Port
#21

Najemnik zrobił na Luthienie wrażenie, jednak nie oznaczało to, że szaman zamierzał się do niego zwracać inaczej niż miał w zwyczaju tylko dlatego, że wyglądał jak wyglądał. Taki już był i tyle. Przez całą wymianę słów uśmiechał się więc delikatnie, uprzejmie. Na swój sposób było to bardzo rozluźniające - nie musiał przykładowo rozmyślać nad tym, jak się ośmiesza przed Athlauną.
- Mi możesz mówić Lu, Balemie. - poinformował, kiedy to na nowo znaleźli i w ruchu kierując się ku kajutom. Gdy byli już pod jakąś szaman się zreflektował, że te są przecież dwuosobowe. W trójkę w takiej się kisić nie będą, a w dwójkę tym bardziej. To tak nie przystoi...kobiecie i mężczyźnie.
- Jakbyś czegoś potrzebowała to będziemy kajutę obok, panno Voegembe. - Powiedział, sugerując już tym wstępem Balemowi, że będą na siebie skazani. Choć gdyby ten nie zrozumiał tej aluzji Luthien zaraz pozwolił sobie pociągnąć myśl - Musisz mi opowiedzieć o swych przygodach bo zapewne miałeś ich sporo. W końcu taki doświadczony wojownik na pewno ma się czym pochwalić, a ja chętnie posłucham. Bo wiesz, Balemie, jestem swego rodzaju kronikarzem i chętnie pozwoliłbym sobie uwiecznić twe wyczyny na pergaminie... - Mówił, zagadywał prowadząc się jednoczenie z Balemem do kajuty obok. Bo cóż, jeżli najemnik szukał towarzystwa dla zabicia czasu to właśnie dostał to czego chciał. Aby potem nie żałował!
14.07.2016, 02:58
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#22

MG

Gdy Kaszt przybył do mężczyzny wyglądającego na tutejszego "mistrza kuchni" i zagadał o pracę, przydzielono go do roznoszenia naczyń, pieczywa i ogólnie rzecz biorąc posiłków. Dla ułatwienia, by nie łazić cały czas do spiżarni lub kuchni i z powrotem, część pożywienia była umieszczona w płaskich skrzynkach. Nie było to lekkie, ale Balista też nie był jakimś chuchrem, żeby nie dać sobie rady; mógł to potraktować jako średnio intensywne ćwiczenia, no i oczywiście okazję do zarobku.
Z kolei Balem, rozmawiając z dwójką szamanów, nieugięcie utrzymywał niezbyt urodziwy uśmiech na gębie. Nie zdawał się być tytanem intelektu, choć może były to tylko pozory, a on - dobrym aktorem. Taa, może...
- Najemników? - zdawał się być przez chwilkę zdziwiony, ale zaraz się naprostował. - A, tak, eee, najemników. Jasne, że należę do najemników. - powiedział, a słysząc, że Athlauna i Luthien nie zajmują się walką, nawet nie mierzył ich wzrokiem, lecz od razu wypalił. - Hehe, no, widać. Ale coś tam musita chyba potrafić, nie? To byłoby głupie, jechać bez tego... no, znaczy ten. E... Nie mnie oceniać. - rzekł trochę zmieszany, być może w porę gryząc się w język.
Z kolei spoglądając na zielarza, Balem zdawał się zrozumieć, że ten właśnie zaproponował nocleg w jednym pokoju. Co prawda dopiero po chwili, ale jednak zrozumiał - to już coś.
- Eee, znaczy, jak jesteście parą, to wiecie, ja nie chciałem się wtrącać, czy coś... - powiedział, drapiąc się po brodzie, a uśmiech jednak odrobinę mu zrzedł. - Chwila... Voegembe? - zapytał nieudolnie wymawiając nazwisko Athlauny. - Eee, znaczy, mniejsza. Obiło mi się o uszy. - rzekł, ale dość trudno było stwierdzić, czy coś kręci, czy faktycznie kojarzył Szamankę - być może po jej zakładzie jubilerskim. Jedno było pewne: nie dysponował zbyt wielką znajomością słownictwa.
Luthien, kierując się razem z Balemem do jednej z wolnych kajut tuż obok tej, którą wybrała Athlauna, zagadnął od razu swego nowego kumpla o jego przygody.
- Hehe, no, trochę głupio mi od tego zaczynać... wiesz co, Lu - zagadnął nie grzeszący urodą mężczyzna - może najpierw zjedzmy, napijmy się, trochę, ee... zaklim, te... khm - chrząknął - przyzwyczajmy się jakoś do nowego miejsca. Wiesz, nie chcę cię odstraszyć jakoś od razu, hehe. - powiedział, szczerząc dziąsła. I śladowe ilości zębów.
Z kolei Kasztowi czas mijał może nie najprzyjemniej, ale przynajmniej się nie nudził. Wkrótce jego robota dobiegła końca, a że bosman akurat również zszedł do mesy, to skontaktował się z kucharzem i Balistą. Od ręki Łowca otrzymał sześć srebrnych smoków. Cudów może nie ma, ale zawsze coś.
Ludzie zaczynali powoli gromadzić się w sali jadalnej. Jeszcze kilka minut i chyba będzie można uznać posiłek za oficjalnie rozpoczęty.




- Gemma "rezygnuje" z sesji; może pisać co prawda, w końcu znajduje się na statku i nie ma powodu żeby z niego w tajemniczych okolicznościach zniknęła. Póki jest na statku, w sumie nie zawadzi, jak machnie postem. Niemniej jednak przygoda dla niej jest raczej zakończona, no i nie będziemy na nią oczekiwać w kolejce.
- Kajuty wszystkie są mniej-więcej takie same, więc dla rozeznania możecie zaglądać do opisu w moim poście (#16, piąty akapit; oprócz tego drzwi w kajutach są zamykane ryglem).
- Ath, jeżeli zgodzisz się na nocleg w sąsiedztwie Lu i Balema, raczej nie będą oczekiwały na ciebie żadne zdarzenia, więc możesz w poście napisać ogólne poczynania postaci w trakcie podróży.
- Kaszt - rób, co chcesz; Gemma zajęła ci kajutę, ale jako że oficjalnie nie ma jej już w sesji jako gracza, raczej za wiele z nią nie pogadasz, no i nie przyda ci się zagadać do niej o preferowany styl walki etc. (po zejściu ze statku Gem rozpływa się w powietrzu). Mozesz postąpić podobnie jak opisałem to Ath, czyli opisać ogólne poczynania (takie jak sporadyczna pomoc na statku, za co możesz dostać jakiś piniondz).
- Lu - przed tobą jeszcze pewnie jeden mój post, bo chciałbym, żebyście sobie pogadali z Balemem po śniadaniu, gdy już wrócicie do kajuty. Chętnie zgadałbym się jakoś na pw, żeby ustalić bieg rozmowy (w sumie obojętnie gdzie - pw shoutbox, wiadomości, gg - gdziekolwiek) - oszczędzilibyśmy czasu i w jedną kolejkę przeszlibyśmy do Teolii.

15.07.2016, 00:16
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#23

Łowca stawił się w mesie, dość szybko odnalazł mężczyznę wyglądającego jak kucharz i popytał o pracę. Krótko potem nosił już naczynia, pieczywo posiłki. Wszystko było zapakowane do płaskich skrzyń. Jak zauważył ułatwiało to bardzo robotę ale też było dość masywne. Kaszt jednak miał krzepy dość by spokojnie dać sobie radę. Było to jak średnio intensywne ćwiczenia a jeszcze mógł zarobić. W każdym razie nie nudził się. Robota mijała, może nie było to tak wygodne jak leżenie w łóżku i obijanie się ale po tym co przeżył eskortując karawanę nie było to nic strasznego. Tamtejszy długi i wykańczający marsz był o wiele gorszy. Jego robota już miała się ku końcowi.
Niedługo potem zszedł bosman, porozmawiał z Balistą i kucharzem. Za całą robotę przy śniadaniu o ręki Łowca dostał 6 srebrnych smoków. Całkiem przyjemna robocizna biorąc pod uwagę ile czasem zdarzyło mu się zarabiać. Bardzo chętnie popracował by więcej, jeśli za tyle pomocy mógł tyle zarobić to baa on by się chętnie nawet do załogi zaciągnął.
Do mesy schodzili się kolejni ludzie, łowca oczekiwał jego towarzyszki. Zamierzał się z nią skontaktować w sprawie kajuty. Jak się okazało kajuta była już zaklepana. Łowca ucieszył się i grzecznie podziękował. Spędził śniadanie na rozmowie z nią przy każdej możliwej okazji gdy tylko poruszano temat broni wychwalając wspaniałość i wyższość kuszy nad pozostałymi broniami.
Po śniadaniu Kaszt odpoczywał w kajucie by ponownie potem udać się do bosmana.
Rejs mijał mu na intensywnym pomaganiu załodze gdy tylko była okazja, w końcu srebrne smoki na ulicy nie leżą. Pozostały czas spędzał na pokładzie i w kajucie. Często wdawał się w rozmowy to z swoją towarzyszką to z załoga jak i z pozostałymi najemnikami gdy miał okazję. To nie było tak że ufał pozostałym tu wojakom ale jednak chciał tego i owego się dowiedzieć.
Rejs trwał a jedyne co pozostawało to wypatrywać na horyzoncie Teolii no i modlić się by nie zostać pożartym przez wodnego smoka.
15.07.2016, 23:47
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#24

Kurtuazyjność Luthiena mile zaskoczyła Athlaunę. Nie planowała zatrzymywać kajuty tylko dla siebie, wychodząc z założenia, że jeśli już wybiera się na takie wyprawy, to śmiesznym byłoby unikania spania w tym samym pomieszczeniu, co inny mężczyzna. Już doświadczyła spania na świeżym powietrzu, w lesie, kuląc się po kocem, więc to także by przeżyła i przyjęła z godnością. Wyszła na tym lepiej niż sądziła. Ponadto Luthien dobrze spisywał się, sprytnie podchodząc bezzębnego najemnika, choć ten z kolei zdawał się nie rozumieć nawet połowy tego, co do niego mówili.
W przyszłości należałoby mu wyłącznie podawać polecenia, jeśli ich ewentualna współpraca miała dojść do skutku.
Może właśnie z tego powodu, że Balem nie przejawiał większej inteligencji, co u marchewki, tak bardzo zaciekawiło, a równocześnie postawiło w stan czujności, wspomnienie, że skądś kojarzy jej nazwisko. Od razu wykluczyła możliwość, że powiązał ją z zakładem (ani jej nazwisko nie tkwiło na szyldzie, ani nie zaliczała bezzębnego najemnika do grona jej klientów - po prostu nie mógłby nim być). Powiązań z tego typu ludźmi też nie miała, więc pole poszukiwań związków zawężało się. W końcu doszła do jednego wniosku, siedząc już w swojej kajucie i zastanawiając się przez czas, który pozostał do zejścia do mesy na posiłek.

W trakcie podróży Athlauna nie za wiele udzielała się w ich małym towarzystwie, pozwalając Luthienowi zabłysnąć. Jubilerka ograniczała się do życzliwych uśmiechów, zwykłej pogawędki, raz czy dwa jakby od niechcenia zapytała Balema gdzie usłyszał jej nazwisko, tłumacząc to swego rodzaju ciekawością. W innych wypadkach Athlauna po prostu przyglądała się innym uczestnikom wyprawy. Oceniała, którzy mogą być niebezpieczni, kto buduje jakieś sojusze, jeśli do takowych dochodziło, kto zachowywał się zbyt nerwowo, a kto zbyt spokojnie. Lustrowała rywali pod każdym względem, innym poświęcając większą uwagę, innym mniejszą. Momentami także słuchała ich rozmów, nie nachalnie, jedynie wtedy, gdy znajdowała się blisko. Sama przy tym zdawała się cicha, unikając problemów i zachowując wszelkie pozory jej nieszkodliwości. Przy tym pozostawała damą, nawet jeśli nosiła spodnie i znajdowała się w otoczeniu mężczyzn, którzy odbiegali od wyobrażeń dżentelmenów.
16.07.2016, 00:57
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#25

- Nie, nie, nie, nie - nie jesteśmy...ze sobą. - naprostował z lekką nerwowością w głosie. - Jest moją towarzyszką podróży. Łączy nas tylko wspólny cel. - dodał, a potem wszedł do kajuty. Właściwie zanim najemnik nie zasugerował, że go się boi to nawet o tym nie pomyślał. Chłop był w końcu większy i znał się na rzeczach ostrych i tępych w przeciwieństwie do szamana. Mimo to uśmiechną się lekko.
- Nie straszysz mnie Balenie to znaczy w innych okolicznościach może i owszem, lecz z czasem nauczyłem się nie oceniać po czynach nie wyglądzie. Przynajmniej się staram. A tobie dobrze z oczu patrzy, Balemie. - Być może było to naiwne ze strony szamana, lecz fakt był taki, że dobre wrażenie zrobił na nim wojownik. Może to ta początkowa niepewność w nim...? Kto wie.
Gdy sobie usiedli i się rozgościli na swoich pryczach to szaman sobie pozwolił na to by poopowiadać jakiś drobne historyjki ze swoich podróży. Szaman zaczął tez podpytywać coraz to odważniej o przygody najemnika. Pchała go ku temu zdrowa ciekawość i pasja, lecz kto by pomyślał, że pytania te zmieszają Balema i sprawią, że ten pęknie?

- Wiesz, Lu, trochę żem was okłamał. Ale widzisz, nie będę przecież wszystkim rozpowiadał, ze tak naprawdę to żaden ze mnie wielki wojownik, hehe. Najemnik zresztą też żaden. - mówił Balem, najwidoczniej od dłuższego czasu chcąc coś wyznać. - Widzisz, do tej pory byłem zwykłym zbirem. Bandziorem, napadającym jakieś słabo strzeżone karawany, wiesz, takie tam. Rabowałem, czasem zdarzyło mi się kogoś zarżnąć - teraz mi głupio, ale wiesz jak to jest, jak się zajebie kogoś, bo na ciebie krzywo spojrzał. Bo go okradłeś. - mówił, patrząc beznamiętnie na ścianę. Spojrzał po chwili na Luthiena i, zaobserwowawszy reakcję, stwierdził jednak: - No, może jednak nie wiesz. Ale, cholera, zmieniłem się. Przynajmniej mam nadzieję. Napotkałem, widzisz, na takiego kapłana Ilhezin, chodzącego z takim kurwa wielkim łańcuchem. Nawoływał do tej swojej wiary, mówił, żebyśmy się modlili o wybaczenie... takie tam chuje-muje-dzikie bazyliszki. No i wiesz, nie ma co, ja wierzący nigdy nie byłem, a wtedy byłem jeszcze wstawiony, to i go wyśmiałem i te boginie całe. A ten jak mi nie przyjebał tym łańcuchem, to tylko żem się obrócił i padł jak kłoda! - mówił zafascynowany, jakby wspomnienie nie było bolesne, a było najradośniejszym momentem w jego marnym życiu. - Tak żem zresztą zęby stracił, ło. - wyszczerzył się, wskazując paluchem na luki w paszczy, jak gdyby wcześniej były niewystarczająco zauważalne. - Ale i coś se uświadomiłem. To była prawda, co on mówił. Ja to teraz wiem. Wszystko, co do słowa. Ilhezin istnieje i ma nas wszystkich w opiece. - spojrzał w oczy Luthienowi, wymachując dłonią z wystawionym palcem wskazującym, jakby prawił kazanie jakiemuś dzieciaczkowi. - Ja po prostu nie chciałem jej przyjąć przez te wszystkie lata. Przyzwyczaiłem się do tego parszywego towarzystwa, do życia w rynsztoku i poza prawem. I jak głupio by to nie brzmiało, nie chciałem z tego wyjść. Ale jak mie pieprznoł ten kapłan... no widzisz, coś mi uświadomił. Jeszcze później gadaliśmy, oj tak. Chciałem do niego nawet się przyłączyć, wiesz? Ale powiedział, że... eee... no, chuj, nie pamiętam, ale coś tam powiedział i się rozeszliśmy. Ale od tamtej pory próbuję się jakby, e, nawrócić? No wiesz, robić dobre rzeczy. Dlatego jadę do Teolii. Nie chcę tych piniendzy... znaczy no, przydałyby się, ale chcę im tam pomóc, jak będę tylko mógł. Może coś zdziałamy wspólnymi siłami, co? - zagadnął, uśmiechając się na tyle serdecznie, na ile mógł.


- Hm? - Uniósł brwi ku górze, a potem je złączył w geście pewnej troski, która zrodziła się pod wpływem szczerości mało bystrego towarzysza, a która przybierała na sile z każdym kolejnym jego słowem. Oczywiście - na swój pokrętny sposób. Bo momentami szaman czuł się niezręcznie, gdyż niestety nie zawsze wiedział jak to jest kogoś okraść. Chciał nawet coś powiedzieć, lecz nim zdołał otworzyć usta jego skonsternowanie wystarczająco mocno wyrysowało się na jego niewinnym licu by dostrzegł to Balen. Cóż, tak. Luthien potem dalej słuchał jego historii.
- Och Balemie...to takie...wspaniałe - Wydusił z siebie, a w oczach młodego zaiskrzył się podziw. - Jestem pełen podziwu dla twojej determinacji, na prawdę. Ja sam...- Zaczął trochę wstydliwie - Ja sam próbuję się zmienić. Bo ja wiem, jak się prezentuję, zresztą sam to zauważyłeś, że tak właściwie nie prezentuję się w ogóle. Niektórzy złośliwie zwracają się do mnie "Mała Lu" i mają w tym sporo racji. - tak jak chwilę wcześniej Bal zdradzał swoje niepokoje tak teraz i on się dzielił z nim. Podrapał się po karku w trochę zakłopotanym geście. - Była taka sytuacja, jak to musiałem udać się do lasu po zioła i zostałem zaatakowany przez potwora. Nie byłem w stanie sam się ochronić i musiałem zawierzyć swe życie swojej towarzyszce - kobiecie. Nie żeby mi to uwłaszczało, była bardzo dzielna i pięknie mieczem wywijała, bardzo ją szanuję...lecz, to ja powinienem ją wówczas ochronić, jak na mężczyznę przystało. Od tego momentu postanowiłem, że się zmienię. Wydaje mi się, że mi to wychodzi. Małymi kroczkami do przodu...- Uśmiechnął się pocieszająco by zaraz z lekką werwą się wyprostować. - No! Oboje chcemy się zmienić - powinniśmy się wspierać, drogi Balu, tak by Teolia o nas jeszcze usłyszała, a zło w niej się czające zadrżało przed nami! Hah! - Rzucił z młodzieńczym optymizmem, po czym poklepał swojego druha po plecach - Zaparzę nam herbatki...o, właśnie, To mi przypomniało o czymś - skąd kojarzysz Pannę Voegembe?

- Eh, widzisz, twoja koleżanka prowadzi... ten, no... no, coś z biżuterią, nie? - odparł pytaniem na pytanie. Najwyraźniej miał jednak zamiar kontynuować, więc nie było co mu przerywać. - No, to masz i kolejny cel zgrai, w której byłem. Może beze mnie się wycofają, może nie... nie wiem, nie wiem, cholera. Co prawda umieszczony jest umieszczony dość dobrze, więc raczej nie ma co się przejmować. Gdyby tej bandzie pacanów udało się tam dostać, to chyba znowu straciłbym wiarę, hłe! - roześmiał się serdecznie. Co do jego słów można było mieć mieszane uczucia - z jednej strony fakt, że kilku tępych złodziejaszków planowało włam do zakładu w dość dobrze strzeżonej części miasta nie budziło takich obaw, jak gdyby miało się tam włamać paru zawodowców; z drugiej strony sam fakt, że ktoś jednak planował okraść Athlaunę był niepokojący.


- To...straszne. - wydusił z siebie po przetrawieniu słów Bala. - Wypadałoby ją przestrzec by miała się na baczności. Raczej nie wypada jej niepokoić w tym momencie i naruszać jej spoczynek, lecz warto jej o tym wspomnieć przy najbliższej okazji. - Na jego twarzy wymalował się autentyczny niepokój i troska.Tak, był typem człowiek martwiącego się o wszystkich i za wszystkich. Co zrobić. Zaparzył ziołowej herbatki sobie i Balowi opowiadając mu w sposób wyjątkowo wyczerpujący o jej pochodzeniu i właściwościach - czyli tak na dobrą sprawę paplał o trawie przez kilka godzin. Czas leciał przyszła pora na posiłek na który to Luthien udał się wraz Balemem.
17.07.2016, 13:27
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#26

MG

Podróż mijała spokojnie, a na Karmazynową Lily nie oczekiwały żadne sztormy, ni morskie bestie.
Kaszt, który starał się pomagać na statku, zauważając dobrą okazję do zarobku, rzeczywiście dorobił się pewnej "fortuny" w całkiem krótkim czasie. Choć bosman gdy zauważył, że Balista jest nader chętny do pracy, coraz to bardziej obniżał mu stawkę - w końcu sam pieniędzy znikąd też nie brał, tylko musiał się sam napracować - mimo to, w ciągu dwudniowej podróży zdobyte 40 srebrnych smoków było całkiem zadowalającą sumą. Zwłaszcza za proste prace, do jakich był dopuszczany niedoświadczony względem morskich podróży najemnik.
Nie udało mu się jednak zebrać zbyt interesujących informacji. Ludzie będący na statku byli w większości losową zbieraniną wszelkiego rodzaju wojowników, którym drogę do tego zadania oświetlało głównie złoto, zamiast jakiejkolwiek idei czy chęci pomocy. Nie dysponowali szczególną wiedzą ani interesującymi spekulacjami na temat tego, co ich czeka u celu; mało kto pewnie chciałby się też nią dzielić, biorąc pod uwagę, że praktycznie wszyscy na statku to konkurencja, a każdy z tych ludzi redukuje w niewielkim stopniu szansę na "zwycięstwo" przeciwnika. Nie tylko więc zdolności, ale i informacje były tu na wagę złota. I to co najmniej pięćdziesięciu sztuk złota, czyli nielichej sumki.
Luthien natomiast odbył całkiem miły kawałek czasu ze swoim nowym kolegą, Balemem. Ten człek, mimo że tak prosty, że aż prymitywny, no i odstraszający nieco nie tylko aparycją, ale i elokwencją, odwzajemniał zainteresowanie rozmówcą. Lu, jako człek, który niejedną osobę mógłby swoimi historiami zanudzić na śmierć lub zniechęcić (a inne zainteresować albo nawet i rozbawić), mógł z początku nie spodziewać się po nowym kompanie takiej ciekawości. Ten bowiem z wielkim zaangażowaniem słuchał wszystkiego, co do niego mówiono, sam też bez większego wahania często odpowiadał na różnego rodzaju pytania, czy wyrażał - choć nie najmądrzejsze może - opinie. Był lepszym rozmówcą, niż z początku można się było tego spodziewać, choć, oczywiście, zależało to od osoby, która zechciałaby z nim pogadać.
Dla przykładu, mniej już dogadywał się z Athlauną. Choć to nie dziwne - ta stroniła od większości towarzystwa na okręcie. Co prawda nie żywiła jakichś uprzedzeń względem Balema, ale i nie starała się szczególnie nawiązywać jakiejś głębszej znajomości. Nie wyciągnęła też od niego żadnej informacji odnośnie tego, skąd tenże kolega kojarzył jej nazwisko. Nie zareagował zbyt znacząco (zapewne przez zwykłą obawę) na słowa Luthiena, który stwierdził, że należy ostrzec pannę Voegembe. Nie sprzeciwiał się im jednak, więc pewnie nic wielkiego by się nie stało, gdyby to Lu wyjawił ową "tajemnicę".
Cicha postawa Szamanki pozwoliła jej na większe skupienie na pracy swoich uszu; te jednak nie przyniosły jej żadnych interesujących informacji. Raz, przechadzając się po korytarzu, usłyszała słowa, które mogły być niegłupimi domysłami względem tego, co może być przyczyną kłopotów w Teolii - w kajucie prawdopodobnie duet dość doświadczonych wojowników rozmawiał głośniej, niż powinien. Ironia losu sprawiła jednak, że deska przy drzwiach głośno skrzypnęła, a rozmowa przycichła. Nie chcąc sprowadzić na siebie jakichś kłopotów, Athlauna odeszła z tego miejsca, nie dowiadując się tym samym, czy mężczyźni kontynuowali swą konwersację, czy może odłożyli to na kiedy indziej.
Przykładając jednak uwagę do tego, kto z kim trzyma, kto jak się prezentuje i jaką bronią dysponuje, zdołała ocenić sporą część najemników. Większość z nich była raczej dość amatorską zbieraniną, ale z tego co można ocenić na podstawie krótkich oględzin, co najmniej kilku było też całkiem ogarniętych i być może dosyć groźnych. Póki jednak nie było pewności co do ich podejścia i umiejętności, nie było tez większego powodu dla Athlauny, by próbować się z nimi zapoznać lub przeszkodzić im w jakikolwiek sposób. Prawdopodobnie jednak w odpowiednim momencie Szamanka będzie zdolna rozpoznać zarówno nieduże drużyny początkujących, jak też ich umiejętności; tak samo zresztą z indywidualistami. Póki co, ogólny stan załogi wyglądał na dość stabilny. Sprzeczki zdarzały się rzadko i mimo dość agresywnej postawy większości samców, nie dochodziło do rękoczynów.
Co ciekawe, drugiego dnia wydawało się Athlaunie, że załoga nieco się uszczupliła. Ale właśnie - może tylko się wydawało...
Wieczorem, gdy już praktycznie dobijali do portu w Teolii, większość najemników była już gotowa do zejścia ze statku. Na pokładzie zgromadziła się prawie cała załoga. Włącznie z kapitanem, co ciekawe, który przez prawie cały czas przesiadywał w swojej kajucie. Czasem tylko wychodził, wydawać dyspozycje swoim podkomendnym. Teraz był jakby spokojniejszy, bardziej zrelaksowany niż z początku. Cóż, być może wcześniej miał po prostu za dużo papierkowej roboty na głowie, czy cokolwiek. W tym momencie natomiast opierał się swobodnie o barierkę na wzniesieniu - w tym samym miejscu, gdzie przywitał ich mową powitalną - ale tym razem był tyłem do nich. Głowę miał skierowaną natomiast wprost ku górze, wpatrując się w niebo. Ludzie na pokładzie paplali nieznośnie, ale gdy kapitan podniósł głos, inne przycichły. Dzięki temu Jek był całkiem dobrze słyszalny.
- Oho. - zaczął względnie cichym, niewiele znaczącym pomrukiem. - Patrzcie w górę, przyjaciele. Coś takiego to zaiste rzadki widok. - powiedział, czekając chwilę na reakcję załogi. Doświadczeni marynarze wpatrywali się w górę, niektórzy z niedowierzaniem, inni z zainteresowaniem, jeszcze inni z uśmiechem na twarzy. To było jednak dość logiczne: poruszając się po głębokich wodach, przez większość czasu ma się do podziwiania jedynie bezkresny błękit - pod sobą i nad sobą. Żeglarze wiedzieli dobrze, kiedy co się zmienia na niebie, a czasem nawet potrafili powiedzieć, co to może oznaczać chociażby odnośnie pogody. "Szczury lądowe" nie miały jednak większego pojęcia o tym, co takiego niezwykłego znajdowało się teraz nad ich głowami. Kilka niespokojnych szeptów rozniosło się w chwilę po całym okręcie. Kapitan podjął tę kwestię, gdy już się napatrzył. - Gwiazdozbiór Szczura się pokazał. To zwykle nie zwiastuje nic dobrego. Nie jestem przesądny, ale chyba przedostatnim razem jak mieliśmy okazję go obserwować, całą Teolią dosłownie trzęsło. Nie została zniszczona, ale ludzie potrzebowali sporo czasu, żeby doprowadzić ją do względnego porządku. No, ale - uciął z przekąsem, nie chcąc się najwidoczniej za bardzo nad tą kwestią rozwodzić - nie moja rzecz. Jak chcecie o tym posłuchać, to może znajdziecie w mieście kogoś, kto się bardziej zna na gwiazdach czy historii, niż ja. A tymczasem, wejdźcie z powrotem do kajut. Dobijemy do portu tej nocy, ale do miasta wychodzimy z rana. - zakończył twardo, sam również udając się na spoczynek. Wilki morskie najwidoczniej już wcześniej otrzymały jakieś rozkazy, bo spora część z nich została na pokładzie.
Statek wpłynął do portu, a marynarze na pokładzie pełnili funkcję wartowników, którzy pilnowali, by nikt ze statku po kryjomu nie zwiał. Co zresztą byłoby dość trudne - kładki nie były spuszczone na pomost, trzeba było więc nieźle myśleć, żeby się przedostać, nie musząc ryzykować twardym upadkiem do wody i ewentualnymi groźnymi stworzeniami, jakie mogły w niej czyhać. Choć przy samym brzegu było to mało możliwe. Strach nie jest jednak uczuciem racjonalnym.
Gdy nastąpił wschód słońca i pobudka, zbieranina najemników tuż po śniadaniu ruszyła na ląd, kierując się w stronę urzędu miasta, gdzie przywitał ich Zorric, wprowadzając wszystkich do dość dużej, zapewne specjalnie przygotowanej auli, gdzie wszyscy bez większych problemów się zmieścili i mogli zająć miejsca siedzące.


Kaszt - +40 srebrnych smoków (włącznie z sześcioma, jakie otrzymałeś na początku, czyli dodatkowe 34 w trakcie podróży).
Wszyscy z/t, następnego posta dajecie w urzędzie Teolii.
Przepraszam za sporą obsuwę, ale musiałem uzgodnić jeszcze kilka rzeczy (które nie przyszły mi do głowy przed rozpoczęciem sesji) z Kratosem i chwilę nam to zajęło; wczoraj natomiast, gdy już odpisywać teoretycznie mogłem, wchłonęła mnie bezkresna otchłań internetu i zostałem opętany przez youtube. Dziś jednak powstaję jak feniks z popiołów, zatem wracamy do aktywności! ;)

22.07.2016, 01:17
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#27

STRAŻNIK
Deszcz zacinał w burty stojących w porcie statków. Błoto przyklejało się do butów z każdym krokiem, a krzyk mew rozchodził się w powietrzu.


rzy dni minęły od nieszczęśliwego wypadku przy "Kwitnącej Róży". Barthos Birighter, doskonały detektyw i śledczy nie potrafił odróżnić niewinnego szlachcica od kogoś powiązanego z napadami w tutejszym burdelu. Nie przeszło to niezauważone - szybka skarga sprawiła, że wznoszące się skrzydła detektywa zostały skutecznie podcięte. Został odciągnięty od każdej ważniejszej sprawy i nikt nie chciał z nim współpracować, żeby nie narażać się tutejszej szlachcie. Ostatecznie udało mu się wybłagać jakąś sprawę, podobno jakiś mniejszy diler narkotykowy rozprowadzał swoje towary po porcie, jednak nie było na ten temat żadnych informacji czy poszlak - jedynie plotki miejscowych, zaniepokojonych tym, że coraz więcej burd w karczmach spowodowanych jest przez naprutych jakimś świństwem ludzi.
Na portowych ulicach nie było zbyt wielu osób - większość chowała się przed deszczem pod dachami pobliskich budynków. Jedynie niektórzy przebiegali szybko z miejsca na miejsce, widocznie mając do załatwienia kilka spraw przed końcem dnia. W pobliskiej portowej karczmie paliło się światło i dochodziły stamtąd odgłosy dobrej zabawy. Na jednym czy dwóch statkach kręcili się marynarze, przygotowujący się do odpłynięcia - albo na odwrót, biorąc pod uwagę pogodę. Barthos już miał spojrzeć w inną stronę gdy zauważył, że obok jednej z łajb stoi zakapturzona postać, do której co jakiś czas ktoś podchodzi, wymienia kilka słów i uścisk dłoni, po czym odchodzi. Postać trwała jednak nieruchomo, stojąc w pełnym deszczu nic nie robiąc sobie z tego, że strugi wody zupełnie przemoczyły jej ubranie.

23.04.2018, 12:38
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#28

Deszcz stanowił jedną z niewielu rzeczy, przy której Barthos potrafił się całkowicie zrelaksować. Lubił zasypiać, słysząc jak jego krople uderzają o dachówki gospody lub po prostu przejść się po ulicach miasta w czasie ulewy, aby obejrzeć świat z nieco innej perspektywy. Pewnie wiązało się to z faktem, iż całe swoje dotychczasowe życie spędził w Azaracie, gdzie deszcz uchodził niemal za mit.  Na pustyni woda była najlepszym przyjacielem człowieka, a jej opad z nieba stanowił taką rzadkość, że detektyw mógł policzyć na palcach jednej ręki, ile razy doświadczył go w swoim rodzinnym mieście. Mimo tego, że w  Lothil niebiosa zaś pękały dużo częściej, dzisiaj deszcz nie był w stanie ukoić nerwów detektywa. Ostatnie porażki poszargały ambicję i dumę mężczyzny, który obwiniał się za swoje błędy i brak profesjonalizmu. Wiedział, że tylko pogorszył własną i tak wątłą sytuację. Przybył do Lothil jako samozwańczy detektyw i został przyjęty nadzwyczaj dobrze - dostał kwaterę i zadanie, mimo że nie mógł w żaden sposób udowodnić, że kiedyś służył w straży. Zniweczył swoją szansę, prowokując jakiegoś szlachcica i minęły całe dwa dni, zanim zdołał wyprosić sierżanta o jakąś sprawę. Miał właściwie zbadać plotkę - ktoś podobno rozprowadzał po porcie narkotyki. Barthos podejrzewał, że sierżant przydzielił mu tą sprawę, chcąc chociaż na kilka dni pozbyć się przybłędy z posterunku.
Muszę odzyskać zaufanie straży - pomyślał Barthos, zaciskając boki kaptura, chcąc uchronić twarz przed deszczem. - Potem będę się martwić szlachtą.
Jego myśli popłynęły ku Tabithcie. Po drugiej nieudanej próbie odnalezienia gwałciciela Niny ta piękna i zjawiskowa kobieta zamknęła drzwi swojego domu przed Barthosem. Nic nie wyszło z ich współpracy, gdyż detektyw nie wywiązał się ze swojej części umowy. Postanowił już nie wracać do Kwitnącej Róży. Tabitha też nie wydawała się chętna kontynuować ich znajomości.
- Weź się w garść, Birighter - wychrypiał mężczyzna. - Raz na wozie raz pod wozem. Tym razem po prostu postaraj się bardziej
Wtedy właśnie zobaczył samotną postać stojącegą w deszczu. Niby nic nadzwyczajnego, ale gdy detektyw miał już odwrócić głowę, chcąc popodziwiać stacjonujące w porcie statki, do postaci w czerni zbliżyła się druga postać. Szybka rozmowa, uścisk dłoni i koniec. Barthos zmrużył powieki pod kapturem.  Znajdował się jeszcze w znacznej odległości, więc zanim zbliżył się do tajemniczej postaci, jeszcze dwie osoby podeszły do zakapturzonego jegomościa i odprawiły podobny rytuał. Kilka słów, uścisk dłoni i koniec.
Ciekawe...
Postanowił przyjrzeć się baczniej owej postaci. Był już blisko. Mógł ją minąć i spróbować obserwować ją z innej strony, lecz nie chciał tracić jej z oczu. W taką pogodę cholernie łatwo kogoś zgubić. Normalny człowiek też nie łazi sobie tak po prostu po ulicy w czasie ulewy, jeśli nie musi, toteż Barthos skręcił w stronę gospody, z której wnętrza dobiegały odgłosy zabawy. Stanął pod daszkiem na werandzie i chyba z jedynej nieprzemokniętej kieszeni wyciągnął skręta, którego dostał od jednego ze strażników miejskich. Podobno dobre na stres. Barthos obrzucił używkę zniesmaczonym spojrzeniem, a następnie zapalił ją płomieniem wiszącej przy drzwiach latarni i włożył do ust. Zaciągnął się, starając się nie wdychać dymu do płuc, żeby nie rozkaszleć się jak człowiek chory na gruźlicę. Był to może siódmy skręt w jego życiu, lecz dopóki tak stał i nie zaciągał się za bardzo, wyglądał jak zwykły mężczyzna, chcący sobie zajarać przed wejściem do karczmy. Mógł dzięki temu przez jakiś czas poobserwować otoczenie bez wzbudzania podejrzeń i mieć oko na tajemniczą postać w kapturze.
24.04.2018, 17:35
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#29

STRAŻNIK



ycie toczyło się dalej. Nikt nie zauważył przybycia detektywa do portu - był po prostu kolejnym nieznajomym, których setki codziennie przewija się przez te przemoknięte i brudne ulice. W spokoju przeszedł na drugą stronę drogi, nie niepokojony niczym poza ulewnym deszczem, który przybierał na sile. Obserwowany przez niego mężczyzna nie ruszył się na krok. Wciąż stał nieruchomo w miejscu, od czasu do czasu witany przez kolejne osoby.
Skręt nie był najlepszej jakości. Pierwsze zaciągnięcie się przyprawiło Barthosa o napad niekontrolowanego kaszlu. Następne już jakoś poszły. Dym papierosowy uspokajał umysł i rozluźniał ciało, czego w tym momencie bardzo potrzebował. Ostatnie wydarzenia wyjątkowo źle odcisnęły swoje piętno na jego organizmie. Co by nie mówić, mimo wszystkich przeciwności losu wzrok miał wciąż dobry - nawet jeśli nieco przemęczony. Od razu zauważył, że tajemnicza postać przygląda mu się spod kaptura, gdy tylko detektyw odpalił skręta - nic dziwnego, w takim półmroku pojedynczy punkt światła był aż nadto widoczny.
I wtedy stała się najmniej spodziewana rzecz. Zakapturzona postać pomachała do Barthosa i zaczęła przywoływać go ręką w swoją stronę. Czy był to podstęp czy zwykła uprzejmość, ciężko było stwierdzić. Dookoła niego nie było nikogo - nie licząc oczywiście pojedynczych przechodniów - jednak wciąż w pobliskich cieniach mogło czaić się nie bezpieczeństwo.

01.05.2018, 23:24
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Port
#30

Barthos przeklinał w myślach imię strażnika, który podarował mu skręta, gdyż nagle dostał nagłego napadu kaszlu. Po chwili kaszel jednak ustąpił, a detektyw trochę się zreflektował i pierwszy raz od jakiegoś czasu zrelaksował, gdy skręt zaczął działać na niego uspokajająco. Być może jego przygoda z tytoniem nie skończy się na tym jednym razie?
Czuł na sobie spojrzenie ów tajemniczej postaci w kapturze. Skierował na nią przelotnie wzrok, po czym wpatrzył się w burtę jednego ze statków, raz za razem zaciągając się papierosem. W końcu w tym momencie był tylko kolejnym mężczyzną, który stał na tym ganku jak wielu przed nim, aby zapalić lub po prostu odetchnąć świeżym powietrzem. Uśmiechnął się krzywo pod kapturem. Musiał z niechęcią przyznać, że podobało mu się to nowe doświadczenie wywołane tytoniem.
Barthos wiedział, że nie może tak stać na ganku w nieskończoność. Spali skręta, poobserwuje jeszcze chwilę postać w kapturze, ale potem będzie musiał zdecydować, czy zmienić pozycję i dalej mieć ją na oku, czy zwyczajnie odpuścić.
Nagle zacisnął pięść.
Już za wiele razy sobie odpuszczałeś, warknął na siebie w myślach.
Właśnie rozmyślał, jaki ruch wykonać jako następny, gdy postać nieoczekiwanie do niego zamachała. Wiedział, że chodziło jej o niego, mimo to rozejrzał się po ganku, jakby szukał osoby, do której macha zakapturzony. W końcu jednak przestał i z wahaniem ruszył na deszcz, rzucając niechętne spojrzenie w niebo.
Po chwili stał już przed postacią, lecz nie starał się przeprowadzić krótkiego rytuału, jaki przeprowadzali inni "klienci" zakapturzonego. Był w końcu nowy w mieście.
Zdecydował się na bardziej mieszczański ton.
- To do mnie tak machasz? - zagaił, wypuszczając dym z ust. Rozejrzał się wymownie dookoła poszukując zagrożenia, lecz dla jego rozmówcy wyglądało to, jakby obrzucał pogodę wymownym spojrzeniem. Po chwili wzrok detektywa znów wrócił do nieznajomego. - No, co tam? Parasola zapomniałeś, towarzyszu? - zażartował, w jego głosie nie było ślady drwiny.
09.05.2018, 15:57
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna