Hala Smoczych Bóstw
#11

______[PRZEKLĘTY]______



ażdy, w swoim życiu, przynajmniej raz został doświadczony w tym, jak bardzo ta ziemia jest splugawiona. Nie inaczej było ze mną, kiedy jeszcze miałem wiarę w gatunek ludzki i nie kojarzył mi się on bardziej, jak ze zwierzyną, aniżeli człowieczeństwem. Dokładnie przed czterema laty, kiedy to, nie pojmowałem jeszcze kruchości ludzkiego życia, mój, świętej pamięci Mistrz, o pseudonimie "Gwizd", otrzymał zlecenie, które wyryło się w mojej pamięci, niczym blizna od rozżarzonego pogrzebacza.


898 Rok, Wiek odnowienia.

Do naszej tymczasowej lokacji, nieopodal Lothill, zapukał czarny orzeł. "Drzazga" miała dla nas zlecenie.
-Nareszcie!- Parsknąłem, po czym wpuściłem smolistego ptaka da izby.
Ku mojemu zaskoczeniu, naszym zleceniodawcą, był burmistrz małej wioski nieopodal stolicy.

Cytat: Szanowny Panie Gwizd, zwracam się z wielką prośbą.
W okolicy naszej wioski zagnieździła się bestia, która na nieświadomych i samotnych ludzi poluje. Zmasakrowane ciała, ciężkie do rozpoznania, przez liczne nacięcia zdają się być niekompletne. Niestety, nikt nic nie na pewno, lecz ludzie powiadają, że to czarna, wielka na trzy metry zjawa, o czerwonych ślepiach. Nie wykluczam tej możliwości, ponieważ brak jakichkolwiek śladów. Pana zadaniem jest wyśledzenie, jak i eksterminacja, owej kreatury.[...]

Skrytobójcza profesja Mistrza, głównie z przyczyn zarobkowych, zakalała również o likwidację, wszelkiego rodzaju plugastwa, jakie czasem nękało ludzi, dlatego bez zawahania zabójca zgodził się na zlecenie. Klasyczna zasada, klient płaci, klient wymaga.
Spojrzał na mnie z uśmiechem. Mimo, iż byłem nadal żółtodziobem, to cenił moje oko. Chciał, bym zdobył trochę doświadczenia, zdecydował się więc, zabrać mnie ze sobą. Miała to być, jedna z naszych pierwszych wspólnych misji, dlatego mimowolnie czułem podniecenie, nawet jeśli Mistrz zaznaczył, że w walce nie będę brać udziału.

Wyruszyliśmy o świcie, by przed południem dotrzeć do owej małej wioski. Biedna, zabita dechami mieścina, liczyła maksymalnie do sześćdziesięciu mieszkańców, kuła w oczy swoją brzydotą i zapachem. Mimo tego, w uliczkach, można było nieustannie dostrzec ruch. Tu się rozdzieliliśmy i rozpoczęliśmy śledztwo. Mistrz poszedł na miejsce zdarzenia, by dokładniej zbadać ślady, natomiast mnie przypadło zdobywanie informacji. Postanowiłem zacząć od wypytywania ludzi w okolicy małego targu. Niestety, niechętne pospólstwo, uciekało od odpowiedzi, lub opowiadało niestworzone historie, podobne do tych z listu. Stwierdziłem, że najlepiej będzie, skupić się na samym targu, w końcu to zazwyczaj największa skarbnica informacji.

Zmęczony, usiadłem nieopodal dziwnego żebraka, który raz po raz odzywał się pod nosem, strojąc różne miny. Był brudny, wychudzony, ubrany w jakieś stare, poszarpane szaty i siedział na czymś równie podobnym do swego odzienia. Po prostu przykład totalnej nędzy i rozpaczy. Żebraczyna, sędziwego wieku, zdawał się, nieustannie wpatrywać w pustą oddaloną przestrzeń. Jego jasne, pozbawione światła oczy, jednoznacznie sugerowały, że był niewidomy. Mimo tego, zapewne słyszał doskonale, bo kiedy tylko ktoś przechodził, raz po raz słyszałem szept. Zaciekawiony, przysunąłem się bliżej aby posłuchać, co takiego ciekawego ma do powiedzenia, owy gadatliwy staruszek, starając się jednocześnie w sobie negować smród, jaki wydzielał.

-Człowiek...

Usłyszałem i rozejrzałem się wokoło. Faktycznie, koło nas przeszedł wysoki, postawny mąż odziany w czarną szatę. Zamyślony, pogwizdywał radośnie. Staruszek się rozkosznie uśmiechnął i lekko przygryzł wargi.
-No dobrze... Ale co z tego. No człowiek jak człowiek...- pomyślałem.
Następnie przeszła nieopodal, niesamowicie gruba kobieta. Na pierwszy rzut oka, myślałem, że to jedna z maciorowatych byłych Mistrza, parsknąłem śmiechem, kiedy sobie o niej przypomniałem. Otyła kobieta, obrana w paskudny różowy płaszczyk dumnie szła, wzdłuż straganów i przyglądała się łakomie wystawionym towarom. Żebrak, patrząc się dalej nieustannie w martwy punkt, ponownie się wyszczerzył, tym razem wystawiając język i wykrzyczał:

-Świnia!

Cały się trząsłem, blokując śmiech do tego stopnia, że przegryzłem sobie niechcący język. Kobieta oburzona, rzuciła parę wulgaryzmów w stronę siedzącego niewidomego, oraz trzęsącego się mnie, po czym oddaliła się szybkim głośno tupiąc i klnąc pod nosem.
-No faktycznie, tym razem trafił. Jeden do jednego, jak była locha Mistrza. Ciekawe, co będzie dalej...
Niski, zgredowaty mężczyzna z ogromnym kartoflowatym nosem, oraz ubrany w czarno-czerwony prochowiec, przebiegł przez targ, najwyraźniej śpiesząc się gdzieś, by po chwili zwrócić i pobiec w przeciwną stronę, jakby czegoś zapomniał.

-Ziemniak...

Tym razem bez większego wyrazu, czy uczucia odparł żebrak.
Następny był mężczyzna z włosami spiętymi w wysoką kitkę, jeden z wędrownych łowców-najemników. Jego długi półtoraręczny miecz mienił się intensywnie, w zachodzącym już stopniowo słońcu. Żebrak wykrzywił się i powiedział:

-Cebula...

Każdy kolejny,  charakterystycznie i śmiesznie na swój sposób, był nazywany. Na przykład, kiedy przeszedł nieopodal nas, ubrany tylko w szarą przepaskę na biodrach, umięśniony, masywny i wielki jak szafa dryblas, staruszek mlasnął ostentacyjnie, po czym wyszeptał:

-Kogut...

Mimo, iż coraz bardziej podobał mi się cały ten proces, to zniżające się słońce dało mi do zrozumienia, że nadchodzi czas, aby spotkać się z Mistrzem, w umówionym miejscu.
Wstałem i ruszyłem, gdy nagle usłyszałem...

-Człowiek!

Zatrzymałem się... Nie rozumiałem... Odwróciłem się na pięcie i podszedłem do żebraka, by zapytać.

-Dlaczego? Dlaczego człowiek? Co to wszystko oznacza, po co to mówisz?

Żebrak uśmiechnął się i spokojnym głosem odpowiedział:

-Pozwól, że opowiem... Parę lat temu, byłem znanym na tych terenach kucharzem. Eksperymentowałem z magią, aby poznać jak najlepiej gusta swoich klientów. Niestety, nie udało się, coś poszło nie tak. Straciłem wzrok, a Thorn za swą śmiałość i chęci przeklął mnie. Teraz nie czuję już żadnego innego smaku, niż ten, jakim był ostatni posiłek mijającego mnie człowieka.

Wzdrygnąłem się... Krwawienie na języku już niemalże ustało. Wiedziałem już, jak wygląda nasz cel, wystarczyło powiedzieć to Mistrzowi. Kiedy odchodziłem usłyszałem tylko:

- Nie miejcie mu tego za złe, ludzkie mięso jest naprawdę wyborne!



estem rozgoryczony po przeczytaniu tej historyjki. Zdawało się, że próbowała wykiełkować element napięcia, a dalej jak już wykiełkuje to i wpadnie część grozy. Jednakże napięcie nie wykiełkowało, zaś samego elementu grozy zwyczajnie nie było. Pomysł był całkiem ciekawy i muszę przyznać, że po przeczytaniu musiałem wraz z Tyru przedyskutować finalne wrażenie, bo tekst można wziąć w nawias metafory i interpretować go na dwa sposoby co zresztą stało się podczas rozmowy. Zarówno ja, jak i Tyru inaczej zrozumieliśmy przesłanie, chociaż wszystko prowadziło do tego samego. To na bardzo duży plus.
W każdym razie, psułeś sobie możliwość zbudowania napięcia u czytelnika, zbędnymi, cynicznymi wstawkami. Uważam także, że na potrzeby opowieści grozy, nie powinno się używać 1 osoby. Oczywiście, to kwestia indywidualnego pomysłu, jednak aranżacja elementu grozy w trzeciej osobie ma więcej sensu niż z pierwszej, tym bardziej, kiedy bohaterem jesteś Ty i Twoje rozważania.
Doceniam pomysł, był dobry i spodobała mi się metaforyka. Mimo wszystko zabrakło dwóch kluczowych elementów: napięcia oraz grozy a szkoda. Uważam, że jesteś w stanie napisać porządną mroczną opowieść, dlatego zachęcam Cię do spróbowania swoich sił ponownie.
Wujek Kratos



podobał mi się motyw z przeklętym żebrakiem. Jednak zabrakło mi mroku i budowania napięcia. Generalnie źle nie jest, ale spodziewałem się czegoś innego po pracy na konkurs halloweenowy. Zachęcam do napisania kolejnej historii, bo widzę potencjał na naprawdę dobre straszne opowiadanie.
Tyru






Twoja Nagroda
Dyniowa odznaka x1

Eter za napisany post x3
8079 eteru


Thorn wyrzekł słowo stań się, Thorn i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Zaleją, niczym poganie wyznawców Thorna -
Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,
Thorn oczyści tę ziemię, wzniecając pokutę.
WSZYSTKO MA SWÓJ KONIEC






01.11.2016, 21:57
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Hala Smoczych Bóstw
#12

Ogród

Który to już dzień tułam się po tym bezkresnym lesie? Trzynasty? Czy może czternasty? A co jeśli więcej? Już dawno straciłem rachubę czasu. Raz dzień wydaje się trwać absurdalnie długo, a raz zaledwie kilka godzin. Pewnie to tylko mój umysł płata mi figle przez to, że nie wysypiam się po nocach, ale kto zaspałby spokojnie w tej dziczy, słysząc stale upiorne dźwięki kreatur, których nawet nie widziałem na oczy. Raz czy dwa na dobę spotkam dzika czy innego zwierza i to tyle. Zapasy jedzenia skończyły mi się już około dwóch dni temu. Nie jestem pewien. Gdyby nie moja babka, która była zielarką i w dzieciństwie nauczyła mnie co nieco o roślinach, to w tej chwili pewnie zwijałbym się na ziemi z głodu. Czasem natrafię na jakiś mały strumyk, przy którym mogę uzupełnić bukłak i obmyć twarz lepiącą się od potu i brudu. W dzień staram się jednak nie zatrzymywać, stale mam wrażenie, że ktoś, lub coś mnie obserwuje i nie ma dobrych zamiarów. Paręnaście razy w ciągu doby obracam się za siebie, bo czuję na plecach oddech jakiegoś stwora lub wyjątkowo dużego człowieka, czuję jego wzrok, jednak gdy staram się go ujrzeć, nie widzę nic. Pustka, jedynie to co zostawiłem za sobą. Stojące niczym słupy drzewa i lekko poruszające się na wietrze liście. Mam wrażenie, że stale chodzę w kółko, jednak wmawiam sobie, że to tylko takie złudzenie, w końcu jestem w lesie.

Deszcz, zaczęło padać. Najpierw lekko mżyło, a teraz leje jakby miało zalać całe to miejsce. Dalej nie pójdę, pod górę nie dam rady. Muszę przeć w lewo lub prawo, jeśli spróbuję się cofnąć to pewnie się pośliznę i skręcę kark na którymś z wyrastających z ziemi, olbrzymich konarów. Wiatr wieje coraz mocniej, mimo że jestem w lesie, czuję się jakbym stanął w środku burzy na ogromnej otwartej przestrzeni i rozłożył ręce. Dziwię się sobie, że jeszcze nie potknęła mi się noga i nie skończyłem z twarzą w błocie. Cóż, można powiedzieć, że w pewien sposób sprzyja mi szczęście. Żebym tylko nie wykrakał.

Wiedziałem, żeby nie słuchać tego szurniętego starucha, nie dość że zapłaciłem mu trzy złote smoki, to jeszcze przetransportował mnie na jakąś cholerną wyspę. Droga miała być prosta - najpierw do Wildewood, a potem prosto do Revii, tak jak pokazywała mapa. Wiedziałem że idzie mi zbyt gładko, że jeśli nikt przede mną nie znalazł tego miejsca, to i ja go nie znajdę, a jednak uwierzyłem. Uwierzyłem na słowo, choć nie mając nic do stracenia, to i tak żałuję. Mogłem teraz spokojnie rozłupywać kamienie i jedynym moim zmartwieniem było to, żeby nie dostać przeklętym odłamkiem w ten durny czerep. Ale mam czego chciałem, przygody, oderwania się od rutyny. Nawet nie pomyślałem, żeby kogoś ze sobą zabrać.

Kolejna noc, znowu słyszę wycie jakichś przeklętych stworów. Znowu jakieś latające cholerstwo obsiada mi twarz, a ja bezskutecznie próbuję je odgonić. W końcu przezwyciężam lęk i zamykam oczy. Widzę czerń, otchłań. Patrzę w nią, i wiem że ona patrzy we mnie. Słyszę śpiew i lekkie uderzenia w struny harfy. Otwieram oczy. Nadal jest ciemno, resztki tego co napadało skapuje z liści, trzaskając mnie małymi kropelkami w twarz. To w pewnym stopniu wybudzające, ale i denerwujące. Nadal słyszę śpiew, tym razem bez harfy w tle. Mogę wyróżnić, że to żeński wokal. Idę w jego stronę, prosto na zachód. Głos zanika, tak samo jak dźwięk instrumentu. Jednak nadal brnę, mimo nocy. I wiem, że w dzień nie będę miał siły by kroczyć na przód i to co na mnie czyha w końcu mnie dorwie. Jeśli coś w ogóle za mną podąża. Nie przejmuję się tym jednak. W końcu w oddali zauważam słaby blask, parę metrów dalej natykam się na zniszczone kolumny, całe obrośnięte bluszczem, jakby natura chciała je pożreć. Przez głowę przemykają mi najróżniejsze myśli, jednak dominują te mówiące "ty idioto, po co się tu zapuszczasz", "równie dobrze mogło ci się tylko wydawać", jednak potem przytomnieję i wiem, że coś musiało mnie tu ściągnąć, bo są tu ruiny. W końcu natykam się na ogromny łuk, cały pokryty zielenią. Nigdzie jednak nie zauważam blasku, który przez chwilę mnie tu prowadził. Przechodzę przez "wrota" i doznaję szoku. Przed moimi oczyma staje piękny ogród, z fontanną na środku placu. Ścieżkami w nienagannym stanie, przystrzyżonymi krzakami, jabłonkami rosnącymi pod murem, który wynurzył się nie wiem skąd. Rozglądając się dostrzegam kolejne rzeczy - prześliczne kwiaty, których nie spotkałem nigdy wcześniej, nawet nie wiedziałem, że takie istnieję. I zastanawiam się, zastanawiam się czemu nagle zacząłem wszystko tak dokładnie widzieć, bo wcześniej nie zwróciłem na to uwagi. Ale w końcu zauważam latające w powietrzu żyjątka, z których wydobywa się blask, pewnie ten sam, który mnie tu przywiódł. Ale skąd pochodziła ta pieśń, której słów nawet nie usłyszałem? Przechadzam się po udeptanej ścieżce i rozglądam, tak z dobre 10 minut. Nie dostrzegam jednak niczego nowego, a do moich uszu dochodzi jedynie smutny szum wiatru. To miejsce choć z pozoru takie piękne, wydaje się smutne, jakby kryło w sobie coś przytłaczającego, coś czego nie chciało nigdy wyjawić. Przebywam tutaj, choć czuję, że nie powinno mnie tu być, że źle robię. I już mam przekroczyć olbrzymi łuk, jednak w głowię słyszę "jabłka". Tak, widziałem tu wcześniej jabłonie. Tak dawno nie miałem w ustach żadnego owocu, prócz leśnych jeżyn i borówek, że natychmiast zwróciłem się ku jednemu z drzewek. Zerwałem jabłko i poczułem dreszcz. Nagle wszystkie świecące żyjątka wokół mnie zamieniły się w nieświecące żyjątka. Zauważyłem, że z drzewa coś cieknie. To pewnie deszczułka. Gdy poruszyłem gałęzią przy zrywaniu owocu, musiała zacząć z niej opadać. Biorę do ust jabłko, gryzę, i czuję metaliczny posmak. Czuję że coś rusza mi się w ustach. Wypluwam wszystko na ziemię i wytężając wzrok widzę robactwo pokryte krwią. Szybko przechodzę wzrokiem do owocu trzymanego w rękach i widzę to samo, z jabłka sączy się jucha i wypełzają białe larwy. Natychmiast wymiotuję i zaczynam biec w stronę wyjścia. Zaraz, nigdzie nie widzę obrośniętego bluszczem łuku, obracam się chyba pięć razy wokół własnej osi i widzę tylko ogród, który powoli przybiera czerwoną barwę, która przeplata się z bielą. Słyszę syk i gwałtowne, silne uderzenia w struny harfy. Zaczynam się trząść ze strachu, oczy mi latają na wszystkie strony, ręce same chodzą i próbują dobyć upiętego u boku miecza, choć doskonale wiem, że nie jestem w stanie niczego tu dokonać.

Przede mną wyłania się postać kobiety, całej pokrytej juchą, z jednym okiem pokrytym bielmem. Jej włosy są skołtunione, przetłuszczone i całe w nieładzie, miejscami powyrywane tak, że na czubku głowy pozostały jedynie blade placki. Otworzyła popękane usta, a z jej gardzieli wydobył się zachrypnięty głos.
- Mogłeś podziwiać piękno tego miejsca, tak długo przeze mnie pielęgnowanego. Poświęciłam mu całe życie, jednak znów wolałeś nakarmić swoje słabości, znów nie potrafiłeś oprzeć się marnej pokusie. Choć doskonale czułeś, że nie powinieneś. Zawiodłeś mnie, Ardramie. Zawiodłeś, ale może w końcu się nauczysz. - westchnęła głośno i zniknęła, tak jakby nigdy jej tu nie było.
Chciałem przetrzeć oczy, lecz nie miałem czym. Spojrzałem się w dół i zauważyłem, że robactwo pożera moje kończyny. Nie miałem siły nawet krzyczeć, a nawet jakbym miał to bym nie był w stanie, gdyż larwy wypełniały już całe moje gardło. Czułem się okropnie, chciałem spać, zamknąłem więc oczy i widziałem ciemność, patrzyłem się w ciemność i wiedziałem, że ona patrzy we mnie.

Otworzyłem swoje ślepia i głośno krzyknąłem, a potem zacząłem dyszeć jak oszalały. Gdy trochę się uspokoiłem spojrzałem do przodu i ujrzałem siebie. Gapiącego się, ale nie na mnie, ale za mnie. Tak jakby mnie nie widział. Jego... moje oczy przepełniało przerażenie. Podążałem za sobą, stale nawołując, bym zawrócił, jednak wydaje mi się, że nie słyszałem siebie. Choć czasem odwracałem się do tyłu tak próbując coś ujrzeć, lecz moje oczy na to nie pozwalały...



im całkiem wyzionął ducha, dojrzał czerwone ślepia postawione wysoko między drzewami. Zupełnie tak jakby obserwowały go od samego początku. Tracił przytomność. Jego wzrok zaczął się rozmazywać. Jedyne co mógł dojrzeć, to masywna sylwetka czegoś czego nigdy wcześniej nie poznał, ani nie zasłyszał. Larwy w jego ciele żerowały bestialsko, pozbawiając go kolejnych zmysłów. Pierwszy był wzrok, potem czucie w ciele. Można rzec, że szczęśliwie dla niego nie poczuje śmierci. Tylko, że... Nim stracił słuch coś warknęło nad jego uchem, przecierając jakieś metaliczne narzędzie. Nie wiedział kto to ani co to. Nie wiedział nawet, że jego głowa od dobrych kilku minut zwisała, przytroczona do pasa dozorcy Revii.
Wujek Kratos



Twoja Nagroda
Dyniowa pieczęć x1

Eter za napisany post x3
9590 eteru
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.11.2016, 19:05 przez Vitav Auer.)









02.11.2016, 19:31
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Hala Smoczych Bóstw
#13

-----===[OBRAZ]===-----

Wbrew pozorom, praca pasera należy do całkiem przyjemnych i kształcących. Przez te wszystkie lata, w moje ręce przekazywano wiele różnych rzeczy - od najprostszej biżuterii jeszcze nie tak dawno należącej do jednej z wielu urodziwych, acz nieuważnych lothilskich panien, przez zastawę stołową, świeczniki i inne elementy wystroju wnętrz, na rzadkich księgach, obrazach i mapach kończąc. Na wszystko można było znaleźć kupców. Na wszystko. Nim wszystko co trafiło w moje ręce zostawało „upłynnione”, często sam z nich korzystałem, czy to sycąc swój umysł przeróżnymi księgami, czy też oczy egzotycznymi obrazami. Jak wspominałem, praca przyjemna i kształcąca. A to, że za jej wykonywanie można wylądować w więzieniu czy zawisnąć na stryczku… cóż. Coś za coś.
Tego wieczoru jak zwykle porządkowałem swoje aktualne „zbiory”, gdy usłyszałem pukanie do drzwi. Zwyczajne, ciche, jakby niepewne uderzanie knykciami o deskę, dalekie od charakterystycznego sygnału i sposobu pukania zwiastującego kolejnego klienta. A jednak. Gdy otworzyłem swoje drzwi, moim oczom ukazał się siwiejący, przygarbiony człowieczek, którego zarówno strój, jak i zapach sugerowały połów ryb jako sposób na związanie końca z końcem. Odruchowo spojrzałem na przerzucony przez jego ramię wór, w niektórych miejscach poplamiony i połatany. Niestety, wbrew moim oczekiwaniom, nie był pękaty, nie był nawet częściowo wypełniony. Rzekłbym, iż wątpliwe było czy cokolwiek się w nim znajduje.

Mimo wszystko, zaprosiłem jegomościa do środka, aby usiadł i opowiedział mi z czym do mnie przychodzi. A nuż każdy z nas na tym zyska. Po krótkiej chwili zrozumiałem czemu worek rybaka wydawał mi się być pustym. Otóż jedyną rzeczą jaką zawierał była nieduża, długa na niecały łokieć tuba. Wziąłem ją w ręce i zacząłem oglądać, jednocześnie przysłuchując się historii mężczyzny. Jeśli wierzyć jego słowom, dzisiaj oprócz kilku ryb i śmieci, w jego sieci zaplątał się… topielec. Ot, odziany jak zwykły mieszczanin nieboszczyk, który zapewne od niedawna musiał pływać w wodzie. Nim rybak zgłosił to straży, postanowił skorzystać z „daru morza” i przeszukał zwłoki. Jedyne co znalazł to kilka srebrnych smoków, oraz przyczepioną do pasa tubę, z której to zawartością postanowił się do mnie udać – rzekomo za namową jednego z moich „stałych klientów”. Po tej wizycie chyba będę musiał jeszcze raz przejrzeć swoją politykę „promowania się”… Ale do rzeczy:

Pierwsze co przykuło moją uwagę, to solidność wykonania samej tuby. Metalowa, lecz obłożona miękką, dobrze wyprawioną skórą, zaś jej zamknięcie zostało dodatkowo wzmocnione kolejnym płatem skóry oraz uszczelnione drobną, rzemienną plecionką. Z pewnością pojemnik został stworzony z myślą o użyteczności, walory estetyczne odstawiając na dalszy plan. Choć nawet mimo to, byłem pod niemałym wrażeniem, gdy okazało się, iż schowany w środku rulon okazał się być całkowicie suchym.

W swoim zawodzie nauczyłem się tłumić okazywanie swoich emocji, bycie zbyt wylewnym nie jest najlepsze dla interesów. Znacznie łatwiej jest przekonać klienta do zapłacenia większej ceny niż powinien, kiedy ukrywa się cisnący się mimowolnie na usta uśmiech, kiedy to w twych rękach ląduje coś o naprawdę sporej wartości. W tym wypadku jednak nie dałem rady. Gdy rozwinąłem wyciągnięty z tuby rulon, moim oczom ukazał się przepiękny obraz. A właściwie portret.

Jak żyję na tym świecie – a jest to dość długi czas – nigdy wcześniej nie widziałem tak pięknego obrazu przedstawiającego jeszcze piękniejszą niewiastę. Wytworna suknia, idealnie dopasowana do jej smukłej figury, stonowana, dobrze podkreślająca jej urodę biżuteria… no i te długie, kruczoczarne loki które gęsto opadały na jej ramiona. Zacząłem się zastanawiać co było większe – jej uroda, czy też kunszt malarza który przeniósł ją na płótno. Byłem prawie pewien, iż mój klient dostrzegł mój rozmiłowany uśmiech, kiedy to przyglądałem się temu dziełu.

Dopiero po dłuższej chwili otrząsnąłem się i zacząłem przyglądać się obrazowi nieco dokładniej, w oczy rzuciły mi się bowiem dwie rzeczy. Pierwsze, to sama twarz dziewczyny. Lekko wymuszony, choć w dalszym ciągu smutny uśmiech, równie smutne spojrzenie… ktokolwiek trzymał pędzel, zdołał przenieść jej emocje na materiał. Niebywałe.

Drugą rzeczą były trzy czarne perły, które kruczowłosa piękność trzymała na wyciągniętej dłoni, jakby chciała je zaprezentować każdemu, kto właśnie ogląda ten obraz. W kontraście z jej alabastrową skórą, ich kolor zdawał się być jeszcze głębszy.

Nie trzeba było wielkiego intelektu, aby powiązać większość elementów w spójną całość i wyciągnąć z niej podstawowe wnioski. Wnioskując po urodzie, stroju i ozdobach niewiasty, z pewnością należała do jakiegoś zamożnego rodu. Mistrzostwo, z jakim został wykonany obraz świadczył zaś o najęciu jednego z najlepszych malarzy jaki chodzi – bądź chodził – po tym świecie. O oczywistej wartości estetycznej samego dzieła nie trzeba było mówić. Zaś wartość… gdyby istniały monety cenniejsze od złotych smoków – na przykład platynowe – wówczas wartość liczona byłaby w platynowych smokach. Dziesiątkach, jeśli nie setkach.

Po głowie krążyło mi jednak jedno pytanie – skąd coś takiego znalazło się w tubie u jakiegoś topielca? Jak bardzo pragnąłbym poznania tej odpowiedzi, wiedziałem iż w tym wypadku, rybak wie zapewne tyle co ja. Nie mogłem jednak zrezygnować z takiej okazji, nawet jeśli miałbym tym samym pogwałcić zasady których trzymam się od wielu lat. W końcu widziałem tego staruszka po raz pierwszy na oczy, co jeśli nasłała go straż albo ktoś z przestępczego półświatka? Dla takiej piękności musiałem jednak zaryzykować, po prostu musiałem.

Kiedy mój klient z szerokim uśmiechem przekroczył próg mego domu, uprzednio dziękując mi i błogosławiąc mnie oraz moje dzieci i trzy pokolenia wprzód – a ja zaś dość odczuwalnie uszczupliłem swoje oszczędności - zostałem sam na sam z czarnowłosą na obrazie. Postanowiłem przyjrzeć się samemu obrazowi dokładniej, teraz już nie będąc ograniczonym przez czas czy osoby trzecie, mogłem na spokojnie oszacować jego prawdziwą wartość. Choć nie ukrywam, rozpatrywałem także czy by nie oprawić go i powiesić na ścianie. Zasiadłem więc z małą lampką i szkłem do obrazu, a moją uwagę ponownie zaabsorbowała czarnowłosa dama. Nawet nie pamiętam momentu, w którym zasnąłem, wpatrując się w jej oblicze…

Otaczała mnie pustka, nieprzenikniona ciemność. Unosiłem się w niej bez celu, nie mając pojęcia co ze sobą zrobić, gdzie się udać. Jedynym dźwiękiem jaki do mnie docierał był moim własnym oddechem. Czułem jednak podświadomie, że coś się stanie, jeśli tylko poczekam nieco dłużej…
I wtedy ją zobaczyłem. Wynurzyła się z wszechobecnej nicości i zbliżyła się do mnie na kilka kroków. Teraz, zdawała mi się jeszcze żywsza, jeszcze piękniejsza niż na obrazie. Kiedy jednak postawiłem swój krok ku niej, ta cofnęła się i spojrzała mi w oczy. Nie powiedziała jednak ani słowa, nie uśmiechnęła się, jedynie wyciągnęła dłoń i skinęła nią na mnie. Poczułem, jak moje serce zaczyna bić coraz szybciej, przybliżyłem się do niej o krok. Tym razem jednak, czarnowłosa nie cofnęła się, stała w miejscu i tylko mi się przyglądała. Udało mi się jednak dostrzec nieznaczny uśmiech w kąciku jej pełnych ust. Postawiłem więc ostrożnie kolejny krok – a ta cofnęła się do tyłu. Tym razem to ja się uśmiechnąłem, bez słowa postawiłem kolejny, tym razem się nie oddaliła. Drażniła się ze mną, czułem to. Dzieliły nas już tylko dwa, może trzy kroki. Skinęła na mnie ponownie dłonią, tym razem już ciężko było jej ukryć swój uśmiech. Wziąłem głębszy wdech i ruszyłem w jej kierunku. Gdy tylko postawiłem kolejny krok, nie znalazłem w nim już solidnego oparcia, straciłem równowagę i runąłem naprzód. Usłyszałem jej cichy, uroczy chichot. Jednak mnie wcale nie było do śmiechu, poczułem że zapadam się w otaczającą mnie nicość, jak ta zaczyna mnie łapczywie pochłaniać, wdzierając się pod moje ubranie, do ust, do nosa… wyciągnąłem ku dziewczynie dłoń, lecz ta cofnęła się o krok. Przysiągłbym że właśnie wtedy uśmiechnęła się najbardziej…

***

Następnego ranka, w Lothilskim porcie wyłowiono ciało mężczyzny w sile wieku. Choć martwy, w zaciśniętej kurczowo dłoni trzymał skórzaną tubę. Zaintrygowani strażnicy otworzyli ją, aby odkryć iż zawiera ona obraz pięknej, czarnowłosej kobiety, trzymającej na wyciągniętej dłoni cztery czarne perły…
04.11.2016, 21:57
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Hala Smoczych Bóstw
#14

Niewielka mieścina gdzieś w okolicach Lothil. Na przedmieściach poza murami słońce leniwie wstawało oznajmiając początek kolejnego dnia. Niedaleko młyna w magazynie na mąkę słychać było donośne krzyki. Lecz nie były to krzyki wołające o pomoc, wręcz przeciwnie. To kobieta donośnie krzyczała doprowadzana przez jakiegoś amanta do niezwykłej ekstazy. Kiedy ktoś by przebywał w tej okolicy przez całą noc to by się dowiedział że takie odgłosy słychać było też poprzedniego wieczora, a teraz na nowo się zaczynały. Najwidoczniej kochankowie się przebudzili.
- OOOO, TAK!.... MOCNIEJ!!!... JESZCZE!!!!- krzyczała wniebogłosy rozanielona dziewczyna.
Po chwili jednak odgłosy nagle zanikły. Nastała przerażająca cisza trwające kilka sekund.
- We mnie?!?!?! Skończyłeś we mnie?!?! Miałeś wyjść wcześniej! tak jak wieczorem!- tym razem dziewczyna szybko zmieniła ton z ekstazy do paniki.
- Czego się drze jak jakaś stara dziwka?- odpowiedział jej beznamiętnym tonem głos mężczyzny.
- Dziwka?!?! Tak do mnie mówisz po dzisiejszym wieczorze? Jakoś inaczej mnie określałeś! Nie jestem dziwką bydlaku!- głosem pełnym niedowierzania odpowiedziała mu kobieta.
- A jak miałem mówić żeby zapewnić sobie darmowy nocleg?- odpowiedział wciąż obojętnym tonem mężczyzna.- A kim jesteś? Nie gadaj że pierwszy raz rozkładasz nogi przed facetem poznanym ledwo parę godzin wcześniej?
- JA! Ja byłam dziewicą!- odpowiedziała mu kobieta histerycznym głosem. Zaczęła łkać.- A teraz? Co teraz ze mną będzie?
- Naprawdę?- odpowiedział jej zdziwionym głosem mężczyzna.- A co mnie to obchodzi. Trzeba było nóg nie rozkładać. Dawaj, koszula jest moja!
Po tych słowach z magazynku na mąkę wyszedł postawny mężczyzna. Widać że szybko na siebie zakładał ubranie. Jeszcze koszulę poprawiał na sobie i zakładał worek podróżny na plecy.
Mężczyzna był białowłosym łowcą a zwał się Soth. Na jego obliczu nie widać było zakłopotania czy nawet odrobiny zażenowania. Ba nawet złość na jego twarzy dało się zauważyć.
- Baby to jednak pojebane są.- mruknął do siebie poprawiając na plecach worek.- Byle czułe słówka i już se myśli bogowie wiedzą jak wiele.- Soth przystanął na chwilę i rozejrzał się wokół. Tego wieczora zbałamucił córkę młynarza by mieć gdzie przenocować nawet jeśli jest to magazynek na mąkę. Przy okazji jeszcze zaruchał sobie młodą dziewoję. Teraz musiał się tylko napić i był praktycznie gotowy do dalszej drogi.
Raźnie ruszył w stronę karczmy która znajdowała się również na przedmieściach miasta. Kiedy dotarł do karczmy ochoczo wkroczył do środka. Przystanął przy barze i zamówił sobie kufel piwa, oraz poprosił o napełnienie bukłaka piwem. Oparł się przedramionami o ladę baru na której wcześniej położył zapłatę za trunek.
Kiedy karczmarz podał mu kufel z trunkiem upił porządnego łyka. Gdy pił nagle jakaś mała rączka chwyciła go za przedramię.
- Proszę pana....- Soth usłyszał dziecinny głos tuż pod swoją ręką.
- Czego chcesz gówniaku jeden?- łowca spojrzał rozeźlony w dół i widząc niewielkiego dzieciaka który miał góra pięć czy sześć lat odwrócił się od niego nie zwracając na niego większej uwagi.
- Proszę pana... czy pan to Soth... albo coś w tym stylu?- dzieciak najwidoczniej nie dawał za wygraną ale już nie ciągnął łowcy za rękę.
- Tak... bo co gówn...- Soth odwrócił się w stronę chłopaczka i spojrzał na niego uważnie i... Zaniemówił.
Dzieciak miał najwyżej sześć lat. Miał proste, długie białe włosy. Oczy koloru błękitnego nieba i białą skórę. Zdawać by się mogło że Soth patrzy na swoją sześcioletnią kopię. Dzieciak był niezwykle podobny do łowcy.
Kiedy Soth starał się znaleźć w gębie język na obliczu dzieciaka uśmiech zagościł.
- Jestem Sother. Mamusia nazwała mnie tak... po ojcu... bo tak się chyba nazywał... ale nie pamiętała dokładnie... zmarło się jej pół roku temu...
Łowca z początku pomyślał że widzi białe myszki. Widział białe włosy i skórę więc kolor się zgadzał, tylko zwierzę się nie zgadzało. Niech to szlag!
Soth spojrzał na kufel z piwem i odstawił go z głośnym huknięciem na ladę.
- Mamusia powiadasz?- zapytał Soth zachrypniętym głosem kiedy w końcu odzyskał zdolność mowy.- A mamusia to jak się nazywała i gdzie mieszkaliście?- łowca zmarszczył nieco brwi. Nie zwracał uwagi na to kogo rucha, nawet nie starał się zapamiętywać ich imion. Niby po co? Dupa jest dupa a on był często w drodze.
- A mamcia to nazywała się Elen. Mieszkaliśmy tutaj... niedaleko...
- Elen, Elen... zamknij się.- warknął w jego kierunku Soth powtarzając cały czas imię matki. Rozejrzał się wokół starając się przypomnieć czy kiedyś był w tej mieścinie.
- Rudowłosa barmanka? Córka karczmarza?- zapytał łowca zniżając twarz do poziomu twarzy dziecka.- O kurwa.- kiedy ujrzał że dzieciak energicznie pokiwał głową potwierdzając jego słowa Soth podniósł się nagle i trzymając za rękę dzieciaka szybko wyszedł z karczmy. Z tego co sobie przypominał to kilka lat wcześniej spędził upojną noc z rudowłosą córką karczmarza tejże karczmy.
Łowca szybkim krokiem zagłębił się wraz z dzieciakiem pomiędzy kręte uliczki miasteczka. Zatrzymali się w niewielkim zaułku upewniając się że nikt za nim nie szedł.
Soth spojrzał na dzieciaka i potarł twarz wzdychając ciężko. Dzieciak był identyczny do niego. Zadziwiające.
- Posłuchaj. Masz to i uznajmy że nigdy się nie spotkaliśmy...- łowca wyciągnął z sakiewki kilka monet i starał się wcisnąć chłopcu w dłoń jako łapówkę za amnezję ze spotkania z własnym ojcem.
- Nie mów że chcesz przekupić sześciolatka?- Soth usłyszał młodzieńczy głos za swymi plecami.
Nerwowym ruchem mężczyzna odwrócił się i jeszcze bardziej otworzył oczy z niedowierzania i dodatkowo szczęka mu opadła.
Za nim, a kiedy się odwrócił to przed nim stał młodzieniec, może jedenastoletni. Młokos również był podobny do Sotha jak i do sześciolatka za nim. Miał równie białe włosy i niebieskie oczy.
- A ty to?- zająknął się łowca.
- Sothar. Syn Eleonory. Szlachetna córka którą zgwałciłeś bydlaku jedenaście lat temu.- młodzieniec nie szczędził czułych słów swemu prawdziwemu ojcu.
- Eleonory?- zapytał ze zdziwieniem Soth przypominając sobie córkę szlachcica z okolic Lothil.- Ej! Ja jej nie....
- Zgwałciłeś ją!- młodzieniec nie dał mu dojść do słowa.- Bo jak można nazwać fakt że porzuciłeś ją następnego dnia kiedy spędziłeś z nią noc? A wcześniej przymilałeś się jedynie do jej tatusia by zatrzymał cię kilka dni u siebie!
- Ale....
- Nie ma żadnego ale...- młokos dalej nie dał mu dojść do słowa.- Postępujesz tak z każdą. Ledwo kogoś poznasz to potem wykorzystujesz a następnie opuszczasz. Tak było z Eleonorą. I tak było też z Eleną.
- I z Gertą...- w zaułku dało się słyszeć cichy dziewczęcy głosik. W uliczce ukazała się mała, może siedmioletnia dziewczynka. Ona również miała białe włosy i niebieskie oczy a zwała się Sothis.
- I z Ritą...- kolejny głos znów chłopca. Dziewięcioletni, białowłosy i niebieskooki chłopiec pojawił się w wejściu do zaułka.
- I z Bertą...
- I z Ilią...
- I z Mevią...
W zaułku coraz bardziej tłoczno się robiło a z każdym imieniem pojawiało się dziecko które było kropla w kroplę podobną do samego Sotha.


Klątwa Sotha
Po pijaku uroczy i szarmancki szlachcic, w trzeźwości zaś cham i bydlak.






07.11.2016, 00:08
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Hala Smoczych Bóstw
#15

30 października - Legenda Podwodnego Miasta



31 października - Rozpoczynamy 2 etap eventu, czyniąc drugi krok przez Halę Smoczych Bóstw. Tym samym ogłaszamy dodatkowe wydarzenie z okazji Halloween!
Do naszego świata zostały zesłane eteryczne duchy, które przybrały formę dyń. Ich obecność może spowodować problemy zdrowotne lub problemy na tle religijnym. Aby się ich pozbyć, należy zdobyć specjalne dyniowe pieczęci. Są one kluczem do odpędzania zaklętych, złych Dyń! Co więcej! Z niewiadomych powodów, każda Dynia broni jakiegoś skarbu... Żeby się dowiedzieć czego tak uparcie bronią, trzeba je odesłać w eteryczną nicość!

Dyniowe pieczęci można pozyskać na dwa sposoby. Pierwszym jest pisanie postów fabularnych, z których istnieje szansa zdobycia pieczęci dzięki zaimplementowanemu systemowi dropu. Ponieważ nie wszyscy mają możliwość i okazję pisać posty fabularne, wychodzimy naprzeciw takim osobom i umożliwiamy zdobycie postów poprzez pisanie strasznych opowiadań z uniwersum Atarashii! O tym, czy dyniowa pieczęć zostanie przyznana, zadecyduje jakość przekazanej historii.


ODEŚLIJ ZŁĄ DYNIĘ!
Ten napis wyżej "Odeślij złą dynię", to jest link. Tak. Trzeba w niego kliknąć żeby móc użyć dyniowych pieczęci. Tak. Trzeba kliknąć w jedną z dyń, które pokażą się na podstronie. Jest ich dziewięć.



Wszystkie straszne historie należy zamieszczać w tym poście, a my w gronie administracyjnym, będziemy informować Was pod postami o tym czy przyznajemy pieczęć.

Zachęcamy, do dalszej dyskusji i spekulacji dotyczących następnych tekstów. Forma dowolna! Informujemy także, że każdy z Was, otrzymał na start jedną dyniową pieczęć!



6 listopada - Baśń o Syrenie i Krakenie



7 listopada - Skoro rozgrzewkę Halloweenową mamy zakończoną... Przyszedł czas na kolejny krok przez halę Smoczych Bóstw. Tym razem Waszym zadaniem jest napisać porządną, mroczną historię, która będzie osadzona w naszym uniwersum. Forma dowolna. Możecie upiększać teksty obrazkami, muzyką, wierszami... Najciekawiej zrealizowana praca, z najlepszą fabułą i ciekawym przesłaniem, będzie mogła otrzymać limitowane przedmioty, z limitowanymi atrybutami.
Eteryczny pierścień +12 z ULTRA legendarnymi atrybutami, paczki bonusów za posty (etery x2/x3 lub doś. x2/x3) a także specjalne receptury uroków, które będą ustalane na bazie potrzeb wygranej osoby.
Ponieważ otwieramy konkurs na najlepsze, mroczne opowiadanie, zostaje zablokowana możliwość tworzenia opowiadań za dyniowe pieczęci. Te będzie można zdobywać wyłącznie z postów fabularnych. Szansa na ich zdobycie zostanie zwiększona do 40%.
W trzecim etapie można zamieścić tylko jedną pracę konkursową, dlatego dobrze przemyślcie swoje opowiadanie. Liczymy na dopracowaną, mroczną, ciekawą i pomysłową pracę. Będziemy także nagradzać dodatkowymi punktami uczestników, którzy jako pierwsi zamieszczą swoje opowiadania.



— STRONA ZNALEZIONA W LESIE MIRAŻU —
Każdy człowiek, jeśli tylko nie jest obłąkany, potrafi na pewnym poziomie
świadomości poznawać różne głosy, którymi przemawia jego wyobraźnia.







07.11.2016, 03:41
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Hala Smoczych Bóstw
#16

Biografia Hawkeye'a - Ducha zaklętego w laleczce ozdobionej srebrem


Postanowiłem podzielić się z wami Kartą Postaci jednego z moich martwych kompanów, abyście lepiej mogli zrozumieć na czym opiera się historia. Tak, wiem że Hawk to Jastrząb a nie Sokół... xD

Lalka/Srebro
Nazwa ducha: Hawkeye
Świat ducha: Ziemia
Koszt many: 20 PM + 4 PM co post
Opis wyglądu ducha: Hawkeye wygląda jak typowy myśliwy lub leśniczy - Jego ubiór to typowe "szmaty" w leśnych barwach ułatwiających kamuflaż - widać wyraźnie, że za życia zależało mu jedynie na wygodzie i funkcjonalności. Przez plecy ducha przewieszony jest łuk i kołczan ze strzałami, jednak rzadko kiedy można go widzieć w użyciu. Twarz Hawkeye'a jest dość ogorzała, porośnięta dość długą, ciemną brodą, zaś na głowie próżno się doszukiwać jakichkolwiek włosów.
Opis charakteru ducha: Duch nazywany nieraz strażnikiem przyrody bądź druidem, ponieważ las i naturalne środowisko jest dla niego spełnieniem i w każdym innym czuje się on nadzwyczaj źle. Jest dobrym duchem i nie stroni od pomocy, jeżeli tylko ta pomoc nie objawia się niszczeniem przyrody bądź krzywdzeniem dobrych ludzi. Przyzwany na łonie natury bardzo niechętnie wraca do postaci lalki decydując się na dotrzymywanie towarzystwa przyzywającemu. Zupełnie odwrotnie jest w przypadku przyzwania Hawkeye'a w centrum cywilizacji... wtedy trzeba go przekonywać do współpracy.
Umiejętności ducha:
1. Tropienie - Hawkeye potrafi doskonale rozpoznawać ślady w dziczy, a także tropić cel za ich pomocą, o ile są dostatecznie świeże i sprzyjają ku temu warunki.
2. Uspokojenie zwierzęcia - Hawkeye poprzez kontakt wzrokowy ze zwierzęciem, gesty i słowa potrafi zmienić stosunek dzikiego bądź agresywnego zwierzęcia do siebie i przyzywającego. Zwierzęta agresywne stają sie pasywne i przestaje je interesować atak, zaś zwierzęta o neutralnym usposobieniu można nawet uczynić przyjaznymi sobie. W skrajnych przypadkach umiejętność nie zadziała (np. gdy zwierze jest wygłodniałe, tresowane lub zaczarowane)
3. Sokole Oko - Hawkeye może dobyć w skrajnych przypadkach łuku i rozprawić się z przeciwnikami natury lub skrajnie złymi ludźmi. Oczywiście nigdy nie skrzywdziłby zwierzęcia lub osoby żyjącej w zgodzie z naturą. Hawkeye ceni swój łuk i pilnuje go jak oczka w głowie, co tłumaczyłoby dlaczego jest prawdziwym ekspertem w tej broni i rzadko chybia.
4. Załamanie duszy* -Jeżeli Hawkeye przypadkowo zabije dzikie/spokojne/oswojone zwierzę lub przyczyni się do wyniszczenia natury zaczyna się załamywanie jego jaźni, które narasta wraz z kolejnymi uczynkami sprzecznymi z jego naturą. Duch zdaje się wariować, jego charakter zmienia się o 180 stopni i zyskuje on nowe umiejętności. Może się nawet stać nieprzychylny dla przyzywającego. Zmiana ducha jest permanentna i nie da się go już przywrócić do poprzedniej formy.

*Zarówno Taarpen jak i sam Hawkeye nie zdają sobie sprawy z istnienia tej "umiejętności".


Nazywam się Hawkeye i jestem prostym leśniczym. Kocham naturę, lubię wypić i nienawidzę bezmyślnego zabijania, szczególnie zwierząt. Zawsze gdy ginie człowiek, jest mi mniej żal niż kiedy ginie sarna lub łoś. Ludzie są prawdziwymi bestiami... Przesiąknięci nienawiścią, gniewem, pychą i wszystkimi tymi cechami, które sami nazywają Grzechami Głównymi. Nigdy się w to nie zagłębiałem, zawsze po prostu zły człowiek był dla mnie jak najbardziej ludzkim człowiekiem. Ja natomiast jestem trochę inny, nie określiłbym siebie samego jako "złego", chociaż ludzie przywiązani przeze mnie do drzewa i otrzymujący trzecią strzałę z mojego łuku w sam środek odbytu uważali inaczej.
Ale to oni byli tymi złymi. Mordowali zwierzynę i palili roślinność, którą ja latami się opiekowałem i dbałem o to by każda komórka w lesie i na łące żyła w symbiozie z tą obok. Nie ingerowałem w życie drapieżników, bo burzyłbym naturalną kolej rzeczy, ale zawsze wspierałem słabe i zmutowane osobniki, by lepiej radziły sobie w trudniejszych warunkach. Gdy występowały anomalie pogodowe mogące zabić połowę leśnych stworzeń, to ja byłem tym który zapewniał im schronienie. Przychodziło mi to łatwo, bo dzika zwierzyna wcale się mnie nie bała, tak jakby wyczuwała że nie zrobię jej krzywdy, a wręcz wypruję sobie flaki by miała co jeść. Inni tego nie rozumieli, dlatego jeżeli zapuszczali się do mojego kawałka lasu z niecnymi celami, zazwyczaj już nie wychodzili. Chcieli zjeść dziczyznę, jednak koniec końców to ta dziczyzna żywiła się "ludziną". Miałem już niemała wprawę w patroszeniu ludzi, kiedy zrobiło mi się ciemno przed oczami i zaraz później stałem nad swoimi zwłokami przerobionymi na miazgę. Ah, nie wspominałem, że jestem martwy od jakiegoś czasu? Cóż, wybaczcie, pominąłem istotny element.
Taaak, nie posiadam już materialnego ciała, jedynie duszę która podobno nie mogła w dziwny sposób trafić do niebios, mimo że przecież byłem dobrym człowiekiem. Teraz mieszkam w małej laleczce obszytej nićmi ze srebra. Gdyby nie to, że w środku śmierdzi jak w chacie znachora czy w jakieś aptece, to byłoby całkiem przytulnie. Już trochę się przyzwyczaiłem, a wręcz gdy wychodzę na zewnątrz czuję się dziwnie bez silnego smrodu suszonych liści Buzskum. Może słyszeliście o tych czerwonych chwastach, którymi mój towarzysz Taarpen często upala się do nieprzytomności. W zasadzie kompletnie trzeźwego widziałem go tylko parę razy, jednak wtedy nie rozmawialiśmy za wiele, bo był w złym humorze i nie chciało mu się gadać. Zastanawia mnie skąd on tyle tego bierze? No bo chyba nie znajduje co chwile na szlaku sakiewek wypełnionych tym gównem?
Wracając do mojej historii... umarłem. Tutaj mógłbym skończyć, ale w końcu moja dusza została na ziemi, więc mogłem obserwować wszystko co dzieje się wokół mnie. Na dole zmiażdżone ciało, a z tyłu grupa spasionych skurwysynów z jakąś dziwną machiną. Jakim cudem nie usłyszałem, że zbliżają się do mnie z tak wielkim ustrojstwem? To coś ciskało ogromne kamienie z wielką siłą, nie jest dziwne więc, że moje światło zgasło jak tylko pierwszy z nich trafił mnie gdzieś po środku kręgosłupa.
Najgorsze jest to, że nie pamiętam twarzy ani jednego z nich, a dzięki Taarpenowi zyskałem idealną okazję zemszczenia się za bezlitosne niszczenie natury oraz jej największego obrońcy...
Gdy w niematerialnej postaci błąkałem się już dobry tydzień wokół ciała, nie mogłem powstrzymać łez widząc przeróżne zwierzęta codziennie odwiedzające moje gnijące ciało. Żadne z nich, nawet najbardziej zagłodzone nie tknęło go. Nawet mrówki zbudowały obok mrowisko i jako główny budulec używały moich zniszczonych ubrań i przedmiotów, ale żadna z nich nie wyrwała nawet kawałeczka skóry.
Nie płacz, facet jesteś czy pizda? - usłyszałem za plecami głos młodego chłopaka. Odwróciłem się i ujrzałem pierwszy raz Taarpena spoglądającego z dziwnym uśmieszkiem to na mnie, to na moje zwłoki. Od razu dostrzegłem pewne podobieństwo między nim, a sobą. On także nie wyglądał na złego, a jak się potem okazało - jedyne niszczenie natury jakie wyznawał, to palenie Buzskum w jego fajce.
Tamte gnoje już nie żyją, mój towarzysz Salem zajął się nimi bardzo szybko, nawet spalił tą ich balistę. W życiu go szczęśliwszego nie widziałem. - szepnął chłopak i mrugnął porozumiewawczo w moją stronę. Pomścił mnie jego kompan. A on sam widział moją duszę jakby to było materialne ciało... wszystko wydawało mi się zagmatwane jak sen, jednak później stało się już jasne.
Gdy zapytał czy dołączę do niego i jego dusz zaklętych w lalkach, nie mogłem odmówić. Po co siedzieć cały czas w tym lesie, bez możliwości kontaktu z przyrodą? Taarpen mógł mi nadawać materialne ciało kiedy tylko chciał, a ja wtedy mogłem napawać się urokiem otaczającej nas natury.

Tak oto poznałem mojego upalonego towarzysza, z którym podróżuję po dziś dzień. To dobry człowiek, nigdy nie zmusił mnie do zrobienia czegoś wbrew mojej woli. Oby tak pozostało, bo chyba bym się załamał...


Pół roku później.
Dziennik podróżny Taarpena:
Jeden wygłodniały wilk padł ofiarą Jastrzębiego Oka... to niewątpliwie wpłynęło na charakter myśliwego.
08.11.2016, 15:21
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Hala Smoczych Bóstw
#17

Wysoko urodzony arystokrata postanowił odwiedzić swego prywatnego detektywa. Stróż prawa ostatnimi czasy był bardzo zapracowany. Otóż przez ostatnie miesiące Lothil ogarnęła groza gdyż co i raz znajdowano przeróżne ciała w całym mieście. Ciała te najczęściej znajdowano w porcie, albo porzucone gdzieś w lesie i nadgryzione przez leśne zwierzęta, tudzież wrzucane były do kanałów. Ofiarami były przeróżne osoby, od żebraków i biedaków począwszy ale ostatnio ginęli również osobistości z zamożnego mieszczaństwa. Na Lothil padła groza grasującego i nieuchwytnego seryjnego mordercy. Jedną wspólną cechą łączącą wszystkie ofiary był fakt że ciała były pozbawione mózgu i oczu oraz w różnych częściach ciała zostały obdarte ze skóry.
Wchodząc do holu sporego mieszkanka w zamożniejszej dzielnicy Lothil arystokrata spojrzał na duży portret właściciela tegoż przybytku. Portret obrazował podobiznę detektywa z czasów jego młodości. Na odwiedzającego z obrazu patrzyły nań bystre zielone oczy o przenikliwym spojrzeniu. Od razu miało się wrażenie że temu osobnikowi żaden nawet najdrobniejszy szczegół nie umknie.
Radegard bo tak nazywał się ów arystokrata udał się do obszernej jadalni. Na środku pomieszczenia znajdował się stół przy którym zasiąść mogło przynajmniej dwanaście osób. Przy obydwu szczytach stołu znajdowały się wygodne i obszerne fotele z zagłówkami. Po bokach stały zwykłe, podbite pluszem krzesła. Pod ścianą mniej więcej w połowie stołu znajdował się kominek w którym ochoczo płonął ogień.
W jadalni arystokrata spotkał właściciela mieszkania. Przywitał się z nim serdecznym uściskiem dłoni. Detektyw Warner był już mężczyzną zbliżającym się niechybnie ku starości, choć widać było że jeszcze dobrze się trzyma i krzepy mu nie brak. Uścisk dłoni wciąż miał silny a umysł sprawny, a to drugie chyba najbardziej sprawdzało się w pracy detektywa.
- Wybacz że nachodzę ale nie mogłem się doczekać raportu. Dorwaliście go?- zapytał Radegard detektywa na przywitanie. Widać było że ciekawość rozpalała go od środka.
- Spokojnie Radegardzie. Po kolei.- odpowiedział mu detektyw z lekkim uśmiechem.- Pozwolisz że tutaj przygotuję śniadanie. Planuję zrobić jajecznicę. Niestety nie miałem czasu wcześniej zjeść gdyż jak sam możesz się domyślać wróciłem dopiero nad ranem. Czy zrobisz mi tę przyjemność i rozgościsz się oraz zjesz ze mną posiłek?- zapytał spokojnie Werner.
- Jasne. Nie ma problemu. To moja wina. Nie pomyślałem że możesz jeszcze spać po ciężkiej nocy. To będzie dla mnie przyjemność zjeść z tobą śniadanie Wernerze.- odpowiedział mu arystokrata.
Stróż prawa wskazał miejsce gdzie mógłby zasiąść jego pracodawca. Oczywiście był to rozłożysty fotel u szczytu stołu. Natomiast sam gospodarz zniknął za drzwiami prowadzącymi do kuchni. Po chwili wrócił z dużą żeliwną patelnią oraz dwoma miseczkami. W jednej misce znajdowało się pokrojone już mięso o barwie biało-szarej zmieszane z poszatkowaną cebulką. W drugiej miseczce znajdowały się wbite już jajka. Wystarczyło teraz tylko rozgrzać patelnię, wrzucić mięso lekko je podsmażając a następnie wrzucić jajka.
Zanim Werner zaczął przygotowywać danie podszedł jeszcze do barku i otworzył jego drzwiczki by pokazać swemu pracodawcy zawartość.
- Napijemy się?- zapytał z ciepłym uśmiechem na ustach.
- Jasne. Daj to samo co sobie.- odpowiedział mu.
Detektyw odwrócił się i przez chwilę widać było jedynie jego plecy. Postukały butelki i kielichy, słychać było przelewane trunki. Po chwili stróż prawa podawał arystokracie aromatyczną brandy w pękatym kielichu.
Radegard upił łyk brandy i wbił spojrzenie w gospodarza domu.
- Więc jak? Dopadłeś go?- arystokrata nie wytrzymał.
Detektyw uśmiechnął się upijając łyka trunku i podszedł do kominka. Wstawił na ogień patelnię. Czekał aż się rozgrzeje.
- Ależ oczywiście.- odpowiedział triumfalnym tonem.
- Więc? Co to za psychopata był?- zapytał ponownie Radegard.
- Spokojnie. Po kolei.- odpowiedział nieco flegmatycznie detektyw.- Wpierw musiałem rozgryźć motywy jego zbrodni. Co powodowało że robił ofiarom to co robił?
- No i? Czemu to robił?
- Żeby to rozgryźć musiałem przeanalizować ogólny dobór ofiar.- zaczął swą opowieść detektyw. Przy okazji wrzucił na patelnię mięso z cebulką. Zaczęło miło dla ucha skwierczeć, a w pomieszczeniu rozniósł się aromat smażonej cebuli z mięsem.
- Czemu?- dopytywał się Radegard.
Detektyw zamieszał drewnianą łyżką w patelni by wszystko dokładnie się dosmażyło.
- Zauważ że pierwsze ofiary praktycznie nic nie znaczyły. Jakiś żebrak, biedak czy drobny opryszek. Ale potem...- detektyw spojrzał na arystokratę swymi przenikliwymi i bystrymi szarymi oczyma.- ...potem ofiary zaczęły coś znaczyć. To znaczy jeszcze nie były to jakieś znane osobistości lecz jakby nie patrzeć to ofiary zaczęły być dobierane w miarę logiczny sposób.
- To znaczy? Nie rozumiem.
- Widzisz. Na początku biedaki i żebraki nic nie znaczyły. Musiał ich zabić dla próby. Nad czymś pracował. Kiedy jego eksperyment zaczynał przynosić efekty zaczął rozważniej dobierać ofiary. Córka karczmarza, tragarz handlarza, pomocnik w gildii kupieckiej, jakiś mniej zamożny kupiec, strażnik miejski. Czy nie widzisz związku?
- Eeeee.... Nie?- odpowiedział Radegard i znów sięgnął do kielicha z brandy.- Ale to ty jesteś przecież moim detektywem.- uśmiechnął się popijając z kielicha.
- Właśnie. Z początku też nie widziałem związku ale po głębszym zastanowieniu olśniło mnie. On się pnie po szczeblach społeczeństwa. Na początku były żebraki, potem zajął się biednymi mieszkańcami kończąc na bogatszej klasie średniej.- detektyw z nikłym uśmiechem wrzucił na patelnię jajka i rozbełtał je po patelni.- Dobierał ofiary by zajść coraz dalej. Im dalej tym ofiara coraz więcej znaczyła zarówno społecznie jak i materialnie. On miał w tym swój cel.
- Ale jaki? Wciąż nie rozumiem.- dopytywał się szlachcic.
Detektyw po krótkim smażeniu jajek zdjął patelnię z ognia. Widać preferował jajka słabo ścięte. Postawił naczynie na desce która znajdowała się na stole. Gospodarz ruszył jeszcze do kuchni. Po chwili przyniósł dwa talerze ze sztućcami oraz niewielki garnek który wstawił na ogień. W garnku znajdowała się brunatno-szara woda. Coś jak zupa grzybowa.
- Ja też tego nie rozumiałem.- odpowiedział detektyw kiedy przyniósł nakrycie stołu.- Dopiero kiedy zorientowałem się że pnie się po szczeblach społeczeństwa zacząłem drążyć temat. Wypytywać ludzi czy byli może świadkami ostatnich godzin czy minut konkretnych ofiar. I wiesz co odkryłem?
- Co takiego?
- Każda następna ofiara spotykała się z...- tu detektyw zrobił chwilę pauzy by nabrać na widelec jajecznicy z mięskiem i wpakował sobie do ust. Podobnie zrobił Radegard. Kiedy arystokrata przełknął pokiwał z uznaniem głową.- ...spotykała się z poprzednią ofiarą.
- Z poprzednią ofiarą?- zapytał zdziwiony arystokrata.- Ale jak?
- No właśnie. Też zacząłem się zastanawiać. Ale tropy były wyraźne. Każda następna ofiara spotykała na swej drodze jedną z poprzednich ofiar, nie musiała to być ofiara dopiero co zabita ale na przykład drobny kupiec który został zabity jako bodajże siódma czy ósma ofiara był widziany w obecności córki karczmarza która została zabita jako czwarta.
- Ale...
- No właśnie. Jak to możliwe?- zadał pytanie retoryczne detektyw dalej zajadając się jajecznicą. Co i raz popijał jedzenie brandy. Tak samo też robił arystokrata.- Zacząłem się zastanawiać. Ciała ofiar pozbawione były mózgu i oczu. Oraz fragmentu skór. Ale po co?
Stróż prawa dojadł porcję z talerza i zaczął chodzić po pokoju trzymając w ręku kielich z brandy. Wskazał na arystokratę.
- Nie pijesz?- zapytał.
- Już.- odpowiedział Radegard i dokończył posiłek.- Pyszne. Co to za mięso?- zapytał i sięgnął do kielicha by znów sączyć powoli brandy.
- Zacząłem wnikać w jego umysł. Starałem się dociec co jego popycha do tych zbrodni. Powoli układanka zaczęła nabierać kształtu. A co jeśli on to robi by do czegoś dojść?
- Ale jak?
- No właśnie. Ofiary były traktowane tak samo. Pozbawione mózgu i oczu oraz fragmentu skóry. Ale po co?- Werner znów zadał pytanie spacerując po pokoju. Napił się brandy.- Zacząłem zadawać sobie pytanie po co pozbawia ich mózgu. Czemu wyłupuje oczy? Czemu wykrawa fragmenty skóry?
- Bo jest nienormalny?
- Niekoniecznie.- pokręcił głową stróż prawa. - Za co odpowiada mózg?
- Nie wiem. Za myślenie?
- No właśnie. A skóra? Zacznij myśleć jak myśliwy. Po co zabijasz jelenia czy niedźwiedzia?
- Eeee... dla skóry by zrobić sobie ubranie?
- No właśnie.- przyklasnął z uznaniem mu detektyw.- A co jeśli on robi podobnie. Obdziera ich ze skóry by zrobić sobie ubranie?
- Eeee... Ale on wykrawał tylko fragment skóry. Każdy by się zorientował że ma na sobie różne skrawki dziwnej skóry.
- Niekoniecznie. A co jeśli to akolita który przy pomocy fragmentu czyjegoś ciała potrafi przybrać całą jego posturę i wygląd? Kiedy na to wpadłem łatwo było wpaść też na to po co były mu potrzebne mózgi ofiar.
-??- arystokrata siedział nieruchomo i jedynie wodził za detektywem spojrzeniem. Spojrzeniem które powoli nabierało elementy paniki.
- Mózgi potrzebne mu były po to by poznać sposób myślenia swych ofiar. By poznać ich osobowość. On te mózgi zjadał.- detektyw podszedł do arystokraty i nachylił się do ucha Radegarda.
- Mięso które jadłeś to mózg mój drogi Radegardzie.- detektyw zaśmiał się cicho i spojrzał prosto w oczy szlachcica. Detektyw patrzył na niego szarymi zimnymi oczyma, zupełnie odmiennymi od tych które widniały na portrecie w holu mieszkania.
Radegard siedział nieruchomo jakby sparaliżowany. Jedynie gałki oczne mu się ruszały.
- Widzisz Radegardzie. Moją ostatnią ofiarą był strażnik. To był jedyny sposób by zbliżyć się do Wernera. A mając Wernera zdobędę i ciebie.- detektyw podszedł do kominka i zamieszał w garnku z dziwną zupą.- Dziwiło mnie natomiast czemu wyłupywał ofiarom oczy.- najwidoczniej morderca idealnie wczuwał się w rolę jaką przybierał ponieważ dalej kontynuował opowieść detektywa.- Otóż oczy to jedyny aspekt którego nie potrafił podrobić. Idealnie imitował swe ofiary lecz nie potrafił podrobić koloru ich oczu. Ale właśnie wymyśliłem sposób Radegardzie...- detektyw mieszając w zupełnie sprawił że z dna uniosły koliste kształty. To były oczy, w zupie właśnie gotowały się oczy wszystkich ofiar. Detektyw nalał sobie nieco do niewielkiej miseczki i zjadł zapalczywie. Po chwili na arystokratę detektyw spoglądał lśniącymi zielonymi oczyma. Stróż prawa się zaśmiał. Wziął nóż ze stołu który używał podczas jedzenia jajecznicy.
- A robiłem to tylko po to by zdobyć władzę. Mając ciebie władza jest na wyciągnięcie ręki.
Detektyw zaśmiał się ponownie. Wciąż sparaliżowany najwidoczniej jakąś trucizną znajdującą się w brandy patrzył jak detektyw zbliża się do niego z nożem w ręku. Dopiero po chwili zorientował się że nożem tym był skalpel. Arystokratę krew zalała oczy w momencie kiedy tracił przytomność gdy miał rozcinaną skórę na głowie by ułatwić dostęp do jego mózgu.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.11.2016, 15:50 przez Vargor.)

13.11.2016, 15:38
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Hala Smoczych Bóstw
#18

Do kasacji.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.11.2016, 23:09 przez Amaron.)

15.11.2016, 00:04
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Hala Smoczych Bóstw
#19

30 października - Legenda Podwodnego Miasta



31 października - Rozpoczynamy 2 etap eventu, czyniąc drugi krok przez Halę Smoczych Bóstw. Tym samym ogłaszamy dodatkowe wydarzenie z okazji Halloween!
Do naszego świata zostały zesłane eteryczne duchy, które przybrały formę dyń. Ich obecność może spowodować problemy zdrowotne lub problemy na tle religijnym. Aby się ich pozbyć, należy zdobyć specjalne dyniowe pieczęci. Są one kluczem do odpędzania zaklętych, złych Dyń! Co więcej! Z niewiadomych powodów, każda Dynia broni jakiegoś skarbu... Żeby się dowiedzieć czego tak uparcie bronią, trzeba je odesłać w eteryczną nicość!

Dyniowe pieczęci można pozyskać na dwa sposoby. Pierwszym jest pisanie postów fabularnych, z których istnieje szansa zdobycia pieczęci dzięki zaimplementowanemu systemowi dropu. Ponieważ nie wszyscy mają możliwość i okazję pisać posty fabularne, wychodzimy naprzeciw takim osobom i umożliwiamy zdobycie postów poprzez pisanie strasznych opowiadań z uniwersum Atarashii! O tym, czy dyniowa pieczęć zostanie przyznana, zadecyduje jakość przekazanej historii.



Ten napis wyżej "Odeślij złą dynię", to jest link. Tak. Trzeba w niego kliknąć żeby móc użyć dyniowych pieczęci. Tak. Trzeba kliknąć w jedną z dyń, które pokażą się na podstronie. Jest ich dziewięć.



Wszystkie straszne historie należy zamieszczać w tym poście, a my w gronie administracyjnym, będziemy informować Was pod postami o tym czy przyznajemy pieczęć.

Zachęcamy, do dalszej dyskusji i spekulacji dotyczących następnych tekstów. Forma dowolna! Informujemy także, że każdy z Was, otrzymał na start jedną dyniową pieczęć!



6 listopada - Baśń o Syrenie i Krakenie



7 listopada - Skoro rozgrzewkę Halloweenową mamy zakończoną... Przyszedł czas na kolejny krok przez halę Smoczych Bóstw. Tym razem Waszym zadaniem jest napisać porządną, mroczną historię, która będzie osadzona w naszym uniwersum. Forma dowolna. Możecie upiększać teksty obrazkami, muzyką, wierszami... Najciekawiej zrealizowana praca, z najlepszą fabułą i ciekawym przesłaniem, będzie mogła otrzymać limitowane przedmioty, z limitowanymi atrybutami.
Eteryczny pierścień +12 z ULTRA legendarnymi atrybutami, paczki bonusów za posty (etery x2/x3 lub doś. x2/x3) a także specjalne receptury uroków, które będą ustalane na bazie potrzeb wygranej osoby.
Ponieważ otwieramy konkurs na najlepsze, mroczne opowiadanie, zostaje zablokowana możliwość tworzenia opowiadań za dyniowe pieczęci. Te będzie można zdobywać wyłącznie z postów fabularnych. Szansa na ich zdobycie zostanie zwiększona do 40%.
W trzecim etapie można zamieścić tylko jedną pracę konkursową, dlatego dobrze przemyślcie swoje opowiadanie. Liczymy na dopracowaną, mroczną, ciekawą i pomysłową pracę. Będziemy także nagradzać dodatkowymi punktami uczestników, którzy jako pierwsi zamieszczą swoje opowiadania.



17 listopada - Duchy Odległych Krain



17 listopada - Zaczynamy kolejny etap niestety kilka dni po czasie. Wraz  z nim czynimy czwarty krok przez Halę Smoczych Bóstw, aktywując drop przedmiotów w postach! Jest to pierwszy raz, kiedy każdy z Was będzie miał szansę zdobyć wymarzony przedmiot z postów fabularnych! Czy to pierścień odnowy? Eteryczny pierścień? Kontrakt, Zwój, Legendarne pierścienie lub całkowicie unikalny eteryczny ekwipunek? Może otrzymasz smocze jajo? A może zdobędziesz paczkę bonusów do eteru? Brzmi tajemniczo? Odkrywaj możliwości Atarashii! To wszystko jest od dzisiaj możliwe! Zdradzamy już teraz, że ten krok będzie wiązał się z następnym, dlatego więcej informacji udzielimy wam dopiero w poniedziałek!



— STRONA ZNALEZIONA W LESIE MIRAŻU —
Każdy człowiek, jeśli tylko nie jest obłąkany, potrafi na pewnym poziomie
świadomości poznawać różne głosy, którymi przemawia jego wyobraźnia.







17.11.2016, 23:33
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Hala Smoczych Bóstw
#20

(Po licznych crashach, bluscreenach i innych wypadkach, wrzucam drugą, poprawioną wersję taką, jaka miała być w pierwotnym zamyśle, a nie ucięta chamsko w połowie)


-----===[Jestem Lu]===-----


Moje dzieciństwo nie należało do najprzyjemniejszych. Gdy tylko próbuję sięgnąć do jak najwcześniejszych wspomnień, szybko orientuję się że niemal wszystkie są takie same. Słyszę głosy ludzi przeklinających mnie i moją rodzicielkę, widzę jak wytykają mnie palcami, plują pod nogi… Choć czasem zdarzały się i przyjemniejsze gesty, nie wszyscy widzieli we mnie… zło. Wszystko przez bielmo na moich oczach, niezbyt głębokie, lecz widoczne odkąd tylko otworzyłem je po raz pierwszy. Jedni uważali że będę ślepy od kołyski aż po grób, inni twierdzili że być może z czasem odzyskam częściowo swój wzrok… lecz przede wszystkim byli tacy, którzy widzieli we mnie pomiot piekieł, twierdzili że jestem przeklęty, że nie przeżyję roku, a takie dziecko to kara za grzeszne życie mej matki. Nie sposób zliczyć jak wiele różnych wyzwisk padło pod moim adresem. Czart, demon, przeklęty, odmieniec, ślepiec…

Czemu w swych wspomnieniach widziałem zatem ludzi wytykających mnie palcami? Cóż, odpowiedź jest prosta. Pomimo bielma, widziałem dobrze. Ba, nawet bardzo dobrze. Z czasem zorientowałem się, iż widzę więcej niż wszyscy moi rówieśnicy. Widziałem ludzi i zwierzęta których już dawno na tym świecie nie było, widziałem sceny, które działy się choćby i przed moimi narodzinami… Widziałem dużo, lecz rozumiałem znacznie mniej. Oczywiście nikt mi nie wierzył gdy próbowałem znaleźć wsparcie, wszystko co powiedziałem tylko utwierdzało wszystkich wokół mnie że jestem pomylony, chory na głowę. Nie dość, że moja ślepota miała być karą zesłaną przez bóstwa i zwiastować nieurodzaj, suszę, zarazę czy inne gówno jakie miało spaść na mieszkańców mojej wsi – czego ci oczywiście byli pewni – to jeszcze zacząłem tracić rozum. Przyjemnie, prawda? Po przedwczesnym odejściu mej matki, zostałem sam, nie mogłem liczyć na wsparcie tych, wśród których przyszło mi żyć żywotem odmieńca, kozła ofiarnego,  odpowiedzialnego za wszelkie nieszczęścia. Jednak wtedy postanowiłem się na nich odegrać. Zdradzać sekrety które znali tylko martwi oraz ich najbliżsi. Opowiadałem im o rzeczach, o których nie miałem prawa wiedzieć, opowiadałem o tych, którzy spoczywali już od wielu zim w grobach… Aż wreszcie ci, którzy niegdyś mi ubliżali, zaczęli mnie unikać, bać się mnie.. Nie postrzegałem już swej odmienności jako klątwy, wręcz przeciwnie. Daru, którego mogłem użyć dla swej korzyści.

Pewnego razu, w naszej wsi wydarzyła się tragedia. Gruby Jim wraz ze swym bratem Johnem wymknęli się z domu aby wdrapać się na stary wiatrak. Ot, jak to dzieci, które zwykły łazić wszędzie tam, gdzie nie powinny. Tym bardziej, iż każdy w naszej wsi wie, że schody prowadzące na górę runęły już dawno i jedynym sposobem aby się dostać wyżej jest wspinanie się po najstarszej ścianie, pokładając całą swoją nadzieję w wytrzymałości odkształconych, butwiejących desek, na których można było znaleźć dość wątpliwe oparcie. A że wiatrak był wyjątkowo wysoki (na tyle, iż we wsi nie było dostatecznie długiej drabiny) droga na górę po deskach była ryzykowna i wymagająca, dlatego też stwierdzono iż nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się tam zapuszczać. Czyli wszyscy  poza mną, wiadomo. Oczywiście zdarzyło się kilku śmiałków, którym udało się wgramolić na górę, skuszonych czy to roztaczającym się widokiem na całą okolicę, czy to samotnością, czy zdobyciem nowych szczytów – dosłownie lub w przenośni – czy czymkolwiek co okazywało się być wystarczającym powodem.
Płacz i zawodzenie matki braci ściągnęło chyba połowę mieszkańców wsi, w tym mnie. Zdążyłem na czas, aby wysłuchać jak Jim powtarza jeszcze raz to, co się wydarzyło. Otóż młodszy z braci, John postanowił się popisać, oznajmił starszemu braciszkowi iż odkrył najłatwiejszą drogę na górę wiatraka i zamierza się na niego wdrapać, do czego też przystąpił. Gdy był już dość wysoko, jedna z desek nie wytrzymała jednak jego ciężaru i pękła, zaś młodzieniec odpadł od ściany i runął w dół na łeb na szyje. Upadek ten okazał się być tragiczny w skutkach. Nawet teraz, kiedy już na karku ciąży mi więcej lat, niż mieli bracia razem wzięci, ciężko jest mi dobrać odpowiednie słowa aby opisać rozpacz matki, która straciła swe dziecko. Kilkoro mężczyzn spośród zebranych nie straciło jednak głowy i czym prędzej ruszyło w kierunku młyna w nadziei że dzieciak mógł jeszcze żyć i dało się go odratować – zakładając że nie był to wyjątkowo nieśmieszny szczeniacki żart. Bezwładne ciało chłopca leżące w kałuży świeżej jeszcze krwi sączącej się z roztrzaskanej czaszki rozwiało jednak wszelkie wątpliwości.
Jestem jednak pewien, że jej rozpacz byłaby jeszcze większa, gdyby znała prawdziwą wersję zdarzeń. Bracia założyli się o to, który z nich wespnie się pierwszy na szczyt wiatraka. Zwycięzca miał otrzymać zaoszczędzone smoki wraz z zobowiązaniem się pokonanego do oddawania swoich deserów do końca roku. Innymi słowy, stawka była bardzo wysoka i obaj bracia zdeterminowani zaczęli wspinać się na szczyt wiatraka, jakkolwiek głupie i ryzykowne by to nie było. Zdawało się, że wygra Jim, jednak w połowie drogi okazało się że jego młodszy brat szybko zaczyna nadrabiać dystans, a przy obecnym tempie wkrótce go prześcignie. Ten nie mógł na to pozwolić, więc odczekał chwilę, po czym kopnął Johna w głowę tak mocno, że ten spadł na dół i zginął na miejscu. Przez chęć wygranej oraz wizja pieniędzy i – co być może przeważyło szalę – rocznej porcji deserów brata pchnęły go do czynu, który nieodwracalnie zmienił resztę jego życia. Zabił swego brata.
Oczywiście tego Jim nie mógł powiedzieć swej matce, więc wymyślił historyjkę o tym jak to jego młodszy braciszek chciał mu zaimponować. Też bym w nią uwierzył gdyby nie wściekły duch brata, który wyjawił mi całą prawdę w zamian za umożliwienie mu zemszczenia się…

***

To, co nastąpiło później nie jest istotne. Ważne było jednak to, iż po tym wydarzeniu zrozumiałem że mogę wykorzystywać zdobytą wiedzę do swoich celów, czy to czyniąc dobro, czy zyskując inne korzyści, materialne chociażby. To, co kiedyś umożliwiało mi odegranie się na szydercach, teraz mogło posłużyć do osiągnięcia jeszcze większych celów. Kiedy już osiągnąłem wiek dorosły i udałem się w wielki świat – czyli w tym wypadku do Valen - udawało mi się jakoś zarabiać na strawę i dach nad głową. Tam też odkryłem, że moje spektrum zdolności jest znacznie szersze, niż z początku zakładałem. A im więcej zdolności posiadałem, tym więcej możliwości zarobku stanęło przede mną otworem. Zaczynałem od drobnych „usług”, wymierzonych głównie we wdowy i starowinki, które zaskakująco hojnie płaciły za moje pośrednictwo w rozmowie ze zmarłymi mężami, synami czy rodzeństwem, potem gdy słowo rozeszło się tu i ówdzie, zacząłem otrzymywać już drobniejsze „zlecenia” czy prośby o pomoc w nawiązaniu kontaktu z określonymi zmarłymi.

Kiedy już miałem niemal trzydzieści wiosen na karku, mieszkanie w stolicy, własnego konia i sporo utensyliów ułatwiających mi wykonywanie swej pracy, zaś moje imię w pewnych kręgach cieszyło się renomą, w moim wachlarzu usług znajdowały się zarówno rozmowy ze zmarłymi, odprawianie umierających na tamten świat, odszukiwanie miejsca śmierci czy pochówku zaginionych, jak i bardziej „inwazyjne” działania, takie jak leczenie opętanych czy wypędzanie upiorów z nawiedzonych miejsc. Te ostatnie zdarzały się najrzadziej, jednak z reguły były najlepiej płatne.
Któregoś ranka otrzymałem kolejny list, w odróżnieniu od większości schludny, elegancki i zapieczętowany lakiem, uznałem że los ponownie się do mnie uśmiechnął, kolejne intratne zlecenie miało przysłużyć się mojej renomie – i co ważniejsze – sakiewce. Wspomniałem, że wypędzanie upiorów stanowiło jedno z najlepiej płatnych zleceń. Kiedy jednak przeczytałem proponowaną nagrodę za wykonanie „zlecenia”, moje oczy zapewne były większe, niż jaja łowców demonów. Właściwie, wypędzając złe duchy, czy to z budynków, czy opętanych osób, poniekąd również walczyłem z demonami, jednakże tymi, które mieszkają – bądź mieszkały – w nas samych.
Nie minęły dwa dni, a ja już płynąłem starą, rybacką krypą w stronę Dranvul. Posiadanie sakiewki pełnej złotych smoków znacząco ułatwia życie, nie dość że za pół darmo zapewniłem sobie rejs prywatnym statkiem – cuchnącym rybimi flakami i ze starym szczerbcem za kapitana – to jeszcze znalazłem sobie równie sędziwego przewodnika który poprowadził mnie do celu za mniej, niż planowałem mu zaproponować. A mówią, że pieniądze szczęścia nie dają….
Kolejną miłą niespodzianką był fakt, iż mój przewodnik nie dość że operował dostateczną wiedzą na temat Dranvul i okolic, to jeszcze wiedział to i owo na temat miejsca do którego zmierzaliśmy – posiadłości rodu Drathraków. Ja zaś mogłem ponownie zrewidować swoją dotychczasową wiedzę.
Ale zaczynając od początku. Mój zleceniodawca, bogaty kupiec ze stolicy, zapragnął nabyć sobie starą posiadłość znajdującą się na zachód od Dranvul. Jeśli wierzyć plotkom, siedziba ta należała niegdyś do rodu Drathraków, wywodzącego się z tych ziem. Jednak ostatni żyjący potomek, Lucius Drathrak, popadł w obłęd, zamordował swoją służkę i uciekł, by już nigdy nie powrócić. Posiadłość straciła więc swego właściciela i została wystawiona na sprzedaż, jednak jak dotąd, nikt jej nie kupił, choć miała ona już wielu potencjalnych kupców. Wszystko za sprawą rzekomego upiora, który tam zamieszkał.
Tibbot – bo tak zwał się mój przewodnik – uzupełnił luki w mej wiedzy odnośnie samego rodu. Bądź co bądź, jako ktoś, kto również wychował się na tych ziemiach, dysponował znacznie lepszą wiedzą ode mnie. Jeśli wierzyć jego słowom – a nie miałem powodów by wątpić w to, co mówi – historia Drathraków była jeszcze mroczniejsza, niż moje wakacje w Dranvul.

Wszystko zaczęło się od problemu głowy rodu, Grahama Drathraka ze spłodzeniem potomka który kontynuowałby linię jego rodu. Próbował różnych sposobów, od tych najpospolitszych, po najdziwniejsze i niekonwencjonalne. Miejscowi żartowali, iż ponoć po dziesiątkach conocnych prób, jego żona miała  problemy z chodzeniem prosto – nie wiem jak Graham, ale ja na jego miejscu uznałbym to za komplement. Tak czy inaczej, tutaj historia nie była już tak spójna jak poprzednio, jedni mawiali iż zdesperowany Graham postanowił przygarnąć i odchować jakiegoś dzieciaka jak swego własnego, inni zaś szeptali, jakoby głowa rodu zawarła pakt z demonami w zamian za możliwość spłodzenia potomka. Tak czy inaczej, wyszło na to samo, Drathrakowie doczekali się wreszcie syna.
Wszystko zdawało się wkraczać na pomyślną ścieżkę, gdyby nie pewien istotny mankament. Otóż młody Drathrak, choć zdawał rozwijać się prawidłowo, nie odzywał się ani słowem, rozumiał jednak wszystko co do niego mówiono. Nie przykładał wagi do ćwiczeń, a mimo jego budowa i siła były niewątpliwie ponadprzeciętne, co niezmiernie cieszyło „ojca”. Dość szybko wyszło jednak na jaw, iż dzieciak czerpię przyjemność z krzywdzenia i znęcania się nad zwierzętami, które w posiadłości Drathraków miały… cóż, dość krótki żywot. Któregoś spokojnego popołudnia, wnętrze posiadłości wypełniło się przeraźliwym krzykiem, następnie zaś śmiechem młodzieńca, który szybko postawił wszystkich na nogi. Ich oczom ukazał się dzieciak, w jednej dłoni trzymający ociekające krwią truchło kota, w drugiej zaś jeden z większych, równie zakrwawionych kuchennych noży. Rzuciwszy rodzicom ciało pod nogi, młody Drathrak podniósł na nich swój wzrok i zaśmiał się jeszcze głośniej. I wtedy odezwał się po raz pierwszy: „Jestem Lu! Mamo, Tato, jestem Lu!
Zszokowani, zadziwieni, przerażeni… w całej tej mieszance emocji, rodzice nie wiedzieli co właściwie powinni uczynić. Choć wszystko wskazywało na to że „Lu” – a właściwie Lucius, jakie ostatecznie nadano mu imię - zarżnął jakiegoś dachowca, Graham darzył swego potomka taką miłością że folgował mu niemal we wszystkim, ostatecznie więc ominęła go kara. Mimo tego, zrezygnowano jednak z pomysłu sprawienia Luciusowi kota, psa czy innego zwierzęcia…

***
Lata mijały, Graham i jego żona tracili swoje siły, Lu zaś wręcz przeciwnie, z każdym rokiem przybywało mu energii, którą chętnie zużywał, wymyślając kolejne kreatywne sposoby na zadawanie cierpienia innym. Któregoś razu udał się do pobliskiej wioski, celowo sprowokował paru wieśniaków do bójki, a następnie śmiejąc się i krzycząc „Jestem Lu!” bardzo dotkliwie pobił i poranił ich sztyletem, jednego niemalże posyłając w objęcia śmierci. Z rozbitym nosem i krwawiącą wargą, młody Drathrak wysłuchał reprymendy ojca, po to by później zaśmiać mu się w twarz i udać się do swego pokoju. Ponoć przez następne kilka…naście dni dopisywał mu świetny humor.
Niestety nie dane mi było poznać kolejnych wydarzeń, gdyż w tamtym okresie Tibbot wypłynął do Lothil aby odwiedzić swego kuzyna, u którego został aż do jesieni. Kiedy powrócił do Dranvul, rodzice Luciusa już nie żyli od jakiegoś czasu. Jedni twierdzili jakoby Graham zmarł z przyczyn naturalnych, zaś jego żona z żalu i tęsknoty dołączyła do niego w zaświatach kilkanaście dni później, zdecydowana większość obstawała jednak przy tym, iż do ich śmierci bezpośrednio przyczynił się Lucius. Kontrowersyjne było jednak to, iż Drathak nie miał zamiaru wyprawić swym rodzicom należytego pochówku. A wspomnieć należy iż wśród okolicznej ludności, była głowa rodu cieszyła się jednak dość dobrą reputacją, dlatego też wieść o tym, jakoby jego syn nie zamierzał wyprawiać pogrzebu wzburzyła miejscowych na tyle, iż któregoś wieczoru do drzwi jego posiadłości zapukała niewielka grupa wieśniaków, z groźbami, żądaniami, pochodniami, kosami, widłami i co tam jeszcze wpadło im w ręce. Odpowiedział im śmiech i okrzyk „Jestem Lu!”, a następnie martwa cisza, toteż po kolejnych nieudanych próbach wywołania dziedzica, postanowili wyważyć drzwi i dostać się do środka. Ściskając mocniej swój oręż i źródła światła, wtargnęli do posiadłości… i zniknęli. Kiedy posłano drugą grupę, ich oczom ukazał się makabryczny widok. Z wnętrza posiadłości, przez okna spoglądały odcięte głowy tych, którzy zaginęli bez śladu…

***

W oddali widzieliśmy już zarys owego przybytku, toteż Tibbot szybko streścił mi resztę historii. Wieśniacy uciekli w popłochu i poinformowali o całym zajściu straż z Dranvul, która następnego dnia uformowała zbrojny patrol i wkroczyła do posiadłości. Ci w odróżnieniu od reszty powrócili, informując że zarówno głowy, jak i ciała nieszczęśników nie zostały odnalezione i tylko gdyby nie fakt licznych starych plam krwi jakie pokrywały podłogę i ściany, zapewne nie uwierzyliby historii wieśniaków. Po Luciusie również nie było śladu, zniknął i już nigdy nie powrócił.
Zastanawiałem się ile prawdy jest w historii którą właśnie usłyszałem. Spora część informacji pokrywała się jednak z tym czego samemu udało mi się dowiedzieć – a wizja wypędzania dusz zamordowanych osób z posiadłości która mogłaby konkurować z niejedną rzeźnią nie napawała mnie entuzjazmem. Nie żebym się bał, po prostu liczyłem na coś nieco mniej makabrycznego. Ale klient wymaga, klient płaci. I to dużo płaci, więc nie miałem za wiele do gadania.
Kiedy wstąpiliśmy na szeroką, wyłożoną popękanymi kamiennymi płytami ścieżkę prowadzącą prosto do posiadłości, słońce już zachodziło za horyzont. W blasku niknącego słońca, budynek prezentował się jeszcze upiorniej niż z oddali. Przypominał wielką, ciemną bryłę która skutecznie opierała się chcącej pochłonąć ją naturze, a pnące się po ścianach krwistoczerwone pędy bluszczu dodatkowo potęgowały to uczucie. Mój wzrok powędrował ciągnące się niczym rząd głów małe, okrągłe okienka którymi przyozdobiony był front posiadłości. Lodowaty dreszcz przeszedł wzdłuż mojego kręgosłupa, szybko rozchodząc się po wszystkich członkach. Na zewnątrz robiło się coraz zimniej,  wypadałoby wejść do środka i brać się do roboty…

Przyspieszywszy kroku, zacząłem pokonywać kolejne stopnie prowadzące na ganek, wbijając swój wzrok w drzwi frontowe. Wielokrotne próby sforsowania ich odcisnęły widoczne piętno, a liczne wgniecenia, zmiażdżenia i odpadający tu i ówdzie lakier dopełniały całości. Zastanawiałem się, czy po przekręceniu gałki i pchnięciu ich do środka nie wypadną z framugi… Jakaś część mnie nawet na to liczyła, jednak zamiast upadających drzwi, przywitało mnie długie, przeciągłe skrzypienie od którego aż zabolały uszy. Następnie, moje zmysły oszołomiła fala przeszywającego zimna i zapach stęchlizny, który zdołałby chyba powalić nawet grabarza. Powstrzymując mdłości, rozejrzałem się po ciemnej sali, stawiając kolejne, niepewne kroki. Wszechogarniający mrok i ciężkie, mdlące powietrze zdawały się być nierozerwalną częścią tego miejsca. Przytulnie, nie powiem…
Postąpiłem o krok naprzód, skupiając swój wzrok na znajdującej się tuż u mych stóp plamie krwi. Było ciemno, jednak widziałem lekki kontrast między drewnianą podłogą, a zaschniętą posoką. Gdy ją dotknąłem, poczułem się słabo. Mój umysł wypełniła mieszanka cierpienia, strachu i… czegoś, czego nie byłem w stanie jeszcze określić. Jednak już wtedy poczułem jak moje zdolności zaczynają reagować z otoczeniem. Czyli jednak ta część historii zdawała się być prawdziwa…
Wtem, za mną rozległ się huk, który niemal momentalnie poderwał mnie na nogi. Pomieszczenie stało się jeszcze ciemniejsze, mrok zgęstniał i zdawał się być jeszcze bliżej. Odwróciłem się i odruchowo chwyciłem za gałkę zatrzaśniętych drzwi. Z trudem przekręciłem ją o kawałek, jednak poczułem jak ta z wolna wraca na swoją pozycję. Zupełnie, jakby ktoś powstrzymywał mnie przed ich otwarciem, trzymając z drugiej strony.
-Tibbot? Tibbot, otwórz drzwi! – zawołałem, uderzając pięścią w drzwi i ponownie próbując je otworzyć. To samo. Drzwi ani drgnęły, gałka tak samo. Dopiero teraz, będąc tuż przy niej, zorientowałem się, iż wewnętrzna strona drzwi prezentuje się jeszcze gorzej niż po tamtej stronie. Cała powierzchnia pokryta była krwią, wgnieceniami i śladami… paznokci? Zupełnie jakby coś – albo ktoś – drapało w drewno. I to nie raz, ani dwa. Mój żołądek natomiast wpadł chyba na pomysł opuszczenia ciała, z każdą chwilą podchodząc coraz bliżej do gardła.
-Tibbot, otwieraj te cholerne drzwi! – krzyknąłem, uderzając w nie i kopiąc raz po raz. Poczułem, jak serce zaczyna mi łomotać coraz szybciej. Postąpiwszy o krok od tyłu, włożyłem całą siłę w kopnięcie, nie szczędząc ni drzwi, ni swej stopy. Odpowiedziało mi trzaśnięcie drewna które zakolebało się pod wpływem uderzenia. No tak, w końcu drzwi już niegdyś zostały wyłamane…
Cofnąłem się i wziąłem krótki rozbieg, po czym z całą mocą zaszarżowałem i uderzyłem w nie. Usłyszałem głuchy trzask i poczułem jak ustępują pod siłą uderzenia. Jeszcze raz. Cofnąłem się i ponownie natarłem, drewno chrupnęło a górna cześć drzwi poluzowała się na tyle, aby wpuścić do środka pomieszczenia nieco światła.
-Tibbot, do kurwy nędzy… - wymamrotałem pod nosem, cofając się i przygotowując do ostatniego natarcia. Wtem, poczułem jednak silne szarpnięcie za kołnierz, które wytrąciło mnie z równowagi.
-Tibbot? Jestem Lu…

Odruchowo chwyciłem sztylet u swego pasa, jednak nim zdołałem zrobić coś więcej, potężne uderzenie w głowę posłało mnie nieprzytomnego na umazane posoką deski.

***

Z reguły gdy jest się nieprzytomnym, nie czuje się ani bólu, ani zimna, nie czuje się nic. Prawie jak podczas snu… Ale nie tym razem. Czułem się jakby kopnął mnie w łeb rumak bojowy z królewskich stajni, a później ktoś wrzucił mnie nagiego do jeziora w środku zimy. Bolało jak skurwysyn, zimno jak diabli… A gdy zacząłem odzyskiwać świadomość, mój stan nie poprawił się ani trochę.
Zorientowałem się, ze leżę na kamiennej posadzce w ciemnym i kurewsko zimnym pokoju. Nie było w nim nic oprócz strzaskanych mebli i pajęczyn, z których istnienia zdałem sobie sprawę dopiero wtedy, gdy w nie wpadłem niewiele później. Z trudem stanąłem na nogi, przytrzymując się jedną ręką za głowę w obawie iż rozpadnie się ona na kawałki. Gdy wyczułem swoją dłonią że moje włosy lepią się od czegoś ciepłego, nawet nie musiałem zgadywać że to krew. Odruchowo sięgnąłem do pasa po swój sztylet i dobyłem go, chcąc mieć chociaż cień szansy na obronę przed kolejnym atakiem jeśli takowy nastąpi. Dopiero teraz zorientowałem się że cały ekwipunek mam przy sobie… dobre chociaż to.

Otuliwszy się szczelniej, odszukałem wzrokiem drzwi i ostrożnym krokiem podszedłem do nich, oczywiście wplątując się w międzyczasie w kolejną pajęczynę. Nie miałem pojęcia gdzie się znajduję, nie miałem pojęcia co się dokładnie stało, wiedziałem jednak że chcę jak najszybciej znaleźć się poza ścianami posiadłości Drathaków. Zaciskając odruchowo dłoń na swoim sztylecie, pchnąłem przedramieniem drzwi i postąpiłem o krok naprzód. Gdy tylko te otworzyły się, trzeszcząc przy tym cicho, nie mogłem darować sobie odetchnięcia z ulgą. Zawsze to o krok – tudzież pokój - bliżej wolności…

Stanąłem w długim, równie ciemnym korytarzu prowadzącym… gdzieś. Po obu stronach znajdowały się drzwi wiodące do innych pokojów, mogłem więc znaleźć się gdzieś na piętrze w sekcji mieszkalnej, choć oczywiście byłem daleki od pewności. Poczułem się słabo, nogi zaczęły drżeć pode mną, a obraz przed oczami pociemniał jeszcze bardziej. Kucnąłem na podłodze, podpierając się wolną dłonią i wziąłem kilka głębszych wdechów i momentalnie pożałowałem swej decyzji. Potraktowawszy się sporą dawką zatęchłego, trącającego zgnilizną powietrza, z trudem powstrzymałem się przed zwymiotowaniem. Dobrze, że przez całą podróż od Dranvul do posiadłości nic nie jadłem, w przeciwnym wypadku przyozdobiłbym dywan nieco bogatszą paletą kolorów niż krwista czerwień.

Odczekawszy chwilę, zebrałem siły i z wolna ruszyłem korytarzem przed siebie. Wiedziałem że znajduję się gdzieś w głębi budynku, nigdzie bowiem nie było okien, które rozświetliłyby mi drogę. Przekląłem w myślach brak pochodni, lampki czy jakiegokolwiek źródła światła, ponadto rozglądanie się po odrapanych ścianach również nie przyniosło pożądanych rezultatów. Kiedy znów zrobiło mi się słabo, oparłem się o jedna ze ścian i zacząłem z wolna posuwać wzdłuż niej aby w razie czego mieć pewne oparcie. W miarę jak stawiałem kolejne kroki a końca nie było widać, zaczęła mnie zastanawiać jedna rzecz. Mimo stanu w jakim znajdowała się cała posiadłość i czasu, przez jaki popadała ona w ruinę, jej wystrój zdawał się być kompletnym, stąpałem po miękkim, choć postrzępionym i zakurzonym dywanie, mijałem rzeźbione, drewniane komody, zaś co jakiś czas mój wzrok zatrzymywał się na wiszących na ścianach portretach. A przynajmniej miałem wrażenie, że są to portrety, bowiem w każdym przypadku, znaczna część obrazu była zamazana czymś czarnym, tylko gdzieniegdzie przebijały się widoczne elementy ubrań i cieliste barwy – co skłoniło mnie do stwierdzenia, iż mogą to być portrety. Czemu jednak zostały zamazane, tego nie wiedziałem. I raczej nie miałem chęci się dowiadywać.

Rozmyślanie nad tym pozwoliło mi jednak zająć myśli czymś innym niż skupianiu się na przeszywającym chłodzie i tym okropnym fetorze na tyle długo, iż wreszcie na końcu korytarza który ciągnął się chyba w nieskończoność, zauważyłem znacznie większe pomieszczenie. Przyspieszyłem więc kroku, wtedy jednak moje zmysły ponownie zalała gwałtowna fala przeróżnych bodźców. Nie był to smród czy zimno, nie był to mrok do którego zacząłem się z wolna przyzwyczajać… moją głowę wypełniło przeraźliwe zawodzenie, stłumione krzyki, jęki… poczułem strach, poczułem ból, jednak wiedziałem że w tym wypadku, należy on do osób, których od dawna nie ma wśród żywych…

Nie chciałem nawiązywać z nimi więzi, mimowolnie jednak czułem nadchodzące po sobie fale to bólu i rozpaczy, to gniewu i pragnienia zemsty… Widziałem niewyraźne, urywane obrazy, gwałtowne ruchy, szamotaniny, walkę… Z każdą mijającą sekundą czułem jak siły opuszczają moje ciało, jak emocje przygniatają mnie do ziemi… Skupiwszy się na teraźniejszości, opuściłem wreszcie korytarz stanąłem w hali wejściowej. Czyżby wyjście było cały czas tak blisko? Z racji tego iż musiałem pokonać jeszcze schody prowadzące na parter, ostrożnie chwyciłem za poręcz i krok za krokiem zacząłem schodzić w dół. Nie mam pojęcia, jak długo leżałem nieprzytomny w tamtym pokoju, ale z pewnością nie była to krótka drzemka, zamiast gorejącego złotem i czerwienią wieczornego nieba za oknem, jedyne co widziałem to jeszcze głębsze odcienie mroku, pośród którego kroczyłem. Kiedy pod moją stopą skrzypnęła deska, otworzyłem usta w niemym krzyku. Ogarnęła mnie kolejna fala niepokoju i przerażenia, w końcu sam nie rozbiłem sobie głowy i nie wlazłem do pokoju na piętrze… prawda?

W tym samym momencie, kątem oka dostrzegłem jednak blask bijący z jednego z pokojów sąsiadujących z pomieszczeniem w którym się znajdowałem. Odwróciwszy głowę w jego stronę, zorientowałem się iż źródłem tego światła jest płonący w kominku ogień. I choć drzwi znajdowały się zaledwie kilkanaście metrów ode mnie, niczym ćma udałem się w kierunku światła. Musiałem się ogrzać, musiałem zebrać choć trochę sił na tyle, aby móc jak najszybciej wyważyć drzwi i uciec z tego miejsca, nim zjawi się jego rezydent. Mogłem wprawdzie rozbić okno i przez nie wyskoczyć, jednak wtedy byłbym pewien że zwrócę na siebie uwagę. Jednak wtedy wkraczałem już do rozświetlonego, ciepłego pomieszczenia. To zaś wyglądało zaskakująco normalnie, kontrastując tak mocno ze wszystkim z czym się dotąd zetknąłem, iż aż trudno było mi w to uwierzyć. Jednak ogień był prawdziwy, bijące od niego ciepło również. Rozejrzałem się jednak na boki chcąc upewnić się, że pomieszczenie jest puste.

I wtedy go zobaczyłem.

Stał w rogu ze spuszczoną głową. Wysoki, dobrze zbudowany o długich, kruczoczarnych i pozlepianych włosach, które swobodnie opadały mu na twarz. Oprócz jego sylwetki nie miałem żadnego dowodu, jednak wiedziałem że to Lucius. Ubrany był jednak w zaskakująco proste, rzekłbym nawet iż wieśniacze ubranie, stara materiałowa koszula przyozdobiona była licznymi plamami krwi, zaś jego portki, mimo licznych łat wyglądały, jakby miały się zaraz rozpaść. Z jednej strony, jego widok sparaliżował mnie na tyle, że nie byłem w stanie ruszyć się czy wykrztusić słowa, jedynie patrzeć. Z drugiej strony, nie miałem zamiaru jednak studiować jego odzienia, gdy tylko dostrzegłem trzymany przezeń długi, kuchenny nóż.

Odskoczyłem jednak jak oparzony do tyłu, kiedy tylko się poruszył. Podniósł swój wzrok i wbił go we mnie, ja zaś poczułem jak w moje ciało wbijają się tysiące cieniutkich, lodowatych igiełek, kiedy to instynktownie zacząłem cofać się pod przeciwległą ścianę.
-Czekałem na Ciebie... czas umierać… - wycharczał, podnosząc swój nóż.
W odpowiedzi, zacisnąłem dłoń na swoim sztylecie i ze wszystkich sił podjąłem próbę opanowania się. Czułem, że jeśli niczego nie zrobię, na pewno tu zginę tak jak wszyscy przede mną…

Czas zdawał się jakby zatrzymać w miejscu, przyglądałem się swemu oponentowi, wsłuchując się w łomoczące w piersi serce oraz przyjemny trzask płonącego drwa w kominku, podczas gdy on stał dalej w bezruchu, odwzajemniając spojrzenie i kołysząc lekko ściskającą nóż dłonią. Zacząłem rozważać, czy w bezpośrednim starciu miałbym szanse. Zawroty i ból głowy nie ułatwiały mi walki, a pod względem budowy nie dorównywałem Luciusowi, jednak ten z kolei był wyraźnie zabiedzony i zapuszczony, co niekoniecznie musiało jednak oznaczać, że brakuje mu sił…

Musiałem podjąć decyzję, walczyć albo uciekać. Przekląłem jeszcze raz w myślach swoją własną głupotę, gdybym w lęku przed oprawcą nie uciekł do przeciwnego kąta, stałbym teraz niemalże w wejściu, wystarczyłoby się odwrócić, wziąć nogi za pas i spróbować tą jedną, ostatnią szarżą sforsować trzymające się ostatkiem drzwi, a następnie wrócić do Dranvul i sprać Tibbota na kwaśne jabłko. No ale nie stałem w przejściu, to znajdowało się mniej więcej w połowie odległości między mną a Drathakiem. Za głupotę się płaci, miałem jednak nadzieję że nie będzie to najwyższa cena…

I wtedy, stojący przede mną mężczyzna zaśmiał się upiornie, podnosząc wyżej swój nóż.
-Jestem Lu…
Wielu w moim miejscu zapewne padłoby na kolana i oczekiwało swojej śmierci… ale nie ja. Wciąż miałem swój sztylet, jeśli mam tu zginąć, nie poddam się bez walki. W tym samym momencie, Lucius wyszczerzył swoje zęby i wycharczał:
-Jestem Lu! Jestem Luuu!

Następnie, odgarnął zasłaniające jego twarz włosy, odsłaniając oblicze człowieka… nie, oblicze potwora wyniszczonego swym szaleństwem i żądzą mordu. Spojrzawszy mi prosto w oczy, obdarował mnie najbardziej makabrycznym, krwawym uśmiechem jaki kiedykolwiek widziałem – i zapewne zobaczę – w swoim życiu, po czym… poderżnął sobie gardło. Nie dawałem wiary temu, co właśnie się stało. Zatopiwszy ostrze w swoim ciele, chwycił je jeszcze oburącz i przeciągnął w bok, rozcinając tkankę i uwalniając potok krwi jaki spłynął na jego pierś. Nie to jednak przeraziło mnie najbardziej. Przez cały ten czas, spoglądał mi w oczy i… uśmiechał się. Chwilę później, jego ciało runęło głucho na posadzkę, nieruchomiejąc w powiększającej się z wolna kałuży krwi.
Ciężko mi opisać, co w tej chwili czułem. Przerażenie, zdziwienie, ulgę? Nie miałem pojęcia co wtedy się wydarzyło, mój chwyt na sztylecie rozluźnił się jednak na tyle, iż wypuściłem go z objęć, zaś sam padłem na czworaka i zwróciłem chyba wszystko, co tylko mieścił mój żołądek, po czym osunąłem się słabo tuż obok kałuży własnych wymiocin.

***

Nastał nowy dzień.

Pierwsze promienie wschodzącego słońca wpadły przez odsłonięte okna do środka posiadłości Drathaków, rozświetlając jej wnętrze, rzucając blask na zaschnięte plamy krwi, na poszarpane dywany, na zamalowane portrety wiszące w równym rzędzie na ścianach…

Frontowe drzwi otworzyły się z przeciągłym skrzypnięciem, po czym wypadły z ościeżnicy i uderzyły z łoskotem o podłogę, podrywając w górę tumany kurzu.


***


Obudził mnie jakiś huk, momentalnie podrywając mnie na równe nogi. Rozejrzałem się szybko dookoła, odszukałem wzrokiem swój sztylet… Gdyby nie to że znajdowałem się w tym samym pokoju w którym straciłem przytomność, pomyślałbym że to wszystko to tylko zły sen. Spojrzałem na leżące kilka metrów koło mnie ciało… a właściwie szkielet. Rozchyliłem usta ze zdziwieniem, przecież nie było możliwe abym przeleżał tu tak długo… Kałuża krwi gdzieś zniknęła, jednak moje wymiociny dalej znajdowały się na swoim miejscu… Im dłużej się temu przyglądałem, tym mniej z tego wszystkiego rozumiałem. Chwyciłem więc przezornie sztylet i z wolna udałem się w kierunku z którego dobiegł hałas.

Wtedy, moim oczom ukazał się nie kto inny, a Tibbot we własnej osobie. Gdy tylko mnie dostrzegł, uśmiechnął się i ruszył w moim kierunku. Ja jednak nie podzielałem jego nastroju, czułem jak w środku zaczynam się gotować.
-Niech Ilhen będą dzięki, jest Pan… - rzucił na powitanie, jednak szybko jego entuzjazm osłabł - …czy wszystko w porządku, jest Pan zakrwawiony…
Zazgrzytałem zębami z wściekłości, postępując o krok ku niemu.
-Tak, jestem! Nic by mi się nie stało gdybyś mnie nie zostawił!

Dopiero teraz to do mnie dotarło. Gdyby tamtego wieczoru pomógł mi otworzyć drzwi zamiast trzymać klamkę, opuściłbym to miejsce, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej, lepiej…
-Panie, najmocniej przepraszam, ale ja nie mogłem!
-Jak to kurwa nie mogłeś, a kto trzymał drzwi zamiast pomóc mi je otworzyć? – z trudem powstrzymałem się od zdzielenia go w pysk. Skoro nie mógł pomóc mi wyjść, to może przynajmniej mógł zostawić te pierdolone drzwi w spokoju?
-Kiedy to Pan sam je za sobą zatrzasnął, czemu to ja jestem winny? – jęknął do mnie z urazą w głosie.

Tego było już za wiele.
-A kto kurwa, ja? Sam jestem winny tego że ktoś trzymał drzwi i nie mogłem ich otworzyć? – krzyknąłem, zaciskając swoją dłoń. – Może też sam jestem winny tego że dostałem później od samego Drathaka w łeb i mało co nie zginąłem przez ciebie? I może jestem winny tego że pofatygowałeś się tutaj dopiero następnego ranka kiedy wszystko się już skończyło? Powiedz, jestem winny?
Tibbot spojrzał na mnie z przestrachem i cofnął się o krok.
-Kiedy ja nie rozu…

Nie dokończył. Zamiast kolejnej wymówki, z jego ust wylała się strużka krwi kiedy wbiłem sztylet między jego trzecie a czwarte żebro i obróciłem ostrze. Wycharczał jeszcze coś nieartykułowanego, po czym upadł na kolana. Ja zaś odczułem ulgę.
-Nie Tibbot. Ty jesteś winny. Winny tego że mnie tu zostawiłeś. Że zginąłbym tu z rąk Luciusa gdyby ten nie zginął pierwszy...
Wyciągnąwszy swój sztylet z jego piersi, odkopałem jego martwe ciało na bok i rozejrzałem się. Gdy mój wzrok dotarł do wyważonych drzwi, spotkał się on ze spojrzeniem dwóch innych wieśniaków, którzy patrzyli na mnie tak, jak przed chwilą mój zdradziecki towarzysz.
-Zabił go… to morderca, potwór! – krzyknął jeden z nich, ruszając w moim kierunku.

W odpowiedzi, poprawiłem tylko chwyt na rękojeści sztyletu i zaśmiałem się w głos.
-Morderca? Potwór? Jestem Lu…
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.11.2016, 23:19 przez Amaron.)

27.11.2016, 23:17
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna