Główny plac treningowy
#11

Amaron po prawdzie nie zakładał odniesienia pełnego sukcesu, mimo to jednak reakcja Lago w pewnym stopniu go zaskoczyła, czego jednak nie zamierzał okazywać. Buntowniczy myśliwy posłał trzy strzały w kierunku najbliższego manekina, następnie wycedził, co miał wycedzić przez zęby i po prostu udał się w kierunku, z którego przyszedł.
"Tyle w kwestii Lago."

Skupiony, drapieżny wzrok zza przymrużonych powiek Domedraugra był jedynym, po czym dałoby się poznać jego niepełną reakcję, bowiem mimo niej, mężczyzna zdawał się być spokojny i opanowany w takim samym stopniu, jak podczas pierwszej konkurencji. Po chwili ciszy, spojrzał on już "naturalnie" na pozostałych.
-Przy odrobinie szczęścia, ulży mu jak wyładuje swój gniew na okupantach naszego domu, nie wyziewając przy tym swojego ducha. Ale przynajmniej mam pewność, że nie wezmę go ze sobą na misję. Nie ma co marnować czasu, oto zasady:

Stanąwszy obok środkowego manekina, Amaron oparł się beztrosko o niego i oznajmił:
-Ta konkurencja będzie nieco cięższa od poprzedniej, przynajmniej moim skromnym zdaniem. Tym razem, czas dziesięciu sekund nie ulegnie zmianie, zmieni się natomiast zasada strzelania. Wcześniej, musieliście tylko posłać jak najwięcej strzał w środek tarczy, tym razem jednak strzelać będziecie w zbirów. Oczywiście widzianych okiem waszej wyobraźni. Ale do rzeczy. Każdy z was po kolei będzie mieć dziesięć sekund na strzelanie, strzelać będziecie jednak po kolei w każdego manekina, zaczynając od najbliższego. Czyli pierw w tego po mojej prawicy, następnie w tego obok mnie, na koniec zaś w najdalszego po mojej lewej. Ale coby zarówno utrudnić i nadać nieco realizmu, musicie pamiętać o jeszcze dwóch warunkach. Po pierwsze, nie możecie strzelić dwa razy pod rząd do tego samego manekina, musicie ustrzelić trzy cele po kolei, dopiero wtedy będziecie mogli rozpocząć kolejkę od nowa. Po drugie, jeśli traficie swój cel powiedzmy w głowę, nie możecie w nią strzelić drugi raz, musicie mierzyć w co innego. Piorun rzekomo nie uderza dwa razy w to samo miejsce, bądźcie więc jak pioruny.
Domedraugr przestał opierać się o kukłę, skupił się bowiem na wskazywaniu kolejno miejsc, które uprzednio zakreślił węglem.
-Co zaś tyczy się punktacji. Za strzał w głowę, szyję i serce otrzymujecie trzy punkty. Za strzał w korpus, podbrzusze i zgięcia kończyn po dwa, za strzały w pozostałe miejsca po jednym. Wygrywa ten, kto uzbiera łącznie najwięcej punktów ze wszystkich trzech serii. Oczywiście, pierw dam wam jedną serię na wczucie się i upewnienie, że rozumiecie zasady.

Jako iż najbezpieczniej byłoby odsunąć się od celów przed rozpoczęciem konkurencji, Czarny Wilk zajął miejsce obok Ralona, skąd też powtórzył całość jeszcze raz, aby nie pozostawić ewentualnych wątpliwości. Następnie wyznaczył kolejność, w jakiej wystąpią uczestnicy, po czym polecił im zająć miejsca i przygotować się, zaś po kilku sekundach ciszy, klasnął w dłonie, oznajmiając rozpoczęcie konkurencji.
16.04.2017, 23:07
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Główny plac treningowy
#12

MG

Partycypanci uważnie słuchali słów mistrza turnieju, by móc jak najlepiej sprawdzić się w "potyczce". Gdy Amaron zakończył swój wywód, Sybne rzucił tylko retorycznym "czyli tak, jak punktowalibyśmy w normalnym życiu...".
Pierwsza seria strzałów poszła bez zarzutów. Każdy z chłopaków sprawdził się i, z tego co było widać, każdy zrozumiał też zasady. To, co ciekawego dało się zauważyć prawie od razu - zarówno Ralonowi, jak i Amaronowi - było zmianą w sposobie strzelania. Zauważalną zwłaszcza u najmłodszego członka zawodów - tego, który zwykł wbijać szpile w przeciwnika, jakby był trzema łucznikami naraz.
Ów strzelec nie był tym razem najlepiej punktującym. Amaron nadążał za liczeniem, ale z ledwością - bo uwagę odwracały też strzały nietrafione - więc słabiej skupiał się na zmianie, a bardziej na matematyce. Niewiele więc mógł powiedzieć od razu. Sokół jednak natychmiastowo wyczuł, co jest nie tak i dał o tym znać Akolicie. Po tej wzmiance również i Czarny Wilk zauważył, co łowca miał na myśli.
- Sybne ma trudność z wykorzystaniem szybkości swoich strzałów przy strzelaniu do różnych celów. - rzucił krótko, dając sobie przerwę na oddech. - I gorzej mu idzie z precyzją, skoro musi celować w trzy miejsca w tak krótkich odstępach czasu.
Rzeczywiście, runda rozgrzewkowa młodemu poszła najgorzej. Około połowy wydanych strzałów w ogóle nie trafił. Reszta trafiała w dość losowe miejsca: tors, ręka, ramię, kolano, udo, przedramię. Łącznie z punktami nie było może tragicznie, ale cudów też nie było. Osiem.
Cedryn niewiele zmienił w swoim sposobie strzeleckim. Zdawać by się mogło, że nieznacznie spadła mu szybkość strzałów, ale nie było to zbyt zauważalne. Trafił czterema strzałami na sześć wystrzelonych, ale za to te, które już trafiły, były dość celne. Dwie w serce i dwie w korpus. Dziesięć, podsumowując.
Aedan z kolei w ogóle nie stracił na precyzji i, co ważne, zachował szybkość. Ta co prawda nie była może zachwycająca, ale wystrzelić zdążył cztery strzały, przy czym dwie trafiły miedzy oczy, jedna gdzieś w czubek nosa albo usta - trudno było to określić na manekinie - a ostatnia, na którą miał najmniej czasu, nieco opuściła lot. Trafiła trochę nad mostkiem, lekko idąc w bok. Jedenaście, gdyby liczyć za tę rundę punkty.
Gdy jednak prawdziwa rywalizacja się zaczęła, coś się zmieniło. U Sybne, konkretniej rzecz ujmując. Chłopak nie był głupi - zauważył, że jego dotychczasowy sposób nie będzie skuteczny w tym wypadku. Tempo więc znacznie sobie osłabił, pozwalając jednak na lepszą nieco celność. Bał się celować jednak wysoko, więc jego strzały przypominały tym razem te, które wystąpiły przy rozgrzewce u Cedryna, z tym wyjątkiem, że żadna ze strzał nie trafiła w serce - choć jednej było szczególnie blisko. Zyskał więc jedynie sześć punktów - bo strzał w korpus powtórzył się drugi raz. Tyle samo, co poprzednio. Znów mniej od rywali, jak się miało okazać i jak się sam z pewnością domyślał. Spuścił trochę głowę. Widać było, że ma to sobie za złe, i... że jego plan nie zadziałał.
Wspomniany chłopak - Cedryn - ustrzelił tym razem pięciokrotnie swoich wrogów, podobnie jak poprzednio, wydając pół tuzina strzał. Jedna nieco mu zeszła, trafiając w bark, ale punktacji na tym nie stracił. Ponownie dziesięć.
Aedan z kolei zdawał się być czarnym koniem tych zawodów. Choć w poprzedniej konkurencji również nie szło mu źle, tym razem trzymał poziom najlepiej ze wszystkich. Cztery na cztery trafione, a strzelał raz po raz to w głowę, to w szyję. W ten sposób mógł wydać sześć strzałów - jeśli by zdążył - i nie musiał przejmować się o to, w co celować. Dwanaście - ponownie bardzo dobry wynik.
Druga runda minęła bardzo podobnie. Punkty przedstawiały dokładnie te same wartości.
Za trzecią kolejką jednak Sybne stanął wyprostowany i, zdawało się, nie był już podłamany. Coś wymyślił? A może zwyczajnie pogodził się z porażką i chciał "godnie odejść"?
Przed sygnałem do startu Ralon szepnął do Akolity.
- Coś czuję, że młody nas jeszcze zaskoczy.
Sybne wrócił do swojego stylu z rundy rozgrzewkowej. A przynajmniej tak się wydawało. Coś się w pewien sposób zmieniło...
I po chwili konsternacji jasnym było, co. Strzelał dwoma strzałami jednocześnie.
Łuk położył sobie najpierw poziomo, by w przypadku niecelności, strzała zeszła w bok, a nie w górę czy dół. Skutecznie, bo celował manekinom w głowy. Nieco zwolnił tempo, ale strzelając dwoma strzałami naraz miał dwa razy większe szanse na trafienie. Ale czy na pewno? W końcu była to dość trudna sztuczka...
...ale powiodła mu się. Trzy razy trafił w głowę, trzy razy chybił - jednocześnie. Później postawił łuk w pion, celując już trochę niżej i wydał kolejne strzały, tym razem pojedynczo. Celował w tors i w tors trafiał, tym razem jednak pojedynczymi strzałami. I kolejne trzy utkwiły we wrogach. Przymierzał się już do ostatniego strzału, ale niestety nie zdążył. Piętnaście.
Wyszczerzył się, ale czy nadrobi swoje niedociągnięcia z poprzednich rund?
Cydryn ustrzelił tym razem jedenaście punktów, a Aedan, rzecz jasna, dwanaście.
Łącznie Aedan zyskał całe trzydzieści sześć, przebijając pozostałych obydwu rywali o całe siedem punktów. Wynik tyleż imponujący, co w pełni zasłużony.
18.04.2017, 18:38
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Główny plac treningowy
#13

Wraz z kolejnym klaśnięciem, strzały poszybowały w kierunku manekinów, w większości przypadków wbijając się w nie raz po raz. Stojąc obok uczestników, Amaron na bieżąco śledził ich postępy, jak również próbował zliczyć zdobywane przez nich punkty, co w miarę upływu czasu zaczęło stawać się bardziej problematyczne. Od razu jednak dostrzegł pewne zmiany w samej konkurencji i sposobie strzelanie, które odbiły się na myśliwych, zwłaszcza na Sybne. Nie zaskoczyło to dowódcy ani trochę, wręcz przeciwnie - byłby zdziwiony, gdyby młodemu udało się płynnie przejść ze szpikowania pojedynczego celu na płynne trafianie w kolejne kukły. W przypadku pozostałej dwójki, sposób strzelania nie uległ wielkiej zmianie, Aedan wciąż posyłał zabójczo celne strzały, Cedryn zaś zdawał się być najbliżej balansu między szybkością a precyzją swych strzałów.

Kolejne rundy jednak skłoniły Domedraugra do skupieniu się na najmłodszym uczestniku. Sybne zdawał się na bieżąco dopasowywać swoją technikę... nie, raczej zmieniał swoje techniki w poszukiwaniu takiej, która zmaksymalizuje jego szansę na wygraną. Wreszcie przestał iść na ilość, a zaczął stawiać na jakość. I choć widać było poprawę jego techniki, zliczenie punktów przyniosło lekkie rozczarowanie. Jednak ostatnia runda pozwoliła Sybne zabłysnąć. Ustawiwszy poziomo łuk, młody słał po dwie strzały na raz. Choć było to wyjątkowo efektowne, efektywność była nieco w tyle - jednak i tak pozwoliła łucznikowi na kilka dobrze punktowanych trafień. Zarówno Amaron, jak i Sokół zdawali się być pozytywnie zaskoczeni nową techniką, która w ostatecznym rozrachunku przyniosła mu najwyższy wynik w ostatniej rundzie.

Po podliczeniu i zsumowaniu wszystkich punktów, Amaron wiedział już, kto znajdzie się w drużynie strzelców na nadchodzącej misji. Pozostało tylko obwieścić to wszystkim zebranym.
-Przede wszystkim, chciałbym ponownie pogratulować wam zaciętej rywalizacji. Obydwie konkurencje nie oddzieliły ziaren od plew, dobrych od słabych. Wszyscy bowiem jesteście dobrzy, każdy z was reprezentuje swój własny styl, a nawet i kilka stylów - jego wzrok powędrował na chwilę na Sybne. - Jednak mimo wszystko, tylko dwójka spośród was może dołączyć do nadchodzącej wyprawy. Cedryn zapewnił sobie uczestnictwo już w poprzedniej rundzie, w tej natomiast zwycięzcą zostaje.... Aedan. Gratuluję.
Podszedłszy do zwycięzcy, wyciągnął ku niemu dłoń aby ją uścisnąć, po czym oznajmił:
-Ty i Cedryn wyruszycie ze mną na misję, proponuję odłożyć świętowanie na później i przygotować się do drogi; Po wspólnym obiedzie nie będziecie mieć aż tak dużo czasu.

Po krótkiej rozmowie i pożegnaniu się ze zwycięzcami, Amaron zatrzymał szykującego się do odejścia Sybne. Skoncentrował on swoją uwagę i wpływ na młodym, obiecującym łuczniku.
-Choć nie udało ci się zdobyć miejsca w nadchodzącej wyprawie, masz pełne prawo, aby czuć się zwycięzcą. Posiadasz zdecydowanie spory wachlarz umiejętności i potrafisz dostosowywać się do sytuacji, a niewielu może się tym poszczycić. Bywają sytuacje, w których poleganie na tylko jednej, utartej technice w połączeniu z brakiem zdolności adaptacji potrafi być zgubne. Na przestrzeni tych dwóch konkurencji udowodniłeś, iż Tobie to nie grozi. Udzielę ci jednak pewnej rady - wszechstronny rozwój jest jak najbardziej wskazany, jednak czasami lepiej zwolnić z eksperymentami i próbowaniem nowych technik na rzecz szlifowania już wyuczonych. Masz problemy z celnością, zauważyłem to i ja i Ralon. Nie twierdzę, iże gdybyś skupił się na celności, nie zaś szybkości, wciąż strzelałbyś niecelnie, jednak pomyśl, o ile twoje umiejętności zyskałyby, gdybyś poświęcił swój czas na dopracowaniu swych technik.
Starając się podnieść młodzieńca na duchu i zmotywować go, mężczyzna spojrzał mu prosto w oczy i skupił na nim swój wpływ.
"Jesteś silny, zdolny i masz zapał do treningu oraz walki. Twój Dowódca w Ciebie wierzy, z pewnością dołożysz swych starań, aby go nie zawieść."
-Skorzystaj z mej rady, jeśli uznasz ją za cenną. Gdy przyjdzie nam odbijać nasz dom, zobaczymy, co z tego wynikło. Tak, kolejne zawody i konkurencje będą zbędne; Kiedy przyjdzie co do czego, ty oraz inni strzelcy macie udowodnić, iż gniew i zemsta Wilków z Valdrfjäll sięga dalej, niż nasze miecze i topory!
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.04.2017, 21:21 przez Amaron.)

18.04.2017, 21:16
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Główny plac treningowy
#14

MG

Aedan kiwnął tylko głową, nareszcie się uśmiechając, po czym oddalili się z Cedrynem. Musieli przygotować się na podróż.
Sybne nie był bynajmniej zadowolony z wyników zawodów, ale uśmiech mimo tego schodził mu z twarzy bardzo powoli. Wiedział, że nie wygra, ale jednocześnie cieszył się, że udało mu się znaleźć skuteczny sposób na poradzenie sobie z tym wyzwaniem. W końcu na następny raz będzie wiedział, jak zapunktować w podobnej sytuacji.
Gdy wsłuchał się w słowa Amarona. Pomimo swego młodzieńczego zapału, milczał, uważając na to, co Czarny Wilk miał do powiedzenia. Nie uznawał się za przegranego; słowa otuchy więc, z tego co było widać, uznał za niepotrzebne. Uwagę odnośnie celności natomiast wziął sobie chyba do serca.
Gdy natomiast Akolita przemówił do Sybne bardziej "dogłębnie", coś się w nim chyba zmieniło. Nie było to zadowolenie, nie było to też przebaczenie sobie przegranej w zawodach - bo chyba poczucie winy w ogóle młodemu nie towarzyszyło. To było coś innego, chyba nieco bardziej skomplikowanego.
- Tak jest, kapitanie! - uśmiechnął się strzelec, gdy wraz z tym donośny dźwięk kilku uderzeń dał wszystkim Wilkom znać o zbliżającym się posiłku.
- Obiad! - krzyknął Rolf, już kładąc pierwszym szczęśliwcom porcje gulaszu.
Wkrótce każdy miał swoje do wchłonięcia, zaś młodzi strzelcy powrócili nieco spóźnieni, ale chyba gotowi do podróży. Również na szybko wciągnęli po misce posiłku.
Słońce świeciło przez gęste chmury jeszcze wysoko. Przy dobrych wiatrach może nawet uda się dotrzeć do Greathardu niedługo po zachodzie słońca.
18.04.2017, 21:49
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Główny plac treningowy
#15

Widząc, jak w młodzieńca wstępuje nowa fala motywacji i energii, Amaron uśmiechnął się szeroko. Wiedział, że Sybne poradzi sobie i weźmie jego słowa do serca. Młody miał potencjał i umiejętności, które jednak wymagały odpowiedniego szlifowania. Ale i co do tego nie miał już obaw, nim wyruszą złożyć Damarisowi wizytę, z pewnością jego rozmówca dopracuje swoje techniki i zaprezentuje ich skuteczność tym, którzy ośmielili się zająć ich dom.

Głos Rolfa obwieścił wszystkim w obozie, iż nastała pora obiadu, kwestią czasu było więc zebranie się wszystkich wokół kotła w oczekiwaniu na swoją porcję gulaszu i kaszy. Porządny posiłek dla porządnych wojowników.
-No, chyba gulasz jest już gotowy, pora na obiad. Nie ma co zwlekać, jeszcze Grzmot albo Alfrud nam wszystko zjedzą - uśmiechnął się, po czym skinął towarzyszowi głową i udał się w kierunku ogniska.

Gracz opuścił wątek
18.04.2017, 22:02
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Główny plac treningowy
#16

Powróciwszy od ogniska i większości zebranych towarzyszy, Amaron usiadł na jednym z pieńków ze swoją miską gulaszu i powrócił do przerwanej konsumpcji. Wszakże przedstawił wszystkim skład drużyny, zaś nikt spośród zebranych nie oponował. W teorii, mężczyzna miał więc około połowy godziny dla siebie, a że miał ochotę spędzić ją z dala od gwaru i hałasów, postanowił spędzić ją właśnie tutaj, siedząc na pniaku i jedząc swój obiad. Po raz kolejny w myślach analizował swój plan, choć wiedział, iż ten zapewne i tak ulegnie poprawkom, w zależności od tego, czego dowie się od Alda oraz informatora Kosiarza.
"Co ma być, to będzie. Byleby obyło się bez strat po naszej stronie" - podsumował po dłuższej chwili, decydując się wreszcie odpuścić nękającym go myślom i skupić się na ciekawszych rzeczach niż zamartwianiu się na zapas.

W trakcie pochłaniania kolejnych porcji swego posiłku, mężczyzna zorientował się, iż obok pniaka na którym siedział, znajduje się kilka niewielkich toporków, przeznaczonych głównie do rzucania. Najprawdopodobniej ktoś, kto ostatnio ćwiczył ich rzucanie albo bardzo się śpieszył - chociażby na obiad - albo zapomniał ich powbijać w pniak, na którym obecnie siedział Domedraugr. Odłożywszy na bok swoją miskę, sięgnął on po jeden z toporków, obrócił go kilkukrotnie w dłoni i zaczął go sobie podrzucać. Miał jeszcze trochę czasu, czemu by nie poświęcić go na mały trening?
Nie zastanawiając się nad tym za wiele, Amaron wypił duszkiem resztę gulaszu, zebrał pozostałe toporki do rzucania i skierował się w stronę manekinów, do których to przed kilkunastoma minutami strzelali młodzi łowcy, po drodze zbierając jeszcze wszystkie toporki, jakie znalazł na swojej drodze, ostatecznie docierając do celu z niemal ich naręczem. Następnie, zaczął ustawiać manekiny w lekkim półkolu przed sobą, w równych odstępach od siebie nawzajem. Kiedy zaś skończył, zdjął swój płaszcz i rzucił go na pieniek, po czym zebrał odłożone na bruk toporki i pochwyciwszy jeden z nich, zaczął go na nowo podrzucać i obracać w dłoni, sprawdzając jego wyważenie. Następnie skupił się na manekinach, dokładnie zapamiętując ich położenie i odstęp między nimi. Wojownik zamknął oczy i poprawił swój chwyt, a na jego twarzy zagościł lekki uśmiech.

*****

Trafienie toporkiem w pierś pierwszego zamierzającego się na Amarona zbira w zupełności zniechęciło go do kolejnego ataku, kolejny toporek przeleciał tuż koło niego i wbił się w ramię jego towarzysza, który zapewne zakończyłby swój żywot chwilę później, gdyby nie to, iż kolejny rzut przeleciał tuż koło jego policzka. Znajdujący się przed nimi miotacz natomiast zdążył już uzupełnić braki i otworzywszy oczy, cisnął kolejnym i obróciwszy się, posłał za nim jeszcze jeden, wyrzucony z drugiej dłoni. Sparaliżowani strachem bandyci stali niczym drewniane kukły, w milczeniu godząc się ze swym losem i dosłownie przyjmując na klatę kolejne ciśnięte przez Domedraugra topory. Niektórym zdarzało się wbić prosto w twarz swego celu, innym razem przelatywały im tuż obok głowy, innym razem wbijały się w nogi lub krocze. A kiedy rzucającemu skończyła się amunicja, ten podszedł do swych przeciwników i bezceremonialnie po prostu powyciągał pozostawione w ich ciałach topory, którymi to już po chwili znów zaczął ciskać w ich kierunku. Sadysta...

Po kilku "turach" naprzemiennego rzucania i wydobywania toporków, Amaron ostatecznie zostawił swoich oponentów w spokoju i oddaliwszy się kawałek na nieco przestronniejszą część placu, chwycił za rękojeść Szpona. Cichy, metaliczny zgrzyt przeszył powietrze, kiedy to Czarny Wilk jednym płynnym ruchem dobył swego oręża i od razu wykonał nim szybkie cięcie po ukosie, błyskawicznie karząc tych, którzy chcieliby zaatakować Wilka, nim ten dobędzie swej broni. Cofnąwszy się o krok do tyłu, przybrał pewniejszą pozycję i zacisnąwszy obie dłonie na mieczu, odetchnął głęboko. Przed jego oczami znów pojawił się portowy magazyn oraz znajdujący się w nim bandyci, zaś w nozdrza Amarona uderzył zapach ryb, potu i brudu.  Ten nagle zerwał się z miejsca i przypuścił gwałtowne natarcie na swych oponentów. Wykorzystując swój pęd, zbił na bok nadchodzący cios i uderzył go barkiem, poprawił jeszcze ciosem głowicy miecza i odepchnąwszy go od siebie, odskoczył do tyłu, wychodząc poza zasięg pozostałych atakujących. Kolejnym, zamaszystym ciosem zmusił najbliższego mu zbira do zachowania odległości, nie pozwalając mu na skrócenie dystansu, podczas gdy Czarny Wilk obszedł go tak, aby mieć wszystkich przeciwników w polu widzenia, nie dając się osaczyć.


Po tym jednak, wojownik zamarł na chwilę, jak gdyby zastanawiając się nad czymś. Odetchnął on głęboko i spojrzał z błyskiem w oku przed siebie, a jego usta wykrzywiły się w drapieżnym uśmiechu, ukazując błyszczące, białe kły.

Gwałtowny dreszcz przeszedł wzdłuż kręgosłupa wojownika, serce zaczęło szybciej bić, a jego umysł wstąpił na znacznie wyższe obroty. Gdyby porównać go z mężczyzną, który walczył obok stawu poprzedniej nocy, mogłoby się odnieść wrażenie, iż reprezentują oni dwa różne żywioły. Wojownik z wczorajszego wieczora brał udział w powoli nabierającym tempa wysublimowanym tańcu ze swym ostrzem, zaś wojownik znajdujący się obecnie na placu zdawał się od razu przejść do kulminującego momentu tańca śmierci.

Doskakując do napastnika, Amaron zablokował nadchodzący cios, ześlizgując go po głowni miecza, by w mgnieniu oka znaleźć się tuż za jego plecami, jednocześnie podnosząc swój miecz aby następnie, obróciwszy się w kierunku przeciwnika, z gwałtownego skrętu bioder ciąć go po ukosie przez plecy, nim ten zdąży zebrać się i zablokować jego atak po swoim nieudanym ciosie. Poruszając się niczym wichura po górskim stoku, Domedraugr lawirował między przeciwnikami, raz po raz atakując tych, którzy znaleźli się w jego zasięgu, zasypując ich lawiną ciosów aby w momencie pojawienia się sprzyjającej okazji, bezlitośnie ją wykorzystać i precyzyjnym atakiem wyłączyć wroga ze starcia. Szybko zmieniając swoje obecne cele, ciął raz tego, raz tamtego, atakując z furią i zawziętością niczym dziki wilk pozbawiony drogi ucieczki. Nie zmieniał tempa swoich ciosów, nie czekał na ataki przeciwnika, które mógłby skontrować, nie marnował czasu na wybadanie ich umiejętności ofensywnych i defensywnych. Poruszał się po polu walki, atakował niezmordowanie raz po raz, płynnie przechodząc z bloków do kontr, z uników do nagłych odpowiedzi, a każdy, kto wymierzył w niego cios mógł liczyć się z szybka odpowiedzią w postaci przeciw tempa, którym Czarny Wilk karał zbyt pewnych siebie zbirów. Blokując nadchodzące ciosy, przechodził za plecy lub od razu ciął po brzuchu czy w bok swego przeciwnika. A i w to wszystko był w stanie wplątać jeszcze kilka ciosów z pięści, kopnięć czy prób zgarnięcia i podcięcia oponenta albo złamania mu łokcia po zblokowaniu ciosu i niebezpiecznie szybkim skróceniu dystansu. Kiedy ostatni z wyimaginowanych przeciwników został pozbawiony równowagi i rozbrojony, Domedraugr zaszedł go od boku, szybkim ciosem od spodu ciął go po kolanie, a następnie wykorzystał swój pęd i z obrotu wymierzył ostatecznie cięcie wymierzone w jego kark, zakańczając całą potyczkę.

Przerzuciwszy miecz do drugiej dłoni, Amaron odetchnął i ruszył niespiesznie po swój płaszcz.




-13 PM

(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.04.2017, 21:35 przez Amaron.)

19.04.2017, 21:23
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Główny plac treningowy
#17

Odkąd Amaron ogłosił skład swojej drużyny, w koszarach zapanowało poruszenie właściwe przygotowaniom do zbliżającej się coraz większymi krokami wyprawy. Drakon po raz ostatni sprawdzał coś przy wozie, po czym skupił się na "zagospodarowaniu" paki drewnianą skrzynią i kilkoma pustymi workami po czym wyruszył w kierunku magazynu i tam też zniknął. Brakk wraz z  Gumvertem rozmawiali o czymś, co najprawdopodobniej związane było ze stanem uzbrojenia drużyny - przynajmniej tak Czarny Wilk wywnioskował z kontekstu oraz pojedynczych dosłyszanych słów, Alfrud ostrzył swoje topory, Rolf napychał skórzaną torbę podpłomykami i dwoma garncami o nieznanej zawartości, Ralon wraz z dwójką łowców zniknęli gdzieś w głębi garnizonu, Keira pomagała przygotować się swojej siostrze do drogi, a Grzmot karmił Mułomira marchewką. Jedynie Khali zdawała się pozostawać gdzieś poza polem widzenia, nie pierwszy i nie ostatni raz.

*****

Znudzony ciągłym czekaniem i stwierdziwszy, iż nie ma ochoty na kolejny trening, Domedraugr zaczął się bawić dwoma toporkami, podrzucając je na niedużą wysokość, co wkrótce przerodziło się w niezbyt efektowną próbę żonglerki nimi. Choć nie szło mu aż tak źle -  głównie za sprawą jego koordynacji i wyczucia wagi -  żonglowanie tylko dwoma toporkami raczej nie wróżyło przed nim kariery kuglarza. Umiliwszy sobie kilka minut oczekiwania, Amaron złapał toporki do jednej dłoni i po dłuższym namyśle, zatknął je sobie za pasek.
"Mogą się przydać jeśli przyjdzie co do czego. Oberwanie toporem między oczy na pewno będzie mniej zaskakujące, niż oberwanie świetlistym pociskiem"

Wzrok mężczyzny powędrował niespiesznie w kierunku wózka, na który pierwsi wojownicy zaczęli ładować najcięższy ekwipunek, zaoszczędzając sobie tym samym kilku kilogramów obciążenia na trakcie. Zwierzę pociągowe nie zostało jeszcze wyznaczone, a część wojowników w dalszym ciągu pogrążona była w rytuale ostrzenia swego oręża, czyszczenia ekwipunku i malowania twarzy. Innymi słowy - przygotowania wciąż trwały. W takiej sytuacji, Domedraugr najpewniej zająłby czas treningiem lub pomaganiu towarzyszkom w przygotowaniu się, jednak taniec z ostrzem miał już za sobą, Keira i Ariela pomagały sobie nawzajem, zaś Khali zniknęła gdzieś bez śladu. Amaron westchnął więc ze znudzeniem i usadowiwszy się wygodniej na pieńku, naciągnął swój kaptur na głowę, podparł ręką brodę i pogrążył się w zamyśleniu, zamykając oczy. Jeśli szczęście mu dopisze, sen skutecznie odbierze mu pozostały czas oczekiwania.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.04.2017, 22:23 przez Amaron.)

21.04.2017, 22:23
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Główny plac treningowy
#18

MG

Grupa powoli przygotowywała się do akcji, tymczasem Amaron zdawał wrażenie, jakby w oczekiwaniu na swoich kolegów zwyczajnie nudził się. Nic dziwnego - jego przygotowania były tak naprawdę rozłożone w znacznie dłuższym już czasie. Stąd też żonglerka toporami.
Zabawa tyleż ciekawa, co niebezpieczna, ale na dłuższą metę - może i przydatna. Tym razem nie przyniosła zbyt wielkich skutków, ale widać było, że Akolita dwóch lewych rąk do podobnych rzeczy nie ma. Wręcz przeciwnie, radził sobie nieźle. Inteligencja tylko pomagała przy sprawnościach fizycznych - zwłaszcza przy takich, gdzie trzeba było nieco sprytu i wyczucia, a nie zwykłej siły czy zwinności.
Nawet nie wiedzieć kiedy, Domedraugr zasnął. Słuszny zresztą sposób na zabicie czasu.
Sen jakby niecodzienny, choć może i można było się go spodziewać. W końcu po tak silnym impakcie, jaki wywarło na Czarnego Wilka przypomnienie sobie o sprawcy jego cierpień, Damarisie, coś się w tej głowie mogło zakorzenić, by powrócić jako nocna mara. Tak też było tym razem.
Przyśniła mu się... bitwa. Wilczy wojownicy, stający naprzeciwko "murów" wroga. Nie wiedzieć czemu, Amaron, patrząc na zdarzenie jakby z góry, nie widział tam siebie, ale wyraźnie czuł swoją obecność.
Mieszkańcy Valdrfjäll, przygotowani do boju, wyglądali bardziej bojowo niż kiedykolwiek wcześniej. Tak też zresztą walczyli. W jednym, solidnym oddziale, zdawali się walczyć nie jak zbieranina najemników, a jak jeden Wilk, potężniejszy niż jakakolwiek inna bestia. I w tym momencie Domedraugr dostrzegł wśród wojowników "siebie". To on był nimi, w pewnym sensie. Był spoiwem, łączącym każdą z jednostek. Walczył jako każdy z jego przyjaciół.
Niepokojące było jednak to, że spoiwo, dziwna, ledwo widoczna mgiełka, z każdą chwilą zdawała się ulegać uszkodzeniom, a po kilku minutach była cała poszarpana. Zdawała się czekać tylko na ostateczny cios.
Pękła. I jak na sygnał, wszyscy z Wilczych wojowników padli, jak jeden mąż. Leżeli bez ruchu, a oblegana "forteca" Damarisa stała dalej, gdy ten śmiał się, pełen pogardy.
Śmiech cały czas brzęczał w uszach Akolity. Humor chyba dopisywał jego towarzyszom.
- To co? Ruszamy? - zagadnął Alfrud, wskazując głową na resztę, która była chyba w zupełności gotowa juz do drogi. Jeśli dobrze pójdzie, dotrą do Greathardu, gdy tylko zapadnie zmrok.
30.04.2017, 19:00
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Główny plac treningowy
#19

Siedząc tak niemal w całkowitym bezruchu, Amaron uspokoił swój oddech i oddał się swoim przemyśleniom. Zdawał sobie sprawę z tego, iż poświęca im być może zbyt dużą uwagę, w rezultacie tylko zamartwiając się na zapas, z drugiej jednak strony, ponowne, świeże spojrzenie na całość pomagało dostrzec to, co jak dotąd mu umykało. Mężczyzna jeszcze raz przeanalizował swój plan, próbując wychwycić ewentualne słabe punkty i w miarę możliwości je wzmocnić, jeśli było to możliwe lub zrezygnować z nich na rzecz pewniejszych rozwiązań. Jednak po dłuższej chwili, myśli zdawały się mu wręcz uciekać z głowy, która z każdą mijającą sekundą stawała się coraz cięższa...

Nastała ciemność, której towarzyszył jedynie cichy, spokojny oddech mężczyzny. Nie myślał już o niczym, mógł skupić się jedynie na wszechogarniającej go, kojącej, bezkresnej pustce. Wsłuchał się więc w swój własny oddech, do którego wkrótce dołączyło rytmiczne bicie jego serca. Wiedział, iż może się poddać temu stanowi, że wśród swych wilczych braci i sióstr jest bezpieczny, nic mu nie grozi. Jednak im dłużej trwał w tym stanie, tym bardziej zaczął zdawać sobie sprawę z tego, iż coś tu nie pasuje... Skupił się więc na wsłuchiwaniu się w dźwięki pustki...

Jako pierwsze, z pustki dobiegły ciche, stłumione okrzyki, które zdawały się być wojownikowi dziwnie znajome. Niewiele później, dołączyły do nich zgrzyty, trzaski i odgłosy, które Czarny Wilk rozpoznał od razu. Metal uderzający o metal, ścieranie się dwóch ostrzy, huki zablokowanych i odpartych ciosów... odgłosy walki. Kiedy tylko zdał sobie z tego sprawę, przed jego oczami z wolna zaczęły się pojawiać pierwsze obrazy. I choć zanim te stały się na tyle wyraźne, aby rozpoznać, co dzieje się na wyłaniającym się przed nim polu walki, Domedraugr czuł obecność swych braci, wiedział, iż w tym boju walczy z nimi ramię w ramię, choć jeszcze nie był w stanie się odnaleźć. I mimo licznych prób, nie odnalazł się. Zdziwienie nadeszło bardzo szybko, odeszło jednak jeszcze szybciej. Nie było czasu na zastanawianie się, czuł swoją obecność wśród towarzyszy broni, czuł swoją siłę, która przejawia się w każdym zadawanym przez nich ciosie. Trzeba było wykorzystać ją, dodać wszystkim Wilkom sił. Wszyscy walczyli jak jeden mąż, jak gdyby niewidzialna dłoń Przodków kierowała ich każdym ruchem, nadając mu jeszcze większej szybkości i mocy, która pozwoliłaby roznieść wszystkich przeciwników i zetrzeć ich na proch.

Przeciwnicy... dopiero wtedy Domedraugr zdał sobie sprawę, przeciwko komu walczy. Wilki z Valdrfjäll szturmowały "mur" bandytów Damarisa, człowieka, który odebrał Amaronowi tak wiele. W tym momencie, niemal wszystko stało się już nieistotne. Tak, jak strzała mknie przed siebie w kierunku swego celu, jak drapieżnik w pogoni za swą ofiarą, tak Czarny Wilk skupił się tylko na swych oponentach i wyrżnięciu ich wszystkich w pień. Poczuł, jak budzi się w nim dusza zwierzęcia, towarzysząca każdemu z Úlfheðnar. Dusza potężnego basiora, który obdarzał swego "nosiciela" dzikością i potęgą, opiewanych od pokoleń przez skaldów. Spojrzał już nie swoimi, a wilczymi oczami na wszystkich wrogów, którzy stali pomiędzy nim, a Damarisem. Jego oddech stał się szybki i głęboki, serce z każdym uderzeniem zaczęło coraz mocniej pompować życie i siły w jego ciało, gwałtowny dreszcz przeszedł wzdłuż jego kręgosłupa, zaś z jego gardła wyrwało się nieme, wilcze wycie. Jednak w tym samym momencie, to samo, spotęgowane dzikie wycie przebrzmiało dziesiątkami gardeł jego braci, którzy ze zdwojoną siłą rzucili się do natarcia. Amaron w swej wilczej furii niemal czuł smak i zapach krwi, gwałtownymi ruchami rozrywał ciepłe mięso, powalał na ziemię swe ofiary i zatapiał kły w ich tętnicach, miażdżył, rozrywał i odgryzał kończyny, z każdą kolejną ofiarą zbliżając się do swego celu, choć wciąż niewidocznego i pozostającego poza zasięgiem wzroku. Walczył z ætt- móðr, wilczą furią swych przodków. Nie było go jednak fizycznie wśród starcia, toczył on bój w zupełnie odrębnym świecie. W starciu z "murem Damarisa" nie walczył pośród swych towarzyszy, walczył jako oni. Czuł obecność każdego z nich wśród siebie, czuł wspólną furię i determinację, która pozwalała im przerzynać się przez nieskończone zastępy wrogów. Z każdą mijającą chwilą, obecność ta, jedność, Braterstwo Wilków słabło, spoiwo między nimi zdawało się być równie poniszczone jak pancerz i broń pozostałych przy życiu wojowników. Amaron uświadomił sobie, iż w tym starciu to Damaris wyjdzie zwycięsko.
-Duronorze! Ererecezie! Przodkowie! Zwróćcie ku nam swe spojrzenie! - krzyknął w pustkę, chcąc sprowadzić uwagę na jego kompanów.

Nim rzucili się w swój ostatni bój, Amaron zakrzyknął po raz ostatni głosem swych wilczych braci:
-JAK POWITACIE SWYCH PRZODKÓW?
-Z ORĘŻEM W DŁONI I PIEŚNIĄ NA USTACH!


*****

Nie dane mu było jednak dotrwać do końca potyczki, jego zmysły zaczęły coraz szybciej uciekać do rzeczywistości, a więź między jego braćmi słabła. W ostatniej chwili, Czarny Wilk poczuł, jak pęka całkowicie...
-Hmm? - mruknął półprzytomnie, przecierając i otwierając swe oczy.
-Wszyscy gotowi, ruszamy? - powtórzył stojący obok niego Alfrud.

Domedraugr wyprostował się i wziął głęboki wdech. Znów znajdował się na głównym placu pośród swoich. Starcie z Damarisem było tylko snem. A przynajmniej tak mu się wydawało, wciąż czuł mocne bicie swego serca, niezmordowanie pompującego krew, jego oddech również zdawał się być przyspieszony...
-Ruszamy - odrzekł krótko czerwonobrodemu, ściągając kaptur i poprawiając swoje odzienie. Sięgnął po swój bukłak i wypił zeń nieco piwa, orzeźwiając go i pomagając mu otrząsnąć się z resztek senności, jakie dałoby się wyczytać z jego twarzy. Odzyskawszy w pełni świadomość swego otoczenia, ruszył w kierunku reszty wojowników zebranych przy wozie. Szybko przebiegł wzrokiem po jego zawartości, upewniając się, iż nie brakuje niczego, co wypadałoby ze sobą wziąć. Znaczną część rzecz jasna zajmowała broń i sakwy z dobytkiem jego towarzyszy, które sam zresztą polecił im złożyć. W dużym worku z gładkiej, miękkiej skóry, mężczyzna rozpoznał wór Rolfa, w którym najpewniej znajdowały się zapasy dla wojowników na drogę i czas pobytu w mieście, Amaron mógł nawet założyć się o to, że w spoczywającym obok antałku znajduje się miód pitny. Dwie torby, z których czuć było ziołami świadczyły zaś o tym, iż w przypadku odniesienia ran, medykamentów nie braknie - w końcu Domedraugr wraz z Arielą sami w dużej mierze o to zadbali. Gdy już miał skończyć przeglądanie ładunku na wozie, Alfrud dorzucił na pakę kilka dużych, pustych, płóciennych worów.
-Na łupy. W końcu... coś będziemy łupić, prawda? - spojrzał na swego Dowódcę, po części oznajmiając, po części pytając. Odpowiedział mu jedynie uśmiech i rozbawione parsknięcie.
-Pożyjemy, zobaczymy...

-Wszyscy gotowi do drogi? - spytał. Odpowiedź padła niemal momentalnie, przebiegłszy wzrokiem po twarzach zebranych osób, Amaron zliczył wszystkich, którzy mieli z nim wyruszyć do Greathardu. Skierował zatem swe spojrzenie na stojącego nieopodal Brakka, do którego podszedł bez namysłu i wyciągnął ku niemu swą prawicę.
-Pilnuj wszystkiego pod moją nieobecność, postaram się wrócić tak szybko, jak tylko dam radę. Z tarczą, nie na niej.
Kapitan skinął głową i uścisnął z uśmiechem jego dłoń.
-Uważaj na siebie proszę, masz jeszcze wiele walk do stoczenia.
-Dziękuję. Ale nie obawiaj się, jakkolwiek ciężko by nie było, poradzę sobie.
-W to nie wątpię, w końcu sam Cię uczyłem...

Wymieniwszy uśmiechy i uściski dłoni, Dowódca wreszcie pożegnał się ze wszystkimi zebranymi pod bramą, po czym rozkazał otworzyć bramę.
-Naprzód marsz! Ku Greathard, ku zwycięstwu!

Gracz opuścił wątek
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.05.2017, 23:39 przez Amaron.)

01.05.2017, 15:41
Przeczytaj Znajdź Cytuj

PRZEDMIOT

Kliknij w obrazek







Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna