie jakiegoś i sprezentować Tarhiowi jako praktyczny oraz pomocny prezent, który wydawał mu się trafiony.
12.03.2014, 22:23
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#13

Dzień dopiero się zaczynał. Do Perony mieli kilka godzin marszu, w końcu znajdowali się po przeciwnej stronie lasu. Musieli cały czas podążać zarośniętą i rzadko używaną, krętą ścieżką, zejście z niej groziło zgubieniem nawet Tarhiowi, który chodził nią tylko kilka razy w swoim życiu. Poza tym utrata koncentracji w nieodpowiednim momencie i niezauważenie najmniejszego nawet ruchu w chaszczach, mogło skompresować resztę czasu życia ich obu do jednej tylko chwili, niezbyt długiej. Łowca wolał jednak jeszcze troszkę pożyć. Miał przecież coś do zrobienia.
Posiadał kilka ważnych, osobistych celów, do których musiał dojść jeszcze przed śmiercią. Myślał nad powrotem do Dravnul, jednak zanim to zrobi, musi jeszcze na tym kontynencie zebrać nieco informacji. Może to wymówka, może wcale nie chce wracać do tego ponurego miejsca, źródła wszystkich jego koszmarów. Z całą pewnością nie chciał. Musiał jednak znaleźć i tam kilka odpowiedzi. W przyszłości.
Słyszał, że w Grimssel pojawił się smok. Plotki to coś, co ma w sobie ziarno prawdy i na tym ziarnie trzeba się koncentrować. Tak też starał się czynić Łowca. Z niczego wieść o smoku, który leciał nad miastem i wzbudził panikę dziesiątek osób, nie powstała. Szczegóły co do liczby możliwych ofiar bądź jego czynów były nieważne i zapewne zmyślone. Jednak coś się działo i na tym musiał się skupić. To zapowiedź, której nie można zignorować. Poza tym słyszał również doniesienia o potworach w okolicy, jednak ten temat go nie interesował. Od dawna wzmogła się ich natarczywość na całym świecie, nie tylko tam. Nie widział związku ze smokiem, który przecież sam w sobie miał boskie pochodzenie. A przynajmniej miał nadzieję, że takiego związku nie ma. Może to naiwne, ale wierny był swojemu zdaniu w tej kwestii. Prawdę, jeśli już ją odnajdzie, przyjmie do wiadomości, najpierw jednak musiał wierzyć, że wartą do niej dążyć. Gdyby uznał Thorna za bestię, tak jak niemal wszyscy inni, ta swoista obsesja, jaka go ogarnęła, nie miałaby podstaw, by istnieć.
Z Grimssdel bardzo silnie związane było samo Valen, więc może to ono powinno być celem wędrówki Tarhia. Całkiem możliwe, że to właśnie tam tkwiła przyczyna. Miasto handlowe i Lothil odpadały jako obiekt jego zainteresowania, ponieważ wyczuwał w zdarzeniach, które również zdążyły obiec sporą część świata, smród tych cholernych Medeis. Nie chciał mieć z nimi nic do czynienia. Nie interesowali go w znacznym stopniu, ale nie pochwalał też tego, co robili. Mieszali się w nie swoje sprawy, by czerpać z tego korzyści i pozyskać moc od najokrutniejszego z smoczych bóstw, które ostatecznie i tak ich wszystkich wychędoży. Takie było jego zdanie. Bogowie są jak ludzie i mają charaktery. Złym nie wolno ufać, robią to tylko idioci. Źli zawsze mają swój własny interes, we wszystkim, a przeszkody po prostu eliminują. Nie mają przyjaciół, mają chwilowych pomocników w swych planach, bardziej lub mniej krwawych i bezlitosnych. Wykorzystują głupotę swoich narzędzi, a gdy przestają być użyteczne - wyrzucają je bądź niszczą, by inni nie mogli ich wykorzystać. Albo by one same nie mogły im zaszkodzić. To bardzo proste. Nie trzeba było przeżyć tego na własnej skórze, by dojść do takich wniosków. A jednak znajdowały się persony, które mordowały i urządzały krwawe rytuały dla swoich boskich autorytetów. Zapewne nigdy się to nie zmieni, ale każdy przecież miał własny rozum. To nie sprawa Tarhia.
Kiedy Akolita spytał go o kierunek, ten wymienił tylko nazwę Perony, wchodząc właśnie na ścieżkę. Jako myśliwy mógłby w tym mieście nieco zarobić, jednak bez zwierzyny straciłby tylko resztę pieniędzy, które jeszcze mu jakimś cudem zostały. Z drugiej jednak strony, północne obrzeża lasu dzieli od murów miasta bardzo niewiele drogi, toteż nie wszystko jeszcze mogło zostać stracone. Kiedy dojdą do celu, nadal zostanie mu jeszcze wiele godzin na zapolowanie i pożywienie się. Ray miał pieniądze, w mieście nie zginie. Następnego dnia pewnie wyruszy do Lothil normalnie traktem, albo zabierze się z kimś i sumienie Tarhia będzie mogło pozostać czyste jak łza. Niech ten los tylko przestanie zgrywać takiego cwaniaka i pokaże mu troszkę swej dobrej woli.
Na chwilę zapomniał o towarzyszu, skupiając się na otoczeniu i samej drodze. Los to nie wszystko, a właściwie to tylko siła napędowa. Cała reszta zależy od niego samego. Nieostrożność nie musiała wcale grozić atakiem jakiejś groźnej bestii, wystarczyło zignorować nierówności terenu i złamać nogę. A potem już wszystko demony mogą porwać. Dobry Łowca musiał zwracać uwagę na wszystko, nawet jeśli to przesadzone podejście. Każdy jednak skupia się na czym innym, niektórzy są lepsi od Tarhia tylko dlatego, że mają więcej mięśni, bądź też umiejętności. On zaś ma naturę obserwatora i to go niejednokrotnie już uratowało. Dawno temu powinien skończyć jako pokarm dla zwierząt, a jednak się trzymał. Trzeba dobrze ulokować swe talenty.
Ray wyrwał go z lekkiego transu, wspominając coś o ptakach, pomocnych w polowaniach. Była to jedyna naprawdę interesująca informacja, która padła z ust Akolity od samego początku ich rozmowy. Tarhio wiedział coś o tych stworzeniach, o ich oddaniu i wierności do swego pana. Czasem słyszało się opowieści o sokołach, które wydawały ostatni okrzyk zaraz po śmierci swego pana, albo też o mężczyznach, którzy po stracie swych podopiecznych zaprzestawali jakiejkolwiek dalszej aktywności w swym zawodzie, stawali się zupełnie odmiennymi ludźmi. To była więź warta poświęcenia. Nie mówiąc nawet o pomocy, jaką taki przyjaciel mógłby ofiarować swemu opiekunowi. Trudno było sobie wyobrazić cenę, jaką trzeba by zapłacić za taki dar.
- Hmmm. Słyszałem i wierzę w to, co o nich opowiadają - powiedział ostrożnie, spowalniając nieco kroku, by mężczyzna mógł się z nim zrównać. - Jesteś jednym z nich? Potrafisz wyszkolić prawdziwego sokoła?
16.03.2014, 17:39
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#14

Droga się zaczęła, nareszcie Ray poruszał się w sensownym kierunku, dobrą trasą i odpowiednim tempem. W dodatku nie pozostał skazany na samotność i działanie w pojedynkę. Nieważne jak mocno, by się starał, nie mógł być lepszy niż Tarhio, który cały ten las miał już we krwi. Ustalone zachowanie, dosłownie machinalne odruchy pełnej czujności i instynkt, który w połączeniu z doświadczeniem, a nawet zdrowym rozsądkiem stawał się pomocą na skalę boską. Tak to wszystko wyglądało w głowie mężczyzny, który do lasu to może chodził, ale dawno temu, tak dawno, że sam ledwo to pamięta i bynajmniej nie przeprawiać się przez niego, a jedynie zbierać grzyby, czy jagody. Zdarzyło mu się też zbierać zioła, lecz nie miał o nich zielonego pojęcia. Warto też wziąć pod uwagę, że były to jeszcze czasy całkowicie spokojne, sielankowe, a chaszcze, w które się zapuszczał to nie Stary Las, a pobliskie, obfite jedynie w zwierzynę tereny. Żadnych demonów, żadnych bestii, żadnych potworów, ani nawet dusz.
Akolita słyszał raz o pewnej teorii, która stwierdzała, że jak ktoś zrobi coś dobrego, to dobro powróci do niego, podobnie niby miało być ze złem. Miał za sobą dobry uczynek, a nawet bardzo dobry zatem może towarzystwo Łowcy było odpłatą za jego czyny? Powoli popadał w gloryfikacje Tarhia, który pewnie czuł się zwyczajnym prostym człowiekiem, aczkolwiek Ray podziwiał go w pewien sposób. Niebezpieczne otoczenie nie działało na niego, był całkowicie rozluźniony - czuł, że może tak postąpić, gdyż kompan myślał za dwóch i obserwował za tuzin. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie kilka rzeczy. Głód dawał się we znaki, odczuwał osłabienie, a sama pustka w żołądku sprawiała psychiczne osłabienie, efekt, który sami sobie narzucamy, a ciężko to odtrącić. Bolały go również wszystkie mięśnie, bez wyjątku. Nie spał dobrze, zmuszany był do swego rodzaju walki, nieudolnej podróży. Te wszystkie czynniki kumulowały się ze sobą, jednak to nie był jeszcze ten stan, w którym nie dałby rady przejść jeszcze dziesiątek kilometrów. Wiedział, że uda mu się, lecz w jakim stanie? Miał nadzieje, że w lepszym niż jest teraz, chociaż nawet i jego beztroska powiązana z optymizmem powoli wygasały na realistyczną wizję świata.
Perona - słyszał o tym mieście, lecz w tym momencie nie potrafił sobie przypomnieć czy kiedykolwiek w nim był. Najważniejszym faktem pozostawało istnienie karczm w tym miejscu, gdzie zaspokoi wszelkie swoje potrzeby zarówno fizyczne jak i psychiczne. Dlaczego te umysłowe również? Otóż człowiek jest tak prostą istotą, a zarazem skomplikowaną, że zmęczenie połączone z głodem rodziły niejednokrotnie depresje, chociaż to były stany krytyczne. Zwykle powoli popada się w pustkę, miejsce pozbawione emocji, a później dociera do nas fala negatywów. Jako Akolita wiedział najlepiej, że nie ma gorszych ran niż te na psychice, bądź duszy. Rany od miecza zagoją się - gorzej lub lepiej, a może nawet po nich śladu nie będzie? Albo pozostanie szkaradna blizna? Jednak to wszystko się naprawia i tylko sam uszczerbek na zdrowiu psychicznym zagrażał nam. Z umysłem jest inaczej. Tutaj rany nie goiły się, pozostawały na zawsze, jedynie daje się o nich zapomnieć na jakiś czas. Piętna te nie zagrażają bezpośrednio naszemu życiu, a jedynie poprzez nas stają się śmiertelnie groźne. Ludzie uwielbiają uciekać od problemów, zresztą Ray był taki sam. Ale jak uciec od samego siebie? Tutaj przychodziła stara dobra przyjaciółka pogrążonych w żalu - Śmierć.
Mag pogrążył się całkowicie w rozmyśleniach nie zważając na otoczenie, dopiero odpowiedź Tarhia, ściągnęła go na ziemię. Mężczyzna odezwał się za raz po Akolicie, jednak przemyślenia w głowie rysowały czas wieków.
- Tak, jestem jednym z nich. Niedawno odkryłem w sobie talent do tego fachu. Wcześniej jedynie zdarzyło mi się przeczytać kilka książek o tym, co zaowocowało jakiś czas temu. Wytrenowałem Sokoła, który zdawał się być gotowy do pomocy, jednak z przyczyn niezależnych ode mnie musiałem go wypuścić, zatem nie przetestowałem siebie i jego. Później trochę doczytałem o tym i myślę, że dam radę zrobić z Sokoła, czy Jastrzębia pomocnika. - powiedział spoglądając na Łowce, który widocznie zainteresował się podjętym tematem. Nie dziwiło to Ray'a. W końcu towarzysz był łowczym, zatem zapewne bliski był mu ten temat. - Kiedyś spotkałem innego ptasznika, który opowiadał mi trochę. To również dało kilka wskazówek. Dowiedziałem się, że szczególnie trudno wytrenować Orła. Są to zwierzęta niezwykle dumne i ceniące sobie niezależność, jednak każdy kto kiedykolwiek zdołał ujarzmić ducha tego ptaka wiedział, że nie ma lepszego do pomocy w łowach. Również rodziła się wtedy niesamowita więź, coś czego nie da się opisać słowami. - dokończył swoją opowieść i zamilkł na chwilę, wtedy to wyprzedził o krok Tarhia i spojrzał mu w oczy z lekkim uśmiechem.
- Jeżeli chcesz, wytrenuję dla Ciebie Sokoła w zamian za udzieloną mi pomoc. Niestety proces ten trwa trochę dlatego musiałbyś poczekać. Wyglądasz na cierpliwego, więc raczej to nie problem, prawda? - po tym pytaniu wyrównał znów kroku z Łowcą. Wolał być jednak równo z nim, a nawet kilka kroków za, chociaż to tchórzowskie zachowanie. Ray jednak nie przejmował się uznawaniem go za tchórza, czy innego niegodziwca, liczyło się przeżycie i zabawa.
18.03.2014, 23:26
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#15

Dotychczas Tarhio polował sam. Oczywiście, że słyszał o ptasich pomocnikach, przecież był Łowcą. Sokoły i jastrzębie, ich przeróżne odmiany, tak dla początkujących jak i wprawnych w swym fachu myśliwych. Nie myślał o orłach, czy dumnych rarogach, które chwaliły się nieprawdopodobną inteligencją i sprytem podczas polowań. Ich wyszkolenie trwało zazwyczaj bardzo długo i wiele trzeba było za nie zapłacić. Tarhia nie było na to stać. Nie interesowały go również ptaki wyszkolone na szybko i przez niewprawnych sokolników - w końcu kiedy już miał posiadać pomocnika, to oddanego i najlepszego, na jakiego byłoby go stać.
Nigdy jednak ciche zastanawianie się nad posiadaniem skrzydlatego przyjaciela nie przerodziło się w jasne i określone plany. Nie zaczął więc gromadzić pieniędzy i w tej chwili nie mógłby kupić nawet jaskółki. Co nie zmienia faktu, że słowa Akolity pobudziły jakąś część jego umysłu, zasiały tam niewielkie ziarenko i tylko czekać, aż wyrośnie z niego dorodne drzewko żądzy wykorzystania tak dobrej okazji. Bo była wspaniała, aż głupio przyznać. Nigdy nie spodziewałby się po tym poranku takiej wieści, takich możliwości. Nie chciał jednak o tym zbyt długo myśleć, ponieważ zaraz zacznie węszyć w tym kolejny figiel losu. Niebezpiecznie jest plątać się w takie pułapki umysłu.
Nie był zachwycony na wieść, że Ray wyszkolił już jednego ptaka, jednak musiał go wypuścić. To z całą pewnością nie była praca wykonana do samego końca, wykonana najlepiej, jak można. Niezbyt obiecujące. Jednak skoro zmusiła go do tego sytuacja... Słuchał dalej.
Tak, więź była niezwykle ważna i to na nią Tarhio stawiał najbardziej. Jednak nie posiadał aż tak wielkiej wiedzy, by ocenić który z ptaków zdolny jest wykształcić w sobie największe oddanie i ufność do swego pana. Trudno wyciągnąć obiektywne wnioski, kiedy każdy Łowca chwali swojego pupila. Ptasznicy powinni znać się na tym bardziej, jednak z całą pewnością musieli najpierw nabrać doświadczenia.
Odwzajemnił spojrzenie, zastanawiając się jednocześnie, czy aby powinien przyjmować propozycję. Czy nie byłoby to wykorzystanie dobroduszności i trochę naiwności Akolity? Choć w sumie... Ten zdążył już spłoszyć mu obiad, pogrzebać w umyśle, wzbudzić poczucie winy i współczucie oraz sprawić, że nagiął pod niego swoje plany i wyruszył w przedwczesną podróż do miasta. Kto tutaj kogo wykorzystuje? Aż dziw, że Tarhio na to wszystko się godzi. Ale dyskomfort w mięśniach i ogólna irytacja zawsze działały na niego w przedziwny, zupełnie nieracjonalny sposób.
- Oczywiście - odparł, wypuszczając powietrze z płuc. - Przyznam szczerze, że zaskoczyłeś mnie tą propozycją. Nie mógłbym odmówić, szczególnie, kiedy widziałbym, że rzeczywiście wyszkolony przez ciebie ptak wart jest całego zachodu. O takiego pomocnika w łowach z całą pewnością pokusiłby się niejeden. - Na horyzoncie zauważył krzaki dzikich jeżyn, więc przyspieszył nieco kroku, bo niejeden raz słyszał już głośną pracę natrętnego, bo i pustego od dawna, żołądka towarzysza. - A gdyby udało ci się sprawić, że jastrząb polubiłby kogoś takiego jak ja, mógłbyś zostać prawdziwym mistrzem w tym fachu. - O, bogowie, zażartował! Pokrętnie, bo po swojemu, ale jednak! Czas się opamiętać. - Jeżyny - rzucił szybko, przystając przy nich i samemu sięgając po czarne owoce. - Jedz. Dobrze ci to zrobi. Jak mówiłem, nie mam zamiaru nieść cię na plecach.
Wiedział, że gdyby Akolita dotrzymał słowa, Tarhio byłby jemu dłużny, nie na odwrót. Cokolwiek się dziś stało, cokolwiek się jeszcze stanie - prawdziwy, odpowiednio wyszkolony towarzysz polowań kosztował wiele i żadnymi czynami nie można za niego zapłacić. Być może to przesada, może Łowca za bardzo się na to wszystko napalał. Nie był człowiekiem, który dopuszczał do siebie innych ludzi. Ale zwierzęta, to co innego. Im można ufać, bo raz połączone ze swym panem, już na zawsze owej więzi są wierne. To nie to, co człowiek, zmienny, zdradliwy, z własnymi pragnieniami, celami, niejednokrotnie sprzecznymi z pragnieniami i celami innych. Sprzeczności te czasem prowadzić mogą do zdrady, a te są niewybaczalne.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.03.2014, 16:08 przez Tarhio.)

23.03.2014, 15:59
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#16

Szli, nie śpieszyli się zbytnio, aczkolwiek kurs był zapewne idealny, a krok stanowczy zatem czasem na dotarcie nie martwił się Mag. Jego towarzysz widocznie błądził gdzieś myślami przez długie chwile poprzedzające odpowiedź. Ray wiedział to, pomimo, że nie używał swojej zdolności. Zwyczajna wprawa jak i obserwacja ludzi sprawiła, iż jakoś mu się udawało określić jak się czują inni. Używając swojej mocy odczytywania z fal dusz i widząc zachowanie zaczynał zawsze spostrzegać pewne powiązania między stanem psyche, a tym co się działo z ludźmi. Dla przykładu najprostsze - niewprawny kłamca zwykle nie potrafi patrzyć w oczy łżąc, w dodatku opisuje niektóre zdarzenia zbyt dokładnie skupiając się na nieistotnych sprawach i mają dziwne odruchy jak przecieranie nosa, zabawa palcami dłoni czy pocieranie własnego karku. Niby takie banalne rzeczy, a potrafiły być zaskakująco pomocne.
Akolita wiedział, że złożona propozycja wzbudzi w Łowcy huragan myśli, zastanowień i wyobrażeń. W końcu z tego pewnie żył, to było jego życiem. Dodać pomoc do dotychczasowej sytuacji? Każdy, by chciał, a kto wdrążył się w temat wiedział, że wyszkolony ptak to zazwyczaj duży wzrost skuteczności polowań. Słowa kompana jasno wskazały, że nie jest pewien szkolenia przez Ray'a. Po części miał rację - ledwo jednego udało mu się i to nie do końca, lecz jego wiedza na ten temat była ogromna, obszerna. Ta biblioteka informacji połączona ze szczerą chęcią i sporą ilością czasu zapewne sprawiłaby, że pomocnik byłby wspaniały. Pomimo tego Mag rozumiał obawy Tarhia, źle, bądź nieumiejętnie wyszkolony Sokół to czasami nawet balast, a z pewnością kłębek frustracji.
- Sam nie wiem czy potrafię szkolić, aż tak dobrze, aczkolwiek posiadam niesamowite pokłady suchej wiedzy na ten temat, która tylko czeka na zyskanie doświadczenia. Jako człowiek rozsądny zapewne rozumiesz co stworzy takie połączenie. - powiedział z lekkim uśmiechem i przeczesał palcami splątane, sklejone włosy, w których nawet znalazły się jakieś kawałki gałązek. Czekał tylko na kąpiel.
- Może dla Ciebie to niewielka rzecz wyprowadzenie mnie ze Starego Lasu, ale dla mnie to uratowanie życia, spróbuj pomyśleć z mojej perspektywy. Dlatego już postanowiłem, że wyszkolę dla Ciebie ptaka pokładając w to największe starania. Decyzja zapadła. - dodał po chwili cały czas z uśmiechem, a brzuch burczał mu co chwilę. Przestał zwracać na to uwagę, zwyczajnie myślenie o tym nie napełni mu żołądka, zatem było zbędne. Tarhio przyśpieszył nagle kroku. Ray myślał, że ten zobaczył coś niepokojącego i lepiej nie doganiać go, zatem pozostał w tyle zmieniając wyraz twarzy na poważniejszy. Nagły żart Łowcy w takiej sytuacji rozbawił Akolitę tak, że prychnął śmiechem i jeszcze chwilę śmiał się przyjaźnie oraz beztrosko.
- Zaiste masz rację, ciężki z Ciebie kompan chwilami, ale takie osoby łatwo wzbudzają przyjaźń zwierząt. - w rzeczywistości nie uważał, że towarzysz bywa "ciężki". To był tylko specyficzny żart, który miał trochę podroczyć się, chociaż nie wiedział, czy nowo poznany ma tego typu poczucie humoru. Równie dobrze mógłby oczywiście wziąć to na poważnie, co z pewnością nie byłoby na rękę Akolicie. Tarhio nagle rzucił "magiczną" nazwę owocu, pysznego owocu, który mógł napełnić żołądek wygłodniałego mężczyzny. Ray zaczął zrywać jeżyny i wciskać je sobie do ust łapczywie miażdżąc je jedynie językiem i przełykając. To lekko kwaśnawe jedzenie było wspaniałe z dwóch powodów. Pierwszym był fakt, że posilą Maga dając mu możliwość dotarcia do Perony. Drugim było to, że zawierały spore ilości soków zatem zaspokoją również pragnienie. Czy to los zaczynał się uśmiechać do niego? Do nich? Możliwe. Chociaż w tych chwilach zbyt wiele dobrego im się przytrafiało, a szczęście bywa zdradliwe.
28.03.2014, 17:04
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#17

Zdziwiła go po raz kolejny postawa mężczyzny. Łatwo rzucał obietnicami i wyglądało na to, że naprawdę wierzy w ich urzeczywistnienie. Być może nie był człowiekiem, dla którego słowo nic nie znaczy, tego Tarhio nie wiedział - jednak sposób, w jaki zobowiązał się wyszkolić dla niego ptaka, przyprawił Łowcę o niematerialne dreszcze. A to przez mieszaninę nowo rozbudzonych chęci oraz strachu przed tak lekkim operowaniem słowami.
Ale być może rzeczywiście nie patrzył na to z odpowiedniej strony. Może za bardzo już przyzwyczaił się do chodzenia po lasach, nawet jeśli kilka dni temu rozleniwiał się w Złotogroszu i teraz odczuwał tego skutki na swoich mięśniach. Akolita zgubił się nie tyle w zwykłym borze, co w Starym Lesie i z całą pewnością kiedy to do niego dotarło nie widział przed sobą kolorowej przyszłości. On sam nie był tutaj bezpieczny, a co dopiero człowiek bez zbytnich umiejętności walecznych, potrafiący jedynie pogrzebać nieco w czyichś myślach. Ze zwierzyną, jak sam przyznał, nie miał wielkich szans, jego umiejętności były bezużyteczne.
Cóż. Nie odmówi zapłaty, szczególnie, że Ray sam ją zaproponował. I to w jakiej postaci! Pozostawało jedynie czekać, nie zachęcać się zbytnio, robić swoje. Świat pokaże, jak cała ta sytuacja potoczy się dalej. Najprawdopodobniej jednak rozstanie się z Akolitą u wrót Perony i rozejdą się, każdy w swoją stronę, a po kilku dniach w ogóle zapomną o swoim krótkim towarzystwie i będą żyć po swojemu. Tak działa to działa w tym wielkim, dzikim świecie. Jeśli przyjdzie im się jeszcze kiedyś spotkać - będą mogli liczyć na swoją pomoc, z całą pewnością. Lecz żaden z nich po miesiącu nie będzie myślał o tym drugim, a co dopiero wspominał go każdego dnia. To zakrawałoby o dziwactwo. Nawet dla kogoś takiego jak Ray.
Sam zjadł czarne owoce, ponieważ jego brzuch również domagał się pożywki. Może i był wytrzymalszy, ale dlaczego nie korzystać z darów lasu? To byłaby głupota. Szczególnie po takim poranku. Kto wie, co jeszcze go czeka tego dnia? Trzeba łapać to, co przelatuje koło nosa, chwytać i czerpać z tego jak najwięcej.
Nie potraktował słów mężczyzny w zły sposób, nie wziął ich też za żart. Po prostu przyjął do siebie - wiedział jaki jest i wiele osób wygłaszało już swoje opinie na jego temat. Nie przykuwał do tego uwagi. Bardziej zainteresowała go część, związana ze zwierzętami. To całkiem możliwe, pomyślał, wrzucając do ust kolejny owoc. Jeden po drugim, za koleją, powoli i z umiarem, czyli zupełnie inaczej niż Ray. Bywa, nie należy patrzeć jak inni jedzą, a już na pewno nie wyciągać z tego żadnych wniosków. Sprawa osobista, jak sposób spania, czy... innych takich. Nie patrzył na niego, obserwował las. Wyciągnął bukłak, pociągnął z niego i wręczył bez słowa towarzyszowi.
Mieli przed sobą spory kawałek drogi, malejące - powoli, ale jednak - zapasy wody i jeszcze trochę darów lasu, jeśli szczęście chciało im dopisać. Jagody, maliny, więcej jeżyn? Możliwe, w końcu byli w samych głębinach. Nie zamierzał jednak zbaczać ze ścieżki, by ich szukać, w końcu chciał dojść do Perony bez żadnych komplikacji i utrzymać Akolitę przy życiu. Nawet jeśli nic nie znajdą, będą żyli. Głodówka pomaga czasem smakować życia.
Kiedy już się posilili, ruszył w dalszą drogę swoim spokojnym, miarowym tempem, całą uwagę poświęcając otoczeniu. Miał sporo do przemyślenia, dlatego Akolita mógł poczuć się przez niego nieco zignorowany i zapomniany. W połowie miałby rację, ponieważ w pewnym momencie Tarhio rzeczywiście o nim zapomnieć. Oddech, omiatający drzewa wzrok, rytmiczny krok i bieg myśli, to wszystko razem przez dłuższy czas potrafi przenieść człowieka w inne stany świadomości, co nie jest zbyt bezpieczne, jeśli nie ma się wyostrzonego zmysłu Łowcy.
- Nie odwiedzę z tobą Perony [/b]- zadecydował, widząc w oddali skraj lasu i przerywając potok myśli. - Nie dziś. Wkrótce wybieram się do Valen. Zapewne zatrzymam się na jakiś czas w Grimssdel, może los nas jeszcze tam ze sobą spotka.
30.03.2014, 21:57
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#18

Brzuch Ray'a był powoli wypełniany przez piękne, czarne owoce, które poniekąd kojarzyły mu się ze smakiem ust spotkanej dawno temu dziewczyny. Może akurat jadła jeżyny? Kto wie. Rozwodzenie się nad tak błahymi sprawami w Starym Lesie, aż prosi się o skarcenie od losu. Właśnie, ciągle myślał o szczęściu, fortunie, czy jak kto woli jakby domagał się reakcji, zdając sobie z tego sprawę zaprzestał - "lepiej nie kusić" - utkwiło w głowie. Tarhio również zaczął jeść, może to dziwne, ale Akolita był lekko zaskoczony. Wyidealizowany obraz Łowcy w turkusowych oczach mężczyzny ukazywał go jak tytana - nie potrzebuje jeść, nie potrzebuje pić, jest silny, a ciało jego niczym odlane z brązu - chociaż nie miał pojęcia czy to w rzeczywistości twardy materiał. Gdy towarzysz podał mu bukłak, ten pociągnął jeden, drobny łyk, gdyż pragnienie zaspokoił sokiem kwaśnawych owoców. Od razu oddał zapas cieczy mając na uwadze, że trzeba oszczędzać, jeszcze drogi kawałek, a nie wiadomo co ich spotka. Byle nic złego, wystarczy już przygód. Gdy wychodził ze swojego domu miał w ogromne pragnienie podróży i ciekawej, lekkiej przygody. Wszystko jednak w niskim stopniu, a nie jak się później okazało - na fałszywej granicy życia, gdzie stał się swego rodzaju więźniem, a później głodne dusze polowały na niego. Nie o to mu chodziło, a szczególnie nie miał w planach zniknąć na tak długi czas.
W końcu, gdy zaspokoili swoje żołądki ruszyli. Tarhio został pochłonięty przez las - oczywiście w przenośni. Skupił całą swoją uwagę na otoczeniu przez co wydawał się zjednać z nim, jakby był częścią niego i wyczuwał emocje, uczucia, które w tym przypadku były nadciągającymi zdarzeniami wprost na dwójkę. Zaufanie Ray'a do kompana stało na poziomie pełnego - nie czuł w nim żadnego zagrożenia, a nawet uznał jego charakter za nieszczery w uczuciach. Jego myśli oraz słowa były zupełnie różne od uczuć i czynów. Pomimo całego tego zarzekania się, że nie pomoże Akolicie, że nie pójdzie z nim i tak dalej - teraz właśnie prowadził go do Perony, gdyż bał się o niego - tak się wydawało Magowi. W dodatku dzielił się wodą i zatroszczył się o głód. Zaskakujące jak bardzo ludzie starają się siebie oszukiwać. Jednak, jak to woli. W pewnym momencie Łowca odezwał się, co lekko przestraszyło pogrążonego we własnych, niezbyt istotnych myślach mężczyznę. Cały czas czuł jakby był prowadzony, ale nie przez towarzysza, a własną intuicję - jakby zapomniał o nim, gdyż ten skupił się na Starym Lesie.
- Jesteś pewien? Nie chcesz odpocząć w Peronie i dopiero wyruszyć dalej? - zapytał wyrównując kroku i spoglądając na niego. Decyzja zaskoczyła Ray'a. - Co do spotkania, to gdy wytrenuje Sokoła, to sam Ciebie poszukam. Jeżeli los nam nie pomoże. - dodał po chwili z lekkim uśmiechem. W rzeczywistości postanowił dołożyć wszelkich starań, by dotrzymać obietnicy, nie chciał być gołosłowny, chociaż często zdarzało mu się, aczkolwiek w wiele bardziej błahych sprawach, zatem nie brał tego do siebie.
05.04.2014, 18:47
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#19

Odprowadzając Akolitę do samej granicy drzew, Łowca zastanawiał się jeszcze, czy ten rzeczywiście mówi prawdę. Nie, co do tego nie było wątpliwości. Naprawdę chce wyszkolić dla niego ptaka. Czyżby mylił się co do ludzi? Nie uważał ich za istoty samolubne, niezdolne do czynienia bezinteresownych gestów dobrej woli, pomocy od tak w każdej chwili... Wiadomo, że świat jest różny dla każdego. Ale nie spotkał się jeszcze z sytuacją, w której nowo poznana osoba okazuje się tak dobroduszna.
W głębi duszy nie uważał Ray'a za głupca, choć może czasem zachowywał się nieco lekkomyślnie, a raczej zbyt ufnie. Akolita miał rację, uważając go za kogoś, kto kłamie. Mimo iż nie robi tego w taki sposób, o jakim większość ludzi pomyślałaby widząc powyższe słowa. Po prostu nie jest szczery w tym, co myśli, czuje i mówi. Wszystko działa u niego osobno. Stara się kontrolować każdą część swej istoty, przez co niektóre swoje reakcje na poziomie emocjonalnym tłumaczy zupełnie innymi niż prawdziwe powodami, a mówi jeszcze co innego, by zakopać niechciany skarb w wielopoziomowym labiryncie swojej paranoi. Tak to może wyglądać. Ale działa i to się liczy. Żyje już długo na tym świecie, a schodzić z niego nie zamierzał. Jeśli coś się sprawdza, to nie potrzebuje zmiany.
Nie chciał iść do Perony, już to sobie postanowił. Za krótko był w plenerze. Nie zdążył jeszcze upolować nic większego. Duma nie pozwalała mu na kolejne chwile odpoczynku, a kiedy przypomniał sobie ostatnie chwile w Greathard, jego żołądkiem targnęło. Musiał odchrząknąć głośno, by powrócić do rzeczywistości, która była o wiele przyjemniejsza.
- Tak, jestem pewien - odparł w końcu na zadane wcześniej pytanie. - Jeśli wrócę do miasta tak szybko, kolejnym razem nawet z niego nie wyjdę. - Zatrzymał się obok ostatniego drzewa, patrząc w stronę murów Perony. Nie były tak daleko, by kogoś spotkało śmiertelne niebezpieczeństwo w drodze do nich. No, chyba że los byłby wyjątkowo uparty. Ale nawet dla niego nie był tego dnia aż tak okrutny.
- Wierzę, że dotrzymasz słowa i jestem ci za to bardzo wdzięczny - zaczął spoglądając na towarzysza. - Mało kto potrafiłby zdecydować się na coś takiego. Jak już mówiłem, zapewne będę niedługo w pobliżu Grimssdel, może się spotkamy wtedy, a może w mojej drodze powrotnej z Valen. To kwestia kilku najbliższych miesięcy, chyba że los poniesie mnie w zupełnie innym kierunku, acz wątpię.
Westchnął, patrząc ponownie na dalekie mury. Perona. Miasto dla Łowców. Dlatego najwięcej czasu spędza w tych rejonach Atarashii. Jednak jego koczownicza natura nie pozwala mu znosić zbyt długo podobnych krajobrazów, dlatego odwiedza też wschód. To, że w Peronie może czuć się jak w prawdziwym domu nie oznacza, że w innych miastach nie znajdzie chwili przyjemności. Wręcz przeciwnie - będzie silnie ograniczał czas tam spędzony, by nie zaprzestać podróży, nie osiąść na zbyt długo, nie pofolgować sobie do stopnia, w którym trudno byłoby o powrót. Dlaczego tak? Sam nie wiedział. Pewnie były głębsze powody, nad którymi nawet nie chciał się rozwodzić, bo dotyczyły zapomnianych rejonów jego istoty. Rejonów chcących pozostać pod ziemią.
- Możesz liczyć na mą pomoc, jeśli tylko się jeszcze kiedyś do czegoś nadam. W przeprowadzaniu przez chaszcze jestem niezastąpiony - powiedział na pożegnanie nieco żartobliwie i czekał już tylko, aż Akolita ruszy w dalszą drogę. Nie chciał odchodzić wcześniej. Nie byłoby to odpowiednie zachowanie, nie w tej sytuacji. Potem wróci do swoich zajęć i ów dziwny poranek przerodzi się w kolejny, nie różniący się od innych niczym dzień. Monotonność przynajmniej jest bardzo wiarygodna. Można jej ufać.
21.04.2014, 15:50
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Leśne Chaszcze
#20

Wdowa Curtis

Gdy akolita odszedł w swoją stronę, Tarhio ruszył dalej, konsekwentnie oddalając się od najbliższego miasteczka, zagłębiając się z powrotem w leśne chaszcze. Wędrówka pomiędzy drzewami, nadziewając się od czasu do czasu na krzaki jeżyny, mijała przez następne trzy godziny spokojnie i w ciszy, przerywanej jedynie naturalnymi odgłosami przyrody. Kiedy łowca wyszedł na jedną ze ścieżek, do uszu dotarły niespodziewane dźwięki. Podniesione męskie głosy mogły sugerować o sprzeczce, zaś różnica między nimi na to, że w pobliżu znajdowało się około pięciu ludzi.
Wystarczyło jedynie podejść kilka metrów bliżej, by rozpoznać poszczególne słowa.
- No i co nas to obchodzi? Niech ta baba sama sobie idzie zapolować na bestię!
- Słyszałem o niej, podobno ledwo wiąże jeden koniec z drugim. Ja będę narażać życie, a nawet nie zapłaci!
- Nie rozumiecie, tu chodzi o bezpieczeństwo...
- W dupie to mam! Pokaż lepiej, co masz w tej torbie!
- To nie jest wasza sprawa.
Nagły wybuch śmiechu.
- Skoro jesteś gońcem, to na pewno coś tam masz. No pokaż, zanim ci porachuję kości.
- Zostawcie mnie, nie możecie... - Zdanie urwano w połowie, najwyraźniej mężczyźni nie czekali dłużej i przystąpili do rzeczy. Jeżeli Tarhio zdecyduje się pójść w kierunku, skąd usłyszał rozmowę, bardzo szybko trafi na piątkę ludzi. Czterech z nich, którzy mogli mieć nie więcej niż dwadzieścia parę lat, o zwyczajnym, mało imponującym wyglądzie będzie popychać w swoją stronę starszego od nich gońca, bawiąc się tym. Nie dadzą mu uciec, zaś ofiara nie zamierzała póki co walczyć, pilnując przede wszystkim swojej podróżnej torby.
21.04.2014, 18:31
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja bez grafiki