Wybrzeże
#11

Przenieśli się do cienia, aby choć na chwilę odetchnąć od palącego słońca. Dokuczało ono Nożownikowi , szczególnie ze względu na poparzenia. Póki działało znieczulenie, mógł być spokojny, miał jednak świadomość tego, że ten stan nie potrwa wiecznie, a stopniowo rosnący ból, powróci w końcu do swojego pierwotnego poziomu.
Jego towarzysze podróży udali się na zwiad, a Zervast zabrał ze sobą jednego z Azaratczyków. Tork natomiast wyruszył przeciwnym szlakiem, ale trudno było się o niego martwić. Swoją postawą budził respekt, a w dodatku ta zwierzęca łapa… Ra’Shad starał się nie oceniać wojownika, wiedział jednak, że należało mieć ograniczone zaufanie w stosunku do niego.
Tymczasem Lisa odzyskała przytomność na tyle, aby nie dość że rozeznać się w okolicy, to wypowiedzieć kilka zdań. Rzemieślnika nie zdziwiło zanadto, kiedy stwierdziła że nie zna tego miejsca, byłby wręcz zaskoczony, gdyby Panna Mataraci bywała kiedyś w tym zapomnianym zakątku świata. To co jednak nastrajało optymizmem, to fakt że była w stanie określić obszar. Mistyk miał w pamięci mapy krain, jednak nie były to szczegółowe rysy. Wiedział natomiast, że należałoby ruszyć na północ, a pewnie natrafią ostatecznie na trakt handlowy pomiędzy Azarat, Sohan i krainami za górami. Przypuszczenia Lisy pokrywały się z jego własnymi, ostatecznie zmierzali do Sohan, więc nie mogli się znajdować daleko od tego miasta. Problem stanowiła jednak sama była Pani Kapitan. Nie można było jej nieść, sama nie miała wystarczająco sił, aby podjąć się forsownego marszu.
Rzemieślnik rozejrzał się po najbliższej okolicy. Znajdowały się tutaj małe drzewa, pewnie można by odnaleźć odpowiedni budulec dla noszy. Wystarczyły dwie długie gałęzie, a za posłanie posłużyłby płaszcz Mistyka. I tak już na niewiele się teraz zdawał.
- Żeby się stąd ruszyć, będziemy musieli pociągnąć Lisę za sobą. Możemy użyć mojego płaszcza na wytworzenie noszy.
Podzielił się swoją opinią z Cohenem, który –jak miał nadzieję Ra’Shad – zaangażuje dwójkę Azaratczyków do pomocy. Nożownik nie zamierzał wydawać im rozkazów, wolał posłużyć się Najemnikiem, bądź samą Lisą o ile będzie wystarczająco przytomna.
Jeżeli odnajdą odpowiednie konary, Ra’Shad odda swój płaszcz. Problemem będzie jego zmontowanie z gałęziami , tutaj pośpieszy z pomocą magia mistyka. Wytworzy on kilka szpil z czarnego żelaza, którymi przytwierdzą materiał do drewna w taki sposób, aby przypominał łoże noszy.
Używając magii, wsadzi rękę do kieszeni i tam używając manipulacji ukształtuje szpile. Będzie to wyglądało tak, jakby ich po prostu szukał w ubraniu. Wolał nie wzbudzać jeszcze niepotrzebnych plotek wśród Azaratczyków. Póki co, o zdolności Rzemieślnika i jej wartości, wiedziała tylko Lisa. I wolał aby tak pozostało jak najdłużej.
Przed oddaniem płaszcza, wyciągnie jeszcze z jego kieszonek swój drobny ekwipunek i poumieszcza go w zakamarkach pozostałego ubioru. Po ściągnięciu wierzchniego okrycia, oczom pozostałych ukaże się biała koszula i szeroki pas. W pasie zatwierdzone jest pięć misternie zdobionych sztyletów, które zwykle skrzętnie były ukrywane pod połami płaszcza. To słynne Pióra ręki Ra’Shada, wykonane tym dokładniej, iż przeznaczone do prywatnego użytku rzemieślnika…
20.11.2015, 10:53
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wybrzeże
#12

Tork nie zaprzątał sobie głowy reakcjami innych. Miał dość konkretny charakter - co zaczął, miał zamiar skończyć, zwłaszcza w takiej sytuacji, jak teraz. Nie był mówcą, ale nie chciał pozostawać biernym osiłkiem od brudnej roboty. Tym bardziej, że kilku śniadoskórych jakby chciało wyrazić coś w rodzaju dezaprobaty, że akurat to Tygrys, a nie nikt inny, zajął się wydawaniem poleceń. Które sam właściwie traktował raczej jako rozsądne propozycje. Jednakże obiecał Lisie opiekę nad nią i statkiem. Może nie był jakimś rycerzem z honorowym kodeksem, ale danego słowa potrafił dotrzymać. Skoro statek przepadł, nie pozostało mu nic, poza ochroną jej, a choćby nie wiem co, samemu nic nie wskóra - zwłaszcza na pustyni, o której jego wiedza ogranicza się tylko do opowieści. Dlatego do priorytetów należało też wsparcie reszty grupy i zorganizowanie jej działań.
Parę prychnięć nie zdołało wyprowadzić go z równowagi i kontynuował mowę. Chociaż wiedział, że jest w załodze nowy i nie ma żadnej władzy, to jednak zirytowało go podejście Azaratczyków. Bo rzeczywiście, coś dawno nie był zdenerwowany. Cóż. Dumny lud z nich, jak słyszał wielokrotnie. Czasem nawet arogancki.
Zervast wtrącił i swoje dwa brązowe. Tygrys pomyślał i o takiej opcji, ale gdzieś mu umknęła, dlatego absolutnie nie miał żadnych uwag co do toku rozumowania towarzysza. Ra'Shad zdawał się być zagłębiony we własne przemyślenia.
Cohen przyglądał mu się dłuższą chwilę z zainteresowaniem. Wydawał się rozsądnie podchodzić do sytuacji i zaaprobował pomysły Torka. Usatysfakcjonowało to łowcę. Zdecydowanie. Uwielbiał uczucie, gdy ktoś potrafił go docenić. Może i jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale im więcej osób się do niego przekona, tym lepiej. Sam myślał nad tym wielokrotnie i całkiem świadomie dążył do bycia akceptowanym i szanowanym przez ogół społeczeństwa. Chociaż to raczej całkiem normalne.
Nie czuł się jednak zbyt dobrze przebywając długo wśród ludzi. Na statku nie mógł się odizolować i odpocząć, więc gdy tylko odebrał od Lisy bukłak, ruszył wzdłuż rzeki, ciesząc się na myśl o chwilowej wolności. Miał około dwóch godzin na zwiady, więc trochę czasu tam i z powrotem.
Początkowo trucht nie był najprzyjemniejszy, biorąc pod uwagę chociażby palące słońce. Najwidoczniej potrzebował jedynie rozruszania zesztywniałych mięśni i ścięgien, bo kilka minut później nie było już tak źle. Dodatkowo odrobinę chłodu uzyskiwał, korzystając z rzeki i co jakiś czas ochładzając się nią. Ćwicząc sam bieg, zwykle się obciążał albo specjalnie udziwniał treningi, by uzyskać jak najlepsze efekty. Można było więc to uznać za dzień nawet lżejszy, niż każdy inny. Obawiał się jednak, że do jutrzejszego poranka zbytnie zmęczenie może się naprawdę kiepsko na nim odbić. Dlatego mimo że przez długi czas nie pojawiał się przed nim żaden znak życia, nie zniechęcał się i nie próbował przyspieszać pod presją wyznaczonych mu dwóch godzin. Jeśli nic nie znajdzie, to trudno - przynajmniej zachowa siły na tę zniesławioną, pustynną Noc.
Licząc na to, że mniej-więcej wyczuwa upływ czasu - bo po pozycji słońca na niebie nie był w stanie go określić (choć może udałaby mu się ta sztuka, gdyby nie był na pustyni, gdzie położenie ognistej kuli różniło się od tego na wschodzie) - stwierdził, że za parę minut trzeba będzie zawracać. Tracąc już nadzieję na to, że znajdzie cokolwiek, przed oczami zamajaczył mu się jakiś podłużny kształt. Czyżby ścieżka? I rzeczywiście - wyglądało na to, że była tu utwardzona przejeżdżającymi tu powozami droga. To dobrze wróżyło, ale powrócić do "obozu" należało i tak. Zaniepokoił go jednak kształt majaczący się niedaleko. Wyglądał jak zwykły, choć dość duży pies. Chociaż mogło to być dziwne zjawisko gdzieś na pustyni. Łowieckie doświadczenie podpowiadało mu, że to może nie być zwykłe zwierzę. Ostrożność - że w pobliżu może być ich więcej. Z drugiej strony, gdyby polowały w grupach, najpewniej żarłyby teraz razem, chyba, że był to samiec alfa - bo nie było to dla Torka tajemnicą, że tacy bywają wśród zwierząt czy bestii - który ma prawo żreć jako pierwszy. Nie był jednak szczególnie ogromny, a przynajmniej nie na pierwszy rzut oka, więc raczej "alfą" nie był. Z początku Tygrys stwierdził, że dobrze będzie się wycofać - jeśli ten się nażre, najpewniej pójdzie gdzieś spać i nie będzie szukał innego pożywienia. Z drugiej strony, ciekawiła go zdobycz drapieżnika. Stanął przed dość trudną decyzją.
Nie podejmował jednak pochopnych decyzji - postanowił rozejrzeć się, by spróbować zauważyć oraz zapamiętać jak najwięcej szczegółów z tej lokacji. Zwracał uwagę zwłaszcza na ścieżkę, martwą naturę, kształt i szerokość rzeki i horyzont, choć, jeśli cokolwiek innego rzuciło mu się w oczy, również wziął to pod uwagę. Chciał jak najlepiej opisać to miejsce Lisie i Cohenowi. Przy dobrych wiatrach któreś z nich rozpozna to miejsce lub skojarzy, w którą stronę ścieżki lepiej się kierować. Co jakiś czas spoglądał też na zwierzę, jakie wcześniej zauważył, choć nasłuchiwał też za innymi. Z czystej ostrożności i gwoli bezpieczeństwa. Dopiero na sam koniec, gdy stwierdził, że już niczego ciekawego z otoczenia nie zapamięta, zaczął przyglądać się budowie czworonoga na szlaku oraz jego ofierze. Wciąż jednak nie zbliżał się. Nie chciał prowokować ataku. Nawet najedzone zwierzę mogło być skore do walki, jeśli uznało, że może być zagrożone. Z kolei sam Łowca nie chciał się zanadto męczyć, a wiedział, że walka nawet z najsłabszym przeciwnikiem może skończyć się źle nawet z taką zręcznością, siłą i refleksem, jakim dysponował. Wystarczył dosłownie pech albo moment nieuwagi - mrugnięcie dosłownie. Byłoby kiepsko, gdyby coś przeorało mu jakąś kończynę zębami albo pazurami.
Gdy już skończył obserwację, postanowił wycofać się. Nie odwracał się jednak od drapieżnika. Jako łowca wiedział o naturze zwierząt i bestii dość dużo. Między innymi to, że lubią zaskakiwać. A niektóre na przykład nigdy nie zaatakują od przodu. Póki widzą twarz ofiary i wiedzą, że ta je widzi - lub może zauważyć - najpewniej nawet się nie poruszą. Tygrys cofał się, zręcznie i szybko, tyłem, dalej wzdłuż rzeki. Co prawda dość często obracał się, chcąc sprawdzić, czy się czasem o coś nie wypieprzy (co było dość mało prawdopodobne, bo równowagę miał świetną, a i poruszanie się tyłem nie było dla niego czymś nienaturalnym) lub czy aby jakaś inna bestia nie zachodzi go od drugiej strony. Albo od boku.
Dopiero gdy oddalił się na jakieś dwieście, trzysta metrów odwrócił się, powracając do "zwykłego" truchtu, ale i tak co jakiś czas rozglądał się na boki i za siebie. Biegł mniej-więcej równym tempem do tego, co poprzednio, gdy dotarł do szlaku. Nie sądził, by nie wyrobił się z czasem, a nawet jeśli, to tragedii nie będzie, jeśli spóźni się dziesięć minut. Chyba.
20.11.2015, 21:13
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wybrzeże
#13

Zervast:
Zapytany Azaratczyk zmrużył oczy, oceniając odległość, jaka dzieliła ich od obcego.
- Jakieś czterysta, pięćset metrów, może więcej. Nie wygląda groźnie.
Był to dystans, który zdecydowanie mogli przebyć w mniej niż zakładane dwadzieścia pięć minut, toteż zwiadowcy ruszyli dalej. W miarę, jak przybliżali się, dostrzegali więcej szczegółów. Pomimo coraz wyższej temperatury powietrza, jak i ogólnego zmęczenia, nie ulegali żadnym fatamorganom. Wkrótce mogli rozpoznać w zataczającej się osobie młodego mężczyznę. Mógł mieć nie więcej niż dwadzieścia trzy lata. Szedł w ich kierunku, momentami robiąc zakola jak pijany. Dopiero gdy zwiadowcy znajdowali się od niego jakieś czterdzieści metrów, zauważyli, że młodzieniec był cały zakrwawiony. Wycieńczony, brudny od pustynnego piasku, w poszarpanych ubraniach, ledwo poruszał się. Równocześnie mogli dojść do wniosku, że cokolwiek go spotkało, musiało zdarzyć się w przeciągu ostatniego dnia, nie dłużej.
- Pomocy - wychrypiał, omal nie upadając i wyciągając dłoń przed siebie.

Ra'Shad:
Pomysł zrobienia noszy przy użyciu płaszcza rzemieślnika, został dobrze przyjęty. Ponieważ mistyk nie garnął się do szukania odpowiednich gałęzi, a panienka Lisa znacząco spojrzała na Cohena, ten postanowił zająć się tym, angażując także jednego z Azaratczyków. Podczas gdy szukano odpowiednio grubych gałęzi, aby nie były za ciężkie ani za cienkie, była pani kapitan skorzystała z okazji, aby uciąć sobie małą pogawędkę z Ra'Shadem.
- Jesteś bardzo kreatywnym człowiekiem. Cieszę się, że przeżyłeś. Przyda nam się ktoś taki jak ty. Wydajesz się jednak wyrachowany. Z pewnością doskonale zdajesz sobie sprawę, co najbardziej ci się opłaci.
Kobieta zamilkła na chwilę, ubierając w słowa własne przemyślenia.
- W nocy nadużyłam zbyt wiele mocy. Obawiam się, tak samo jak Cohen, że nie będę w stanie pomóc, jeżeli znowu będziemy w niebezpieczeństwie. Słyszałeś zapewne o chorobie związanej z nadużyciem many? Nie będę ryzykować. W każdym bądź razie, Ra'Shad, zmierzam do tego, że widziałam na statku, jak zginął Raghnall. Byłeś blisko niego, mogłeś temu zapobiec. Raghnall był moim towarzyszem, jedną z nielicznych zaufanych osób. Tak samo jak Cohen. Ta strata ubodła mnie. Nie będę wymagać na tobie lojalności, bo nie należysz do mojej załogi, czuję też, że nigdy bym jej nie uzyskała. Wiem po prostu, co mi się opłaca, a co tobie. - Zaczerpnęła głębszego oddechu, wyraźnie zmęczywszy się tak długim potokiem słów. Nie rozwijała swej poprzedniej myśli, pozwalając mistykowi na wysnucie własnych wniosków. Lisę było jeszcze stać na obrzucenie rozmówcę bystrym spojrzeniem. - Uważaj, kogo zechcesz zostawić za sobą.
Zaraz potem Cohen wrócił z dwoma odrąbanymi, dłuższymi gałęziami, które wcześniej także ogołocił z liści i cieńszych gałązek. Wkrótce przy pomocy Ra'Shada stworzyli nosze.

Tygrys:
Rozejrzenie się po okolicy, w próbie zapamiętania tego konkretnego miejsca, pozwoliło na dodanie parę nowych informacji: udeptana droga biegła od lewej strony równolegle, by zaraz zakręcić i dalej wskazywać kierunek wzdłuż rzeczki. Poza jednym zwierzęciem, które wcześniej wypatrzył, nie widział nic więcej. Wszędzie niska trawa, pojedyncze drzewa, cieniutka wstążka rzeczki.
Przyglądanie się samemu zwierzęciu i jej ofiary także dostarczyło nowych faktów - nie miał do czynienia ani ze zwykłym psem, ani ze zwykłym, zwierzęcym truchłem. Nawet z tej odległości Tygrys mógł dostrzec podwójne pary oczu, nienaturalnie długie kły wystające ze szczęk, od łba przez cały grzbiet, nachodząc na długi ogon, przebiegały w prostej linii kolce. Łapy miał silnie umięśnione, zakończone pazurami, które z łatwością rozorałyby gardło. Z daleka wyglądał na sporych rozmiarów psa. Kiedy bestia podniosła łeb, węsząc intensywnie, Tork dopiero wtedy dostrzegł, że to, czym się posilano, to człowiek. Rozwłóczone dookoła ofiary wnętrzności były aż zanadto rzucające się w oczy.
W planie łowcy było spokojne oddalenie się od tego miejsca, nie zwracając na siebie uwagi, lecz pech chciał, że niewinny, słaby wiaterek przeniósł jego zapach, zdradzając bestii jego obecność. Zwierzę oderwało się od posiłku, ruszając w stronę łowcy i konsekwentnie zmniejszając dystans. Kiedy pokonało już połowę dzielącego ich dystansu, dosłyszał w końcu warkot.


Ra'Shad - 102/127 many
01.12.2015, 20:01
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wybrzeże
#14

Okolica nie była szczególnie charakterystyczna, więc nie dało się też zapamiętać zbyt wielu punktów, które mogłyby dać pewne informacje czy chociaż przypuszczenia co do ich położenia. Nawet, jeśli chodziło o bardziej doświadczonych w tych ziemiach Azaratczyków. Oprócz zapamiętania kształtu i rodzaju ścieżki (co mogło dać pewne wskazówki co do ewentualnego położenia jakiejś osady ludzkiej w pobliżu), niewiele innych wniosków można było wysnuć.
Na pierwszy rzut oka stworzenie pożywiające się czymś w pewnej odległości od Torka nie wydawało się być niczym szczególnym. Łowca jednak przeczuwał, że jeśli to zwykłe zwierzę, nie mogłoby przeżyć zbyt długo w miejscu nawiedzanym co noc przez dzikie i krwiożercze monstra, owe legendarne demony. I rzeczywiście. To cholerstwo samo przypominało jakiś diabelski pomiot. Ogromne kły i pazury, kolce wzdłuż grzbietu i długiego ogona nie zwiastowały miłego spotkania. Fakt, że to coś pożywiało się człowiekiem, nie oszołomił Tygrysa. Właściwie, to go pocieszył. Ten człowiek musiał skądś się tu wziąć. Osada ludzka nie mogła być daleko - chyba że ten człek przejeżdżał tędy karawaną i został po prostu z niej wyrzucony, by bestia nie wszczęła pościgu. Zdarzały się przecież i gorsze potworności pośród ludzi.
Tylko, kurczę, jeden fakt rzeczywiście martwił. To wynaturzenie chyba wywęszyło Torka. Raczej. W innym wypadku chyba nie kierowałoby się w jego stronę.
Pierwsze, co zrobił, było szybkim rozejrzeniem się po najbliższej okolicy w poszukiwaniu jakiejkolwiek przewagi lub nierówności w terenie, które musiał uwzględnić, by nie dać się takowymi zaskoczyć w trakcie walki. Drugie - obrócony w stronę bestii, cofał się. Była daleko, ale to nie oznaczało, że miał długi czas do namysłu. Trzeba było wykorzystać jednak tyle, ile miał, by przygotować się przed walką jak najlepiej. Prawdopodobnie walczył kiedyś z podobnym stworzeniem. Różnica praktycznie z pewnością polegała na tym, że posiadał wtedy broń. I choć potrafił naprawdę solidnie przypierdolić, zaś jego refleks dość znacznie przewyższał nawet ten u innych łowców - którzy przecież z niego słynęli - to warto było mieć na uwadze, że coś takiego jest znacznie odporniejsze, silniejsze i zręczniejsze od zwykłych ludzi lub zwierząt.
Ucieczka raczej nie wchodziła w grę. Owszem, Tygrys mógł być jednym z najszybszych ludzi jacy w ogóle istnieją, ale przeciwko wynaturzonemu czworonogowi mogłoby być ciężko. Zwłaszcza, że to cholerstwo mogło dysponować też lepszą kondycją, co mogło być wyczynem dla człowieka, ale niezbyt wielkim dla takiego potwora.
Torkowi nie posiadającemu żadnej broni przychodził tylko jeden sposób do głowy. Nie zakładał on walki, ale natychmiastową eliminację przeciwnika - jak to zwykle "styl tygrysi" miał czynić. Sposób ten był dość zabójczo - i to dosłownie - skuteczny przeciwko bestiom, natomiast nie miał praktycznie żadnego zastosowania przy walce z ludźmi. Chodziło bowiem o wykorzystanie prędkości, jakiej zwykły człowiek nie mógł w biegu rozwinąć, oraz instynktu drapieżnika pojawiającego się u bestyj i mięsożernych zwierząt. Wspomniane czworonogi, widząc, że ich wybrana ofiara ucieka - zwrócona do nich plecami - gonią ją z jeszcze większą gorliwością i zapałem. Tak już po prostu mają i niejednokrotnie Łowca widywał takie przypadki, a co jakiś czas nawet obijało mu się coś takiego o uszy przy okazji rozmów z przyrodnikami. Wtedy właśnie monstra biegną najszybciej, jak tylko potrafią i gdy już nabierają pewności, że uda im się złapać ofiarę, pokonują ostatnie metry jednym susem, próbując obalić swój cel i go najzwyczajniej w świecie zagryźć.
Nazewnictwo nie miało wiele wspólnego z tygrysem, gdyż uderzenie, jakie Tork planował wyprowadzić, zwane było z prostych przyczyn "końskim kopnięciem". Wyglądało to tak, że wojownik podpierał się dłońmi o podłoże, tyłem do przeciwnika i ze zgiętych obu nóg wyprowadzał w odpowiednim momencie wierzgnięcie jedną ze swoich nóg. Technika jest rzadko wykorzystywana w walce w zwarciu z ludźmi z powodu pewnej ilości czasu potrzebnej do jej wyprowadzenia oraz tego, że zwykle ludzie zdołają w porę odskoczyć, ale kiedy się powodzi, jest dosłownie powalająca i zapierająca dech w piersiach. Można więc łatwo wyobrazić sobie dewastujące efekty, jakie spowodowałaby wyprowadzona przeciwko pędzącej bestii, która nie ma szans na unik w trakcie "lotu" po skoku na ofiarę.
- Zobaczmy, thornisynu, kto jest bardziej dziki. - wyszczerzył kły.
Obejrzał się prędko za siebie, oceniając warunki podłoża, zaczął też biec z dość dużą, choć nie największą szybkością, prowokując bestię do szybszego pościgu. Starał się ocenić najprawdopodobniejsze miejsce zwarcia. Był gotów przyspieszyć - lub nawet użyć specjalnie w tym celu techniki wspomagającej jego sprint, gdyby zaszła taka konieczność - by do punktu kulminacyjnego doszło w miejscu dość stabilnym, suchym, po prostu odpowiednim. Co i raz oglądał się za siebie, by na bieżąco mieć wgląd na sytuację i brać ewentualne poprawki na odległość od bestii. Póki jednak dzieliła ich dość spora odległość, patrzył głównie na drogę przed sobą, próbując ocenić ją jak najlepiej, by później, gdy potwór skróci dystans, patrzeć praktycznie tylko za siebie - by wyczuć moment skoku - ale nie zwalniając tempa.
Łowca, wyspecjalizowany w walce własnym ciałem, z mocarnymi nogami, świetnym refleksem i dwiema pomocnymi technikami, wykorzystującymi wiatr, by wspomóc jego i tak ponadprzeciętne zdolności. Jeśli komukolwiek mogło się coś takiego udać, to tylko jemu. W walce w zwarciu nie miał większych szans, gdyż czworonóg był raczej twardym sukinsynem i przez jego ogon oraz kolce na grzbiecie Tork miałby bardzo ograniczone możliwości. Zaplanowana egzekucja była chyba jedynym sposobem, by Tygrys wyszedł z życiem i, przy okazji, bez szwanku, jeśli wszystko pójdzie pięknie.
Jeśli monstrum wyskoczy w oczekiwanym momencie, Tygrys natychmiast wykorzysta technikę nazwaną Znieruchomieniem, by stanąć (niemalże jak w teatralnej "stop klatce") i błyskawicznie złożyć się do wykonania "końskiego kopnięcia". Dysponował zatem ciekawymi przewagami, które mało kto miał okazję zyskać - biegnąc z dużą prędkością i wykorzystując "znieruchomienie" mógł jednocześnie wykorzystać część impetu ciągnącego go do przodu przy zatrzymaniu, by jak najszybciej wykonać skłon, co oczywiście zrobił. Drugą przydatną rzeczą była jego potworna łapa, o nieco szerszych palcach. Dawała świetną przyczepność przy opieraniu się o nią i, choć nie wbijał pazurów zbyt głęboko w ziemię (bo przy tak silnym zderzeniu mogłyby się połamać, mimo że były wytrzymalsze od zwykłych paznokci), te również miały - lub mogły mieć - swój niewielki udział.
Gdyby wydarzyło się jednak coś na tyle nieoczekiwanego, że szanse na powodzenie tego sposobu drastycznie by zmalały, gotów był też użyć "znieruchomienia", by odbić się w bok i uniknąć ataku bestii. W ostateczności gotów był wykorzystać niedużą wersję "przeniknięcia", by znaleźć się za nią.
01.12.2015, 21:48
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wybrzeże
#15

Obserwował przez chwilę jak Cohen oraz jeden z Azaratczyków, przeszukują okolicę. Kiedy skupiał na nich część swojej uwagi, do uszu Ra’Shada dotarł słaby głos Lisy. Nie oznaczało to, że ton jej wypowiedzi stracił cokolwiek na swojej pewności siebie. Dlatego też, każde wypowiadane zdanie, brzmiało nieco groteskowo.
Pierwszą wypowiedzią utrafiła samo sedno istoty Mistyka. Był człowiekiem pragmatycznym, nie wiązał się uczuciowo czy sentymentalnie. Po prostu podejmował decyzje praktyczne i wyrachowane, jak wspomniała jego pracodawczyni. Nastała chwila ciszy, której rzemieślnik nie przerywał. Nie czuł takiej potrzeby, nie było nic do dodania w tej kwestii. Dlatego też może Lisa zdecydowała się znacznie rozwinąć swoją wypowiedź, nawiązując do wydarzeń ubiegłej nocy.
Jako człowiek władający mocą, był świadomy jej ograniczeń. Obeznał się z wieloma woluminami dotyczącymi magii jako takiej, istoty istnienia, filozoficznych rozpraw o manie i siłach duchowych tudzież życiowych. To jednak nie było głównym tematem rozmowy. Lisa wspomniała poległego wojownika i oskarżyła Mistyka o jego śmierć. Problem tkwił w tym, że Ra’Shad zupełnie nie poczuwał się do winy. W zasadzie nie czuł żadnych zobowiązań w kierunku poległego Azartczyka. Znał go krótko.
Czego nie można było powiedzieć o relacjach między nim, a Lisą, co też wynikało z jej wypowiedzi. Jej podsumowanie wydawało się gorzkie, jednak idealnie opisywało relacje jakie mogą nawiązać między sobą. Ra’Shad jednak nie powstrzymał się od skomentowania jednej rzeczy. Patrząc na horyzont, gdzie niebo dotykało morza, odpowiedział spokojnie Lisie:
- Dobrze go znałaś. Wiesz zatem, że nie mogłem temu zapobiec.
Wiedział, że Pani Kapitan zrozumie. Raghnall rwał się do walki już od pierwszych sekund. Nawet gdyby stanął między nim a smokiem, sprawiłby tylko, że śmierć poniosło by więcej osób. Jednocześnie nie zaprzeczał również, że ratował swoje życie. To było prawo natury, wola przetrwania. Czysta kalkulacja.
Spojrzał na kobietę i wytrzymał jej spojrzenie, rewanżując się równie inteligentnym błyskiem.
- Nic nie jest białe i czarne. Jestem jednak świadomy wartości kontraktów i osób których dotyczą.
Podkreślił ponownie, że Lisa jest dla niego cenna, dokładnie tak samo jak umowa między nimi. Między wierszami jednak zaznaczył, że kontrakt dotyczy Pani Kapitan i jego samego…
Nie powiedział nic więcej, ponieważ wrócił Cohen wraz z pomocnikiem. Przynieśli odpowiednio przygotowane konary, dlatego Ra’Shad przystąpił do dzieła. Jego lewe przedramię ponownie zaczynało pulsować bólem, dlatego przytwierdzał płaszcz za pomocą ostrzy, używając prawej ręki. Kiedy nosze było już gotowe, pozwolił innym na przeniesienie Lisy. Sam nie wychodził z tą inicjatywą, lecz jeśli został poproszony o pomoc, wykonał polecenie. Teraz musieli czekać na powrót zwiadu, aby określić kierunek marszu. Liczył, że wojownicy wrócą przed południem, aby jeszcze mieli czas dotrzeć do jakiegokolwiek schronienia przed zapadnięciem zmroku.
02.12.2015, 10:27
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wybrzeże
#16

Zbliżając się do młodzieńca jeszcze raz rozejrzałem się i oceniłem sytuację; nic nie wskazywało na to, że coś nas zaskoczy, ale zdecydowałem się wyciągnąć nóż i ukryć go w lewej dłoni. Miałem świadomość tego, że sposób w jaki go trzymałem nie będzie zbyt poręczny podczas walki, ale biorąc pod uwagę mój refleks łowcy, byłem pewien że uda mi się zatrzymać w ten sposób choć jeden cios; potem wykonam kontratak - nożem, wcześniej zmieniając chwyt, albo mieczem - jednocześnie starając się doprowadzić do sytuacji, w której nasz - jak na razie całkowicie teoretyczny - przeciwnik znajdzie się między mną, a Vuralem.
Rozważając też to, co może się stać, po raz kolejny spojrzałem w jaki sposób idzie Azaratczyk - miałem nadzieję, że zrozumie moje intencje i skieruje się delikatnie w prawo, tym samym ustawiając nas po bokach młodzieńca.
–Co się stało? – zapytałem, kiedy byliśmy kilka metrów bliżej, starając się, żeby mój głos brzmiał jak najbardziej naturalnie i neutralnie. Zdawałem sobie sprawę z tego, że mój krok był nazbyt sprężysty jak na zwykłego człowieka i bez problemu można było po mnie poznać wojownika, a nie sądziłem, aby mój towarzysz różnił się zbytnio ode mnie pod tym względem - w końcu był Azaratczykiem, wyćwiczonym w walce. Nie chciałem odstraszyć kogoś, kto mógł być jedynym źródłem informacji o okolicy.
02.12.2015, 20:22
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wybrzeże
#17

Tygrys:
Bestia warknęła agresywniej, napinając mięśnie i przyspieszając. Obserwowała Torka przez kilka sekund, by zaraz rzucić się za nim w pościgu. Sprowokowawszy przeciwnika, Tygrys dalej postępował według planu. Będąc początkowo znacznie oddalonym od zwierzęcia, nie został zmuszony do użycia drugiej techniki przyspieszającej. Mimo to słyszał i widział, że jest coraz bliżej i jeszcze trochę, a dopadnie go.
Wyczuwając odpowiedni moment, wykonał zakładany, nieoczekiwany atak, wytracając przy tym prędkość. Nie mierząc dokładnie, nie mając przy tym aż tak wiele czasu kopnął bestię w bark, aż zaskowyczała. Niestety nie usłyszał przy tym żadnego chrzęstu łamanych kości, ponieważ samo kopnięcie nie wyszło tak silnie jak zaplanował. Przy tym Tygrys odczuł nocną walkę o przetrwanie, gdy nabyte siniaki przypomniały o sobie krótkim, rwanym bólem.
Zwierzę zostało jedynie odepchnięte na ledwo dwa metry, nieco otumaniając, lecz nie na tyle, by od razu nie rzuciło się do ponownego ataku. Zanim łowca wrócił do stojącej pozycji, bestia ugryzła go w lewy półdupek. Kły rozcięły spodnie, zatapiając w skórze. Na szczęście dla Tygrysa ten pierwszy kęs nie był głęboki. Nawet w tej sytuacji, gdy ból ponownie go zaatakował, czuł, że ugryzienie było dość płytkie. W dodatku bestia nie oderwała mięsa od ciała, kiedy nieoczekiwanie oderwała się od niego, słusznie uważając, że w ten sposób nie zabije ruchomy obiekt. Odskoczyła na metr odległości, jakby przy okazji obawiając się, że ponownie zostanie kopnięta. Zaczęła okrążać łowcę z jego krwią ściekającą z pyska.

Ra'Shad:
Pani Kapitan jak najbardziej zrozumiała. Nie odpowiedziała jednak wprost, gdyż Cohen stał już obok nich i z pomocą rzemieślnika dokończyli prowizoryczne nosze.
Najemnik zdecydował się jeszcze nie przenosić Lisy. Kiedy wrócił do niej, aby sprawdzić jej stan, okazało się, że zasnęła. Zadowolony z tego faktu, podzielił się tym z Ra'Shadem, klepiąc się po kieszeniach i piersi, jakby dopiero teraz przyszło mu do głowy sprawdzenie, czy czegoś nie pogubił w morskiej toni.
- Dobrze, że śpi. Tak szybciej zregeneruje się. Mam przeczucie, że przyda nam się jeszcze jej pomoc.
Zaśmiał się krótko i ochryple, będąc przesadnie radosnym. Najwyraźniej Cohen w ich dość nieciekawej sytuacji dostrzegał jakieś pozytywy.
- Mówiliście wcześniej o runach. Obyśmy nie spotkali tutaj demonów. Nie za bardzo widzę, jak byśmy mieli się obronić przed nimi. Z Raghnallem byłoby inaczej, znał się na tym. Zresztą - wzruszył ramionami - w tych okolicach raczej nie powinniśmy natknąć się na nie. Bardziej martwiłyby mnie jakieś bestie.

Zervast:
Azaratczyk w lot pojął do czego zmierza łowca, toteż jedynie krótko i prawie niezauważalnie kiwnął w jego stronę głową, ustawiając się tak, aby obcy trafił pomiędzy nich. Młodzieniec nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że odbierany jest jako zagrożenie.
- Nasza karawana - wychrypiał, przystając przy nich i po raz kolejny omal nie przewracając się. Ciężko oparł dłonie o uda, zginając się w pół. Głośno wdychał powietrze, przetaczając ledwo przytomnym spojrzeniem po twarzach nieznajomych. - Bestie napadły na naszą karawanę. Uciekłem. Goniły mnie jeszcze długo, ale udało mi się.
Zaniósł się suchym kaszlem.
- Wody...

Ra'Shad - 104/132 many
Tygrys - 34/75 many
08.12.2015, 14:46
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wybrzeże
#18

Bestie. Czyli nie jesteśmy bezpieczni – pomyślałem. – Mam jedynie nadzieję, że nie chodzi o demony.
Na usta cisnęły mi się pytania o to, co wie o owych bestiach, ale intuicja podpowiadała, że w takim przypadku chłopak tylko niepotrzebnie się spłoszy. No bo jak to tak, zginęli ludzie, a on pyta się tylko o to co ich zabiło? Nie, zdecydowałem zacząć od innego tematu.
– Karawanę? Co robiliście w tym miejscu, tak daleko na wschodzie? – Nie miałem najmniejszego pojęcia co do tego gdzie jesteśmy, ani nawet nie mogłem próbować się domyślać, ale strzeliłem w ciemno; nawet jeśli przesadziłem, w obecnym stanie raczej tego nie wyłapie.
Wziąłem do ręki bukłak i zważyłem go. Spróbowałem ocenić, ile wody wypiliśmy, idąc aż do tego miejsca; miałem nadzieję, że mniej niż połowę, ale niezależnie od tego i tak chciałem dać się napić nieznajomemu. Jakiekolwiek informacje będą lepsze od żadnych, a godzina drogi nie będzie tak męcząca, żeby nie udała nam się ta droga, nawet biorąc pod uwagę coraz wyżej stojące słońce.
W międzyczasie, zacząłem myśleć o co powinienem zapytać. Skąd zaatakowały was bestie? Okrążyły kolumnę, wjechaliście na ich teren, czy może zastawiły pułapkę? – wiedziałem, że to jedno brzmiało niezbyt racjonalnie, ale zwierzę potrafi być znacznie inteligentniejsze, niż uważa człowiek. – Ile ich było? Miały jakąś przewagę liczebną?? Jak wyglądały? Ich ciała były zdrowe, czy udało ci się zauważyć jakieś blizny? Wyglądały podobnie do ziemi? W jaki sposób atakowały - gryzły, szarpały szponami, taranowały, albo robiły coś innego? Widziałeś na ich ciele jakiś pancerz? Futro? Czy tylko gołą skórę? Rzucały się po kilka na jedną osobę, czy rozbiegły się w tłumie i każda próbowała kogoś złapać? Goniły cię, szybko się poruszają? Kiedy to się stało? Próbowałem wymyślić coś jeszcze, ale i tak na większość pytań nie usłyszę odpowiedzi, albo będzie nią proste „Nie wiem”, „Nie pamiętam” albo „Nie przyglądałem się, uciekałem”.
Oczywiście, o ile chłopak nie straci przytomności, bo wtedy trzeba będzie nieść go całą drogę z powrotem.
08.12.2015, 19:55
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wybrzeże
#19

Lisa zasnęła ze zmęczenia. Najwyraźniej rozmowa była jeszcze dla niej sporym wysiłkiem. Ra’Shad nie dziwił się kobiecie, straciła ogromne pokłady sił magicznych. Cohen siedział tuż przy niej, ale wydawało się, że zaczął odpoczywać dopiero teraz. Najpierw gorączkowo przeklepał się po kieszeniach, jakby czegoś szukając, a może po prostu sprawdzał czy nie pogubił czegoś na statku. Rzemieślnik nawet nie wiedział, czy Najemnik pływał w toni morskiej. Na statku widział go przy Lisie, zatem można podejrzewać, że to on wywalczył dla Pani Kapitan ostatnią szalupę. Mistyk nie miał tyle szczęścia i większość dobytku który miał ze sobą, po prostu przepadł w głębi. Nabrał respektu do istot jakimi są smoki i wiedział, że jest jednym z niewielu, którym udało się przeżyć takie spotkanie.
Z zamyślenia wyrwał go głos Cohena. Najemnik potwierdził myśli Rzemieślnika i cichą nadzieję, że Lisie uda się szybko stanąć na nogi. Potrzebował jej, a większe szanse na przeżycie mają ludzie mogący korzystać z własnych sił w pełni.
Na ochrypły śmiech Ra’Shad zareagował uniesieniem brwi. Jakoś trudno było mu uwierzyć, że był to wyraz dziwnej wesołości, a nie desperackiej rozpaczy. Właściwie to przeżyli katastrofę z czego powinni być niezwykle szczęśliwi. Z drugiej strony jednak, utknęli na pustkowiu bez konkretnej wiedzy gdzie dokładnie się znajdują i jak daleko im do najbliższego miasta. Czy lepiej zatem zginąć w paszczy smoka, czy powoli umierać z głodu i pragnienia?
Cohen wspomniał o runach oraz już jako druga osoba, poruszyła temat Raghnalla. Wyglądało na to, że w tym gronie, tylko Mistyk nie nawykł do nawiązywania trwalszych więzi międzyludzkich. Nic na to nie poradzi, wada charakteru i wpływ doświadczeń życiowych. Nikt nie zna jego historii, jednak zabliźnione pręgi na plecach, ukryte w tej chwili pod koszulą, pewnie co nieco by dopowiedziały uważnemu obserwatorowi.
Minęła chwila od wypowiedzi Najemnika, a Dowarakhr postanowił się jednak do niej ustosunkować, odpowiadając swym nieco filozoficznym tonem:
- Z demonami możemy poradzić sobie, tworząc szczelny krąg runiczny, przeciwko bestiom mamy kilku doświadczonych wojowników. Demony wychodząc z otchłani, pragną tylko zabijać. Bestie polują dla pożywienia lub chroniąc swoje terytorium. W obu przypadkach można się spodziewać tego, co nadchodzi. Nie tego się najbardziej obawiam Panie Cohen. Ja obawiam się ludzi.
Tak, to właśnie ludziom nie należy ufać. Miły błysk w oku, szczery błysk uśmiechu, a na końcu błysk ostrza tuż przy oku. Często człowiek nie może ufać nawet sobie…
Ra’Shad również postanowił odpocząć solidniej. Nie przysnął jak Lisa, ale oparł się wygodniej o pień małego drzewka i rozciągnął nogi. Zanim nie wróci zwiad, miał chwilę na relaks. Czuł jak przybywa mu nieco siły i starał się ignorować tępy ból w lewym ramieniu. Odpoczynek powinien mu również zapewnić nieco szybszy przypływ energii magicznej…
11.12.2015, 12:37
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wybrzeże
#20

Zrządzenie losu pokarało Torka - przeprowadzone uderzenie, dość szczegółowo zaplanowało, przydało mu się zupełnie na nic i nie wyrządziło żadnej krzywdy bestii. Ból prawie całego ciała nie był szczególnie silny i nie przeszkadzał - to zwykła reakcja organizmu, żadne z takich siniaków uszkodzenia. Mogły być uciążliwe, ale nie dla wojownika i nie w trakcie walki. W tym momencie pożałował, że nie zaczął zbliżać się do poprzedniego położenia potwora - może przy rozszarpywanych zwłokach znalazłby coś ostrego. Ale teraz był za daleko.
Akcja była zaplanowana, zaś Tygrys sam wiedział, że najlepiej sobie radzi w improwizacji. Mimo to był niemal pewny, że cios, jaki właśnie zadał, był najsilniejszym, jaki mógł wykorzystać w takich warunkach. Skoro to nie przyniosło skutku, to najpewniej nic nie przyniesie - łowca raczej nie polegał na chwytach, dźwigniach, obracaniu siły przeciwnika przeciwko niemu, lecz na niepospolicie brutalnym mordobiciu. Skoro to cholerstwo było tak zręczne, szanse na przeżycie wydają się być bliskie zeru.
Ale podobna myśl nawet nie przemknęła mu przez głowę. Teraz był w zwarciu i działał instynktownie. Obrócił się do stwora i odskoczył, również na odległość około metra. Stanął w stabilnej pozycji, szeroko na ugiętych nogach, lekko pochylając się i demonstrując zaciśniętą prawą pięść i otwartą, lewą łapę - jakby miały one zniechęcić czworonoga do ataku.
Jakby to ująć, cierpiał aktualnie na ból dupy - i to w sensie dość dosłownym. Rana nie była głęboka, mięśnie nie były raczej uszkodzone, więc nie przeszkadzało mu to w walce. Nie zmienia to faktu, że nawet jeśli jakimś sposobem uda się pozbyć bestii, zapewne lewy półdupek odpadnie mu z powodu jakiejś paskudnej choroby. A później cała reszta.
Zapomniał o całym świecie zewnętrznym, o problemach, o celach. Tylko on, to "coś" i najbliższe otoczenie, mogące dawać jakieś przewagi w walce. To jednak nie było ciasne pomieszczenie - to były pustkowia, a w takich miejscach raczej nie ma ścian, od których można by się odbić albo przygwoździć do nich przeciwnika.
To było właśnie piękne. Nie musiał przejmować się posiadaną bronią, jej zaletami i wykorzystaniem. Walczył sobą, a swoje ciało potrafił kontrolować całkiem nieźle - choć gorzej szło mu w mniej fizycznych aspektach.
Obnażył kły. Miał wąskie źrenice, szerokie nozdrza i paskudny grymas na twarzy. Obserwował wroga i ani myślał atakować. Był jak lustrzane odbicie swojego przeciwnika - obchodzili się wokół punktu, wyznaczając ruchem okrąg i patrzyli, oczekując ataku. Kto nie wytrzyma presji, zostanie uciszony i oberwie kontrą.
Oczekiwał, aż bestia skoczy na niego. Nie wątpił, że na tę odległość wciąż mogła z miejsca rzucić się na niego i jednym susem zmniejszyć dystans do zera. Zapewne rzuci mu się do gardła, jak to drapieżcy mają w zwyczaju, wystawiając łapy do chwytu. W takim wypadku uchyli się, kierując ciało nisko i w prawo, zaś lewą, tygrysią łapą odtrącając prawą kończynę bestii i wykonując skręt tułowia, próbował uderzyć ją zaciśniętą, prawą pięścią w brzuch jeszcze w trakcie jej lotu. Bez osłony w postaci żeber, a posiadając dość istotne do funkcjonowania organy, jest szansa, że znacząco osłabi to potwora na krótki czas. Liczyła się jednak każda przewaga. Pod koniec skrętu odbił się też lewą nogą, by nieco wzmocnić wykonywany cios oraz być przodem do wroga.
Gdyby jednak bestia postanowiła nie ryzykować skoku i walczyć nisko, Tork próbował zniechęcić ją do tego, cofając prawą nogę za siebie i odbijając się nią, wykonując niskiego kopniaka, nie celując w nic konkretnego - raczej w celu stłuczenia i odepchnięcia potwora, niż zadania mu poważnego ciosu (choć nie oznacza to, że włożył mniej siły).

//wybaczcie, że tak długo.
11.01.2016, 19:07
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna