Port
#11

MG

Dało się wyczuć, jak gęstnieje atmosfera, gdy słychać było brzęk srebrników, wpadających do sakwy Luthiena. Nieznacznie, ale jednak. Delikatne poruszenie zapanowało gdzieś blisko w kolejce, choć zdecydowanie mniejsze niż to, gdy Gemma torowała sobie drogę; ucichło też jakby prędzej, zupełnie, jakby ktoś nie chciał zdradzić przyczyn tego zdarzenia.
W międzyczasie młodszy skryba starał się w miarę sprawnie załatwiać formalności z dwójką niepiśmiennych. Zdawało się, że ci byli całkiem pojętni; prawdopodobnie nie zgłębili tajników alfabetu z innych pobudek, niż brak zdolności. Nie było więc szczególnych problemów, by dokończyć umowę. Wkrótce para Łowców była "wolna". W cudzysłowie, gdyż wciąż nie wiadomo było, jaki los zgotuje im kapitan statku, którego rozkazów zobowiązali się słuchać. Z drugiej strony, wydawało się, że każdy z taką samą dozą niepewności zauważał ten fragment, ale nikt nie śmiał polemizować. Skoro jednak wchodzący na okręt nie byli głupi, w przypadku przesadzenia z rozkazami ze strony tymczasowego przywódcy, prawdopodobnie to on skończy na dnie morza, a nie na odwrót. Mieli swego rodzaju przewagę.
Znajomi Szamani wkroczyli na pokład statku, zaś zaledwie kilka chwil później w ich ślady poszli strzelcy. Zarówno pierwszą, jak i drugą parę przywitał jakiś młodzik, opierający się o reling. Wyglądał na marynarza, choć jak na jego wiek, było to dość dziwne zjawisko. Wyglądał na piętnaście, może szesnaście lat.
- Hejże, witamy na pokładzie. Ale nie kręćcie się za bardzo, jak wszyscy już załadują swoje rzyci, będziemy mieli małą mowę powitalną. - mówił z zawadiackim uśmieszkiem podobną treść za każdym razem, gdy ktoś przekraczał kładkę.
Widocznie nikt jednak nie miał zamiaru uciekać gdzieś wgłąb statku. Gemma zajęła się sprawdzaniem cięciwy, Kaszt próbował wyciągnąć jakieś informacje, wsłuchując się w rozmowy najbliższych najemników - co nie przyniosło zresztą większych skutków, nikt chyba otwarcie nie zdradzałby jakichś podstępów - zaś Luthien z Athlauną znaleźli jakieś względnie spokojne miejsce, by sobie chwilę porozmawiać. Podobnie postępowała reszta ludzi na statku. Wymieniali się słowami, doglądali ekwipunku, niektórzy obserwowali otoczenie i nowych, nieznanych jeszcze kompanów. Trudno było powiedzieć, czy któryś z nich są niegodni zaufania, zaś przy najbliższej okazji przebiją się przez czyjeś plecy zimną stalą tylko po to, żeby zyskać jakąś drobną, a może nawet iluzoryczną przewagę. Część z nich miała rzeczywiście zakazane mordy, ale wygląd bywa mylący.
Kiedy wszyscy tak zajmowali się sobą i czas powoli im mijał, kolejka z minuty na minutę stawała się coraz to krótsza. Wkrótce jakieś pół tuzina chłopa zeszło do skrybów, by pomóc we wniesieniu wszystkich przedmiotów na pomoście, to jest biurka, jego zawartości, no i oczywiście zwojów podpisanych przez najemników i smoków przez nich zostawionych.
Wtedy to z kabiny, prowadzącej najpewniej gdzieś wgłąb okrętu, wyszedł jakiś oficjalnie ubrany mężczyzna. Czarne, krótko przystrzyżone włosy, tak samo jak zresztą broda; twarz, która niejednemu sztormowi stawiała czoła; blizna przebiegająca przez niemal całą twarz, bo od skroni, przez usta, po sam podbródek. Gdyby nie strój i reprezentacyjna postawa, łatwo byłoby go pomylić z jakimś piratem. Zwłaszcza, gdyby blizna biegła nieco bliżej oka. Wtedy pewnie ten mężczyzna nosiłby fantazyjną, czarną jak smoła przepaskę.
Jeśli o jego ubiór chodzi, miał na sobie czarną kamizelkę, spodnie i płaszcz, z granatowymi i złotymi wstawkami. Złote były głównie elementy metalowe, no i jakieś dwa ordery przypięte do piersi. Rapier u jego pasa też był całkiem interesująco ozdobiony.
- Bosman! - powiedział gwałtownie, niby nie krzycząc, a jednak jego głos był dobrze słyszalny dla każdego, kto nie był zbyt oddalony.
Chwilę później podszedł do niego inny mężczyzna, wysoki, dobrze zbudowany, z tatuażem kotwicy na obszernym przedramieniu. Kremowe spodnie i beret, brunatna kamizelka bez rękawów, kwadratowa szczęka. Wyglądał jak urodzony wojownik. Bardziej z typów bandziorów, niż szlachetnych rycerzy, ale cóż, na to, co w spadku dostaje się po ojcu czy matce, nie ma się za wielkiego wpływu.
- Tajest, kapitanie? - zapytał, po czym obaj ruszyli bliżej dziobu okrętu. Trudno było usłyszeć ich kolejne słowa: trzeba było być bez przerwy odpowiednio blisko, a sposób, w jaki szedł kapitan, powodował, że mowa była dość skutecznie zagłuszana przez stukot jego podbijanego drewnem obuwia. Niewyraźne głoski nie dawały szczególnych wskazówek. Zapewne jednak omawiali jakieś sprawy organizacyjne, odnośnie wypłynięcia z Lothil.
W końcu doszli na prawie sam koniec statku, na wzniesienie po dość krótkich schodach, niczym na jakąś scenę. Wymienili ostatnie zdania, zaś w międzyczasie sporo osób zaczęło gromadzić się wokół tej swego rodzaju ambony. Bo nie pozostawiało wątpliwości, że kapitan właśnie chciał zagadać do całej załogi. I rzeczywiście, nie minęła minuta, a czarnobrody zwrócił się do nowo przyjętych na statek.
- Witajcie! Mam na imię Jek, a to - wziął głęboki wdech i powoli rozwarł ramiona - jest Karmazynowa Lily. Jako kapitan tego okrętu wymagam od was absolutnego szacunku wobec tej panny, jak zresztą i wobec mnie, jako reprezentanta Teolii. Oznacza to, że nie życzę sobie żadnych awantur. Dokument, jaki podpisaliście, to poważna sprawa. Z tego co pamiętam, jest tam taki fragment, że w tym miejscu to ja stanowię prawo, a że zgadzam się z tym, jakie obowiązuje, nie powinno być szczególnie trudno się do niego tutaj dostosować. Co do wypełniania moich rozkazów, ten fragment znajduje się tylko ze względu na bezpieczeństwo wasze i Lily. Nie mam zamiaru was wykorzystywać, chociaż jeżeli któryś z was będzie chciał pomóc przy pracy, niech zgłosi się do bosmana. - rzekł i klepnął po plecach dryblasa z kwadratową szczęką, który stał obok niego. - Mamy pełną, sprawną załogę, ale i tak pewnie będzie coś do zrobienia, a jak któryś z was ma pusto w kieszeniach, to ma prostą drogę na odrobienie tych dziesięciu srebrniaków za wstęp. Jak macie jakieś pytania, do bosmana. Jestem trochę zajęty, ale w nagłych przypadkach niecierpiących zwłoki, można też od razu zawiadomić mnie. Moja kajuta znajduje się - wskazał otwartą dłonią na miejsce, z którego niedawno wyszedł - o tam. Schody, po zejściu pierwsze drzwi z prawej. Dalej jest długi korytarz i kajuty dwuosobowe. Jest też kilka większych, ale one są na samym końcu, zajęte przez naszą załogę. Dla was pozostają te mniejsze pokoje. W środku są szafki i osobna koja dla każdego. Na końcu korytarza kolejne schody, a za nimi mesa, po bokach spiżarnie i kuchnia. Będziemy tam schodzić rano, w południe i pod wieczór. Do innych pomieszczeń raczej odradzałbym wam zaglądać. Nie chcemy bałaganu. - rzekł, wzdychając i zatrzymując monolog na dłuższą chwilę, jakby chcąc zastanowić się, czy o czymś nie zapomniał. - To chyba już wszystko. Ewentualnie powiem w trakcie śniadania, które będzie mniej-więcej za godzinę. Do tego czasu możecie zapoznać się z innymi, zająć swoje kajuty, rozpakować się. Ogólnie, załatwcie swoje sprawunki, a za godzinę widzimy się w mesie. - zakończył, gwałtownym krokiem kierując się najpewniej do swojej kajuty, znikając z oczu wszystkich na pokładzie w zaledwie kilka sekund. Na miejscu został jednak bosman, opierając się o barierkę i przyglądając się załodze, próbując jakby ocenić, czy faktycznie nikt nie będzie sprawiał problemów.
Póki co, nikt nie zaczepiał obcych sobie ludzi, a przynajmniej na nic takiego nie wyglądało. Niektórzy zaczęli kierować się już w stronę przejścia na dół, ale też zaskakująco spora część pozostała na powierzchni. Większość tych ludzi była w małych, dwu-czteroosobowych grupkach, ale zdarzali się i samotnicy, którzy spoglądali gdzieś w horyzont. Chyba nie było nikogo nieuzbrojonego, z kolei wyposażenie najemników było dość oryginalne. Tarcze, włócznie, miecze, buławy, kiścienie, topory - trudno było powiedzieć, czy czegoś tej zgrai brakuje. W niektórych przypadkach pewnie ogłady, w innych - zdrowego rozsądku, ale po samym ekwipunku patrząc... całkiem różnorodnie.
05.07.2016, 22:19
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#12

Po wejściu na pokład Kaszta przywitał młody wyglądający na marynarza chłopak, jego wiek może szesnaście lat góra sprawiał że dla łowcy wydał się kimś w rodzaju chłopca okrętowego. Jak można było wywnioskować z jego przywitania czekała ich pogadanka.
Balista po usadowieniu się wygodnie zajął się podsłuchiwaniem co stojący przy nim najemnicy mają do powiedzenia. Ludzie sprawdzali sprzęt, rozmawiali o dupie marynie, znaczna liczba podobnie jak on obserwowała uważnie. Zawsze było ryzyko że znajdzie się jakaś osoba chcąca przybliżyć sobie wygraną kosztem innych. - Dobra konkurencja to jej brak albo trwałe kalectwo. - pomyślał Kaszt, co po niektórzy musieli właśnie tak myśleć.
Nie było to tak że Łowca nie wierzył w ludzi, ależ wierzył w końcu właśnie dla ludzi chciał wytępić te wszystkie paskudztwa ze świata... tylko że problem paskudztw nie kończył się tylko na potworach. W zasadzie kończył, na tym że co po niektórzy ludzie byli pierdolonymi potworami. Baliście jednak do tej pory nie zdarzyło się zabić człowieka, mordował bestię, polował. Zupełnie inną sprawą byli jednak ludzie. Nie był w końcu jakimś skurwysyńskim łowcą głów.
Część ludzi na pokładzie miała twarze sprawiające że kusznik nie miał najmniejszej ochoty im ufać. Nie zamierzał też działać przeciw nim, w końcu pozory mylą. Jeśli zabiłby niewinnego nigdy by sobie tego nie wybaczył. Z drugiej strony jego myśli postawiły zaraz ciekawy przeciwny argument. W końcu nie ma ludzi niewinnych. Są tylko różne poziomy winy. Kaszt orientując się na jaki tor schodzą jego myśli skupił się na podsłuchiwaniu. Kolejka malała a łowca ciągle nie zdobył żadnej informacji. W pewnej chwili sześciu chłopa pomogło skrybą wytarmosić ich dobytek na pokład. Przyciągnęło to uwagę Balisty, jak się okazało nie na długo.
Z wnętrza statku wyszedł bogato ubrany jegomość o czarnym zaroście i czarnych włosach. Tylko jego gęba tak jakoś nie wyglądała wspaniale, wielka blizna szpeciła. U boku miał wspaniały rapier, zapewne podoba broń sprawiła że facjata jegomościa wygląda jak wygląda. Wyglądał na osobę zaprawioną w żegludze, zapewne był to kapitan albo ktoś wysokiego szczebla. Dwa ordery potwierdzały domysły łowcy o wysokiej randze czarnobrodego. Balista nie znał się na nich wiedział tylko że posiadają je tylko ważne osobistości. Jego głos zabrzmiał wzywając bosmana. Ten wyglądał jak swój chłop. Podczas poprzednich podróży Kaszt poznał kilku takich. Wyglądali imponująco. Ich mięśnie wzbudzały podziw i szacunek tak samo jak doświadczenie. Nie było wątpliwości że gdyby chcieli to mordy obić by potrafili i to mocno prawie każdemu. Ubrany w kremowo brązowy strój bosmam znalazł się przy natychmiast przy wołającym tytułując go kapitanem.
Czyli jednak miałem rację pomyślał Kaszt, ach jakże to było odkrywcze.
Jegomoście wymienili kilka słów idąc w stronę dziobu. Gdy czarno brody już się tam znalazł rozpoczął swój monolog. Jego słowa poprawiły humor łowcy.
Szczególnie te o śniadaniu. Jego kiszki nie tolerowały takiego traktowania.
Ważne było też to że nie muszą zostać niczyją siłą roboczą. Słowa o możliwej pomocy załodze by odrobić wpisowe kusiły jednak niezmiernie. W końcu tyle obijania się nie wpływa dobrze na kondycję mięśni, no i na kondycje psychiczną też. Chyba umarłby z nudów na tej łajbie.
Z monologu wynikało też że kapitan zwie się Jek a kwatery są dwu osobowe. Biorąc pod uwagę że przeważały tu dwu i cztero osobowe grupki zorganizowane kusznik postanowił poczekać i zająć miejsce jakie mu zostanie. Perspektywa spania w łóżku już wystarczająco cieszyła go. Miejsce nie miało większego znaczenia. Grupki zostawały jednak na pokładzie ewidentnie myśląc podobnie. Choć zastanowił się gdyby ktoś mu zaproponował dzielenie kajuty nie odmówiłby, podobnie gdyby ktoś jeszcze nie miał swojej kajuty w kupie zawsze było raźniej i nic nie stało na przeszkodzie by zapytać. I tak i tak wychodziło na to że będzie musiał spać obok kogoś komu nie będzie mógł zaufać, a już na pewni nie od razu. Poznana wcześniej łuczniczka wydawała się osobą godną zaufania. Co szkodziło mu zapytać. Podszedł i niby od niechcenia zaproponował pakt o nieagresji. - Jeśli jaśnie pannie to nie przeszkadza, proponuje drobny układ cobyśmy cało wyszli ze statku i z kanałów. Jeśli panna nie poderżnie mi gardła ja nie zrobię tego samego. Kajuty tędy są dwu osobowe, tyś niepiśmienna stąd sądzę że nie masz tak w łbie nasrane jak miejscy motłoch który nigdy nie uświadczył prawdziwej bitki i najchętniej zdobyłby nagrodę podrzynając kompani gardziele. Tędy jak będzie łuczniczko? Pasuje ki układ? Całe gardełko za całe gardełko, wszyscy szczęśliwi. - Gdy już załatwił sprawy zakwaterowania razem z jego lokalizacją (Niezależnie jaki będzie wynik) przypomniał sobie o możliwej pracy. Dziesięć srebrnych smoków piechotą nie chodzi. Udał się do bosmana wypytać o jakiej pracy była mowa. Łowcy dzięki jego sile żadna praca fizyczna nie była straszna. Ba może nawet udało by mu się podczas rejsu nauczyć podstaw takielunku. Tak czy inaczej jeśli tylko warunki nie są skandaliczne zgadza się na pracę. Jeśli miało by być tragicznie zawsze można się wycofać. Kończył się czas i trzeba było ruszać na śniadanie. Łowcy aż ślinka ciekła na myśl o posiłku. Szybko starał się odnaleźć mesę podążając śladami innych byle tylko znaleźć coś do jedzenia.
06.07.2016, 02:06
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#13

- Myślę, a nawet wiedzę, że owszem - jest tu kilka grup. Choć nie wiem czy to dobrze czy nie... - Z jednej strony niby w grupie bezpieczniej, lecz z drugiej strony liczniejsze zbiorowisko narwańców sprzyjało nierozsądnym decyzjom. Zwłaszcza tym uzbrojonym w ostre narzędzia, przekonanych o swojej sile. Choć Luthien nie wiedział czy powinien w ten sposób oceniać innych. W końcu sam ostatnio wiele namieszał przez swoją nieroztropność. Aż mimochodem przyłożył swą dłoń do piersi, gdzie nosił bliznę po spotkaniu z Zabel.
- Na pewno przydałby nam się ktoś z siłą przebicia, heh... - No nie oszukujmy się, Lutien był jaki był i wątpił by mógł zagwarantować jej bezpieczeństwo i właściwie szaman uznał, że stąd propozycja Athlauny. Że boi się o siebie, gdyż Luthien sam by się bał gdyby był zmuszony na towarzystwo samego siebie podczas gdy zmierzałby w niebezpieczne rejony. - ...lecz, nie wiem czy to...bezpieczne, bo sama Pani przyzna...to znaczy...chodzi o to, że...o to, jak wyglądamy. Nie, że mam na myśli, że mizernie. Nie, że Pani, bo...ech...chodzi mi o to, że kto mógłby wykorzystać to, że go potrzebujemy tym bardziej, że nagroda nie jest mała i to właśnie ona ściąga tych...najemników. - Których nieco się bał. - A Pani postanowiła wyruszyć przez wzgląd na nagrodę?
07.07.2016, 18:34
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#14

Nie dowiedziała się niczego odkrywczego. Standardowe informacje od kapitana, który ze swoją aparycją mógł z powodzeniem występować w niejednej opowiastce marynistycznej.
- Bezpieczniej byłoby współpracować z kimś jeszcze, kto miałby łeb na karku i nie pozwalał sobie w kaszę dmuchać - rzekła powoli, w myślach przyznając, że taką osobą mógłby być jej przyjaciel Metheor. - Dwie rozsądne osoby mogą nie wystarczyć, ale pewnie masz rację. Zbyt mało obiecująco prezentujemy się. Oby nic nam się nie stało podczas tej podróży, bo gdy widzę tylu najemników dookoła, aż mnie ciarki przechodzą.
Oderwała wzrok od reszty podróżników, przenosząc go na Luthiena. Uśmiechnęła się nieznacznie.
- Można tak powiedzieć, że przez nagrodę. Mam jednak nadzieję natknąć się w Teolii na mojego dobrego znajomego. Interesuje mnie także sama sprawa. Wygląda dość obiecująco.
Athlauna dała znak Luthienowi, aby szedł razem z nią w poszukiwaniu jakiejś wolnej kajuty.
- Chodź póki jest szansa na zajęcie wolnej dwójki. Potem to już pozostaną pojedyncze miejsca dla maruderów.
Tak czy siak Athlauna schodzi pod pokład, starając się nie pchać ani jakoś specjalnie nie rzucać w oczy reszcie pasażerów.
08.07.2016, 00:29
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#15

Statek był pełen chciwych wyrostków, którzy byli zdolni nie cofnąć się przed niczym, by zdobyć nagrodę. Gemma uważała to za skrajnie głupie i w istocie śmieszne. Bo o ile rozumiała, co nimi kierowało, to nie sądziła, by gra była warta świeczki. W końcu czy warto było odbierać komuś życie dla kilkudziesięciu złotych smoków? Kwota nie była mała, ale też nie aż tak ogromna, by być ustawionym do końca życia. Przynajmniej nie z perspektywy łuczniczki, ona nie miała zamiaru nikogo zaszlachtować, a już szczególnie dla pieniędzy. Chyba, że ktoś próbowałby pozbyć się jej, tudzież wyprowadził ją z równowagi psychicznej, ale wtedy to jest zabójstwo w afekcie, nie dla zysku. A że jedno przyszłoby z drugim, to już inna sprawa. Jak dają, to trzeba brać. W końcu później zawsze można to coś wyrzucić.
Kiedy Gemma tak siedziała i udawała, że jest zajęta, wreszcie kapitan wyłonił się ze swojej kajuty. Zaczynała się powoli nudzić, toteż niewiele brakowało, by zaczęła myśleć na głos i dzielić się ze wszystkimi przemyśleniami na temat "jak grubą dupę musi mieć ten facet, skoro tyle zajmuje mu wytoczenie się z czeluści swojej izby". Całe szczęście zdążył przybyć zanim zaczęła narzekać, więc jeszcze nikt nie był świadomy jak niecierpliwą i nieznośną jest kobietą. Bo o ile w każdej przedstawicielce płci żeńskiej można było znaleźć zalążki takich cech, to u Gemm rozwinęły się one w pełnej okazałości. A może i nawet ponad to.
Słuchała kapitana jednym uchem, drugim zbierała wszystkie chamskie komentarze od typa parę kroków dalej, który opowiadał koledze, co by z nią robił w nocy. Już miała wstać i mu powiedzieć, że albo zamknie mordę, albo urwie mu łeb, a potem zmusi kolegę, by nasrał mu do szyi, ale chyba zrozumieli aluzję jaką było jej mordercze spojrzenie. Toteż skupiła się w pełni na słowach Jeka, wyjmując przy tym bukłak z rumem z czeluści plecaka. Kiedy usłyszała o tym, że proponuje im pracę na statku, to stwierdziła, że na pełnej trzeźwości nie zniesie tej podróży. Oczywiście narąbać się nie miała zamiaru, bo gdyby zatrzęsło statkiem, to ona wisiałaby na burcie, zwracając jedzenie z trzech ostatnich dni. A to jej najmniej ulubiona czynność.
W końcu pojawił się przed nią jegomość, który przepuścił ją w drodze na statek. Uśmiechnęła się na jego widok, w końcu naprawdę ciężko spotkać faceta, który na powitanie nie raczy ją komentarzem o jej cyckach. Tak miła odmiana sprawiała, że aż jej się cieplej robiło na duchu.
- Ze mnie żadna jaśnie panna! Jedyne co mnie łączy ze szlachciankami, to płeć! - rzuciła, śmiejąc się radośnie. Choć było to niezwykle uprzejme ze strony mężczyzny, to taka tytulatura była zupełnie niepotrzebna. Jedynie przeszkadzała w swobodnej komunikacji. - Zwę się Gemma i przy tym pozostańmy. A czy ja miastowa? Skąd! I mię to ogromnie raduje. bo ich porządek jest murami ogrodzony, więc ich mądrości jedynie tam może i co warte. - skwitowała, zgrzebując się powoli z podłogi. W końcu podniosła się, otrzepała tyłek, potem ręce i założyła na ramiona plecak. W jednej ręce dzierżyła łuk a w drugiej rum. Czyli Gemma w pełnej okazałości. - Z kolei podrzynaniem gardła się proszę nie frasować, bo ja nawet nie mam czym tego uczynić. Prędzej będę dusić, albo strzelać. Ale bez strachu. Ja tu jestem nie dla zysku, jeno dla satysfakcji, więc umowa stoi. Jestem lepszym kompanem niż jakikolwiek z tych obszczymurów wokoło. Nawet jeślim baba. - podsumowała ochoczo i klepnęła go z werwą w ramię. Nie wiedziała, czy zaskoczyła go jej siła, ale bynajmniej nie zrobiła tego lekko. Po tych słowach ruszyła w miejsce, w którym miały znajdować się kajuty i wybrała pierwszą lepszą, wnioskując, że wszystkie pewniakiem wyglądają tak samo. I tam też została, bo ona żadnej pracy na statku nie miała zamiaru się imać.


Gemma Theme Song
There's a reason she's alone - you can't pin her down
Because no one needs her home or needs her around








08.07.2016, 22:50
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#16

MG

Wszyscy w uwadze - mniejszej, czy większej - wysłuchali słów kapitana. Gdy na statku zapanowała wolność i duża część ludzi poszła zająć sobie kajuty, bosman zaczął rozporządzać stałą załogą, czyniąc przygotowania do wypłynięcia. Zanim zdążył się nagadać, podszedł do niego Kaszt, który najwidoczniej jako jedyny był zainteresowany pracą. A przynajmniej na tę chwilę - całkiem możliwe, że z czasem więcej osób przyjdzie do tego człeka, szukając jakiejś robótki dla siebie.
- A ty, Tomy... hm? - odwrócił się od młodego chłopaka, spoglądając na Łowcę, który go zagadnął. - Pracy szukasz, co? Dobrze słyszeć, chociaż chwilowo nic nie przychodzi mi do głowy. Z drugiej strony... hmh. - zastanowił się przez chwilę. - Słuchaj, zgłoś się może do kucharza. W pobliżu mesy jest kilka pomieszczeń, kilku marynarzy powinno krzątać się w tamtym miejscu. Śniadania często są trochę spóźnione, może ulżysz im trochę, a po robocie, jak będę miał chwilę, podejdę do kucharza właśnie i podpytam. Jak będzie zadowolony... no, zakładając, że ci cokolwiek każe robić, to parę srebrnych smoków powinieneś dostać. - uśmiechnął się dryblas. - Ale teraz wybacz, ale muszę pokierować ludźmi. Im wcześniej wyruszymy, tym lepiej. - zakończył i wrócił do wydawania poleceń.
Propozycja nie brzmiała źle. Praca w kuchni nie powinna być szczególnie męcząca, do śniadania była niecała godzina, a kilka srebrnych smoków za chwilę roboty to całkiem niezła wypłata.
Z kolei Gemma, nie mając wiele więcej do zrobienia, ruszyła w poszukiwaniu jakiejś kajuty dla siebie i, zgadawszy się uprzednio z kusznikiem, może i również dla niego. Choć kwestia tego, czy faktycznie będą mieszkać chwilowo w jednym miejscu, nie została w stu procentach rozjaśniona. To samo uczynili też Szamani, no i całkiem spora część pozostałych pasażerów statku.
Wkrótce tłum zmalał, dzięki czemu każdy miał szanse rozejrzeć się, co znajduje się pod pokładem. Spora część kajut była zajęta, przy czym łatwo było rozróżnić, która jest wolna, gdyż większość najemników zwyczajnie nie zamknęła za sobą drzwi. Mimo wszystko, Gemma bez większych problemów znalazła sobie miejsce do spania. Nieduża, ale o całkiem niezłych warunkach kajuta: dwie koje, dwie nieduże szafki, mogące także pełnić funkcje małego biurka. Był tu też świecznik o trzech ramionach formujących trójkąt, a w środku niego - szpikulec, na który nadziana była świeca. Tak samo, jak zresztą w każdym z ramion. Razem powinny zapewniać niezłe oświetlenie. Do jednego z ramion był doczepiony nieduży woreczek, najpewniej z krzesiwem.
W ślady Gemmy nie zdołali jeszcze pójść Athlauna i Luthien, gdyż ktoś ich zaczepił. Musieliby odwrócić się, by zobaczyć, z kim mają do czynienia.
- Eee, przepraszam... - zagadnął dość niepewnie męski, ochrypły głos. Brzmiał, jakby gardło z którego się wydobywał, było zdarte litrami alkoholu. Albo zwyczajnie przyzwyczajone do krzyków. Mimo to, od osobnika nie było jednak czuć żadnej nieprzyjemnej woni. - Ale ten, y, no. Niechcąco żem podsłuchał co nieco... - mówił, niezupełnie wiedząc, jak tu się z obcymi porozumieć. - i jak dobrze żem zrozumiał, to chyba szukacie jeszcze jakiegoś kompana, co? - uśmiechnął się, a właściwie rozszerzył usta, bo zębów to mu sporo brakowało. I wyglądałoby to dość komicznie, gdyby pozostałe nie były półżółkłe, a jego ciemny zarost i fryzura byłyby bardziej zadbane. Dość znacząca opalenizna i zmarszczki wizualnie go postarzały, choć gdyby się mu dłużej przyjrzeć, nie wyglądał na kogoś po, chociażby, czterdziestce. Szczerze mówiąc, przypominał trochę pijaka albo jakiegoś pospolitego bandziora. Wydawał się jednak mieć pokojowe zamiary. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, z jaką niepewnością zwracał się do nieznajomych, zamiast rozpychać się i rycząc "spierdalać, bo kajuty se szukam", czy jakąkolwiek podobną kwestię. Luthien nie dostrzegł u niego żadnej broni, za to było widać u boku średniej wielkości, drewnianą tarczę. Athlauna natomiast dostrzegła zwisającą mu za nogą kulę z niedużymi ćwiekami, z czego wywnioskować było można, że za pasem ma wetknięty kiścień. Zauważyła też niedużą rękojeść wetkniętą, z ostrzem najpewniej, w skórzany nagolennik. Można było wnioskować, że ma przy sobie więcej noży, ale chwilowo trudno było dostrzec więcej, zwłaszcza, że niewyraźne światło pochodni ledwo oświetlało tego człowieka.
Chodząca Balista, niezależnie od tego, czy poruszona wskazówkami bosmana, czy własnym głodem, wkrótce znalazła się w mesie. Zgodnie z opisem, krzątało się tu kilku osobników, a to rozstawiając misy, a to sztućce, to z kolei roznosząc pieczywo czy zaglądając do różnych pomieszczeń w znanych tylko sobie celach. Kuchnię łatwo było poznać, bo była najlepiej oświetlona z miejsc w pobliżu, była najbardziej uczęszczana, no i cały czas otwarta, w przeciwieństwie do innych pomieszczeń tutaj.
09.07.2016, 02:26
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#17

Luthien posłusznie zaczął podążać za Athlauną starając się to czynić w sposób podobnie zgrabny co ona sama. Warto zaznaczyć, ze przychodziło mu z różnym skutkiem, jednak nikomu krzywdy nie zrobił i specjalnie żywota nikomu nie utrudnił. W myślach ganił się w międzyczasie za swą nerwowość. Zapewne była ona w oczach kobiety postrzegana za coś śmiesznego no ale nic, przynajmniej mógł zapewnić jej odrobinę rozrywki...
- Tak...? - Zatrzymał się i równie niepewnie obrócił się w stronę człowieka, który go zaczepił. Potem wydał z siebie stłumione "Och", gdy zlustrował z kim ma do czynienia. Rozdziawił nieco usta, lecz w miarę, szybko się złapał na tym, że to nie grzeczne. Chrząknął więc porządkując swe myśli i szukając jakiegoś porozumiewawczego spojrzenia w oczach swej towarzyszki.
- Khm, proszę mi wybaczyć - zrobił pan na mnie wrażenie i tak, zgadza się, miło z pana strony, że wychodzi z taką propozycją, panie...?- Odwzajemnił w sposób równie ciepły uśmiech najemnika, jednocześnie gestem dłoni dając sygnał by się bardziej pochylił i przysunął coby nie stwarzać zawady dla innych poruszających się po statku. Sugerując też, by wyjawił we imię - Pan podróżuje am czy posiada jakichś jeszcze towarzyszy? - zagaił w sposób uprzejmy, bo wygląd dla Luhiena nie miał większego znaczenia. - I ma Pan jakie konkretne żądania, jeżeli byśmy się zgodzili zgodzimy...? - chodziło tu przede wszystkim o wynagrodzenie. Luthien nie miałby nawet nic przeciwko co do żadań mężczyzny w tej kwestii bo nie robił tego dla pieniędzy, jednak brał pod uwagę interes swojej towarzyszki.
11.07.2016, 22:15
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#18

MG

Nie widać było po obcym, bandzioropodobnym człeku, żadnych konkretnych emocji wywoływanych postawą czy słowami Luthiena. Wręcz przeciwnie, jego mimika zastygła na szpetnym uśmiechu i nie wydawała się w najbliższym czasie zmienić. Gdy Szaman zapytał, ekhm, ubogo wyglądającego człowieka o jego imię, ten przez dłuższą chwilę wpatrywał się z niezrozumieniem w twarz rozmówcy. Z jego twarzy nie schodził uśmiech. Kiwnął głową, jakby zachęcając do kontynuowania wypowiedzi, ale po jakimś czasie zorientował się, że była ona pytaniem.
- A, ze ja?... - zapytał, jakby nieprzyzwyczajony do podobnego rodzaju stylu wypowiedzi, ale i nazywania go "panem". Z jego wyglądem pewnie niemal zawsze określany był innymi epitetami, a czy słusznie, czy nie - cóż, nie wiadomo, póki co. - Na imię mam Balem. Nazwiska do tej pory nie znam, hehe. - rzekł, choć pod tym względem mogło nie być mu do śmiechu. Ale minę wciąż miał tę samą. Podał rękę do uściśnięcia, najpierw Luthienowi, później Athlaunie. Widać brakło mu obycia, ale z jego aparycją, tonem głosu i sposobem wysławiania się, chyba nikogo to nie dziwiło. - Sam się wybrałem, no i stąd szukam kolegów. I, ee, nie, nie myślałem w sumie o jakichś warunkach, ja tak żem tylko zagadał, coby se towarzystwo znaleźć. Nie żeby od razu się jakoś umawiać na współpracę, takie tam tylko. - wytłumaczył obszernie swe intencje.



No słuchajcie, moi mili.
Podpisując się pod rekrutacją w sesji, akceptujecie regulamin jej przebiegu, to chyba jasne. Myślałem, że wystarczająco podkreśliłem, jak liczą się dla mnie ramy czasowe na odpis, jakie wyznaczyłem. W tym wypadku mamy do czynienia z 72 godzinami na odpis, bo w wątku jest więcej, niż 3 osoby. Mam nadzieję, że wiecie, że w tym momencie naruszyliście ten punkt. Co więcej, to, że zasada określa czas jako 72 godziny, nie oznacza, że nie wolno wam odpisać szybciej. Wręcz przeciwnie, zaznaczyłem nawet w opisie sesji, że mile widziane byłyby częstsze odpisy, najlepiej codzienne. Wiadomo jednak, że nie dla każdego jest to możliwe: mamy naukę, mamy pracę, mamy pokemon go, mamy kłopoty w rodzinie lub z łączem internetowym. Stąd też trzykrotnie więcej, niż jeden dzień na odpis.
Ponadto to według waszej aktywności - jako istotnego z wielu innych czynników - potoczy się sesja, a zwłaszcza nagrody w trakcie i na końcu niej. I tu chodzi nie tylko o aktywność jednej osoby, ale i całej grupy. Bo wiecie, biorę pod uwagę nie tylko indywidualną grę, ale i zdolności do zgrania się z resztą grupy.
Stąd też mała wskazówka i może sprostowanie: akceptowaliście jako jedną z reguł te 72 godziny, więc się tego trzymajcie. Spróbujcie zgadać się z pozostałymi graczami, jeśli w jakiś sposób zależy wam na kolejce (nie ustalam, bo dla mnie nie jest istotne kto pisze pierwszy, ale może ktoś wolałby pisać najpierw lub drugi w kolejce), albo chociaż powiadomcie mnie w przypadku niemożności trzaśnięcia posta w wyznaczonym czasie. Bo wiecie, trochę wątpię, że trzy osoby w ciągu trzech dni nie miały absolutnie żadnej możliwości ani do napisania czterech zdań opisujących co postać robi, ani do napisania dwóch traktujących o braku możliwości sklecenia posta i ewentualnego podania powodu. Chociaż może się mylę, może rzeczywiście nie mieliście. W takim razie zapomnijcie o tym i wracajcie do gry czym prędzej c;
Cytat:W przypadku nie trzymania się tego limitu, gracz zostanie pominięty RAZ w ciągu całej sesji. Jeżeli uprzedzi mnie o chwilowej niemożności odpisu, dostanie ode mnie drugą szansę, ale tylko, jeśli go lubię i jeśli będę miał dobry humor
Biorąc powyższy cytat z regulaminu sesji pod uwagę, troje z was wykorzystało już swoją ostatnią szansę. Bo wiecie, troszkę mi napsuliście humoru aktywnością w ciągu tych ostatnich trzech dni.
Podsumowując. Jestem smutny i bardzo, bardzo zły. I trochę głodny, ale to nie wasza wina, więc za to wam się nie oberwie. Wracajcie do gry, jeśli chcecie - macie na to kolejne 72 godziny (zgodnie z regulaminem - jest to regularny odpis MG), ale oczywiście, jak mówiłem: miło byłoby zobaczyć wasze posty wcześniej. Pamiętajcie tylko, żeby nie przechodzić waszymi postaciami pod dużymi żyrandolami na cienkich linkach oraz omijać ciężkie i niestabilne przedmioty szerokim łukiem. Jeżeli nie chcecie wracać do gry - możecie mi to napisać lub nie, w zależności od tego, jak bardzo brutalnie i okrutnie chcecie wylecieć z sesji.
Pozdrawiam ani trochę nie serdecznie.
12.07.2016, 03:10
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#19

Balista z radością przystał na propozycję Gemmy, jej radosne podejście sprawiało że nie odczuwał wobec niej lęku. Cóż postanowił się dogadać. - Mnie zwą Kaszt, czasem też Balistą ale to widać powód. - zaśmiał się szczerze samemu przedstawiając się po tym gdy nieznajoma zdradziła swoje miano. Zdawała się być naprawdę porządną osobą. Szczególnie gdy wyraziła swoje zdanie an temat podrzynania gardeł. Pełną sympatię wzbudziły słowa że nie jest tu dla zysku tylko dla satysfakcji. - Zatem i ja postaram się być jak najlepszym kompanem, zaliż widzę więcej masz werwy niż większość z tu obecnych i siły. - powiedział po tym gdy ta klepnęła go po ramieniu. - Zdradzę zatem że i ja nie tyle dla zysku tu jestem co bardziej z chęci pozbawiania juchy wszystkiego co tylko człeki zabija. Zaliż prawdą by nie było gdybym rzekł że z wielkoduszności to robię, bardziej staram się naprawić dziurę w własnym sumieniu. Zaliż Gemmo idę szukać jakiejś pracy poszukam cię jeno potem. Jeśli byś zechciała zaklepać wyrko i dla mnie byś mogła, odwdzięczę się częścią z tego co dostanę za robotę. Do zobaczenia kumie! - powiedział na pożegnanie ruszając w stronę dziobu, widział że ta nie miała ochoty wybierać się do pracy i nie chciał marnować jej czasu.
Podszedł do Bosmana, jego słowa ucieszyły go, zapowiadała się łatwa robota o ile jakaś się znajdzie.
Kaszt po rozmowie z udał się do mesy, jego głód miał tu decydującą rolę, same słowa bosmana nie sprawiły by że ruszył by tu tak chętnie. Może i balista chciał zarobić ale jednak nie znaczyło to że z werwą ruszy do pracy. Pojawił się w mesie tak szybko na samą myśl o posiłku. Robota też nie wydawała się zła. Została nie cała godzina a mógł nieco zarobić, ale to już zależało od tego jak pójdzie mu praca i od tego co karze mu kucharz. Łowca spodziewał się że prawdopodobnie ten będzie wolał swoich ludzi w takim wypadku nie zostanie mu nic tylko uda nie się na wycieczkę po statku. Być może Gemma znalazła jakąś kajutę a i będzie tam miejsce dla jeszcze jednej osoby. Nie poruszył podczas rozmowy wielu szczegółów toteż musiał sam poszukać gdzie powinien się udać. Jeśli jakaś robota się trafi do śniadania pracuje starając się jak najlepiej robić to czego oczekują. Praca to praca. Stara się jednak unikać wszystkiego co mogło by być potencjalnie niebezpieczne, nie zamierzał skończyć żywota inaczej niż w walce albo w jakimś naprawdę niebezpiecznym miejscu.
Gdy nadejdzie śniadanie stara się znaleźć miejsce w pobliżu jego kompanki gdyż chciał z nią zamienić kilka słów o tym czy znalazła jakąś kwaterę. Może załatwiła mu tez łóżko, choć tego pewien nie był mogło wyjść tak że nie było już pustych pokoi albo ktoś inny go ubiegł. Podświadomie jednak ufał radosnej towarzyszce, nie znał jej długo ale wydawała mu się bardzo sympatyczną osobą.
12.07.2016, 11:51
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#20

W przeciwieństwie do Luthiena, Athlauna nie zdradziła oznak zdziwienia ani wyglądem Balema, ani samym faktem, że ich zaczepiono. Nie bez powodu rozpoczęła wcześniej rozmowę na temat potencjalnych, nowych towarzyszy. Liczyła na taką sytuację. Podczas gdy Luthien podjął rozmowę, ona milczała, przyglądając się obcemu. Pomimo tego, że nie spodobała jej się ani trochę jego powierzchowność, która drażniła jej poczucie piękna, to odkrycie, że nieznajomy ukrywa dość umiejętnie broń, zadowoliła jej wstępną ekspertyzę.
Podała dłoń Balemowi, wyjawiając swoje imię.
- Rozumiemy tę ostrożność. Oczywiście, jeżeli chcesz dotrzymać nam później towarzystwa, to śmiało - dodała zaraz potem, rzucając okiem na Luthiena. - Zgaduję, że także należysz do najemników? My nie mamy za wiele wspólnego z walką, więc przydałby się nam kompan, który co nieco potrafi.
Kobieta nie liczyła, że Balem chwyci tak oczywistą przynętę, jednakże pomagało to w dalszym budowaniu pozorów. Im bardziej będą wyglądać na bezbronnych, tym lepiej. Nic nie mogło bardziej uzupełnić tego obrazku niż wyniszczony życiem najemnik z prostolinijnym usposobieniem.
Jeżeli rozmowa zakończy się, Athlauna ruszy dalej w poszukiwaniu wolnej kajuty.
12.07.2016, 12:19
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna