Keja
#31

MG
Akcja rozgrywa się gdzieś na morzu

Nemeth poczuła nareszcie coś miększego od desek pod tyłkiem, ale najwidoczniej zdążyła już przywyknąć, a nawet polubić nieco surowsze standardy, bo zsunęła się z łóżka na podłogę, siadając przy Erlichu. Ten prychnął jakby przez nos, rozbawiło go to trochę. "Za dobrze wychowana, co?", pomyślał zapewne. Albo może raczej "słusznie, nawet ja nie jestem pewny czy nie ma tam pcheł i wesz". Albo... A, zresztą nieważne - przecież jakby chciał, to by powiedział.
Układał sobie karty - podniszczone, stare, wyblakłe - wykazując się całkiem zręcznymi dłońmi. Gdy szamanka zaczęła mówić, zebrał je wszystkie do kupy i tasował, niby nieświadomie, słuchając i patrząc swej rozmówczyni w oczy. Tak, tak, oczy, naprawdę. A przynajmniej tak uważała dama, bo nie zauważyła, by spoglądał na jakieś inne miejsca jej ciała.
Po pierwszych dwóch słowach przez moment zdawało mu się, że na tym niebieskooka postanowiła zakończyć mowę. Miał już kiwnąć głową z miną typu "Wporzo...", ale po chwili dodała jeszcze małą wzmiankę. A dalej to już się zaczął prawdziwy monolog. Wsłuchał się, cały czas bez przerwy tasując talię. I nawet gdy Nemeth zakończyła już to, co miała do powiedzenia, nadal milczał i patrzył jej w oczy, właściwie nie zmieniając wyrazu twarzy od samego początku. Jedyną zmianą było to, że jego nadgarstki przestały już się poruszać.
- Mhm. - odparł, nie próbując nawet komentować tego w inny sposób. I co? Ano, też mogłoby się wydawać że na tym poprzestanie, była podobna pauza jak po tym "jestem uzdrowicielką". Cóż, być może nie była to najlepsza reakcja jaka mogła u rozmówcy wystąpić. A przynajmniej tak się mogło wydawać. Na pierwszy rzut oka przecież takie bezuczuciowe "mhm" nie świadczyło zupełnie o niczym, może o tym, że ktoś został właśnie zanudzony na śmierć i umierał w potwornej agonii, nie potrafiąc z siebie wykrztusić niczego innego. Z drugiej strony, przecież jeśli trafiło się na osobę mało rozmowną, albo na kogoś nie w humorze - czego się spodziewać? Dla Erlicha nie było to jednak takie zwykłe ot, "mhm". To "mhm" było czymś więcej, było ono bowiem swego rodzaju okazaniem zrozumienia. Niektórzy oczekują po swych rozmówcach wylewnych odpowiedzi pełnych współczucia i nacechowanych emocjami, nawet i nieszczerymi, w końcu obserwują tylko powierzchownie. Inni wolą raczej posiedzieć ze sobą w ciszy, w spokoju, w zrozumieniu, kiedy jedna osoba opowiada historię swojego życia, druga zaś odpowiada "mhm", a mimo to nadal nazywają się wzajemnie mianem przyjaciół. Oczywiście takiej sytuacji nie można było zaobserwować tutaj, bo przecież znajomość tych dwojga wcale nie była dotychczas zbyt przyjemna. W każdym razie po chwili milczenia Erlich raczej nie komentował historii. Postanowił jednak opowiedzieć coś o sobie.
- Urodziłem się w Greathard. Ojciec był stolarzem, mama zajmowała się domem, miałem jeszcze dwójkę rodzeństwa, ja jestem tym średnim... Byłem. Jakoś sobie radziliśmy, było ciężko, ale ostatecznie we wszystkim nam się jakoś powodziło. Nie żebyśmy byli zwykłą, mieszczańską rodziną, właściwie to tata ledwo wyrabiał się na podatki i wyżywienie, na niewiele więcej sobie mogliśmy pozwolić. Ale jakoś nam ten czas mijał. Wychowywali mnie na porządnego obywatela... Kto by się spodziewał, nie? W każdym razie chciałem jak najszybciej wspomóc rodzinę, bo ojciec starzał się, matka miała i tak pełno roboty na głowie, siostra była jeszcze za młoda żeby coś robić. A starszy brat... Nie wiem, co z nim. Pewnie już za młodego wplątał się w jakieś ciemne interesy. Wyłowiono jego zwłoki w trakcie jednego z połowów w morzu. Przyjacielem ojca był kowal, Gerrol, pamiętam go dobrze, wspaniały człek... 13 lat miałem, jak zacząłem u niego się uczyć, chociaż oficjalnym czeladnikiem zostałem, mając 18. W ciągu tych pięciu lat niewiele co robiłem, właściwie to tylko ostrzyłem niektóre bronie, przynosiłem i podawałem potrzebne narzędzia. - tu wskazał palcem na zawieszony na ścianie przerdzewiały miecz - To moje pierwsze i ostatnie dzieło, wykonane od początku do końca wyłącznie przeze mnie. Nie był taki zardzewiały jak go wykuwałem, heh. W każdym razie nie wiem jak to się dalej potoczyło. Jedną z moich hipotez, najprawdopodobniejszą, jak mi się wydaje - tu dopiero Nemeth zauważyła, że pirat wysławia się niebywale dobrze, jak na jemu podobnych. Jakoś tak teraz jej się to rzuciło w oczy, choć może nie było to całkiem niezwykłe - w końcu, jeśli prawdę mówił, to jakieś osiemnaście lat wiódł całkiem uczciwe życie, być może więc nie został jakoś szczególnie zepsuty przez resztę tych bandziorów. Na to przynajmniej wyglądało. - Jest to, że towarzystwo, w jakie zapuścił się Richron, czyli starszy brat mój, że oni byli całkiem wpływowi, bardziej, niż z początku uważałem. Wkrótce zaczęliśmy otrzymywać jakieś listy o niespłaconych długach, coś w tym rodzaju... Nie pamiętam dokładnie. W każdym razie Rich miał chyba jakąś, ekhm, pożyczkę, której zapomniał spłacić i dlatego zanurkował. Widocznie tamci stwierdzili, że to nie wystarczy, bo chcieli zedrzeć z ojca resztki jego zarobków. A gdy oszczędności się skończyły i dowiedzieli się, że żadnych resztek już nie ma, postanowili zrobić to samo z ojcem. I matką. Nie, z matką gorzej... Mniejsza. A na siostrę patrzyłem ostatni raz podczas jej egzekucji. Wracając, bo nadal nie wiesz, w czym rzecz. Zanim jeszcze pomarli chodziły jakieś słuchy, że niby nieuczciwi jesteśmy, że... No, różne rzeczy. Chociażby plotki, że ojciec robi nieszczelne beczki, długo by wymieniać, wszystkie chyba były wyssane z palca. Traciliśmy reputację, ale wkrótce postanowił zawitać u nas poborca podatkowy. Inaczej niż zwykle, bo z gwardią żołnierzy. Byłem wtedy u Gerrola z siostrą, jakoś udało się nam wymigać, ale do domu już nie wróciliśmy. Zastaliśmy rodziców wynoszonych przez zbrojnych. Chciałem wtedy krzyczeć, chciałem bić, ale na szczęście za kołnierz złapał mnie ten stary kowal. Nie żyłbym zapewne. Dalej żyliśmy z siostrą w ukryciu, może trudno w to uwierzyć, ale znaleźliśmy pewne schronienie w biedniejszej dzielnicy. Jakoś sobie radziłem - na kowala się nie nadawałem, bo silnych ramion nie miałem, ale za to zręczne palce owszem. Siostra chodziła na żebry w przebraniu. I tak z rok było... A w końcu jej nie zastałem na miejscu, gdzie się umawialiśmy. Spotkałem ją na rynku, jak jej odcinano głowę. Za nic. Zupełnie. Ona nie była skłonna zrobić niczego złego, nawet gdy chciałem ją nauczyć kraść to stanowczo mi odmawiała... I zrobiłem wywiad. Miałem kilka dobrych źródeł informacji. I okazało się, że za wszystkim stoi jeden z kupców. Jakiś zamożny gość. On stał nad tą całą szajką bandziorów, do której wplątał się mój braciszek. Widocznie był mu niewygodny. Ojciec miał taki charakter, że mógł próbować rozgryźć, co, jak i dlaczego z Richronem, dlatego pewnie ten arystokrata uznał, że tata był niewygodny... Później robiłem mały wywiad na własną rękę i to wszystko potwierdzało się. Wyjechałem później do Perony i przesiedziałem tam dwa miesiące, bo robiło się niebezpiecznie, ale byłem w kontakcie z przyjaciółmi z Greathard. Wypatrzyli, że głównym źródłem utrzymania tego człeka jest handel przez morze. I oto, jak trafiłem tutaj. - powiedział, uśmiechając się smętnie. - No, a konkretniej wypatrzyłem statek tego skurwiela i wprosiłem się tam na gapę. Płynęliśmy jakiś czas i przez parę dni pozostawałem w ukryciu, jakoś mi się to udało. Aż do dnia, w którym napadł na nas trochę mniejszy statek piracki. A trzeba powiedzieć, że wcześniej, będąc jeszcze w Greathard liznąłem nieco szermierki, potrafiłem też czymś rzucić, więc... Gdy tamci dokonali abordażu, ja z ukrycia pomordowałem już kilku ludzi. Oczywiście po całej tej rzezi omal mnie nie zamordowali, ale chyba kapitan zauważył moje starania i przyjął mnie do siebie. Co zabawne... Gdy mnie przyjął, miał dwa razy mniejszy okręt, niż teraz. Chyba się przydałem. W każdym razie... Nie było mi szkoda. Wręcz przeciwnie, za każdym razem, jak napadam na statek kupiecki czuję, że dokonuję w jakiejś części zemsty. Nie wiem nawet, czy ci ludzie na nim pracują dla tamtego skurwysyna, za sprawą którego stało się całe to moje nieszczęście. Być może jestem wariatem, ale przynosi mi to ulgę, kiedy mam świadomość, że powoli, ale skutecznie niszczę również jego. Na dość bezpieczną odległość. - powiedział Erlich. Cóż, być może coś w tym było. - Nie chcę cię przekonywać bynajmniej, że każdy z nas jakieś ważne powody ma. Jakąś zemstę, jakieś porachunki, sprawy honoru. Nie. Takich ludzi jest tu z czterech. Reszta... No, po prostu bandziory. Pewnie dla ciebie niczym się od nich nie różnię, tak samo zdemoralizowany, tak samo morderca. I pewnie masz słuszność. I nawet mógłbym dać sobie spokój z byciem piratem, z napadaniem, gdybym usłyszał, że ten przeklęty kupiec sczezł. Ale z tej drogi albo nie ma odwrotu, albo jest bardzo trudny, bo wiadomo, że prawo pirata ścigać będzie zawsze... Tak, tak, wiem, co pewnie myślisz. Że nikt nie wie, że jesteśmy tym, kim jesteśmy. Że spokojnie zawijamy do Greathardzkiego portu. I być może masz rację. Tylko, że mamy szpiega na statku... Nie jestem tego pewny, nie wiem kto to i dlaczego, ale zdecydowanie zbyt łatwo zdobywamy członków załogi. To chyba tylko kwestia czasu, jak zrobi to, po co tu przybył. A wtedy moja tożsamość nie będzie najlepszym, co będę mógł posiadać. Ale... To będzie koniec opowieści na dziś. Może za jakiś czas powiem ci coś więcej, ale póki co ani ty nie ufasz mi, ani ja tobie. Jak powiesz kapitanowi, że wypatrzyłem szpiega, to cię wyśmieje, jeśli dam ci więcej informacji - niekoniecznie... A ostatecznie za jakiś czas nie zrobi mi to większej różnicy. - zakończył. Brzmiało to jak jakiś plan, albo wobec siebie, albo wobec kapitana, wobec załogi, statku albo... Nemeth. Na razie brzmiało to jednak wystarczająco tajemniczo, żeby nie zawracać sobie tym głowy, bo będzie to zupełnie niepotrzebne. Przy tak małej ilości informacji raczej niemożliwe jest wyciągnięcie pewnych wniosków.
- Umiesz w coś grać? - zapytał, jakby chcąc jakoś spędzić jeszcze te parę kwadransów czy godzin, zanim szamanka pójdzie spać. Nie byłoby to na nudę złym rozwiązaniem, chociaż zapewne oboje czuli się już zmęczeni tym dniem.
01.10.2014, 01:15
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Keja
#32

nawet gdy opowiadałam, moje oczy jakiś czas spoczywały na jego dłoniach, w mimowolnym zachwycie nad umiejętnościami mężczyzny. Ciekawe kiedy się nauczył? - pomyślałam wtedy, choć prawdopodobnie czasu na to miał aż nadto. Praca na tak dużym statku, nawet w wiele osób musiała trwać długo, ale z pewnością nie nieprzerwanie. A kiedy już wszystkie obowiązki zostaną wypełnione, co im zostaje tutaj, na środku morza?
Milczenie, jakim obdarował mnie, gdy opowiadałam, było dla mnie... niepokojące? Nie czułam się najlepiej z myślą, że mogło go to po prostu nudzić. W prawdzie sam prosił mnie bym coś o sobie powiedziała, jednak może miał na myśli wówczas kilka krótkich zdań, mówiących co nieco o moim pochodzeniu, może słowo lub dwa o szamaniźmie, ale nie całą powieść, która w sumie i tak zamykała się na wydarzeniach sprzed jakiegoś tygodnia. A przecież naprawdę wiele zdarzyło się dopiero kilka dni temu. Gdybym miała wzbogacić opowieść również o te wydarzenia, byłaby ona dwa razy dłuższa. Może dobrze, że sobie to odpuściłam?
I czy w ogóle to takie istotne? Elrich był prawdopodobnie jedyną osobą na statku, która - przynajmniej sprawiała wrażenie - nie życzyła mi źle. To było ważne, nie fakt, czy równocześnie uważa mnie za dobrą towarzyszkę do rozmów.
I wreszcie otrzymałam jedno krótkie "mhm". Ktoś mógłby powiedzieć, że to brzmi jeszcze gorzej niż zwykłe milczenie, ale we mnie - nie wiedzieć czemu - wzbudziło poczucie, że jednak może nie wygłupiłam się tak bardzo? Gdyby 'powiedział' to zaraz po zakończeniu mej opowieści, pewnie uznałabym, że było to powiedziane na odczepnego, że nawet nie słuchał, a zamierzał w ten sposób postawić kropkę na końcu tego, co mówiłam. On jednak wydawał się zastanowić nad tym, może nawet przeanalizować. Tak przynajmniej odbierałam jego zachowanie.
Tymczasem niespodziewanie on zaczął własną opowieść. Nie pozostając mu dłużna, również słuchałam uważnie i w milczeniu, towarzysząc mu podczas tej swoistej wyprawy w przeszłość.
Kiedy skończył, również milczałam kilka chwil. W porównaniu do jego historii, moja wcale nie była zawiła - ot, ile dzieci traci matki? Ile dzieci w ogóle nie ma szans na to, by ktoś potem się nimi zajął? Ja straciłam opiekuna mając już dwadzieścia lat. Naprawdę nie mam na co narzekać.
Nie wiedziałam co ma na myśli, kończąc w ten sposób, jednak nie zamierzałam go o to pytać. Nie lubiłam się mieszać w sprawy innych, a wątpiłam by z kolei fakt powiedzenia mi lub nie powiedzenia czegoś, miał by mieć jakieś większe znaczenie w mojej przyszłości. Ewentualną możliwość dalszej wymiany wspomnień brałam pod uwagę raczej tylko jako ciekawostkę, mogącą ubarwić nam podróż.
Na jego pytanie uśmiechnęłam się z irracjonalnym zawstydzeniem. Pokręciłam głową.
- Wiele lat temu miałam możliwość nauczyć się grać w szachy, mój nauczyciel lubił tę grę. Ale nie chciałam, była dla mnie zbyt... monotonna. A potem już nigdy nie miałam okazji.
Milczałam chwilę, niespodziewanie przesiąknięta nieśmiałością. Było mi trochę głupio to proponować.
- Mógłbyś mnie nauczyć.


So what if we're all insane
The way we all live reminiscing for the head game


Maybe we're all insane
I'm feeling so damn hollow staring into
the Eyes of Tomorrow






01.10.2014, 18:33
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Keja
#33

MG
Akcja rozgrywa się gdzieś na morzu

- Szachy? Znam zasady, ale nigdy nie byłem zbyt dobry. Za dużo w tym myślenia. No i nikt w to nie gra na statku. - uśmiechnął się, właściwie to roześmiał, zapewne wyobrażając sobie dwóch dystyngowanych piratów przy lampce wina grających sobie w ową szlachetną grę. Widok byłby zabawny, bo dość specyficzny i raczej niespotykany, mniejsza jednak o to. Spojrzał się na Nemeth, gdy ta złożyła nieśmiałą propozycję. W sposób, jak gdyby patrzył na kogoś, kto chciał dokonać z nim poważnej transakcji na wielką skalę. Po chwili pokiwał głową z miną typu "uznanie", po czym zapytał:
- Hm, może... A nie, to dla czterech osób. Hmm. W co byś się chciała nauczyć? Durnia może? Pokera? Tysiąca? Albo... Wiesz, nauczę cię grać w Bitwę Morską. Pewnie o niej nie słyszałaś, wcale to nie dziwne. Ja wymyślałem, popularności więc raczej nie zdobyła poza okrętem, heh. To tak... Dzieli się talię na dwie części, jedna od jopków do asów... Druga od dwójek do dziesiątek, kładzie się je na dwa stosiki. Przy czym karty z liczbami są tylko dwóch kolorów, obojętnie, ale zwykle bierze się żołędzie i wina. Każdy gracz bierze na początku osiem kart z każdego stosu, czyli ma szesnaście. Dwie karty z cyframi pozostają nieruszone. Zasady są proste. Jopki, damy, króle i asy to piraci... Znaczy się, jak kto woli, mogą być i wojownicy. Jopki najsłabsze, wyżej są damy, dalej króle i asy właśnie. Kolory nie mają znaczenia. Cyfry oznaczają nic innego, jak ich ilość. Losujesz jedną kartę ze swoich piratów, na którą możesz patrzeć. I to będzie jedyna karta z tego stosu, na jaką w ciągu partii możesz spojrzeć, reszta leży nieodkryta. Na karty z liczbami możesz patrzeć. Najpierw następują przygotowania - w zależności od tego jak dobrze pójdą, potoczą się losy bitwy. Trzy razy masz prawo do wymiany dwóch kart z cyframi. Jedną z twojej ręki możesz wybrać sama, ale nie może to być dwójka. Drugą losuje przeciwnik. Ty sama losujesz dwie karty z ręki przeciwnika. I tak samo ja, też mogę trzykrotnie się wymieniać. Po tym wszystkim dochodzi do bitwy. Na początku wszyscy piraci są zakryci, wystawiasz jednego, na nim kładziesz tyle kart z cyframi, ile chcesz. Przy czym muszę wiedzieć, ile ich położyłaś, więc zwykle kładzie się je naprzemiennie, musisz położyć co najmniej jedną. Później pirata wystawia przeciwnik i też kładzie się cyfry. Na koniec zostają karty, które gracze wylosowali na samym początku. A, no i cyfry mogą ci się skończyć w trakcie gry, jeśli kładziesz ich sporo na jednego pirata, więc jeśli tak, to w kolejnych potyczkach nie musisz... No, właściwie to nie możesz kłaść kart liczb. I to chyba tyle... Wszystko rozumiesz? A, jeszcze podliczanie punktów. Jopek daje jeden, reszta stopniowo o jeden więcej. A suma kart na piracie oznacza wielkość oddziału. W sumie na bitwę składa się osiem potyczek i kto wygra pięć lub więcej, wygrywa. - tłumaczył Erlich. Właściwie brzmiałoby to okropnie niezrozumiale, bo było nieco chaotyczne, a potęgował to efekt szybkiego mówienia. Ale jednocześnie mężczyzna kładł na podłodze karty i pokazywał każdy poszczególny punkt, o jakim mówił. Było to więc w miarę logiczne, jeśli Nemeth wystarczająco uważała. Poza tym nie wyglądało na to, zeby miało się dziać coś ciekawego, albo coś, co by im przeszkodziło w grze.
01.10.2014, 21:54
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Keja
#34

kiedy tak się zastanowiłam, to szachy faktycznie nie pasują do piratów. Nie chodzi nawet o to, że nie wyobrażałam sobie takiego Bjarne'a siedzącego z zadumaną miną nad planszą z szachami. Po prostu szachy nie należą do gier, które efektownie wyglądają, gdy siedzisz nad nimi, upijając się alkoholem. Choć kto wie, może piracka wersja gry w szachy wyglądała by bardziej, khem... żywiołowo?
Kiedy tak przedstawiał mi po kolei wszystkie te gry, z których może dwie obiły mi się o uszy, a żadnej nie miałam okazji oglądać, wolałam poczekać aż przynajmniej skończy je wymieniać, bym mogła mu powiedzieć, że naprawdę nie robi mi to różnicy, bo ani jednej nie znam na tyle, by wiedzieć czym się różnią. Okazało się jednak, że nawet nie będzie to konieczne, bo w chwilę potem sam podjął decyzję. Mnie to bardzo pasowało. W końcu jeśli chcesz się poruszać po nieznanym terenie, najlepiej puść przodem przewodnika.
Dalej było trochę trudniej. Starałam się słuchać, choć mówił szybko. Naprawdę wiele ułatwiał fakt, że przy okazji wszystko pokazywał mi na swoich kartach, dzięki czemu mogłam łączyć informacje z przekazem wzrokowym. Nie byłam pewna czy zupełnie wszystko zapamiętałam, ale cóż - spodziewałam się że w razie czego bez problemu wyjdzie to podczas rozgrywki.
Kiedy skończył tłumaczyć, uśmiechnęłam się do niego lekko, najwyraźniej w tym momencie zapominając, że tak właściwie nadal mu nie ufam. A może nawet nie zapominając? W końcu czy tak niewinna rozrywka podczas rejsu w nieznane musi wiązać się z zaufaniem? I tak byłam 'skazana' na jego obecność, więc równie dobrze zamiast siedzieć w milczeniu i patrzeć na siebie spode łba, mogliśmy zająć się czymś jeśli nie pożytecznym, to chociaż przyjemnym.
Naprawdę chciałam nauczyć się grać w karty.
- Myślę, że jakoś dam radę - powiedziałam - Ale powiedz, naprawdę wymyśliłeś ją zupełnie sam?
Mimowolnie to również wywarło na mnie wrażenie. W końcu ja sama nie byłam czasem w stanie wymyślić sobie czegoś ciekawego na obiad. Inna sprawa, że czasem po prostu w szafce służącej mi za spiżarkę, nie było dosłownie nic, co mogło by człowieka natchnąć do tworzenia kulinarnych dzieł sztuki.
Ta krótka myśl w temacie posiłków sprawiła, że przypomniałam sobie, że długi czas jestem już bez obiadu. Póki co żołądek tylko cicho przypominał mi o tym, ale miałam w skrytości ducha nadzieję, że piraci wkrótce też postanowią zjeść jakiś... obiad? kolację? Nie byłam pewna pory dnia, ukryta z dala od nieba.


So what if we're all insane
The way we all live reminiscing for the head game


Maybe we're all insane
I'm feeling so damn hollow staring into
the Eyes of Tomorrow






02.10.2014, 00:56
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Keja
#35

MG
Akcja rozgrywa się gdzieś na morzu

Erlich powtórzył jeszcze kilka najistotniejszych kwestii w dwóch zdaniach, robiąc swego rodzaju podsumowanie - chyba wszystko było już dla szamanki jasne. Zebrał wszystkie karty i przetasował, następnie rozłożył je z wręcz kuglarską sprawnością.
Odwzajemnił też uśmiech, jakim go nieśmiało Nemeth obdarzyła.
- Tak, tak, zupełnie... To nic niezwykłego, potrzebujesz tylko krztyny kreatywności, kart i ogromnej ilości nudy. Tobie też by się na pewno udało. - odparł. Kilka chwil później rozpoczęli grę. Pirat miał już chyba przygotowaną taktykę przez te wszystkie gry, jakie stoczył, więc grał wręcz mechanicznie, nie spodziewając się, że zostanie czymkolwiek zaskoczony.
Sytuacja miała się jednak potoczyć dla niego właśnie niespodziewanie. Przez całą grę karty były oczywiście zakryte, więc wynik był tajemnicą do samego końca. W pierwszej potyczce, jaką ze sobą zaciekle stoczyli, wykładając całe trzy karty na głowę (!), Nemeth wygrała. Drugą rundę zremisowali - po obu stronach karty były 3 i 4-punktowe (as i 3 przeciwko królowi i 4). Trzecia partia po podsumowania przechyliła szalę zwycięstwa o kolejny punkt dla kobiety, tak samo zresztą jak czwarta. Pozostałe wygrał Erlich, co doprowadziło do... Remisu.
- O kurczę blade. Nie wiem jak to zrobiłaś, albo opracowałaś jakąś zupełnie dla mnie nielogiczną, genialną strategię, albo miałaś cholernego farta. - wyszczerzył się pirat po podliczeniu wyniku. - Tak czy siak, gratuluję, jesteś jedną z niewielu osób, którym się to udało.
Chyba jednak zauważył, że coś tu nie gra. Nie grały żadne instrumenty poza bębnami, które niosły potężne burczenie, dochodzące konkretnie z brzucha Nemeth. A przynajmniej jej się tak wydawało, w rzeczywistości nie było tego za bardzo słychać. Prawdę mówiąc, to Erlich sam chyba zgłodniał, ale tego dama wiedzieć nie mogła...
- Nie jesteś może głodna? Tylko nie próbuj być skromna czy grzeczna. Jedz. I spać masz na łóżku, a nie na podłodze. - uśmiechnął się, więc nie brzmiało to jak rozkaz. A może jednak? Cóż, kto go tam wie, przecież jest krwiożerczym piratem. Może tylko udaje takiego miłego, a w rzeczywistości nie znosi sprzeciwu pod żadną postacią. Wstał, wziął klucz i podał rękę szamance, chcąc jej najwidoczniej pomóc wstać. Pff... Zupełnie, jakby sama nie umiała.
03.10.2014, 22:20
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Keja
#36

kiedy tak rozkładał karty, jakby było to dla niego dziecinną igraszką, znów nie mogłam oderwać spojrzenia od jego dłoni. To naprawdę przyjemne patrzeć jak ktoś, będący specjalistą w jakiejś dziedzinie, pokazuje co potrafi. Może i mógł być morskim bandziorem, ale jego ręce wydawały się należeć do artysty...
Przyłapałam się na tym, że znów podziwiam kunszt jego umiejętności karcianych. Nie było w tym może nic dziwnego - to, że wiedziało się o talencie jakiejś osoby, wcale nie oznacza, że mniej będzie przez to przykuwać wzrok.
Nie mniej czułam się trochę zażenowana gapieniem się na czyjeś dłonie, więc przeniosłam wzrok na twarz Elricha i od tamtej pory pilnowałam się, coby znów nie gapić się jak tasuje.
Widać było, że kiedy grał, również wiedział co robi. To znaczy tak ja to odebrałam, ponieważ wyraźnie grał nie zastanawiając się długo i biła od niego jakaś taka pewność siebie. Musiał więc albo zupełnie przypadkowo rzucać karty, albo naprawdę rozumieć cel każdego ze swoich ruchów. Czułam się przy nim jak laik, chociaż łatwo było wytłumaczyć sobie, że on pewnie grywał w to nie raz (nie mówiąc już o wymyśleniu jej zasad) i na pewno opracował już swoje techniki.
Przyznam, że ja również starałam się wykazać czymś ponad losowym wyrzucaniem kart. Karta-pirat, którą trzymałam w dłoni była najsłabszą ze wszystkich kart tego typu. Wyrzucać na nią najsilniejszej karty-ilości nie byłoby sensu, zaś wzmocnienie jej "dwójką" byłoby również mało skuteczne. Postanowiłam więc zostawić ją nagą.
Cała reszta kart wybierana była metodą przypadku i intuicji. Można powiedzieć, że czułam, że po prostu to będzie najlepsze wyjście. Być może gdybym pomyślała dłużej byłabym w stanie wymyślić coś bardziej uzasadnionego, ale nie było przecież sensu czekać aż wymyślę zasady na których można by oprzeć moje działanie.
Mimo wszystko w żadnym wypadku nie spodziewałam się remisu. Byłam raczej pewna, że uda mi się szczęściem wygrać rundę albo może dwie. Ale remis? Jakie jest prawdopodobieństwo czterokrotnego zwycięstwa?
Uśmiechnęłam się nieśmiało, słysząc jego pochwały. Może to nie był najlepszy czas ani miejsce, ale w jakiś sposób wpłynęło to pozytywnie na mój humor.
- Szczęście początkującego - powiedziałam, czując że najprawdopodobniej się rumienie - I może trochę kobieca intuicja.
Słysząc przeciągłe burknięcie dobiegające gdzieś z mojego brzucha, poczułam się trochę zmieszana. Właściwie było całkiem oczywiste, że prędzej czy później będę musiała coś zjeść, a biorąc mnie na głowę, piraci musieli się liczyć z koniecznością żywienia mnie.
Kiedy zapytał mnie czy nie jestem głodna, skinęłam tylko głową. Skromność, nie skromność, nie mogłam uciszyć własnego żołądka, zresztą potrzebowałam jedzenia. Potrzebowałam wszystkiego, co zregeneruje moją energię. Inaczej byłabym bezużyteczna. I dla siebie i dla moich tymczasowych 'pracodawców'.
Wiadomość o tym, że mam spać na łóżku, przyjęłam jeszcze optymistyczniej, choć skwitowałam je tylko uśmiechem. Odpoczynek, tego z pewnością potrzebowałam.
Szarmancki gest, jakim było podanie mi ręki przy wstawaniu zaskoczył mnie tak bardzo, że aż zapomniałam rozważyć czy w ogóle chcę między nami jakiegokolwiek kontaktu fizycznego. Po prostu ujęłam jego dłoń i podciągnęłam się o nią. Dopiero stojąc obok Elricha zaczęłam zastanawiać się czy przypadkiem nie zyskał trochę więcej sympatii w moich oczach?
Już miałam odrzucić tę niedorzeczną myśl, ale jakoś zrezygnowałam. Właściwie czemu nie? Ufać mu wcale nie muszę. Ale skoro i tak planuję spędzić tu więcej czasu, mogłabym przynajmniej traktować go jak towarzysza.
Doszedłszy wreszcie do ładu z samą sobą, mogłam już iść wraz z mężczyzną. Gdziekolwiek zamierzał nas zaprowadzić.


So what if we're all insane
The way we all live reminiscing for the head game


Maybe we're all insane
I'm feeling so damn hollow staring into
the Eyes of Tomorrow






03.10.2014, 23:58
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Keja
#37

MG
Akcja rozgrywa się gdzieś na morzu

Zauważył to Erlich, że jego towarzyszka wodziła wzrokiem za jego dłońmi. Najpewniej w jakimś niedługim czasie planował to perfidnie wykorzystać, aczkolwiek najwidoczniej nie teraz. Po prostu zaczął grać, udając, że na wzrok Nemeth nie zwrócił uwagi.
Po wszystkim zdumiony "pogratulował" jej na swój sposób, następnie wstali oboje. Prowadził pirat szamankę i przepuścił ją w drzwiach kolejny raz (co za niewychowany człek! Przecież gdy drzwi otwierają się na zewnątrz, to ze środka pokoju powinien on wyjść najpierw i przytrzymać je!). Cóż, był przecież jednym z tych, którzy mieli często swego rodzaju misje do wykonania w mieście. Musiał więc zapewne być obyty z takimi choćby i podstawowymi obyczajami. Chociaż nikt by się zapewne nie spodziewał.
Gdy już wyszli oboje, zamknął Erlich za sobą drzwi, ale nie na klucz, po czym schował ten przedmiocik do kieszeni i skierował się na górny pokład.
- Nie musisz ze mną iść, dosłownie za chwilę będę. - rzekł do Nemeth i nie czekając na nią, wspiął się po schodach. Pokonał też zaraz niedługi korytarz, wszedł po drabinie i zapytał (zapewne kapitana, chociaż tego już dama dowiedzieć się nie zdążyła, nawet jeśli poszła zaraz za nim) o klucz do spiżarni. Zeskoczył przez klapę i zszedł po schodach, powracając do szamanki.
- Weź świecę i zejdź, będę za tymi drzwiami. - i podszedł do tego, o czym właśnie mówił. Przejście zostało zaraz przez niego otwarte, schodziło się tam po długawych dość schodach. Była to chyba najciemniejsza i najchłodniejsza część statku. Właśnie dzięki temu kontaktowi z chłodnym morzem akurat w tamtym miejscu przechowywano jedzenie, by w miarę długo zachowywało swoją zdatność do spożycia. Gdy dama przyłączyła się do niego, rzucił tylko:
- Dziś ryb nie będzie, nie natrafiliśmy na tereny, gdzie można jakąś ładną ławicę złapać. Ale tu mamy małe przekąski, możesz sobie coś wybrać, chociaż najsmaczniejsze toto nie jest. - rzekł, choć dla niego zapewne "najsmaczniejsze nie jest" brzmiało i tak lepiej, niż "te cholerne śledzie czternasty raz w tym tygodniu". Cóż za frykasy były w tej obszernej spiżarni? Pieczywo było, świeżo zakupione, ale w większości suche - niemniej jednak było wystarczająco dużo bochenków chleba, by szamanka mogła się najeść, a nawet nadto. Było też jakieś suszone, wędzone mięso, którego pochodzenia po wyglądzie ciężko było się domyślić. Stały tu też beczki - najpewniej z wodą, winem i piwem i wszelkimi innymi rumami czy grogami. Cóż... Żyć, nie umierać. Chociaż z drugiej strony, jeśli rzeczywiście to miał być prowiant na pięćdziesięciu chłopa przez tak długi czas, to... Mogło być ciężko. Ale kto by się tam o nich martwił?
04.10.2014, 01:24
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Keja
#38

szłam za Elrichem, obserwując i starając się zapamiętać otaczające nas przejścia. Chciałam w miarę możliwości nauczyć się rozplanowania statku, choć nie byłam jeszcze pewna, jak może mi się to przydać w przyszłości. Instynkt mówił jednak jasno - to jest dobry pomysł, nawet jeśli suma sumarum miał by się nigdy nie przydać.
Kiedy powiedział, że wcale nie muszę za nim iść, zostałam. Nie zamierzałam pchać się przed oczy nikomu innemu, wiedziałam, że nie jestem tu specjalnie mile widziana. Po co kusić los?
Wykorzystałam natomiast ten czas, by przyjrzeć się uważnie temu miejscu. Wokół było w tej chwili pusto, a brak obecności również Elricha, wbrew pozorom tylko dodał mi odwagi. Nie zbliżałam się jednak do ścian, starałam się być cały czas pośrodku.
A zaraz potem mężczyzna wrócił wraz z poleceniem. Szybko obróciłam się na pięcie i weszłam do kajuty. Od razu podeszłam do świecznika i wzięłam go wraz ze świecą. Uważałam, że wydłubywanie jej ze świecznika byłoby co najmniej głupie.
Zaraz potem już wychodziłam z pomieszczenia.
Schodząc po schodach uważałam bardzo, żeby znów nie próbować nadepnąć na stopień, którego nie ma. Wywrócenie się na schodach, nie wiedząc nawet na co można po drodze upaść nie było najlepszym co mogło mnie tu spotkać. A podobna wywrotka ze świeczką prezentowała się jeszcze gorzej.
W środku - a to niespodzianka - było nie tylko jeszcze ciemniej, ale też zimno jak diabli. Nie dziwiłam się, że to właśnie miejsce wybrali na przechowywanie jedzenia, jednak nie powiem by było to dla mnie najfortunniejsze. Dobrze, że tym razem miałam trochę cieplejsze odzienie.
Rozejrzałam się po tej spiżarko-chłodni i wahałam chwilę. Ostatecznie nie wiedziałam ilu mężczyzn zamieszkuje statek, ale czułam się nieswojo z myślą, że doszła im kolejna gęba do wykarmienia.
Nie, nie chodziło już nawet o wyrzuty sumienia. Bardziej o to, że nie chciałam aby do licznych pretensji przeciwko mnie, dorzucili objadanie ich z prowiantu.
Rozejrzałam się jednak nieco bardziej, chcąc zorientować się w asortymencie. Po krótkiej chwili już trzymałam w dłoni pajdkę chleba z suszonym mięsem. Przy okazji do jednego z kufli_kubków_czy_co_to_tam_mieli_do_picia nabrałam trochę wina. Dwa łyczki może. Lekko skropliłam nim mięso. Nie byłam pewna jak będzie smakować, chociaż niekiedy używałam w domu suszonego mięsa i zawsze zamierzałam spróbować takowej wariacji. Zabrałam się do jedzenia niespiesznie, choć naprawde czułam się bardzo głodna. Ale z tej własnie racji nie wypadało od razu napychać się aż do bólu żołądka.


So what if we're all insane
The way we all live reminiscing for the head game


Maybe we're all insane
I'm feeling so damn hollow staring into
the Eyes of Tomorrow






04.10.2014, 22:18
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Keja
#39

MG
Akcja rozgrywa się gdzieś na morzu

Przyglądała się Nemeth wnętrzu statku, póki Erlicha nie było, czyli dość niedługo. Właściwie była to chwila, ale nawet, gdyby miała na to i godzinę, to zapewne nie odkryłaby niczego ciekawszego - wszędzie tu były albo hamaki, albo skrzynie (najpewniej zamknięte), albo i drzwi (nie sprawdzała, ale było całkiem prawdopodobne, że i te były zaryglowane). Drzwi było 5: za jednymi już była, prowadziły do kajuty Erlicha. Te naprzeciwko wiodły najpewniej do kajuty kapitana, na końcu korytarza była para - jedne do przechowalni pożywienia, gdzie niedługo zeszli. Po prawej od nich i z drugiej strony długiego pomieszczenia również były jakieś przejścia, ale co kryło się za nimi, to już pozostawało tajemnicą. Przynajmniej póki co.
Cóż, świecznik zbyt poręczny nie był, przy czym całkiem ciężki - oczywiście bez przesady, ale ważył kilka ładnych kilogramów. Nie ma jednak co narzekać, szamance zdarzało się trzymać cięższe przedmioty. Przygotowała się też na spotkanie podłoża, zamiast nie wiadomo którego stopnia, schodziła całkiem ostrożnie. Nie przewróciła się, więc to już jakieś osiągnięcie (schody do najwygodniejszych nie należały tak czy siak). Na dole spotkała Erlicha, siedzącego na jednej z beczek. Naszykował już dwa gliniane kubki (wraz z zawartością zresztą - winem dla Nemeth i bliżej nieokreślonym dla niej płynem w kubku pirata, chociaż wino to raczej nie było) i przynosił talerze, gdy jego towarzyszka zdążyła przynieść coś do świecenia. Swoją drogą, sztućców nie było. A może były, ale tylko na specjalne okazje? Mniejsza o to. Wyjął zza pasa jakiś nożyk, raczej nie bojowy, tylko codziennego użytku i odkroił dwa spore kawałki jakiegoś mięsa. Wziął też kawałek suchego, czerstwego pieczywa i urwał dwa kawałki, wspomagając się kozikiem.
- Wielkiego wyboru tu nie mamy. Znaczy są jeszcze ryby, ale zdążą ci jeszcze zbrzydnąć, więc póki co to korzystaj z czegoś innego pochodzenia. - uśmiechnął się. Najwidoczniej i on nie wiedział, czy była to wieprzowina, czy wołowina, czy jeszcze coś innego. Ale wielkiej różnicy chyba to nie robiło.
Rozpoczęli zaraz małą ucztę. Nie było to zbyt możliwe do jedzenia bez popijania, bo było zbyt suche. Zaraz trunek skończył się Nemeth, tak samo zresztą jej kompanowi, który bez wahania wziął swój kubek i nalał sobie czegoś. Najpewniej był to jakiś rum, coś definitywnie mocniejszego od wina, bo i zalatywało ostrzejszym zapachem. A szamanka? Trzeźwa była póki co... No, w miarę. Nie miała ochoty na wodę, ale czy zdecyduje się na kolejny kubek z czymś, co może jej czujność osłabić? Jak dotąd była dość podejrzliwa nawet w stosunku do Erlicha. Ostrożności nigdy co prawda za wiele. Niemniej jednak woda marnie smakowała z suchym chlebem i mięsem, wino nadawało temu jakikolwiek nieco lepszy smak. Kusi...
05.10.2014, 13:31
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Keja
#40

jadłam powoli, dziękując bogom nawet za to mało wykwintne jedzenie. Ostatecznie głodny człowiek naprawdę nie powinien wybrzydzać na to, co ma zapełnić jego żołądek, więc w moich ustach suszone mięso bardzo zyskiwało na smaku. Zajrzałam do swego kubka. Moja tolerancja alkoholu była najzupełniej przeciętna - nie upijałam się jedną szklanką wina i nie potrafiłam przejść w prostej linii po kilku. Spojrzałam na Elricha. Zastanawiałam się, ile on jest w stanie wypić, bo najwyraźniej sobie nie żałował. Gdybym miała jakiekolwiek poczucie władzy nad nim, zapewne próbowałabym o ustalić i najwyżej powstrzymała przed dalszym piciem. Wolałam mieć przy sobie mężczyznę w pełni świadomego własnych czynów, skoro właśnie on miał się mną 'opiekować'. Cały czas czujnie wypatrywałam w nim oznak stanu upojenia alkoholowego.
Na siebie pod tym względem patrzyłam jeszcze bardziej krytycznie. Skoro nie mogłam zapanować nad nim, tym bardziej musiałam być trzeźwa. Uwielbiałam wino, chociaż nigdy nie miałam śmiałości aby faktycznie się nim upić (śmiałości ani w sumie nawet towarzystwa), tym razem jednak nie chciałam słyszeć nawet najmniejszego szumu w głowie.
Próbowałam jeść bez popijania, ale całkiem szybko zorientowałam się, że to na nic. Mięso i pieczywo zbytnio zapychały usta i wkrótce w gardle miałam pustynie. W alternatywie miałam wodę o znacznie niższych walorach smakowych, jednak czy jest to ważne, kiedy może chodzić o twoje życie albo zdrowie?
- Nie macie może jakiegoś ziołowego suszu? - zapytałam podejrzewając, że skoro udają kupców, może mają trochę jakiegokolwiek towaru. A jeśli nawet herbaty nie mogłam się u nich spodziewać, to chociaż jakaś ususzona pokrzywa albo inne zielsko?
Jeśli Elirch zaprzeczy, zamierzałam zapytać skąd można wziąć słodką wodę (nie wiedziałam co za różnica czy jest ona z morza czy nie, ale słyszałam kiedyś, że tej morskiej pić nie należy*) i nalać sobie jej.

--
* tak dla pewności tylko powiem, że to Nemka nie wie, mnie nie trzeba instruować xP Już kiedyś się niechcący morskiej wody opiłam xP


So what if we're all insane
The way we all live reminiscing for the head game


Maybe we're all insane
I'm feeling so damn hollow staring into
the Eyes of Tomorrow






05.10.2014, 22:45
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna