Rynek

Mimo sytuacji, w jakiej się znajdowaliśmy, uśmiechnąłem się, kiedy rzemieślnik odpowiedział na moją złośliwość tą samą monetą. Kiedy Ra'Shad zdecydował się przedsięwziąć coś na własną rękę, ja postanowiłem zaufać jego ocenie sytuacji i pozwolić mu działać, samemu tylko obserwując przebieg wydarzeń - raczej nie był w odpowiedniej kondycji, aby jednocześnie robić coś wymagającego i tłumaczyć swoje zamiaru komuś innemu. Niestety, jego próba zranienia potwora nawet nie zbliżyła się do bycia udaną, a i sam nożownik nie wyszedł na tym najlepiej - na skutek wierzgnięcia ogona stracił równowagę. Chciałem mu wtedy pomóc, ale mój plan pokrzyżował ten sam ruch cielska potwora, które spowodowało dalsze rozrywanie statku i kolejny jego przechył. Moje wcześniejsze skoncentrowanie się na moim pracodawcy, ciężar tego co miałem na sobie i znów poszybowałem - nie zdążyłem się niczego złapać, a przy okazji nie spostrzegłem w porę jakiejś zbłąkanej deski, która poważnie rozcięła mi policzek. Ale tym razem zamiast w ścianę kajuty, trafiłem do zimnej i słonej wody, która zaraz zalała ranę i pozostawiła po niej jedynie pieczący ślad na twarzy. To byłoby świetnym orzeźwiaczem, gdyby nie to, że właśnie znalazłem się na głębokości kilku metrów, otaczały mnie resztki statku oraz wiezionego przez niego towaru i orzeźwiało mnie to aż za bardzo.
Miałem szczęście, że odruchowo napełniłem płuca powietrzem - zaczynałem dziękować temu, że rusałki wodne tak często osiedlały się w zbiornikach wodnych przy wsiach oraz małych miasteczkach i prawie zawsze sprawiały tam niemałe kłopoty, bo zachowania tego typu nabrałem właśnie podczas walk z nimi, a bez tych polowań na nie moje umiejętności pływackie nie były by tak dobre.
Jak na razie miałem zamiar pozwolić, żeby woda unosiła mnie, próbując jednak cały czas tak manewrować pośród całego tego śmiecia - głównie drewnianego - które kiedyś było piękną i majestatyczną Iskrą - statkiem, mającym zabrać nas aż do Azaratu - aby wyjść z tej całej kąpieli bez żadnego uszczerbku na zdrowiu. Kiedy już tylko wszystko odpadki o największych gabarytach zaczną opadać w ciemną toń - a nie powinno to zająć zbyt długo, głównie ze względu na ich wielkość właśnie - postaram się wypłynąć na powierzchnię, co - biorąc pod uwagę to, że jestem dobrym pływakiem - nie powinno zająć mi specjalnie długo. Jeśli jednak otoczenie nie oczyści się przez dłuższy czas, to zdecyduję się na wypłynięcie mimo trudności, które może to spowodować.
Oczywiście, musiałem jeszcze wziąć poprawkę na dodatkowy ciężar mojego wyposażenia, ale raczej nie spowolni mnie on na tyle, żeby spędzić pod wodą dłużej, niż średnio wprawny pływak.
Cały czas jednak będę musiał uważać na to, co próbuje zrobić smok, a w razie jakiejkolwiek próby zaatakowania mnie, będę musiał znacznie wzmożyć wysiłki, lub - jeśli nie da mi to nadziei na ucieczkę - użyję którejś z moich zdolności (najpewniej Minea Buv), bo mimo, że nie będą przydatne podczas walki w wodzie z czymś takim jak potwór, który nas zaatakował, to nie wiem, jak zareaguje na nie smok - może zarówno zadziałać na moją korzyść i odstraszyć mojego przeciwnika (albo, co raczej pozostaje w sferze marzeń - zranić), albo tylko jeszcze bardziej rozwścieczyć. Niezależnie od tego, będę musiał być w pełnej gotowości na przyjęcie tego ryzyka, które może nagrodzić mnie uratowaniem mojego życia.
Jednak niezależnie od wydarzeń po wodą, będę próbować wypłynąć za wszelką cenę, najlepiej nie ryzykując w żaden sposób, lub - w miarę możliwości - uciekając od wszelakiego zagrożenia - bo jednak walka na morzu różni się od tej na ziemi, albo nawet w jeziorze. Kiedy (i jeśli) mi się to uda, to w pierwszej kolejności postaram się odnaleźć Ra'Shada, Lisę, Torka i Cohena (dokładnie w takiej kolejności), jednocześnie próbując znaleźć jakąkolwiek wolną szalupę, albo posiadającą na tyle miejsca, aby przyjąć mnie - być może razem z ewentualnymi towarzyszami - na pokład.
Widząc teatr bratnich cieni walczących o wydostanie się w mętnej, gęstej od pozostałości statku i w dodatku niezbyt dobrze oświetlonej promieniami księżyca wodzie, zaczynałem czuć ulgę, że znalazłem się dokładnie w tym miejscu - w najbliższym otoczeniu mogłem spodziewać się tylko rzemieślnika, być może Lisy i Torka. Poza tym, nie wyobrażałem sobie Mataraci chwytającej mnie za gardło i wpychającej głębiej w toń tylko po to, żeby wynurzyć się ułamek sekundy później. Torka już nieco bardziej, a co do Ra'shada, to nie miałem najmniejszej wskazówki, jak może się zachować w takich okolicznościach. Ten człowiek jest dla mnie kompletną zagadką… - pomyślałem i zacząłem rozglądać się, oceniając, czy mogę już zacząć wypływać, jednocześnie czując, że powietrza w moich płucach nie wystarczy na jakiś rewelacyjnie długi czas.
11.09.2015, 22:50
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rynek

Rozwój wydarzeń był do przewidzenia.
Toporek odbił się wręcz od smoczych łusek, zaś Tork przekonał się, że legendarna wytrzymałość pancerza tych stworzeń ma swoją przyczynę. Jedyny pozytyw owej sytuacji był taki, że skoro ostrze ześlizgnęło się, nie trzeba było walczyć o jego wyciąganie. Tygrys prawie wypuścił narzędzie, lecz właściwie w ostatniej chwili wzmocnił chwyt i zahamował ruch ręki. Inaczej mógłby oberwać własną bronią. Z kolei świst, jaki powstał przy uderzeniu był całkiem zadowalający. Świadczył o tym, że to nie cios zawiódł (a przynajmniej nie jego siła), a broń, której opór stawiało coś znacznie silniejszego.
Lisa z kolei, jak się okazało, wcale nie radziła sobie najgorzej. Nie była jedynie księżniczką jak z baśni, czekającą na wybawcę na białym rumaku. W sytuacji podbramkowej potrafiła zapomnieć o całej dostojności, jaką się wcześniej otaczała, wziąć się za siebie i ruszyć na ratunek swojej dupie. Dobre podejście.
Widząc jej powodzenie, Łowca ruszył za nią - nie było już nic, co by go tu zbyt silnie trzymało. Szkoda zostawiać tu dumnych wojowników oraz niedawno poznanych kamratów - rzemieślnika i jego ochroniarza - ale postanowił zostawić bycie dżentelmenem i przepuszczanie wszystkich do szalup komuś innemu. Gdyby miał nieco bujniejszą, nie skażoną aktualną sytuacją wyobraźnię, pojawiłby się w niej z pewnością Ra'Shad z fantazyjnym ukłonem wykonujący gest w stylu "zapraszam serdecznie" w stronę łodzi ratunkowej.
Wymyślanie żartów czy śmiesznych sytuacji nie było jednak najlepszym pomysłem, a Torkowi nawet nie przeszło to przez myśl. Jak zwykle w wypadku, gdy musiał się na czymś silnie skoncentrować, jego determinacja była najsilniejszą aktualnie posiadaną cechą. Zanim szalupa została opuszczona - a nie wątpił, że reszcie nie uśmiecha się czekanie na niego - rzucił się w jej stronę. W tym samym momencie jednak zaczęła ona spadać w dół, cały okręt zaś - łamać się. Jedyne, co mógł zrobić, by nie spaść głęboko w morską toń, było uczepieniem się za krawędź łodzi. Mimo takiej sytuacji nie zdołał utrzymać się, spadając z dużą prędkością. Jeszcze w trakcie lotu i od razu po tym, jak upadł, czuł wgniatające się w jego ciało kończyny Azaratczyków. Na szczęście samo zderzenie z wodą okazało się być najmniej groźne ze wszystkich czynników wpływających na to, jak bardzo miał przesrane. To, że w momencie upadku wyczuł, że nie ma na sobie torby, która poleciała gdzieś - razem z płaszczem zakrywającym jego lewą łapę oraz toporkiem, który wypuścił z oszołomienia - było właściwie zaletą. Dysponował większymi szansami na przeżycie, jeśli nie był niczym skrępowany.
Zimna woda byłaby nieprzyjemna, gdyby w ogóle Tygrys miał jakiś cel w zwróceniu uwagi na temperaturę. Chwilowo jednak miał na głowie trochę gorsze problemy, niż komfort i wygoda.
Śniadoskórzy marynarze, których jeszcze minutę temu uważał za lud dumny i szacowny, teraz chcieli pozabijać sie nawzajem - Torka zresztą też - myśląc, że uratują chociaż siebie. Zachowywali się jak najplugawsze ze stworzeń. Idealny przykład, że stereotypy o egoizmie i wyrachowaniu zachodniego ludu sprawdzały się dużo bardziej. Z drugiej strony... czekanie na śmierć też nie było szczególnie mądrym rozwiązaniem.
Łowca nie patrzył jednak na drugą stronę.
Czuł na sobie uderzenia, które z początku były nieprzyjemne. Czuł wszechogarniającą nienawiść i wolę przeżycia za wszelką cenę. To wszystko było niemiłe do czasu, gdy otrząsnął się z oszołomienia.
Przecież to śmieszne.
Uderzenia wyprowadzane w wodzie przez te szczury nie mogły równać się nawet z piąstkami pogniewanego dzieciaka. Tork niejednokrotnie obrywał sto razy mocniej i jakoś się trzymał. Przestało być tak zabawnie, gdy poczuł na szyi oplatające ramię jakiegoś człowieka. Chwyt nie był szczególnej jakości. Osoba za nim też była oszołomiona, działała ze strachu i najpewniej rzadko miała do czynienia z walką z pustymi rękoma.
Specjalizacja w walce bez broni umożliwiła Tygrysowi instynktowne wyczucie pozycji przeciwnika i wykonanie paru czynności w błyskawicznym tempie. Ten koleś nawet nie zdąży zauważyć, kiedy zakończy się jego życie.
Odruchowo napiął wszystkie mięśnie - bo choć uderzenia pod wodą były dużo słabsze, to oberwanie w newralgiczny, nieosłonięty punkt zawsze mogło skończyć się źle. Naprężył też szyję, nie pozwalając na szczególnie mocny zacisk przeciwnikowi i nieco ułatwiając oddech, choć wzmocniło to ból. Ten jednak zignorował i, jeśli mu się to udało, wziął oddech, cały czas będąc gotowym na znalezienie się pod wodą, a więc i zatkanie dróg oddechowych.
Następnie skłonił się tak głęboko, jak pozwalała mu na to sytuacja i z całej siły pierdolnął potylicą w to, co znajdowało się za jego głową. Z tego co było mu wiadomo, nos jest o wiele bardziej wrażliwy od czaszki.
Jeśli chwyt nie zelżał, oznaczało to, że głowa napastnika jest trochę wyżej. W takim wypadku kontynuował uwalnianie się z chwytu, celując lewą łapą nieco ponad tył swojej głowy, próbując zacisnąć ją na krtani przeciwnika. Wbił w nią szpon na kciuku, o ile udało mu się ją właściwie namierzyć.
Z kolei jeśli nawet z przebitą gardzielą wróg jakimś cudem miał zamiar kontynuować walkę, poprzednio użyta przez Torka kończyna celowałaby w podbródek oponenta.
Podobne manewry wykonywane były przez Łowcę w praktycznie każdej sytuacji duszenia, a miał taką przewagę, że człowiek próbujący go udusić jednocześnie utrzymywał go w stabilniejszej pozycji.
To wszystko starał się wykonać w jak najkrótszym czasie. Nie mógł przecież pozwolić, by w tym czasie dopadło do niego dwóch kolejnych amatorów dźwigni czy podduszania.
Gdyby wszystko poszło po jego myśli i uwolniłby się, nie czekałby na nic - mógł być jednym z najlepszych biegaczy na świecie, ale pływakiem szczególnie wprawnym nie był. Szalupa była niedaleko, taki plus. Nie wiedział, jak działają jego zdolności w wodzie, ale nie miał innego wyjścia, jak po prostu to sprawdzić. Użyłby zdolności Przeniknięcia, przelewając energię do obu kamieni (podwójny koszt i efekt zdolności), by utworzyć tunel silnego powietrza i po łuku przedostać się jak najbliżej szalupy.
Jeśli z kolei ktoś trzymał go za szyję za wszelką cenę i powyższe sposoby by nie zadziałały, Tork nadal usiłowałby "podwójnie" użyć Przeniknięcia z nadzieją, że uchwyt zelżeje z oszołomienia, następnie powtarzając uderzenie głową.
Gdyby ktoś zdążył się go uczepić (lub niebezpiecznie zbliżałby się do niego) przed, w trakcie lub po wykorzystaniu magicznej techniki, postarał się go uderzyć albo odtrącić nogą. Również w wypadku udanego manewru zanim zacząłby wdrapywać się na łódź, obróciłby się by sprawdzić, czy ktoś nie wykorzystał prądu, by znaleźć się za nim, szybko oceniłby jego zamiary i w razie potrzeby przypierdolił prawą pięścią w nos, wykorzystując ruch całego ciała, by cios nie okazał się być zbyt słaby.
12.09.2015, 12:47
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rynek

Ludzie w panice młócili w wodzie rękoma i nogami. Nieliczni próbowali wypłynąć na powierzchnię, zachowując zimną krew. Ra'Shad postanowił skorzystać ze swej wiedzy, szukając prądu, który wyniósłby go w górę, pomógł przy płynięciu. Z początku nie znalazł niczego, poruszając się na niewielkiej odległości i oszczędzając siły oraz tlen. Dopiero gdy w dole, kilkanaście metrów pod nim, poruszyła się bestia, kierując w lewą stronę, mistyk poczuł malutkie pchnięcie. Kiedy coś szarpnęło, potężne cielsko sięgnęło łapą po jednego z tonących, mężczyznę zniosło wprost w ramiona prądu, którego poszukiwał. Zgodnie ze swym planem zaczął płynąć, wykonując silne i długie wymachy. Pozwoliło mu to wkrótce, gdy brak tlenu dawał już o sobie znać bólem w płucach, wynurzyć się i zaczerpnąć powietrza. Natychmiast uszy przeszył przeraźliwy wrzask spanikowanych ludzi. W nocy niewiele można było dostrzec, lecz nie przeszkadzało to jakiemuś nieszczęśnikowi dostrzec w mrokach Ra'Shada, łapiąc za nogę i ciągnąć w dół, aby to on uratował się, nie rzemieślnik. Wciągnięty z powrotem pod wodę, skorzystał z techniki "Manipulacji", tworząc z czarnego żelaza szpikulec. Wystarczało wbić go głęboko w jedną z dłoni i odepchnąć, aby pozbyć się desperata. Dopiero wtedy Ra'Shad zaczął nawoływać, nawet w takim momencie, znając doskonale swoją wartość. Zdołał jeszcze pochwycić jedną z beczek pływających na powierzchni. Opleciona liną ułatwiała przytrzymanie się jej bez ewentualnej wywrotki.
Pomimo tego, że początkowo mistyk wraz z łowcą znajdowali się dość blisko siebie pod wodą, każdy postanowił działać na własną rękę. Zervast nie zaprzątał już sobie głowy pomocą swemu pracodawcy i współtowarzyszowi. Jako dobry pływak uznał, że poradzi sobie nawet z dodatkowym balastem. Przeczekał aż największe odpadki, odłamki i przedmioty opadną niżej, aby rozpocząć walkę z żywiołem. Szło dość opornie, choć konsekwentnie w górę. Ciężar ekwipunku spowalniał, a także męczył. Zervast nie musiał uciekać się do wykorzystywania jakiejkolwiek z technik łowców; smok nie obrał go sobie jako przekąski. W pewnym momencie poczuł to samo, co wcześniej Ra'Shad - ruch cielska, szarpnięcie, ruch wody, który zarówno pomógł mistykowi w jego zamierzeniach, jak i utrudnił sprawę ochroniarzowi. Odepchnęło go, utrudniło pływanie przez kilka cennych sekund, a gdy w końcu wypłynął na powierzchnię, mógł mieć wrażenie, jakby do ramion miał przywiązane dwa ciężkie kamulce.
Zervast obierając określoną kolejkę i listę poszukiwanych osób w odmętach, usłyszał pokrzykiwanie Ra'Shada. Znajdując się kilkanaście metrów dalej, zdołał pochwycić parę słów, zaś reszta ginęła w chaosie.
Oboje mogli obserwować ze stosunkowo bezpiecznej odległości sytuację przy dwóch, jedynych ocalałych, szalupach. Kłębowisko walczących między sobą załogantów nie pozostawiało wiele pola do manewru. Każdy z nich wiedział, że liczba miejsc jest ograniczona. Ci, którym udało się wdrapać na łódkę, zaraz potem odtrącała resztę, próbując odpłynąć jak najdalej. Wśród tego szaleństwa tkwił Tygrys.
Łowcy przyszło bronić się przed ludzką paniką i strachem. Nie miał wyboru - mógł tylko walczyć z załogą w nadziei, że to pozwoli na dotarcie do jedynej możliwości ucieczki z tego koszmaru. Pomimo tego, że początkowe ciosy zadane w wodzie, nie zrobiły na mężczyźnie wrażenia, to w momencie kiedy czyjeś dłonie oplotły go za szyję, natychmiast zmusiły do reakcji. Skłon nie do końca wyszedł tak, jak zamierzał. Tork co prawda uderzył tyłem głowy w przeciwnika, rozluźniając uchwyt, lecz nie powalił go. Przy tym zanurzył się na ułamek sekundy, odczuwając trudności w utrzymaniu się na powierzchni. Wobec tego sięgnął lewą ręką do tyłu, próbując chwycić za krtań bądź przebić szponem. Po kilku sekundach szamotaniny, kiedy łapa zahaczyła wpierw o włosy, uszy, czoło, aby w końcu przejechać pazurami z boku szyi, uścisk zelżał. Oszołomiony Azaratczyk spoglądał na rękę Torka dopóki nie zniknęła w wodzie. Przerażony wybełkotał "potwór", po czym został wciągnięty w toń przez swego pobratymca.
Zanim łowca użył jednej ze swych technik, by ułatwić sobie dostanie na szalupę, znalazła się jeszcze jedna osoba skora do walki. Uderzenie pięścią w twarz ostudziło jego zapał; także zrobiło się mniej tłoczno wokół niego, jakby ten mały pokaz wystarczył, aby reszta nie próbowała swych sił z nim i skłoniła do walki o przetrwanie przeciwko innym.
Użycie "Przeniknięcia" wymagało poruszania się po jak największym łuku, by nie zderzyć z innymi. Pomimo tego, że Tork nie był wprawnym pływakiem, to technika, jak i brak przedmiotów krępujących ruchów, umożliwiły szybkie przemieszczanie się. W porównaniu do efektów na lądzie, gdy mężczyzna mógł po prostu biec, te wydawały się być dyktowane przez iście ślamazarne tempo. Tygrys niezdarnie ominął resztę, momentami będąc zmuszonym do użycia siły. W końcu, kiedy wszystko zdawało się trwać wieczność, dotarł do szalupy. Mężczyźni pomogli mu wtaszczyć się wykonując polecenie Lisy.
Gdy legł na dnie łódki, usłyszał stłumiony okrzyk zaskoczenia. Większość wpatrywała się w lewą, nieludzką rękę łowcy. Mężczyzna ponadto odczuł poważny ubytek many.


Następne wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Była Kapitan wzięła wszystko w swoje ręce. Dokonała brutalnego wyboru pomiędzy tymi, którym udało się wgramolić do szalup, a tymi, którzy nadal znajdowali się w wodzie i nie mieli szans na uratowanie. Magia rozbłysła niebieską poświatą, odtrącając resztę. Wielu oślepło, straciło przytomność, a jeszcze innych wprawiło we wściekłość. Kobieta jednak spoglądała na nich nakładając na twarz zimną maskę. Szukała w tłumie konkretnych osób. Okrzyki Ra'Shada pomogły - jedyna szansa na odrobienie strat tkwiła uczepiona beczki. Szalupa przypłynęła do nich w rytmie chrapliwych oddechów pozostałych mężczyzn.
Kiedy wciągano mistyka, jak i łowcę do siebie, Aquer'tor'el ponownie postanowił wykonać swój ruch. Tym razem nie zamierzał dawać im żadnych szans. Wyłapując kolejno nieszczęśników, przegryzając w pół, rozrywając pazurami bądź ściągając pod wodę kilkadziesiąt metrów, konsekwentnie zbliżał się do szalup. Cohen wrzeszczał na Lisę, każąc pospieszyć się, kiedy czarodziejka naprędce przygotowywała czar. Morze rozkołysało się, gdzieś trysnął strumień wrzącej wody, ludzie próbowali jeszcze dotrzeć do drugiej łódki. Lisa wyrzuciła do tyłu zaklęcia, które uderzyło w taflę. Potężnie szarpnęło, wywracając prawie wszystkich. Szalupa ruszyła sama z niezwykłą szybkością w momencie, gdy smok wynurzył łeb i rzucił na drugą łajbę. Kilku wojowników wyciągnęło broń, pragnąc choć trochę upuścić krwi potwora, lecz on jedynie roześmiał się upiornie, opadając cielskiem na łódkę, która z trzaskiem zniknęła pod wodą.
Była Kapitan nie roztkliwiała się nad resztą, ten widok dodał jej jeszcze większego kopa, wzmacniając czar. Łajba pruła przed siebie, w międzyczasie kobiecie mamrotała pod nosem niezrozumiałe słowa, jakby gotowała się do następnego zaklęcia. Przestrzeń wokół powlekła się delikatnym, jaskrawym błękitem, które trudno było spostrzec w nocnej otoczce.
Smok nie odpuszczał, ale także nie panna Matarazi. Nie posiadała magii przeciwko niemu, lecz skutecznie używała ją, by uciekać, zwodzić, pruć jak najbliżej brzegu. Pościg trwał bardzo długo. Kiedy kobieta miała już dosyć, wyzuta prawie doszczętnie z many, smok zniknął, rozpędzona łajba uderzyła o skały i roztrzaskała się. W chaosie i zmęczeniu wszyscy pogrążyli się w niebycie.


Ocalałych zbudził nowy dzień. Słońce paliło w skórę, fale podmywały ciała, mewy skrzeczały - wszyscy czuli się beznadziejnie, jakby wszelkie siły opuściły ich. To był niezawodny znak, że żyją i że plaża, na której znaleźli się, jest prawdziwa, nie ze snu.
Szczęśliwie wyrzuciło ich blisko siebie. Z początku mogło wydawać się, że znajdują się tutaj sami, lecz po pobieżnym rozejrzeniu, mogli wzajemnie dostrzec siebie nawzajem. Przeżyli: Tygrys, Zervast, Ra'Shad, Lisa, Cohen, jak i trzech innych Azaratczyków.
Patrząc na morze, można także dostrzec resztki szalupy oraz cztery ciała unoszące się na wodzie.



Ra'Shad - 106/122 many
Tygrys - 38/75 many

Podsumowanie:
Tygrys - zmęczenie, siniaki na rękach, barkach; strata toporka, płaszcza i torby
Zervast - zmęczenie, zraniony policzek, po którym pozostanie blizna (zanieczyszczona przez sól morską, kamyczki i piasek)
Ra'Shad - zmęczenie, poparzenia drugiego stopnia w okolicach barku i biodra, strata torby podróżniczej


Odpisujcie już w tym temacie.
01.10.2015, 15:04
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rynek

Kaszt rozglądał się po rynku wyraźnie zainteresowany. Było tu bardzo wiele rzeczy choć najczęściej po kilka sztuk. Trafiały się najróżniejsze przyprawy, zioła, różnoraka broń i pancerze. Sprzęty wielu rodzajów. Słowem wszystko co można sobie tylko wyobrazić. Pomiędzy straganami przechadzały się straże, o kradzieży można było więc pomarzyć i gwarantowało to uczciwy handel. Roiło się dosłownie od przekupek. Starsze i młodsze, brzydsze i ładniejsze oferowały swoje towary. Bez liku było też najemników, ludzi podejrzanych koneksji. Wielu rzemieślników, kupców, tragarzy. Rynek przypominał nieco wielkie mrowisko wypełnione wielką masą istot. Hałas był wręcz ogłuszający, wędrowni grajkowie, starali się zarobić na strawę, wielki harmider targujących się, krzyki bawiących się dzieci. Plac miał jednak inną zaletę, baldachimy dziesiątek straganów skutecznie osłaniały przed słońcem. Zbliżało to to miejsce jeszcze bardziej do mrowiska niż się wydawało. Wchodziło się doprawdy jak do tunelu. Kilka panien lekkich obyczajów proponowało swoje usługi Kasztowi, jeszcze więcej handlarek starało się wcisnąć mu do niczego nie potrzebne drobiazgi. Cóż jeśli gdzieś miałby znaleźć informację to właśnie tutaj. Tymczasem ruszył na przegląd stoisk z bronią. Nie interesował go tyle zakup co czy nie zobaczy jakiegoś ciekawego pomysłu na ulepszenie. Jednak po obejściu całego targowiska co wymagało mimo obecności straży pilnowania swoich mieszków nie udało się znaleźć niczego nowego. Jedyne co go zainteresowało to coś co widział już w wschodnim ataraschi a mianowicie szybkostrzelne kusze. Ta broń jednak miała siłę przebicia mniejsza niż łuk i nie była tym czego szukał. Jedynym przydatnym pomysłem był sam magazyn bełtów wbudowany w broń. Te samoistnie opadały pod wpływem ciężaru na dół na szynę skąd zabierała je już cięciwa w stronę celu. Jego kusze tak jak wszystkie zachodnie posiadały specjalne mocowanie blokujące bełt tak by ten nie spadał nawet podczas obracania broni czy wymachiwania nią. Pozwalało to nawet na strzelanie gdy broń była obrócona o 180 stopni. To wschodnie rozwiązanie zabierało tę możliwość i wymuszało poziome trzymanie broni. Jakby to nie było jedynym problemem to siła pojedynczego strzału była naprawdę mizerna. A jeśli chodzi o siłę strzału to jego broń nie miała sobie równych. Potężna siła strzału zapewniała odpowiedni zasięg i zwiększała celność gdyż bełty były mniej podatne na wiatr. To co widział było zupełnie innym podejściem które eliminowało największa z zalet kuszy. Siłę pojedynczego strzału, gdyby chciał strzelać szybko użył by łuku. Sam pojemnik na bełty gdyby udało się go jednak uniezależnić od położenia broni byłby przydatny bo skrócił by czas ładowania broni tylko do nienaciągnięcia cięciwy. Cóż to wymagało większych przemyśleń. Widział na straganach w okolicy wiele ksiąg i żałował że nie umiem czytać ani pisać. Jakże była to przydatna umiejętność. DO tej pory jedyne do rozumiał z ksiąg były rysunki. U swojego mistrza to mu wystarczało. Wystarczyło mu zobaczyć rysunek by wiedzieć jak mniej więcej to zbudować. przypomniała mu się też kwesta run. Bardzo chciał je poznać by nie zostać kolejną ofiarą demonów. nie mógł narazie jednak nic na to poradzić. Mógł pewnie nawet nabyć książkę o ich działaniu ale i tak by jej nie mógł przeczytać.
Zrezygnowany poszedł zobaczyć za ile mógłby kupić sobie karwasze. Do tej pory nie miał żadnego opancerzenia na rękach a karwasze były by prawdopodobnie najtańsze. Znalazł handlarkę która posiadała odpowiednie na niego skórzane osłony przedramienia. Zapytał więc o cenę starając wytargować się jak najniższą. Przy okazji zapytał ją czy wiadomo jej coś o kim kto posiada zepsuty wózek który wymaga naprawy.
27.04.2016, 14:12
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rynek

Cena karwaszy znacząco go przerosła, nawet gdyby wydał wszystko co ma nie było by go stać na zakup. Wprawiło to Kaszta w wielki smutek. Zdał sobie sprawę że jest bardziej biedny niż sądził. także na temat wózka handlarka nic nie wiedziała i tylko pogoniła go jako bezużytecznego pętaka który nic nie kupił i marnuje jej cenny czas. Zrezygnowany odszedł od stoiska poszukać informacji w innym miejscu. Po długim czasie nie znalazł żadnej wartej czegokolwiek informacji. Kuśnierz polecił mu poszukać u handlarki rybami lecz ona swój wózek miała już dawno naprawiony i bynajmniej nie miała żadnej ochoty go sprzedawać. Także kilka podobnych poszlak okazało się fiaskiem. Ostatecznie był w punkcie wyjścia. Był nieco zirytowany, informacji nie znalazł ani też niczego co było by mu potrzebne. Nie było nawet celu w tym momencie zawracać głowę jego nowemu znajomemu. Pewnym było że informacje jakie zdobył były identyczne. W końcu nikt w tym zapomnianym przez Durro miejscu nie miał cholernego wózka. Och ile by dał żeby teraz postrzelać do jakiego dobrego celu. Musiał się odreagować. Zrezygnowany wybrał się do kowal, może tamten miał coś co go zainteresuje. Jednak cena za jaką chciał sprzedać stalowe karwasze była jak przypuszczał znacznie większa od ceny tych skórzanych u handlarki. Westchnął ze smutkiem. Postanowił zapytać kowala czy ten zna kogoś kto potrzebuje rzemieślnika. Liczył że być może ten wskaże mu kogokolwiek kto zgodzi się przyjąć go do pracy by mógł zarobić na jakikolwiek lepszy ekwipunek. Och jak żałował że nie posiada własnego warsztatu ani narzędzi. Wtem dotarła do niego chyba jedyna radosna wieść tego dnia. Kowal otóż szukał kogoś do pomocy przy produkcji bełtów. Na tym Kaszt się znał dość dobrze. Jako łuczniarz produkował już strzały i bełty i to w dużych ilościach. Nie znał się co prawda na grotnictwie bo te kupował u kowala już gotowe. Tutejszy kowal potrzebował pomocy z uwagi na to że nie mógł jednocześnie kuć i przygotowywać promieni oraz lotek a także łączyć wszystko w całość. Kasz natychmiast przedstawił swój zawód z uśmiechem stwierdzając że produkcja strzał, bełtów i innych pocisków to dla niego chleb powszedni. Niemniej powiedział kowalowi który jak się okazało ma na imię Ugo że ostateczną decyzję przyniesie mu jutro. Łowca chciał sobie na spokojnie przemyśleć tę decyzję. Gdy wychodził pozdrowił kowala serdecznie i ruszył z powrotem na rynek. Szukał wzrokiem poznanego w karczmie Dalmaetha, była to jedyna osoba jaką znał w tym mieście. Obszedł targ na którym ludzie zbierali się już z swoimi taborami. Wielkie mrowisko rozpełzało się po uliczkach miasta. Baldachimy dziesiątków stoisk składały się i razem z ich właścicielami wędrowały do rozsianych po mieście domów. W końcu gdy postanowił wrócić do karczmy na targowisko była prawie pusto, tylko nieliczne stałe stragany zbite z desek, zbyt ciężkie by zabrać je z placu stały teraz na środku wielkiego placu. Wieczorem gwar dało się słyszeć z innego miejsca. Z drobnych uliczek i wielkich ulic. W dziesiątkach okien błyskały światła ognisk. A krzyki dzieci i głośne rozmowy dorosłych zdradzały że miasto żyje dalej. Mimo że arterie wymarły harmider skrył się po kontach w obawie przed nadchodząca ciemnością. Tu i ówdzie w rynsztoku leżał ubity do nieprzytomności pijak. Z niektórych bocznych uliczek spozierały ciekawskie oczy. Na główne drodze którą szedł Kaszt od czasu do czasu można było natknąć się na kilku osobowe patrole straży. Można było dostrzec wtedy jak ciekawskie oczka z bocznych ulic na chwilkę znikają by po ich przejściu pojawić się znowu. Zmęczony całym dniem Kaszt ruszył do Gospody. Zamierzał wynająć pokój i przespać spokojnie nadchodząca noc. W końcu mógł spać spokojnie. Nie tak jak na statku, nie pewny czy zaraz nie będzie musiał wstać albo czy nie obudzi go bezkresny błękit głębin. Gdy wydał część swoich pieniędzy na nocleg odetchnął z ulgą. Na szczęście w gospodzie były jeszcze wolne miejsca. Gdy dotarł do swojego pokoju, rozłożył się na skromnym słomianych łożu, przykrył swoimi workami i dokończył na kolację jeść drugi z zakupionych chlebów. Chciało mu się strasznie pić lecz piwo też nie było tanie. Przeklną pod nosem. Że też nie mógł zostać w swojej rodzinnej wsi. Tam przynajmniej byłby spokojny o swój los. Teraz w tej tułaczce jedyne o czym marzył do zaspokojenie głodu i pragnienia. Jakże wolał te beztroskie czasy dzieciństwa. Zmęczony położył się w łożu czekając na kolejny dzień. Liczył że przynajmniej sny będzie miał dobre.
28.04.2016, 23:59
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rynek

W końcu dotarł w miejsce, o którym dowiedział się w gospodzie. Pomimo początkowej ekscytacji szybko ona zaczęła znikać. rzeczywiście plac był duży i pełno na nim było ludzi i stoisk. Gdzie się nie obejrzał to widział tłum ludzi oraz słyszał krzyki handlarzy zachwalających swe towary. Na początku trochę czasu poświęcił na zapoznanie się tutejszymi towarami i cenami, a nóż trafi się coś przydatnego. Niestety po jakiejś ponad godzinie zrezygnowany przestał zwracać uwagę na stoiska kupców. Od tej pory całą swą uwagę i wszystkie siły poświęcił na poszukiwaniu rzemieślników i informacji na temat jakich usług dostarczają. Niestety i tutaj się rozczarował. Na pocieszenie pozostało odnalezienie kowala oraz po krótkiej rozmowie z nim informacja, że poszukuje kogoś do pomocy przy wyrabianiu grotów bełtów. Niestety w sprawie wózka też mu się nie poszczęśćiło. Nie dość, że nie znalazł żadnego wymagającego naprawy to w dodatku nikt nie chciał mu sprzedać sprawnego. Pomimo początkowych sukcesów wyglądało na to, że szczęście zaczęło ich opuszczać. W dodatku uświadomił sobie, że nie ma żadnego narzędzia przydatnego do wydobycia rudy ze skał. Kolejny problem, który trzeba będzie rozwiązać i dość kosztowne to będzie. Wiedział, że nie będzie łatwo, ale nigdy nie przypuszczał, że już na starcie czekać go będzie tak duże uszczuplenie sakiewki. Zmęczony, a przede wszystkim nieco zrezygnowany stanął na uboczu aby nieco odsapnąć po tych kilku godzinach poszukiwań jak się okazało póki co daremnych i nie przynoszących tego czego się spodziewał rozpoczynając je. Do tego uświadomił sobie, że jego nowo poznany kompan zapewne uzyskał takie same informacje jak on i też przyszło mu odejść stąd z kwitkiem. Kiedy tylko odsapnął nieco ponownie zaczął obchodzić wszystko wokół odwiedzając każdy stragan czy stoisko, ale jakoś bez większego entuzjazmu nauczony smutnym doświadczeniem, że tym razem nic z tego nie będzie. W końcu kiedy już zaczęło ściemniać się i rynek zaczął powoli pustoszeć lekko zrezygnowany wybrał się w podróż powrotną. Nie widząc innego rozwiązania postanowił powrócić do karczmy. Tak sobie wydedukował, że natkniecie się na łowcę największe szanse na powodzenie będzie miało właśnie tam. W końcu po kilkunastu minutach był na miejscu i bez zbędnych ceregieli wszedł do środka.
30.04.2016, 10:36
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rynek

nałem przed siebie w szaleńczym pędzie, czując jak ramie coraz bardziej krwawi. Od kiedy tylko wsiadłem w siodło Łaty, mój wierzchowiec miał nastroszone uszy. Zupełnie tak jakby wyczuwała, że coś się święci. Mimo swojego leniwego usposobienia, dawała z siebie dwieście procent. Nie całe półtorej godziny zajęło mi dotarcie do miasta handlowego znajdującego się na szlaku do stolicy. Było ciemno. Nie znałem godziny, ale gwiazdy świeciły w najlepsze. Pod osłoną nocy i czarnej peleryny, którą zabrałem ze stajni przyjaciela, sprawiały, że byłem ledwie widoczny. Jedynie Łata nie potrafiła wtopić się w otoczenie. Chociaż nie miało to do końca większego znaczenia. Postanowiłem przywiązać wierzchowca do najbliższego postoju dla koni, a następnie ruszyłem do centrum. Nie było daleko, zaledwie kilka minut truchtu. Spojrzałem na swoją dłoń, po której spływała ciepła, gęsta krew. "Psiakrew... Co się tutaj dzieje?". Rozejrzałem się dokładnie po okolicy aż wpadłem na jakiś trop. W jednej części miasta było dość gwarno jak na obecną godzinę. Podążyłem więc w tamtym kierunku licząc na spotkanie z kimś, kto skierowałby mnie w stronę moich nocnych obrazów. Przypominałem sobie ciągle chatę. To jej poszukiwałem. Byłem zdezorientowany sytuacją, ale coś pchało mnie do przodu. Nie mogłem się zatrzymać.

Dotarłem... Chata... A wokoło niej sporo gapiów i krzyki, które przecinały niebiosa. Słyszałem różny rodzaj agonalnego wołania. To jednak było zupełnie inne. Zeszłego popołudnia wspominałem szyderczo o satysfakcji płynącej z wsłuchiwania się w cierpienie moich oprawców. Tym razem nawet mnie pochłonęły dreszcze.
Niespodziewanie coś popchnęło mnie do przodu... Jakby podmuch. Odwróciłem się nerwowo, lecz nie dojrzałem niczego poza pustką. Zrozumiałem, że cel jest przede mną. Ruszyłem więc pewnym krokiem, rozsuwając gapiów. Nie pukałem do drzwi. Po prostu wszedłem do środka. Drzwi były otwarte.


Gracz opuścił wątek


DURIEL THEME SONG
Łaskawość nie jest narzędziem Sprawiedliwego Boga.
Prawdziwego Grzechu nie da się odpokutować.






29.08.2017, 00:41
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rynek

STRAŻNIK



ziewczyna bez wachania złapała rękę Artemisa. W jej ruchach widać było grację, która pasowałaby do damy z dworu. Dziewczyna niewątpliwie znała maniery, które przestrzega szlachta. Jako córka szeryfa, która dodatkowo była tak urodziwa, stanowiła smakowity kąsek dla mniej zamożnych szlachciców i obiekt marzeń dla plebecjuszy z którymi przecież spędzała najwyraźniej dużo czasu. Dało się od niej czuć zapach psów, nic dziwnego, ale zapach jej włosów nadal był piękny. Prowadziła Artemisa i nie bała się go tak jak poprzedniej nocy.
Ulica, którą szli była dosyć barwna. Kończyła się na głównym rynku miasta, który o tej porze zapewne pękał w szwach. Mijali najróżniejsze sklepy. Kwiaciarnie, winiarnie, najróźniejsze stoiska z towarami z odległych miast. W miarę zbliżania się do rynku pojawiało się coraz więcej kramów. Miasto Handlowe miało to do siebie, że dzień targowy był tutaj codziennie. Oczywiście zdażały się bardziej ruchliwe okresy, ale ruch panował tutaj nieustannie. Kiedy mijali gospodę z dumną nazwą "Pod Wspaniałą Kaczką" Elizabeth zatrzymała się. W jej oczach można było dostrzec zmieszanie i niepewność.
-To tutaj. W tym momencie podążamy moją codzienną drogą do domu. To tutaj zostałam pochwycona i zaciągnięta w tę alejkę.-Wskazała na uliczkę znajdującą się za karczmą. -Nie jestem w stanie przypomnieć sobie szczegółów. Tego ranka... zaraz po tym jak to się stała byłam gotowa przysiąc, że widziałam twoją twarz. Lecz po naszym spotkaniu w pokoju przesłuchań gdy próbuję sobie cokolwiek przypomnieć to widzę jakby zamglony, rozmazany obraz. Nie jestem już niczego pewna. Dziwne prawda?- W spojrzeniu dziewczyny dało się zobaczyć jakąś ukrytą infromację. Jakby oczekiwała czegoś od Ognika. Jakiejś odpowiedzi. Wytłumaczenia dlaczego z jej głową dzieje się coś nie tak. Wyglądała jakby myślała, że Artemis zna odpowiedzi na jej problemy.
21.05.2018, 23:09
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rynek

Przechadzka po mieście handlowym zawsze poprawiała Artemisowi nastrój. Ogrom ludzi, hałas i tyle towarów ile tylko mogło się zmieścić w tak małej przestrzeni. A wszystko to cudownie zorganizowane tak, że działało. No, prawie. Oczywiście były niedociągnięcia, o których mało kto mówił głośno, a których nikt z "moralnym kręgosłupem" nie chciał naprawić. Jak choćby ten kramik, który właśnie mijali. Starsza babuszka sprzedawała na nim rękodzieło - paciorki, drobną biżuterię, jakieś bukiety. Czy się z tego utrzymywała? Raczej wątpliwe. Widać było, że był to sposób na zapełnienie czasu starszej osoby. Robiła to od kilku lat i nikt nie zastanawiał się czy miejsce, które zajmowała nie byłoby bardziej odpowiednie dla handlarzy materiałów z Azaratu bądź sprzedawcy skór z Greathardu. Każdy bał się przegonić stąd tę raszplę, żeby wstawić na jej miejsce coś bardziej dochodowego. A szkoda, taki potencjał, a tak bardzo zmarnowany.
Ah, "Pod Wspaniałą Kaczką"! Najlepsze miejsce na wieczorną zabawę. Nieco bardziej dystyngowane od pospolitej karczmy ale wciąż na tyle "luźne", że można się było wyszaleć. Niedaleko był nawet burdel, więc i kurtyzany często chodziły po ulicach, chociaż lokalne psy często je obszczekiwały. Tak właśnie wyglądał każdy wieczór i noc Miasta Handlowego. Kurwy i psy.
Artemis zawiesił się na chwilę nad swoimi myślami i dopiero po chwili uzmysłowił sobie, że Elizabeth coś do niego mówi. Od razu skupił całą swoją uwagę na jej słowach, nie mogąc wyjść z podziwu jak ta dziewczyna w tak wielkim spokoju opowiada o swoim gwałcie. Z każdym jej słowem młody mag przekonywał się, że żadnego gwałtu nie było, a wszystko rozegrało się w umyśle dziewczyny. Gdyby tylko był sposób, żeby dostać się do jej głowy...
- Faktycznie dziwne, kochana. - powiedział, gorączkowo się nad czymś zastanawiając. - Chociaż z drugiej strony żyjemy w dziwnym świecie, pełnym magii i cudów. Nieraz widziałem rzeczy, których nie potrafię wyjaśnić i ludzi posługującymi się umiejętnościami, o których innym się nie śniło. Raz nawet spotkałem kogoś, kto potrafił manipulować umysłem innych. Całe szczęście, ta osoba już dawno nie żyje, więc nie ma czego się obawiać. - W teorii Artemis nie kłamał, dla swojej rodziny już dawno umarł. - Niemniej jednak wiele jest rzeczy, których nie wiemy. A ja zamierzam odkryć niektóre tajemnice. Powiedz, czujesz się jakoś inaczej od wczoraj? Mówię tylko o fizycznych aspektach. Jesteś obolała, gdzieś masz jakieś siniaki albo zadrapania?
Cholera! A co jeżeli wczoraj przesadziłem z alkoholem i namieszałem w głowie  tej dziewczynie tak, że myśli, że ktoś ją zgwałcił? A moją twarz kojarzy, bo w końcu to ja jej to zrobiłem? Szlag by to! Muszę częściej pić, takie umiejętności są nieziemskie!
22.05.2018, 10:19
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Rynek

STRAŻNIK



lizabeth wysłuchała uważnie słów Ognika. Nie wydawała się być specjalnie zdziwiona faktem, że ktoś może władać tego typu magią. Wyglądała na rozsądną osobę z głową na karku, która z pewnością słyszała o tego typu rzeczach. Można powiedzieć, że była zaskakująco rozsądna zważając na fakt, że wyglądała na siedemnaście-osiemnaście lat. Rzadko spotykana cecha wśród ludzi w jej wieku. Widać było, że zastanawia się nad słowami akolity. Po chwili odpowiedziała.
Doskonale wiem, że istnieją różne rodzaje magii. Sama widziałam człowieka, który był w stanie zmienić kształt wszystkiego czego doknął. Nie wspominając o historiach, które słyszałam o mistyczce, która podobno władała czarnym światłem! Dasz wiarę? Nie wątpię, że istnieje też magia, która może wpływać na czyjś umysł. A co do twojego pytania...- dziewczyna zarumieniła się lekko -Po pierwsze nie jest to pytanie, które powinien zadawać porządny mężczyzna! Ale teraz gdy pan o tym wspomniał to faktycznie. Nie znalazłam żadnych poważniejszych, czy nawet pomniejszych obrażeń, a nie przypominam sobie żeby ten napastnik traktował mnie jakoś wyjątkowo delikatnie.
Po jej minie można było wywnioskować, że chce coś powiedzieć, ale jakby brakowało jej do tego śmiałości. Stała obok Artemisa i wpatrywała się w uliczkę za gospodą.-Teraz wszystko się łączy... pamiętasz moje słowa ze wczoraj? Odnośnie całego zajścia?
29.05.2018, 22:18
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
2 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna