Wybrzeże
#1

Cytat: Brzeg od strony morza pokrywają drobne, ostre kamyczki. Woda w tym miejscu jest głęboka, dno już po kilku krokach ulega znacznym spadkom. Fale za każdym razem podcinają nogi wychodzącym. Mocno zasolona, ciepła, przejrzysta. Odsłania pułapki w postaci głazów, o które nieopatrznie można zahaczyć.
Południowo-wschodnie wybrzeże wyspy prócz kamieni odkrywa także pasmo zieleni. Jeszcze blisko morza można przycupnąć w cieniu pojedynczych drzew, krzewów i odetchnąć. Po wnikliwych poszukiwaniach wody pitnej, odkryje się małą, wąską rzeczkę wpływającą do morza i walczącą o każdy milimetr ziemi, żłobiąc swe korytko. Idąc wzdłuż niej nie dostrzega niczego więcej poza niekończącymi się trawami. Rozciągają się daleko poza pole widzenia. Stanowią szlak dla licznych karawan poruszających się pomiędzy mniejszymi miejscowościami.
Bardzo rzadko w pobliżu przepływają jakiekolwiek statki. Często można natknąć się na małe połacie pustyń.
01.10.2015, 14:45
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wybrzeże
#2

Pamiętał fragmentami walkę w wodzie, krzyki. Potem moment jego wyłowienia i szaleńczą ucieczkę przez smokiem. Gdzieś w między czasie pewnie był nawet pełen podziwu dla Lisy. Potem jednak roztrzaskali łódź, a zamroczenie przyszło niebywale szybko.
Ocknął się dopiero na plaży. Lewe ramię i biodro rwały palącym bólem. Poparzenie schłodzone zimną wodą i w jakimś stopniu odkażone solą, teraz na powrót wyschło. Wystawione na palące słońce, przypomniało o sobie i chyba właśnie ten ból oprzytomnił Ra'Shada.
Gdy tylko oczy przyzwyczaiły mu się do rażącego słońca i był w stanie dostrzec coś więcej, poza bielą, potoczył wzrokiem wokół. Po szybkim zlustrowaniu okolicy, zorientował się, że nie jest jedynym ocalałym. Ku swojej uldze uświadomił sobie, że Lisa również daje wyraźne znaki żywotności, podobnie jak Zervast i Tork. Tuż w pobliżu wiło się również trzech azaratczyków, pewnie nieposiadający się ze szczęścia, że trafili akurat na tę samą szalupę co ich kapitan. Z tego co fragmentami przypominał sobie nożownik, to jako jedyny ocaleli z załogi Iskry.
Przypomniał sobie o własnym plecaku, który poszedł na dno wraz pięknym żaglowcem. Lubił trzymać rzeczy przy sobie, jednak wraz z torbą stracił sztabę żelaza, zwój liny i zapasy suszonego mięsa... Niby strata nie wielka, choć oceniać temu, kto posiada wiele. Dla Ra'Shada była to znaczna część posiadanych przy sobie rzeczy. Sięgnął zdrową ręką za poły płaszcza, przeszukując kieszenie. wyglądało na to, że miał ze sobą resztę dobytku. Choć kiedy wyciągnął woreczek z ziołami, nie wiedział co powiedzieć. Przemokły, większości z nich nie da się ponownie zasuszyć aby zachowały swoje właściwości. Jedyna nadzieja, to wykorzystać je teraz, póki jeszcze jako tako mogą się nadać.
Spojrzał w stronę morza, wyglądało na to, że unosiło się tam kilka ciał. Mogli zabrać ze sobą coś wartościowego przy ucieczce z pokładu. Nie miał jednak siły powlec się tam i przeszukiwać topielców.
- Zervast!? - chciał krzyknąć, ale słowa jakby grzęzły mu w gardle. Chciał odchrząknąć, ale to nie była przyczyna. Nałykał się za dużo słonej wody, paliło pragnienie. Do tego zmęczenie i ból. Namacał swój bukłak z wodą i wewnętrznym szczęściem przyznał, że jeszcze jest w nim coś do picia. Zamoczył usta i zwilżył gardło. Organizm z wdzięcznością przyjął porcję wody.
Chwilę mu zajęło zanim zebrał w sobie siły i przekręcając się najpierw na klęczki, powoli wstał do pionu.
Tym razem poszło mu lepiej z wypowiadaniem słów.
- Zervast. Jeśli masz siły, przeszukaj ciała tych topielców. Może mają coś przydatnego.
Sam Mistyk natomiast rozejrzał się po okolicy już z wyższego punktu niż grunt. Nieopodal dostrzegł wyżłobienie w plaży. Oznaczało ono ujście i choć niewielkie zwiastowało obecność wody pitnej. Podszedł nieco bliżej, nie oddalając się jednak znacznie od grupy. Uważnie skupiając wzrok na tym obszarze oceniał ukształtowanie brzegu i wydawało mu się, że dostrzegł rzeczkę, a raczej strumyk. Wiedział, że potrzebują wody pitnej, dlatego byłby on niemal jak zbawienie.
Podniósł głowę, starając się ocenić pozycję słońca. Chciał rozeznać się tylko w dwóch rzeczach. Poznać kierunki świata, żeby mieć pewność gdzie jest północ, a po drugie dowiedzieć się ile zostało im czasu do zmroku. Nie wiedział gdzie się znajdują, jednak wiedział gdzie się kierowali. A o Kraju Pustyni wiedział wystarczająco, aby być świadom zagrożeń nocy.
Odszukał wzrokiem Lisę i zapytał się jej z nadzieją, że może ona ma lepszą orientację w sytuacji:
- Panienko Liso, czy poznajesz to miejsce!? Jesteś w stanie określić gdzie jesteśmy?
Nie żywił ku temu większych nadziei, raczej wszyscy mieli mniej więcej jednakowe pojęcie o ich położeniu, tylko inaczej je nazywali. Jedni powiedzą coś o pieprzonej plaży, inni zaś skwitują to miejsce jako "w dupie". Nie mniej jednak należało działać. Miał bukłak do napełnienia, a pewnie nie będzie jedynym, który skorzysta ze strumienia o ile ten faktycznie tam się znajduje. W między czasie Mistyk przeżuje kawałek liścia bezskuma, postara się dobrać porcję tak, aby nie zaćmiła mu trzeźwego myślenia, ale żeby choć odrobinę zelżał ból po poparzeniach.
Jeżeli uda im się odnaleźć strumyk, to gdy tylko ugasi pragnienie przy niem i uzupełni bukłak, chętnie podzieli się z innymi w grupie swoimi ziołami.
- Jeżeli ktoś zna się na miksturach, może coś z tego wykrzesać?
Po rozłożeniu woreczka i wyciągnięciu jego zawartości, oczom wszystkich ukaże się pięć łodyg z liśćmi Ard, buzskum, pięć grzybków barbando oraz pęczek liści mięty składający się z około dwudziestu liści.
Wszystkie zioła są namoknięte, jednak jeszcze nie zaczęły gnić. Ponowne ich zasuszenie raczej pozbawi je właściwości.
- Dla tych, którzy nie znają się na ziołach, posłużę radą.
Choć nie widział pośród zebranych mocno rannych, to jednak zmęczenie zbierało swoje żniwo. Wypatrzywszy drzewa znajdujące się niedaleko brzegu, to właśnie tam będzie chciał odpocząć i odzyskać część sił. W cieniu, choć skromnym, słońce nie będzie paliło aż tak bardzo. Tu też przyjdzie zadać ważne, choć niewygodne pytanie.
- Idziemy dalej, czy rozbijamy obóz na noc. Nie wiem gdzie jesteśmy, ale wolałbym być gotowy przed nocą. Czy poza mną, ktoś zna się na runach?
Jakakolwiek będzie odpowiedź, wiedział że nikt nie ma ze sobą żadnego zestawu ochronnego. Wyrysowanie kręgów zajmuje nieco czasu, a przygotowanie bardziej stabilnej bariery wymagałoby podstawy co najmniej z drewna, a już najlepiej z kamienia lub perfekcyjnie z żelaza. Runy na ziemi i piasku często bywały zawodne, zasypywane słabły lub traciły moc...
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.10.2015, 14:34 przez Ra'Shad.)

11.10.2015, 14:30
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wybrzeże
#3

W tym cholernym dniu nic nie mogło iść tak, jak sobie tego zamierzyłem - prąd ciągnący mnie w dół zdecydowanie utrudnił sprawę. Plusem było jednak to, że smok mnie nie zauważył - albo nie uznał za ofiarę godną wysiłku. Niezależnie od tego, nie groziło mi nic złego. Tylko utonięcie. Z dwojga złego, nie wiedziałem na co się zdecydować. Mimo wszystko usilnie, wykonywanymi automatycznie ruchami parłem do góry, będąc świadom zarówno ubywającego z każdą chwilą tlenu, jak i tego, że powierzchnia jest coraz bliżej.
W końcu - całkiem niespodziewanie - mogłem zaczerpnąć powietrza, co niezwłocznie uczyniłem. I świat od razu wydaje się jakiś bardziej kolorowy - powiedziałem do siebie, jednocześnie rozglądając się za moimi towarzyszami. Szybko zlokalizowałem Ra'Shada - jego krzyki, nawet jeśli niezrozumiałe, wybijały się z tej kakofonii pod jednym, najważniejszym względem - były zbudowane ze słów, a nie desperackich nieartykułowanych wrzasków.
Chwilę później szalupa podpłynęła do rzemieślnika i zabrała go ze sobą. Nie miałem zamiaru siedzieć bez czynnie i krzyknąłem, żeby zwrócić na siebie uwagę Lisy i reszty. Na szczęście zdecydowali zabrać mnie ze sobą.
Gdy tylko wsiadłem na łódkę, opadła adrenalina i pokazało się zmęczenie, które do tej pory było przez nią wstrzymywane. Mieli szczęście, że Lisa była gotowa rzucać swoje czary, bo inaczej nasze szanse na przeżycie nie były zbyt duże. Byłem pewien, że gdyby nie jej magia, to smok dawno zaatakowałby nas, nie chcąc pozwolić uciec nikomu ze swojej zdobyczy. Łajba płynęła coraz szybciej.
Raczej szybko straciłem poczucie czasu. W jednym momencie wydawał mi się, że uciekliśmy od smoka już godziny temu, a teraz błądziliśmy po wodach, a chwilę później dochodziłem do wniosku, że nie oddaliliśmy się od miejsca ataku o więcej niż kilkaset metrów. Ale zawsze wyglądałem za pokład, szukając znaków szczególnych, i widziałem jak brzeg jest bliżej, niż ostatnio patrzałem, a pobojowisko jest coraz trudniej dostrzegalne.
Gdy po raz kolejny dopadło mnie zwątpienie, zauważyłem coś, czego nie zauważyła Lisa - płynęliśmy prosto na skały. Niestety, zmęczenie, odległość od przeszkody i prędkość szalupy sprawiły, że nie zdążyłem zrobić nic, żeby kogoś ostrzec. Usłyszałem trzask, poczułem uderzenie o kamień i straciłem przytomność.


Obudziłem się. Słońce, mimo tego że było dość nisko już dawało się we znaki i oślepiało, jeśli tylko popatrzeć w jego stronę.
Byłem całkowicie wyzuty z sił - wyczyny pływackie w kolczudze to nie jest wymarzony sposób spędzania wolnego czasu, zwłaszcza, jeśli w okolicy grasuje wodny smok.
Gdy wreszcie zebrałem siły, żeby wstać, zauważyłem, że odzyskałem przytomność jako pierwszy. Rozejrzałem się po okolicy - szczęśliwie, byliśmy w komplecie. Nieszczęśliwie, chyba nie byliśmy w żywym komplecie - na wodzie unosili się trzej Azaratczycy, którzy nie wyglądali na zbytnio żywych.
— No cóż… — powiedziałem do siebie i ruszyłem w stronę Ra'Shada, który był najbliżej, żeby sprawdzić czy żyje.
Na szczęście okazało się, że tak. Nie mogłem jednak zostawić reszty, więc zrobiłem to samo, co z nożownikiem. Po kilku minutach wiedziałem już, że nikt - poza tymi pływającymi w morzu - nie umarł. Akurat wtedy usłyszałem, jak ktoś za moimi plecami odzyskuje przytomność - to była Lisa. Na moje oko nie wyglądała najlepiej.
— Jak się czujesz po wczorajszym występie? — zapytałem, chcąc się upewnić co do jej stanu. Ale wątpiłem że odpowie.
Nie chcąc tracić czasu, przejrzałem swoje ubrania, poszukując czegoś, co mogłoby się przydać. Niestety, oprócz niedawno kupionego przeze mnie noża i bukłaka pełnego morskiej wody nie znalazłem niczego przydatnego.
Postanowiłem jednak zdjąć kolczugę - w tym momencie i tak raczej nie miał nas kto zaatakować, a nawet jeśli znalazłby się ktoś taki, to i tak bez niej walczyłoby mi się wygodniej, biorąc pod uwagę moje zmęczenie. Gdy to robiłem, usłyszałem za sobą czyjeś charknięcie - to Ra'Shad próbował mnie zawołać. Niestety, nie bardzo wychodziło - musiał nałykać się słonej wody. Znowu moje przyzwyczajenie do pływania okazało się nadzwyczaj przydatne.
Kiedy wreszcie udało mu się wyartykułować swoje myśli, przyznałem mu rację - im te rzeczy już nijak się nie przydadzą, a my możemy skorzystać.
Ruszyłem więc w ich stronę, chcąc przeszukać ubrania tej czwórki, która leżała, już bez nadziei na ratunek.
11.10.2015, 18:00
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wybrzeże
#4

Nie można było powiedzieć, że Tygrys był zadowolony z wyniku szamotaniny. Owszem, ostatecznie udało mu się uwolnić z uchwytu, ale zajęło mu to co najmniej trzy razy więcej czasu, niż czuł, że zajmie. Czyżby się starzał? Cholera. Ostatnio coraz rzadziej się bił, to prawda... Z drugiej strony, nigdy nie okładał się z bandą hołoty na środku Morza Klifowego, będąc po szyję w wodzie i mając pod sobą Aquer'tor'ela. Hmm, może w tym sęk. Powinien częściej stosować taki trening.
Kolejny przeciwnik był w łatwiejszej pozycji do zneutralizowania, co Łowca natychmiastowo i skutecznie wykorzystał. Chwilę później miał trochę "spokoju", który wykorzystał w celu wytworzenia sztucznego prądu pod wodą, który pozwolił mu na przemieszczenie się do łodzi. 
Na szczęście nikt nie protestował, gdy usiłował wdrapać się do środka. Wręcz przeciwnie - kilka pomocnych dłoni - choć najpewniej z polecenia Lisy - wyłonio się, by pomóc niedoszłemu topielcowi. Kamień z serca. Co jak co, ale umieranie teraz byłoby dość kiepskim wyjściem z sytuacji. Co innego, gdyby wojownik zdołał wyłupić potworowi oko toporkiem, a na łodzi tkwiłby bard, mogący przy dobrych wiatrach utworzyć pieśń na cześć wielkiego wojownika. Niestety, w życiu nie ma tak łatwo - i jak widać, w umieraniu też nie - więc Tork będzie musiał się o wiele bardziej postarac, jeśli chciał być postacią niczym z legend.
Nie pomoże mu w tym zapewne fakt, że gdy już wylądował na deskach, rozległy się zaskoczone głosy obecnych na łodzi. Cóż - skoro i teraz nie chcieli go wypieprzyć na pożarcie, to było jednak lepiej, niż zwykle, gdy ktoś zauważał jego deformację. Póki co, to mu wystarczy. Teraz niewiele już mógł zrobić, więc uczucie determinacji przestało być tak silne - natychmiast odczuł zmęczenie. A nawet chwilowe wyczerpanie. Prawdopodobnie jeszcze nie użył do tej pory tak dużej ilości magicznej energii w jednym momencie.  
Liczył na to, że znajdzie się tu ktoś zdolny do działania, jakie umożliwiłoby przeżycie tym na pokładzie. Na szczęście tak właśnie się stało - Lisa okazała się być panną zaradną i całkiem uzdolnioną. Tork zauważył tylko rozbłysk magii i wyjątkowo opanowaną, jak na taką sytuację, kobietę. Postanowiła wciągnąć na łódź jeszcze Ra'Shada i Zervasta, co stało się w mgnieniu oka. Chwilę później już pędzili gdzieś na horyzont, popędzani magią pani kapitan. Rzadko kiedy Tygrys żywił do kogoś tak silny podziw, jak w tym momencie. Chciał jakoś pomóc, ale nie był w stanie. Wytężał zwoje mózgowe na próżno - stracił dość cenny ekwipunek, zaś jego magiczne zdolności nie mogły ani zatrzymać smoka, ani przyspieszyć ucieczkę. Wkrótce rozległ się trzask i zaległa jeszcze gęstsza ciemność.

***

Obudził się i odkrztusił słoną wodę. Palące słońce to chyba oznaka, że są gdzieś blisko Sohan, chociaż mógł się mylić. Równie dobrze mogli rozbić się na jakiejś dość odległej od tego miejsca wyspie. Nie znał się na astronomii, wyznaczenie lokalizacji pozostawił więc innym, którzy przeżyli... ci leżący na brzegu żyją, prawda?
Prawda. Wszyscy pobudzili się mniej więcej w tym samym momencie. Rozpoznał Zervasta, Ra'Shada i Lisę. Było też cztery inne postacie, ale ich albo ledwo kojarzył, albo byli za daleko, żeby odgadł, kim są na pierwszy rzut oka. 
Bez większego zastanowienia ruszył w stronę Lisy. Z samego rana zwykle zaczynał trening, ale, jakby to ująć... Aktualnie panujące warunki oraz jego stan nie sprzyjały ćwiczeniom. Wciąż nie wiedział, czy są bezpieczni, a jeśli nie - na walkę dobrze byłoby zachować siły. No i trochę głupio byłoby robić pajacyki, kiedy umarła prawie cała załoga i byli rozbitkami na jakimś wypizdowie. 
Gdy już podszedł do już byłej kapitan, pozwolił jej ogarnąć siebie i swoje myśli. Nie chciał zadawać zbędnych pytań. Jeśli będzie trzeba (i panna Matariaci będzie posiadała odpowiednią wiedzę) dowie się, gdzie są, jak dotrzeć do Sohan, kiedy, co i jak... A jeśli nie będzie, to pewnie niedługo otrzyma rozkazy. Wręcz na to liczył - póki co był tylko pionkiem, a kierowanie się poleceniami o wiele bardziej doświadczonej w okolicy Lisy będzie całkiem dobrym rozwiązaniem. Może i statek jest już na dnie morza, ale ucieczka w nieznane byłaby nie tylko niehonorowa, ale przede wszystkim głupia.
11.10.2015, 20:05
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wybrzeże
#5

Kiedy Ra'Shad podniósł głowę, próbując ocenić pozycję słońca. Było krótko po wschodzie słońca, minęło zaledwie parę godzin odkąd wylądowali na wybrzeżu. Położenie słońca wskazywało na to, że znajdowali się gdzieś na południu. 
Pytanie w stronę Lisy, spotkało się z przetoczeniem mętnym, nierozumiejącym spojrzeniu po sylwetce mistyka. Kobieta leżała zwinięta w kłębek, blada jak trup, powoli dochodząca do siebie u boku Cohena, który od kilku chwil siedział przy niej i sprawdzał jej stan z ponurą miną. Mężczyzna zerknął kątem oka na Ra'Shada, jedynie kiwając głową, że rad jest, że widzi go żywym. Jego postawa nie zachęcała do dalszych pytań. Stan Lisy raczej nie nastrajał optymistycznie, że będzie w stanie od razu pomóc w zorientowaniu się w sytuacji. Także na zapytanie Zervasta, nie została udzielona odpowiedzieć. Kobieta próbowała coś wymówić, lecz z ust nie wydobył się żaden dźwięk.
- Jest wyczerpana. Trzeba wody - zdecydował po chwili Cohen, patrząc wyczekująco na mistyka, jak i jego bukłak. - Musi się napić świeżej wody.
Przy tępym, pulsującym bólu w barku i boku, Ra'Shad zaczął żuć liść przemokłego Buzskuma, który nie objawił swoich narkotyzujących właściwości, lecz po kilku minutach stłumił cierpienie. Jego smak wydawał się gorzkawy, a uczucie - jakby mielił w zębach oślizgłego glona.
Znalazłszy małą, wąską rzeczkę wpływającą do morza w odległości blisko dwustu metrów, zaspokoił pragnienie, lecz także zmęczył się. Wyczerpanie dawało o sobie znać. Jego pytania natrafiły na zbiorowe milczenie. 
Przeszukanie czterech, unoszących się na powierzchni ciał, zajęło Zervastowi sporo czasu. Martwi nie napuchli jeszcze od wody; mieli rany na głowie i rękach, blade, niewidzące spojrzenia, blade cery kontrastujące z dawnym, śniadym kolorytem - nie był to przyjemny widok. Część z nich musiała przy roztrzaskaniu się o skały, uderzyć o coś, przez co wcześniej utopili się zanim najbliższe, silniejsze fale wypchnęły ich na plażę. 
Mieli przy sobie: dwa talie kart azarackich, kości, siedem, przemokniętych liści Buzskumu, dwa rapiery, jeden sztylet, trzy noże, przemokłe listy nie do odczytania, dwa jabłka oraz suszone mięso w pięciu plastrach, do tego mały bukłak.
W międzyczasie Tygrys podszedł do swej przełożonej, czekając na polecenia. Musiał uzbroić się w cierpliwość. Albo porobić pajacyki na plaży dla rozluźnienia sytuacji.
16.10.2015, 14:55
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wybrzeże
#6

Dopiero, gdy Tork podszedł do Lisy i się jej przyjrzał, zauważył, w jak opłakanym jest ona stanie. Prawdopodobnie czarodziejka też ledwo przeżyła i dużo bardziej widać było po niej brak energii, niż u wyczerpanego Tygrysa, gdy tej nocy spoczął na deskach szalupy. Ta kobieta sporo przeżyła i zrobiła dla załogi bardzo wiele. W takich momentach, choć wyjątkowo rzadkich, Łowca żałował, że nie został medykiem.
"To może jednak pierdykne se te pajacyki...", pomyślał, chociaż niezupełnie poważnie.
Widząc polecenie, jakie Cohen skierował w stronę Ra'Shada, zareagował. 
- Ja pójdę. Jestem w niezłym stanie, wrócę szybciej... No i długo w miejscu nie usiedzę. - powiedział po tym, jak mistyk już zaczął się oddalać. Przybiegł do niego, chcąc zapytać się o to, czy ów zauważył jakieś źródło, ale spoglądając przed siebie też dostrzegł podłużne, choć niewielkie zagłębienie w ziemi. Nie zauważyłby go, gdyby nie dość rzucające się w oczy ujście do morza. Skoro zauważył w końcu cel, ruszył w tamtą stronę.
Szalona noc pozostawiła na nim tylko część ciuchów i silnie przywiązaną do pasa sakwę z monetami oraz bukłak z wodą. Co prawda trochę w nim było zawartości, ale najpewniej niewystarczająco. 
Gdy już zbliżał się do wody, postanowił trochę zwolnić i wzmożyć ostrożność. Byli na pustyni - w pobliżu wody pitnej mogły kręcić się różne, groźne i nieznane mu jeszcze istoty. Albo nawet i wewnątrz niej, choć tak niewielkiego strumyka nie podejrzewałby o coś szczególnie groźnego. Jeśli nie wypatrzył w pobliżu żadnego zagrożenia, wypatrzył miejsce, gdzie woda była najmniej mętna, napełnił bukłak i napił się. Twarz też przemył - uczucie soli morskiej na twarzy i pod oczami nie było szczególnie satysfakcjonujące. Nie pił do pełna, ale tyle, by w miarę zaspokoić pragnienie. Co za dużo, to niezdrowo. Kiedy już to zrobił, napełnił bukłak po same brzegi i wrócił biegiem do Lisy z zamiarem oddania jej przedmiotu. 
Kiedy już wszyscy zgromadzili się w jednym miejscu (a przynajmniej znajoma mu większość), podjął:
- No, chłopaki, powiem wam tak: Panna Lisa uratowała nam dupy - za co jestem jej cholernie wdzięczny - i skoro słowa nawet wykrztusić nie może, to wyobraźcie sobie, jak jest wyczerpana. Stąd też moja propozycja: zajmijmy się może czymś, na czym się znamy, co? Jesteśmy rozbitkami, więc zgaduję, że nikt nie wie, gdzie nas konkretnie wywaliło. Z tego co wiem, noce na pustyni są groźne jak sam chuj, więc przydałoby się znaleźć coś, co mogłoby posłużyć za chociaż prowizoryczne schronienie. - mówił, zbierając myśli w międzyczasie. - Ja przebiegnę się wzdłuż rzeki. To raczej jedyne miejsce, gdzie ludzie zakładaliby jakąś osadę. Stąd żadnej nie widać, ale bez sensu będzie szukać terenu na jakąś niby-bazę, jeśli za następnym wgórzem mogą mieszkać ludzie. - powiedział, argumentując swój sposób myślenia. - Zervast. Ty, jak mniemam, też jesteś całkiem bystry, a i na wojaczce pewno się znasz, dlatego myślę, że byłbyś dobry na zwiad okolicy - wiesz, popatrzeć, czy aby bestii gdzieś tu nie ma i rozejrzeć się za jakimś budynkiem, ruinami, grotą, norą... Czymkolwiek, gdzie moglibyśmy się schować i umożliwić Lisie odpoczynek. No i przy okazji mógłbyś rozejrzeć się za czymś do jedzenia. Owoce, zwierzyna, cokolwiek. Ach, swoją drogą, to tylko propozycja, więc jeśli wiesz, gdzie bardziej byś się przydał... No wiesz, nie jestem twoim przełożonym. - uśmiechnął się. Ktoś jednak musiał przejąć stery, więc Tork, nie widząc, żeby ktokolwiek rwał się do pozycji przywódcy, postanowił wyjść z inicjatywą, zanim komuś wpadnie do głowy coś głupiego. Panna Matariaci nie była raczej zdolna, by teraz dowodzić, a Cohen zapewne będzie najlepszy, by się nią bezpośrednio zaopiekować. - Ra'Shad, widzę, że nie najlepiej przeżyłeś atak smoka. Rób, co uważasz za słuszne. Możesz w sumie spróbować złagodzić swoje oparzenia i trochę odpocząć. Kreślenie run tak blisko morza byłoby bez sensu, bo z tego co się na tym znam, to nocą będzie przypływ i runy od razu zalałaby woda. Z drugiej strony, geografia i w ogóle wiedza o żeglarstwie i morzu nigdy nie były moimi dobrymi stronami, wiec jeśli palnąłem głupotę, to mnie poprawcie. - wyszczerzył się. - Więc z runami chyba lepiej byłoby poczekać, aż ja z Zervastem wrócimy ze zwiadów. A co ja z wami mam począć? No ni wim - rzekł do reszty Azaratczyków, z którymi niezbyt się znał. - Cohen, ty powinieneś znać ich zdolności, więc pewnie dasz lepsze propozycje. Jak dla mnie część mogłaby zostać tu i opiekować się Panią Kapitan, a część iść z Zervastem. Z mojego doświadczenia wiem, że mając kogoś u boku łatwiej jest rozpoznać zagrozenie, zauważyć okazję, albo chociażby z czymś walczyć. A nie chcę, żeby ktoś mnie opóźniał. - nie chciał też narażać się na zbędne pytania, komentarze i inne niezbyt pozytywne zjawiska spowodowane widokiem jego lewej łapy. 
Gdy zakończył swój wywód, podszedł do Lisy. 
- Mogę zabrać bukłak? Słońce daje jak cholera, a jest dopiero ranek. Zwiadowcy przyda się trochę wody w drodze. - uśmiechnął się. Najprawdopodobniej Ra'Shad zostanie na miejscu, więc jego bukłak też mógł posłużyć Lisie. - I dziękuję za to, co zrobiłaś tej nocy. Trzymaj się. - powiedział, chcąc ją choć trochę podnieść na duchu. Wiedział, że ta musiała strasznie przeżywać nie tylko swój stan fizyczny, ale też utratę statku, przyjaciół na załodze, majątku i całej masy innych rzeczy, na które sam najpewniej nawet nie zwrócił uwagi. Nie był jednak najlepszy w pocieszaniu i rozmowie, więc nie zatrzymywał się na długo. Gdy tylko udało mu się odzyskać swoją własność - i jeśli nikt nie oponował tak, że zamiary Torka mogłyby ulec zmianie - ruszył, kierując się wzdłuż rzeczki dość szybkim truchtem. Przy okazji napełnił też bukłak z powrotem, po czym ponownie przywiązał go do pasa. Odkrywając nowy ląd wciąż rozglądał się i nasłuchiwał za niebezpieczeństwem - choć fakt faktem, było tu dość specyficznie pusto. To jednak nie oznaczało, że było bezpiecznie. 
16.10.2015, 18:02
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wybrzeże
#7

Bezskum z tego co pamiętał, nie był najsmaczniejszym ziołem. Teraz kiedy był w dodatku przemoknięty, wcale nie poprawiało to walorów smakowych. Kiedy już miał wrażenie, że zupełnie nie zadziała, ból zaczął delikatnie ustępować. Nadal z barku i boku tętniły oznaki poparzenia, jednak zamiast fal bólu do Mistyka docierały wyłącznie dziwne uczucia mrowienia. Pomogło to na tyle, aby mógł się poruszać nieco swobodniej.
W między czasie wyprzedził go Tork, który wydawał się być w doskonałej formie fizycznej. Najwyraźniej jego dobrze zbudowane ciało nie było wyłącznie efektem przypadku. Ra'Shad zaczynał doceniać tego człowieka. 
Przy rzeczce musiał odpocząć, bo chyba nieco przecenił swoje siły na ten, wydawałoby się, krótki spacer. Kiedy jednak zebrał w sobie drugą porcję energii, ruszył w stronę zgromadzenia. Tam jak się okazało, Tork przejął inicjatywę, sugerując rozwiązania. Rzecz jasna, utalentowani wojownicy wyruszą na zwiad, a to właśnie rzecz, której potrzebują. Karłowate krzaczki i nieliczne drzewa, to raczej marne schronienie. Może osłonią przed częścią słońca, jednak przed chłodem nocy już nie.
Zmęczenie nadal kołowało nieco umysł Mistyka, jednak i tak był w dużo lepszym stanie, niż obecna tutaj Lisa. Mimo to, część komend, tudzież sugestii, wypowiadanych przez rosłego wojownika, jakby uciekała mu, aby powrócić po chwili ze zrozumieniem. 
Ze zdziwieniem musiał przyznać rację łowcy, kiedy wspomniał o przypływie. Było to bardzo prawdopodobne, co oznaczało, że byli zmuszeni się przenieść dalej. Plaża nie zapewni im żadnego schronienia. Nawet jak na złość, Mistyk przypomniał sobie fragmenty jakichś traktatów o demonach nękających kraj pustyni. Lokowanie się nad wodą nie było najlepszym pomysłem nawet pod tym względem, bowiem podobno każdy odrębny żywioł, przyciągał sobą odrębne gatunki wyklętych. 
Znajdowali się na granicy przynajmniej trzech z żywiołów.
Po chwili umysł nożownika ponownie zbłądził na manowce, zapatrzył się pustym wzrokiem na woreczek przemokniętych ziół które trzymał w ręce.
Tork zabrał swój bukłak i wyruszył na zwiad. Przed odejściem jeszcze wypowiedział kilka ciepłych słów w stronę Lisy. Ra'Shad nie przypuszczał, że w tak krótkim czasie Lisa zdobędzie lojalność wojownika. Być może trudno było zrozumieć ten fakt Mistykowi, który już dawno temu zarzucił starania zaufania komukolwiek. Był z charakteru pragmatykiem, racjonalistą i człowiekiem, któremu daleko było do zbędnej uczuciowości. 
Dlatego teraz przysiadł przy Lisie i Cohenie nie z oddania, a z czystej kalkulacji. Potrzebował Panny Mataraci, potrzebował jej w tym obcym świecie jako jedynego klucza do jego bram. Była dla niego jedyną okazją na szybki start i wzbogacenie się, a on był dla niej jak złote ziarno z którego potem będzie zbierać złote owoce.
Dlatego też spojrzał na Cohena i zaczął rwać listki Ard na bardzo drobne kawałeczki, podając część z nich najemnikowi.
- Wpływają na odporność. Nie dadzą natychmiastowego efektu, jednak nie pozwolą na pogorszenie stanu. Małe kawałki będą łatwiejsze do przeżucia i przełknięcia.
Bez słowa również odtroczył swój bukłak i położył w pobliżu. Tym samym dał znać, że mają wolną rękę aby korzystać z jego zawartości.
Sam mistyk natomiast oderwał dwa trzony grzybków barbando i przemógł się aby włożyć je do ust. Były jeszcze bardziej ohydne niż zjedzony wcześniej bezskum, jednak z tego co pamiętał ze swojej wiedzy, miały one właściwości lecznicze. Pewnie nie uzdrowi to ramienia, jednak powinny wspomóc gojenie się ran. Pamiętął aby unikać jedzenia kapeluszów, gdyż w przeciwieństwie do trzonów, miały one silne właściwości halucynogenne. A to była ostatnia rzecz której teraz potrzebowali. Rozdał resztę przemokłych liści Ard, samemu również przegryzając je i przeżuwając. Nawet jeśli nie pomogą im w znaczący sposób, to na pewno nie zaszkodzą. A tym wypadku profilaktyczne ziołolecznictwo było lepsze niż wyrzucenie ziela na stracenie.
Korzystając z okazji wytłumaczył Cohenowi również jak działają skromne zasoby ziół, które Ra'Shad posiadał. Jeżeli w tym momencie był przy nich Zervast, z nim również dzielił się tą wiedzą.
Nożownik udostępni kolejne łodygi grzybków najemnikowi, jeżeli ten zdecyduje się wspomóc nimi Lisę, choć kowal nie do końca wiedział, czy mogłyby w znaczący sposób pomóc.
Jako mistyk podejrzewał co mogłoby nieco postawić Panią Mataraci na nogi, gdyby otrzymała nieco energii magicznej. Ra'Shad wolał jednak nie ryzykować, nie znał się na magicznym rytuale, był samoukiem jeśli chodzi o wykorzystanie zdolności. Poza tym... jego mana była przeklęta i podejrzewał, że mógłby tylko zaszkodzić.
W oczekiwaniu na powrót zwiadu, starał się dopomagać Cohenowi w przywróceniu Lisy na nogi, a w wolnych chwilach uważniej przyjrzał się nowemu pierścieniowi, który ukształtował się na jego palcu. Podobnie jak jego wcześniejszy sygnet, był on bez wyrazu. Prosty, nie świecący żadnym kolorem szlachetnego metalu, nie przyozdobiony żadnym kamieniem. Co jakiś czas jednak Mistyk czuł pulsującą od niego energię, która dodawała mu magicznych sił.
Zupełnie inaczej zachowywał się medalion na jego szyi. Ten był idealnie okrągły, ciemny z prostym wzorem gałęzi cierniowej. W przypadku tej biżuterii, Ra'Shad czuł jakby gromadziła w sobie dodatkową moc, czekającą na jej użycie.
Poprzednia noc obfitowała w wiele dziwnych przypadków, jednak te dwie rzeczy, wydawały się ukształtować ze słowa magii. I to nie słowa wypowiedzianego przez Mistyka. 
18.10.2015, 18:35
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wybrzeże
#8

Nikt nie wygląda jakoś spektakularnie dobrze - myślałem, przeszukując drugie już ciało. Żaden z nich nie miał przy sobie zbyt wiele. Zresztą, nie ma się czemu dziwić - woda potrafiła błyskawicznie wyrwać z objęć każdy skarb, nieważnie jak pilnie strzeżony.
Mechaniczne wykonywanie tych samych czynności nie było zbyt zajmujące i pozwalało myślom wędrować, więc zacząłem rozważać naszą pozycję - jesteśmy na pustyni, w jakimś nieznanym miejscu, które równie dobrze może być już terenem, na którym pojawiają się demony. Ja, Tork, Cohen i Azaratczycy możemy w razie czego bronić naszego obozu, o ile takowy rozłożymy. No, Cohen może chcieć zostać przy Lisie, aby jej bronić. Czyli czterech albo pięciu wojowników. Demony mogą zaatakować nas właściwie zewsząd - z powietrza, wody, albo głębi pustyni. Nie wytrzymamy. Musimy znaleźć jakąś kryjówkę - najlepiej jamę, albo chociaż kilka głazów - która pozwoli nam łatwiej się obronić, wtedy nie musielibyśmy wystawiać wszystkich na warcie. Jeśli uda nam się to pierwsze, to dwie osoby powinny w zupełności wystarczyć, jeśli to drugie, to może chociaż jeden z nas mógłby odpoczywać.
W dodatku nie wiadomo jak jest z Lisą - jeśli okaże się, że umrze, to razem z Ra'Shadem zostaniemy z trójką - albo nawet czwórką mężczyzn, w zależności od tego, jak zachowa się Tork - którzy mogą chcieć nas zabić, aby zwiększyć swoje szanse na przeżycie. A nawet jeśli nie chcieliby zabić nożownika - w końcu Mataraci nie zabrała go ze sobą bez powodu, z jego umiejętnościami jest żyłą złota - to na pewno zabiliby mnie, bo nie byłbym im potrzebny. W moim interesie jest to, żeby utrzymać ją przy życiu, bo to ona łączy tę grupkę w całość, a nie zbieraninę facetów zdolnych rzucić się sobie do gardeł.
No i musimy mieć na tyle czasu, żeby przed zapadnięciem zmroku Ra'Shad zdążył nakreślić runy ochronne w taki sposób, aby nie zasypał ich pierwszy lepszy podmuch wiatru.
W zasadzie, to przemyślenia skończyły mi się mniej więcej w tym samym czasie co ciała do przeszukania. Tak jak przewidywałem, nie znalazłem zbyt wiele. Zabrałem ze sobą broń, jedzenie, bukłak i liście ziół, bo karty ani kości teraz nie bardzo nam się przydadzą. Zabranie ich kusiło mnie przez chwilę, ale jeden rzut oka na mój sfatygowany płaszcz i wiedziałem, że prędzej czy później je zgubię.
Rzuciłem ostatnie spojrzenie na moich niedawnych towarzyszy, teraz martwo unoszących się na falach. Gdybyśmy tylko mieli więcej czasu, to można by ich jakoś zakopać… Postanowiłem wyjść z wody i rozłożyć znaleziska na piasku, a potem sprawdzić, czy w bukłaku jest jakaś woda. Jeśli tak, to wezmę łyk, może dwa, w zależności od tego jak bardzo jest pełen i zaproponuję innym to, co zostanie. Jeśli będzie pusty, to pójdę napełnić go wodą w strumyku, z którego właśnie wrócił rzemieślnik.
Obejrzałem jeszcze tylko dokładnie znalezione bronie, chcąc dowiedzieć się co tak naprawdę ocalało, w jakim jest stanie i jak bardzo może się przydać. Gdy to robiłem Tork zaczął mówić. Musiałem przyznać mu rację - jego "propozycje" były bardzo przemyślane i na miejscu, poza tym poza mną i moim pracodawcą był chyba jedyną osobą, która przejawiała jakieś mocniejsze oznaki życia.
— Masz rację, sam o tym myślałem. Ale co do run, — postanowiłem wtrącić jedną uwagę — to według mnie powinniśmy przenieść się wgłąb pustyni, równolegle do rzeki, ale nie za blisko niej i tam już zacząć robić krąg, na wypadek gdybyśmy nie znaleźli żadnego miejsca, które bardziej by nam pasowało. Ra'Shad, jesteś w stanie przygotować nam schronienie pod tym względem? Cohen, czy ty albo któryś z nich — powiedziałem z myślą o ocalałych Azaratczykach, o których nie wiedziałem zbyt wiele — jesteście w stanie pomóc z runami? Jak tak, zostańcie tutaj, ale ja jednego chciałbym wziąć ze sobą na rekonesans, bo tak jak mówi Tork - będzie bezpieczniej.
Teraz pozostawało mi tylko czekać na to, co powie Cohen. Jeśli jednak nie będzie się on kwapił z odpowiedzią, zapytam się trzech ocalałych Azaratczyków o ich imiona, i o ich wiedzę o runach; na zwiad ze mną wybiorę tego, który będzie jak najmniej poszkodowany po tych wszystkich wydarzeniach, ale jednocześnie nie będę zabierał ze sobą kogoś, kto może pomóc tutaj, przy rysowaniu kręgu - lepiej, żebyśmy byli gotowi na taki obrót wydarzeń. Jeśli żaden z nich nie będzie chętny do pomocy, nie będę niepotrzebnie tracił czasu i ryzykował bójki, tylko wybiorę się na poszukiwania sam. Oczywiście, będę chciał zabrać znaleziony bukłak ze sobą, najlepiej gdyby był jak najbardziej pełen… — zrewidowałem jeszcze raz swoje plany. Wydaje się, że wszystko uwzględniłem…
20.10.2015, 19:44
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wybrzeże
#9

Kiedy Tygrys wyznaczył kolejne ich posunięcia, przyjmując nieformalnie pozycję lidera w grupce rozbitków, Cohen jeszcze przez dłuższy czas przyglądał mu się w głębokim zamyśleniu. Azaratczycy prychnęli pod nosem, jednak przybliżyli się do nich z wyraźnym zainteresowaniem. Nic nie mówili, jedynie kiwając głowami. Perspektywa podjęcia jakichkolwiek działań, które ponadto brzmiały racjonalnie i sensownie, tchnęła w nich więcej energii. Przy tym starannie omijali wzrokiem wynaturzoną, nieludzką rękę, którą Tork odsłonił jeszcze podczas ataku Aquer'tor'ela. W tym momencie można było bez przeszkód przyjrzeć się jej - pokryta czarnym futrem z czerwonymi pasami, paznokcie czarne, jak u bestii.
- Tak zrobimy - powiedział Cohen, po czym zwrócił się do swych załogantów. - Taner, pójdziesz z Zervastem. Wiecie, co robić. Wróćcie wszyscy najpóźniej za dwie godziny. Myślę, że wtedy panienka Lisa będzie w stanie iść o własnych siłach. Nie możemy tu długo zostawać.
Półprzytomna kobieta nic nie odpowiedziała na próbę pocieszenia. Jeszcze zanim Tork odebrał bukłak, by zabrać go z sobą, upiła solidny łyk. Jedyną reakcją, którą można było przypisać jako odzew, było nieznaczne drgnięcie kącików ust. Uniosły się nieznacznie w próbie uśmiechu.
Najemnik przyjął od rzemieślnika liście Ardu, dziękując. Od razu podetknął je Lisie, która powoli zaczęła je przeżuwać.
Na zapytanie Zervasta odnośnie imion pozostałych ocalałych, odpowiedział Taner stając obok łowcy i będąc gotowym do zwiadu. Jamil i Vural. Runy potrafił kreślić w podstawowym zakresie jedynie ten ostatni.

Tygrys:
Początek truchtu wzdłuż wąskiej wstęgi rzeczki nie należał do najprzyjemniejszych. Zmęczenie udzieliło się w mięśniach, które niechętnie podjęły wysiłek. Mimo to już po paru minutach uczucie bezsiły minęło. Słońce grzało w plecy. W zasięgu wzroku znajdowały się jedynie trawy i pojedyncze drzewa. Widok ten nie zmieniał się przez dłuższy czas. Dopiero po około godzinie dostrzegł coś, co wyglądało na drogę udeptaną przez koła wozów. Znajdowała się ponad pięćdziesiąt metrów przed nim. Na jej szlaku mógł także dostrzec coś, co wyglądało z daleka na psa posilającego się swą zdobyczą.

Ra'Shad:
Ci, którzy pozostali na plaży, nie byli rozmowni. Dwóch Azaratczyków siedziało osobno w cieniu drzew, zaś Cohen i Lisa, po dłuższych naleganiach najemnika, przenieśli się także do niewielkiego cienia. Kobieta niewiele dawała znaku życia przez dłuższy czas. Jej reakcje ograniczały się jedynie do powolnego otwierania oczu, drgnięć mięśni na twarzy, picia wody z bukłaku oraz przeżuwania listków Ardu. Dopiero po godzinie zmusiła się do przyjęcia pozycji siedzącej. Wyglądała nieco lepiej.
- Nie znam tego miejsca, ale podejrzewam w jakich rejonach wylądowaliśmy - powiedziała z wysiłkiem, spoglądając zarówno na Ra'Shada, jak i Cohena. - Nie możemy być daleko od Sohan. Trzeba będzie iść. Jeżeli jesteśmy tam, gdzie myślę, to prędzej znajdziemy karawanę niż natkniemy na statek handlowy.

Zervast:
Taner pokierował w drugą stronę. Podczas gdy Tygrys biegł truchtem wzdłuż rzeczki, Azaratczyk wybrał mniej przyjazne warunki z dala od wody pitnej. Mężczyzna nie mówił o niczym szczególnym prócz samego podsumowania ich beznadziejnej sytuacji oraz niewiarygodnego szczęścia. Kiedy po upływie prawie godziny Taner chciał zawracać, dochodząc do granicy pasma zieleni i wkraczając na niewielki obszar pustynny, zwiadowcy mogli dostrzec w oddali sylwetkę człowieka. Słaniającego się na nogach i powoli zmierzającego w ich stronę.

Ra'Shad - 108/127 many
05.11.2015, 22:58
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wybrzeże
#10

Nawet nie zwracałem szczególnej uwagi na rękę Torka; widziałem w życiu gorsze rzeczy, którymi naznaczeni - lub, w zależności od punktu widzenia: obdarzeni - byli ludzie. Więcej uwagi poświęciłem Vuralowi, próbując ocenić, na ile dobry jest w kreśleniu run. Chociaż niezależnie od tego jak dobry, raczej na pewno jest lepszy ode mnie…

Szliśmy, rozglądając się za czymś, co mogłoby posłużyć nam za schronienie w nocy. Niestety, wszystko, co nas otaczało, to gorąca pustka, pełna - co raczej niezbyt zaskakujące - niczego. Na początku byłem jeszcze skupiony na wpatrywaniu się w horyzont, ale z braku jakichkolwiek urozmaiceń, szybko przestało to być jakkolwiek interesujące; zamiast tego zdecydowałem się patrzeć, jak idę - mimo tego, że trawa była niska, zawsze mogło kryć się tam coś, co zechciałoby nas zaatakować, bo wątpiłem, aby ludzie często witali w te rejony.
Rozmowa z Tanerem nie była zbyt żywa - wymienialiśmy się tylko krótkimi odpowiedziami, odgradzanymi długimi chwilami ciszy, ale wydawało mi się, że nadal nie potrafi uwierzyć w to, co się stało na statku. Raczej nie było to dziwne, szczególnie, że mnie też co jakiś czas nachodziła myśl, że wszystkie te wydarzenia były naprawdę nieprawdopodobne.

Kiedy zauważyłem sylwetkę człowieka, poczułem na sobie ciężar dowodzenia - to ja powiedziałem, że chcę towarzysza i to ja powinienem mieć decydujący głos w tej dwójce.
Widziałem, że osoba, która się do nas zbliżała, słania się na nogach - zagrożenie z jej strony było raczej małe, chociaż musiałem wziąć jeszcze pod uwagę to, że udaje; wiedziałem, że to będę w stanie zauważyć dopiero wtedy, gdy będzie relatywnie blisko, ale i tak da nam to wystarczająco dużo czasu na przygotowanie się do walki albo ucieczkę. Poza tym, zawsze może okazać się, że to ktoś, kto może nam w jakiś sposób pomóc, albo - co bardzo mało prawdopodobne - członek załogi Iskry. Raczej nie będzie wskazać nam drogi ku jakimś siedliskom ludzkim, bo raczej szedłby w ich stronę, a nie na wybrzeże, ale może będzie wiedzieć gdzie mniej więcej się rozbiliśmy. W dodatku, jeśli będzie miał przy sobie jakieś zapasy, calkiem możliwe, że za okazję do spędzenia nocy w cieple ogniska, osłonięty runami, zdecyduje się nimi z nami podzielić.
No i w końcu może się okazać, że jedyne, co będzie od nas chciał, to łyk wody z bukłaka. Biorąc pod uwagę, że w godzinę udało nam się tutaj dojść, raczej będziemy w stanie bezproblemowo uzupełnić wodę w rzece, niedaleko której się obudziliśmy; na taką pomoc byłem jak najbardziej gotowy.
Spróbowałem ocenić, jak daleko od nas jest ten człowiek. Na pierwszy rzut oka wyglądało mi to na jakieś góra kilkanaście minut drogi, ale słyszałem kiedyś coś o tym, że pustynia i gorąca lubią płatać figle oczom, więc wolałem zapytać się o to mojego towarzysza.
– Jak myślisz, ile zajęłoby nam przejscie dzielącej nas drogi?
Czekałem na odpowiedź Tanera. Jeśli będzie to tyle, ile mniej więcej przewidywałem, mniej więcej do dwudziestu pięciu, trzydziestu minut szybkiego marszu, powiem mu, abyśmy przebyli ten dystans, uważając jednak na to, jakie intencje ma zbliżająca się postać, uzasadniając to tymi powodami, które przed chwilą przyszły mi na myśl. Jeśli czas ten będzie większy, postanowię, abyśmy zawrócili.
Byłem świadom, że w tym pierwszym przypadku możemy spóźnić się na wyznaczony przez Cohena czas, a także, że grupa nie będzie czekać w nieskończoność, ale wiedziałem też, że wyruszając postanowią zostawić się jakieś wyraźne znaki, wskazujące na kierunek, w którym wyruszyli; zawsze ja albo Taner będziemy mogli podjąć też próbę ocenienia kierunku ich marszu na podstawie pozostawionych śladów - w końcu każdy człowiek idąc zagina trawę, zostawia ślady na ziemi, a już w szczególności większa grupa, w której są słaniające się na nogach osoby.
18.11.2015, 21:44
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna