Wioska rybacka
#21

Lustrowałem uważnie otoczenie w poszukiwania jakiegoś wolnego członka załogi, który mógłby nas poinstruować gdzie znajdziemy kapitana statku. Poza tym, byłem dość poirytowany zachowaniem swojej towarzyszki. Jakoś tak niemiłosiernie mnie wkurwiło, że najpierw pyta za ile wypłyniemy, a potem drze mordę "wszystko mi jedno". Jaki w tym sens? Duronorze dopomóż, bo jak nie rozpierdolę w pył naszego środku transportu o wdzięcznej nazwie "Czarna, kurwa, Betty", (dobra z tą "kurwą" sobie dopowiedziałem) to sam się rzucę do wody i przepłynę Morze Klifowe nawet na piechotę. A, nie. Wróć. Nie da się pływać na piechotę, hehehe. No to już Thorn z tym. W każdym razie miło byłoby, gdyby opaczność nie wyprowadzała mnie z równowagi. Im dłużej stoję i przyglądam się biegającym ludziom, tym bardziej mam smutne wrażenie, że piekarz nas wydymał. Poza tym pyta mnie swędzi, więc to musi być jakiś znak.
W tym momencie, zza moich pleców wyrósł jak dąb, mężczyzna niewiele niższy ode mnie, z długą czarną brodą, opaską na lewym oku i chustą na głowie koloru gównianego. Dosłownie była brązowa. Mógłbym tak opowiadać o nim, że ma białą koszulę poplamioną chuj wie czym, nieświeży oddech, wysokie czarne buty ze srebrnymi klamrami, przy boku rapier i dwa noże, zaś w lewej dłoni manierkę z gorzałą. Skąd to wiem? Wspominałem, że jebie mu z ust, prawda? No więc dlatego wiem, że to gorzała.
- Wysoki, barczysty z mieczem na plecach, wilkiem i panną oraz dwoma wierzchowcami. Waćpan do Lodowej Twierdzy, mam rację? - Wydobył z siebie pełen szarmancji. No co jak co, ale nawet ja nie potrafiłbym być tak kulturalny po wypiciu kilku procentów. Ja to bym jebnął coś w stylu "Co się, kurwa, gapisz lapsie. Wyjebać ci gołym Thornem na pysk? Zabieraj dupę w troki i..." chyba się zapędziłem.
- Ano do Lodowej Twierdzy. Waszmość kapitanem jest, jak się nie mylę? - Zapytałem, lecz ten machnął ręką ściszając mnie. Przez chwile poczułem jakby ktoś był nade mną, a tego nie lubię. Oj bardzo nie lubię. Niech sobie będzie i kapitanem gównianej Betty, niech mu jebie z japy, ale co to za wywyższanie się.
- Taaa, byłem po trochę racji żywności. Dostałem sporo bochenków świeżego chleba w zamian za przeprawienie was do tego nieczynnego portu, nie pamiętam jakże mu było. - Oznajmił dość luźno, ale zaraz dodał nie dając nikomu z nas dojść do słowa.
- Przeprawię was, ale nic za darmo. Piekarz zaopatrzył nas w skromne racje żywności więc wezmę od was po symbolicznym srebrnym smoku. Wierzchowce zapakujemy do innych koni, a ten... Wilk. Mam rozumieć, że nie jest groźny? Od razu mówię, jak mi coś nie podpasuję, będziecie mieli przykrości. - Mówiąc ostatnie zdanie, mógł zobaczyć jak na moim licu odmalowuje się bardzo pochmurna mina mówiąca: "Odejdź, bo jak jebnę...", ale widocznie był z tego powodu zadowolony. Westchnąłem w duchu, zacisnąłem zęby i powiedziałem sobie "Jeszcze się odgryzę stary pierdlu".
- To nie jest wilk, tylko pies. Taka rasa przypominająca wilczury i jak najbardziej to nie niebezpieczne zwierzę. Chyba, że mu ktoś podpierdoli jedzenie. Wtedy nie liczyłbym na wyjście z kradzieży razem z ręką. Zapłacimy po dotarciu na miejsce. - Uśmiechnąłem się szyderczo, nie komentując całej reszty, bo musiałbym facetowi wybić wszystkie zęby, a byłem dość wkurwiony. Mimo, że chwilę temu nie miałem powodów, to te jak zwykle się znalazły.
Kapitan uśmiechnął się kąśliwie, złapał mnie za ramię swoją wielką, grubą i brudną łapą. Zacisnął ją i obrócił w kierunku statku. Złapałem go za nią, ściskając równie mocno i ściągając ze swojego ramienia. Nawet zastanawiałem się czy powinienem użyć kilku błyskawic. Ale nie. Nie teraz, hehe. Spojrzałem mu w oczy, by po chwili spięcia dopowiedzieć.
- Rozumiem, że jesteś właścicielem Betty, ale zrób to jeszcze raz a jak Duronora miłuję, obetnę ci fiuta i rzucę krakenowi na pożarcie. - Kończąc posłałem lodowaty uśmiech. Mężczyzna przeanalizował sytuację, nie odezwał się, ruszył w stronę kładki łączącej przystań z pokładem. Szepnął coś do jednego z majtków, ten spojrzał w naszą stronę, pomyślał chwilę i ruszył do nas. Pośpiesznie wyjaśnił, że zabierze konie do miejsca załadunku. Skinąłem głową na znak mojej aprobaty. Łata była lekko podenerwowana. W końcu jakiś nieznany jej jegomość próbuje ją kierować w nieznane miejsce. Podszedłem do niej i poklepałem ją po pysku. Uspokoiła się i poszła razem z majtkiem. Ten na odchodnym dodał abyśmy udali się na statek i weszli głównym wejściem do kajuty. Tam kapitan ma nam pokazać, gdzie będziemy spać. Na tym etapie informacji już trząsłem gaciami, że chuj wyjebie nas w jakieś złe miejsce. Nie liczyłem na nic wspaniałego po tym sukinsynu. Ba! Zacząłem brać pod uwagę rozjebanie jego pięknego statku i odpłynięcie następnym, ale nie wiadomo, kiedy będzie następny. No i załoga może się zbuntować, zawiadomić miejscowych a potem przypał na wielką skalę. Zerknąłem na swoją siostrę i na wilka. Nie odezwałem się. Po co, skoro i Szczęściarz i Gemma bez słów mogli wyczytać "zniszczę, kurwa, wszystkich". Podrapałem się po podbródku, potem udałem się w wyznaczone miejsce.
Weszliśmy do kajuty. Była całkiem przytulna i ładna. Spodziewałem się rozsypującej speluny, a tu proszę jak na bogato kapitan, psia jego mać się bawi, a pfu.
- Gdzie możemy przenocować na statku? - Zapytałem krótko, dość chłodnym głosem. Chociaż sam nie byłem pewny jak bardzo czuć było mój wkurw w wypowiadanych słowach. Kapitan oczywiście udawał, że nie słyszał. To właśnie taki moment, kiedy...
- Zejdziecie po schodach i udacie się do naszego zapasowego załadunku. Zaraz przyniesiemy wam dwa prowizoryczne hamaki i trochę siana. - Odpowiedział, a już miałem powiedzieć coś wielce filozoficznego. Coś typu: "Jak cię kopnę w sranie to ci, gówno kręgosłup złamie" albo "Jak cie kopne w oczy to ci chuj wyskoczy".
Skinąłem głową, ale nie widział tego. Bez słowa skierowałem się do miejsca, o którym mówił. Nie było duże. Jakieś trzy metry długości i dwa metry szerokości. Podłoga nad nami skrzypiała, ale było do niej również ze dwa metry, także zajebiście. Poza tym całą naszą "prowizoryczną kajutę" zewsząd zapchano drewnianymi deskami. Dostrzegłem przynajmniej wystające metalowe haki, zapewne na wypadki takie jak to, czyli niespodziewanych gości. Tyle, że haków jedynie na jeden hamak, w związku z czym albo drugi się jakoś wbije nożami, albo zostaniemy przy jednym. No i jak tak sobie teraz myślę. Strasznie chłodno tutaj. Węsząc tu i ówdzie, zauważyłem, że między deskami na wysokości moich oczu, była dziura. Mogłem przez nią swobodnie wyciągnąć rękę, widziałem z niej przystań, więc... Można byłoby sfajczyć molo po odpłynięciu tych 100 metrów.
Usłyszałem jak nad nami ktoś idzie. Zaraz potem po schodach zszedł jeden z załogantów, podając Gemmie dwa płótna z których mogliśmy zrobić hamaki. Wyszedł na chwilę, wrócił i dał nam gruby pęk siana. Nie wiem w sumie jaki chuj mamy z nim zrobić, ale coś się wymyśli.
- Trzeba nam ogarnąć to miejsce, żeby chociaż w miarę wygodnie się zdrzemnąć. Nie lubię siekać sukinsynów z obolałymi lędźwiami. Poza tym jak nas przewieje na tym chłodnym wypizdowiu, dalsza podróż będzie nieprzyjemna. - W prawdzie powiedziałem to wiedząc, że Gemma zdaje sobie z tego sprawę, ale chciałem przełamać ciszę. A tak odbijając trochę od tematu. Cofam co mówiłem kilkanaście minut wcześniej. ŁATA, ZESRAJ SIĘ! ZESRAJ TAK, ŻEBY IM KURWA NOSY ODPADŁY, a pfu. Chuje.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.11.2015, 17:30 przez Duriel.)



DURIEL THEME SONG
Łaskawość nie jest narzędziem Sprawiedliwego Boga.
Prawdziwego Grzechu nie da się odpokutować.






06.10.2015, 03:00
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wioska rybacka
#22

Mógł sobie być wkurwiony ile tylko chciał, Gemmie i tak latało to koło dupy. Nie będzie przecież uzasadniać swojego toku rozumowania, bo tylko winny się tłumaczy, a ona wcale się winna nie czuła. Nie będzie wszak płakać czy robić sobie krzywdy, bo się jaśnie pan bliźniak obraził i wkurwił z jej powodu. Spłynęło po niej to jak po kaczce, bo obserwując jego zmienny nastrój odczuwała jedynie frajdę. Oglądanie podkurwionych osób praktycznie zawsze ją bawi. Nic tylko czekać na rozwój wydarzeń i faktyczne rozwalenie Czarnej Beaty (czy jak jej tam). W końcu jakaś rozrywka, bo póki co to ją coś brało z tych nudów. Nawet schlany gość nie przyniósł jej tyle zabawy, ile myślała, że przyniesie. A szkoda, bo przynajmniej teraz nie czułaby potrzeby naigrywania się z Duriela.
Wtem pojawił się typ, który Gemmie od razu przywołał obraz stereotypowego pirata. Wypisz wymaluj morski złodziej z opowieści dla dzieci. Jedyne czego mu brakowało to drewniana noga. Byłaby jak znalazł i uwieńczyłaby zestaw składający się z brody, przepaski na oku i chustki. Nawet broń nosił podobną. No i czadziło od niego niemiłosiernie, choć nie była pewna, czy to cecha rozpoznawcza piratów, czy ogólnie rzecz biorąc żuli.
- Jak zwykle robię za pierdolony dodatek. - mruknęła do siebie, pod nosem, co by pan kapitan czasem nie dosłyszał. Normalnie to by miała to głęboko, czy to dociera do jego zapchanych woszczyną uszu czy nie, ale jak miał im zapewnić darmowy "rejs" do Twierdzy, to już wolała zamknąć gębę. Przynajmniej częściowo.
- Nie frasujta się, to zwykły wilczur. Wabi się Szarik. Ale jak zawołasz pan "szynka", "golonka" czy inne jakie męsiwo, to też przyleci. - powiedziała i posłała mu uśmiech tak niewinny, że prawie sama uwierzyła w swoje bujdy. Zupełnie nie przejmowała się rzekomymi groźbami rozmówcy, bo doskonale wiedziała, że spity grubas mało by zrobił ich dwójce. No w zasadzie to trójce, bo Szczęściarz też się może do czegoś przydać. Tamten to mógł ich co najwyżej zbesztać, ale przyniosłoby to marne skutki. Duriel by się co najwyżej jeszcze bardziej wkurwił, a ona miałaby jeszcze lepszą zabawę.
O ile koń jej brata się może coś przejmował, to klacz Gem miała równie wyjebane co jej właścicielka. Chyba przyzwyczaiła się do tego, że była zostawiana gdzie popadnie. W końcu i tak zawsze po nią wracali.
Co do miejsca spania - rudej było naprawdę wszystko jedno, byle nie było tam zimno i nie pizgało po plecach. Poza tym mogła spać gdzie popadnie, sprawdziła to. Budziła się czasem w takich miejscach, że głowa mała, więc ma doświadczenie. Alkohol robi z ludźmi różne, często dziwne rzeczy.
No ale niestety, pod pokładem piździło.
Gemma była wyraźnie niezadowolona. Wyglądała prawie jak Duriel, kiedy zobaczyła ziejącą dziurę w deskach. Miała w zasadzie ochotę ją powiększyć, co by zmieścił się przez nią kapitan. Razem z połową załogi i rodziną. No bo, kurwa, szanujmy się. Nie dość, że chce od nich srebrnego smoka, to jeszcze każe im spać tam, gdzie zajebiście piździ po nerach. Już czuła, że będzie spała przykryta wszystkim co możliwe. I to po same uszy.
- Weź jakoś zapchaj tym sianem tę dziurę. Bo mię zaraz kurwica chyci i kogoś zaciukam na miejscu. - burknęła próbując zawiesić hamaki. Z jednym jej wyszło, ale drugiego już nie było na czym. - No i kaj ja mam niby zawiesić to ścierwo? Na ślinę? Na wiarę? Zaraz zawołam tę spierdolinę społeczną i mu każe to trzymać. W jego krzywych zębach.


Gemma Theme Song
There's a reason she's alone - you can't pin her down
Because no one needs her home or needs her around








08.10.2015, 22:55
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wioska rybacka
#23

Zdawałem sobie sprawę, że jesteśmy trochę w sytuacji bez wyjścia, bo wydostać się z Dravnul trzeba nam jak najszybciej, a robić awantury i zastraszać przesadnie nie ma sensu. Jeszcze by nas wyjebali, a to zrobić możemy sami, kiedy dotrzemy do miejsca docelowego naszej morskiej przeprawy. Co prawda sam trochę przesadziłem wcześniej, ale poziom mojego wkurwienia wspiął się na wyżyny. Raz rozgniewany, będę potęgował wkurw tak długo aż się prześpię i ogarnę. Jednakże w tej chwili czuję się tak bardzo nabuzowany, że chętnie wyszedłbym na pokład i wyrżnął całą załogę. Zresztą nie oszukujmy się. I tak to zrobię, ale nie teraz. Udajemy przyjaciół, ale nimi nie jesteśmy. Prawdę mówiąc sam wątpię w to, że przeprawia nas bez problemu. Stawiam wszystko co mam, że przyjdą sukinsyny w nocy poderżnąć nam gardła i ograbić. Nie czarujmy nikogo, kapitan to zwykły pirat udający kapitana. Pewnie na zleceniach króla Aureona, bo tak przecież lepiej. Piraci są dla Dravnul w cenie. Lepiej dać im możliwość grabienia innych statków i wmawiać "to nie my, to piraci" a w rzeczywistości czerpać z tego zyski. Nie trzeba być inteligentem żeby o tym wiedzieć. Niby skąd Dravnul miałoby środki na to wszystko bez grabieży? Embargo nałożone na ich państwo ściska im dupę więc muszą kręcić jak leci. Szkoda mi tylko rodzin tych wszystkich majtków plątających się po Gównianej Betty, ale czy tego chcą, czy nie czasy mamy ciężkie, a w oczach Leonarda są wrogami mojego kraju. Nie żebym czuł jakieś zajebiste przywiązanie do tego, ale wybicie ich, napewno pokrzyżuje plany Aureona. Co więcej, wolę być po stronie pozostałych krain Atarashii niżeli Dravnul.
Zerknąłem na Gemmę z politowaniem. Odwróciłem się na pięcie i pociągnąłem deski tak żeby zasłoniły wyrwę. Dla pewności wziąłem trochę siana i dorzuciłem, żeby dziura była bardziej szczelna. I teraz złapała mnie drobna zaduma. Kiedy jestem w karczmach, gospodach i innych miejscach noclegowych, zwykle zabezpieczam wszystkie wyjścia, zastawiając je meblem lub wbijając nóż, uniemożliwiając tym samym otwarcie na przykład okna, albo drzwi. To po prostu praktyczne, a dupę ratowało mi setki razy. W końcu nie jednemu zdążyłem się narazić. To też jeden z powodów, dla których uciekłem do Dravnul, żeby o mnie zapomnieli, a sytuacja trochę się uspokoiła. No i nie wiedziałem co z Pariasem. Zabił mi brata, ale to ja mam jego moc więc jeśli o tym wie, będzie chciał mnie pozyskać. Mam ochotę go rozjebać, ale wolę zrobić to w odpowiednim czasie.
Podszedłem do klapy, którą otwierało się żeby zejść po schodach. Problem polegał na tym, że choćbym chciał, to nie zablokowałbym jej nożem. W związku z tym trzeba zrobić coś innego. Szczęściarz będzie spał pod schodami, a ja sobie usiądę obok niego. Mieczem tutaj nie namacham się, więc moja kusza będzie musiała czekać w gotowości no i cymbałki pod ręką, jak zawsze.
Wskazałem wilkowi miejsce pod schodami mrugając do niego okiem. Zrozumiał od razu o co chodzi. Podszedł do nich z wywieszonym jęzorem, położył się, przeciągnął, przeturlał, ułożył wygodnie i zamknął ślepia nasłuchując niebezpieczeństwa. Jak coś będzie nie tak, zaalarmuje mnie zanim ktokolwiek wejdzie. A jeśli już ktoś wejdzie, zerwie bełta na mordę. Zebrałem trochę siana, ściągnąłem rękawice, położyłem je pod głową na usłanym wcześniej sianie. Wszystko obok Szczęściarza, będzie mi od niego ciepło. Potem podszedłem do stojącej obok kobiety, trzymającą drugi materiał na hamak.
- Wezmę to. - Powiedziałem, odbierając jej materiał z rąk. Zarzuciłem go na siano i leżące rękawice, robiące za poduszkę. Rairyuu leżał sobie po prawej stronie mojego prowizorycznego łoża, ja zaś wyciągnąłem kuszę. Złożyłem ją całą, załadowałem magazynek bełtami i ustawiłem obok siebie razem z jednym cymbałkiem. Drugi miałem przy boku, tak jak zwykle. Położyłem się, założyłem ręce za głowę oparty lekko o wilka i gapiłem się w sufit.
Co chwilę słyszałem uwijających się majtków i prawdopodobnie kapitana przechadzającego się po swojej jakże, kurwa, zajebistej kajucie. Z sufitu padały na mnie kawałki brudu, a przynajmniej spadały na mój tors, bo głowę miałem pod drewnianymi schodami, obok schowanego w cieniu przyjaciela. Jednak zasnąć było mi kurewsko ciężko. Gemma coś tam sobie robiła, może nawet coś do mnie mówiła. Nie zwracałem na nią uwagi, straciłem chwilowo zainteresowanie. A kiedy miałem zasnąć dostrzegłem na końcu schodów (pod schodami, na wysokości najwyższego szczebla), beczułkę z dodaną tabliczką "dobry trunek". A se pojeby wymyśliły nazwę. Pewno rum tam trzymają, bo się najlepiej nadaje na podróże statkami. Sprawdzę jak dobijemy do Lodowej Twierdzy ot co.
I w tym momencie naszych uszu dotarły słowa "ODBIJAĆ!". Statek ruszył, zabujało nami. Tak rozpoczęła się nasza dalsza podróż. Nic nas już nie zatrzyma.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.11.2015, 17:30 przez Duriel.)



DURIEL THEME SONG
Łaskawość nie jest narzędziem Sprawiedliwego Boga.
Prawdziwego Grzechu nie da się odpokutować.






09.10.2015, 01:17
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wioska rybacka
#24

Bejo-kapitan wyszczerzył nie najlepiej zachowane uzębienie w stronę Gemmy, słysząc jej komentarz odnośnie Szczęściarza. To był jeden z najpaskudniej wyglądających uśmiechów, jakie oboje podróżników widzieli w ciągu swojego życia, a odór unoszący się z gardzieli tego ludzkiego szatana był równie podły i plugawy, jak oddech samego Thorna.
Spóźniona reakcja kapitana na pytanie o miejsce noclegu widocznie miała też swój cel. Widocznie ten chuj obrał sobie za cel potęgowanie wkurwienia Duriela. Nie wyglądał jednak na bezbronnego; na tekst w stylu "jak cię kopnę w oczy to ci chuj wyskoczy" mógłby zareagować czymś równie kreatywnym (na przykład "twój stary ogórek"). Należało mieć więc na uwadze, że mógł się okazać całkiem godnym przeciwnikiem. Co prawda wyskoczenie chuja brzmiało groźniej, niż posiadanie ogórka jako ojca, ale mimo wszystko - nowi pasażerowie tego statku powinni mieć się na baczności.
Przyniesione hamaki były różnej jakości. Jeden grubszy, drugi chudszy, miały też nieco różne materiały, chociaż ani Duriel, ani Gemma nie zwrócili na nie wystarczająco dużej uwagi, by to dostrzec. Cóż, fakt faktem, różnice były dość subtelne.
Ziejąca chłodnym, morskim powietrzem dziura wydawała się wcale nie być zadowolona z prób zatykania jej słomą i deskami. Wręcz przeciwnie. A pogoda na zewnątrz i przeciag wcale nie sprzyjały podobnym działaniom. Było wietrznie, chłodno i najpewniej nie zbierało się na sztorm, ale można było tak z początku wnioskować. Łowcę kosztowało niemało trudu i nerwów, by w końcu względnie szczelnie zatkać dziursko. Pozbyli się przeciągu, ale pozostawał nieprzyjemny świst wiatru, przedostającego się między witkami słomy i szczelinami desek.
Myśl o Tooru przywiodła falę nieprzyjemnych wspomnień. Duriel ponownie zauwazył tę twarz o niemal dziewczęcej urodzie, pusty wzrok, gdy brat Łowcy wbijał sobie sztylet w pierś. Fragmenty przeszłości - chlanie na umór, spotkanie z Vanarim. To wszystko było smutne i frustrujące. Mimo, że teraz wojownik był zimnym skurwisynem, nie mógł całkowicie wyciszyć emocji. Nie, nie puakł, ale wkurwieniu nie było końca. Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że zrobienie porządnego rozpierdolu na tym okręcie jest całkiem niezłym pomysłem.
Pieseł zrozumiał doskonale intencje Duriela i wkrótce działał po myśli swojego właściciela. Postawił uszy i wpatrywał się tymi swoimi wdzięcznymi ślepiami w drzwi, ale nie wyglądało to alarmująco.
Z pokładu dało się słyszeć jakieś niewyraźne charchnięcia i krzyki, ale trudno było cokolwiek dosłyszeć. Jeszcze ten cholerny świst nie pozwalał skupić się na czymkolwiek innym. Mimo to, niedługo po okrzyku "odbijamy" Gemma i Duriel usłyszeli jakieś rytmiczne okrzyki. Zdawało się, że te chujki śpiewały szantę. Gdy wypłynęli trochę dalej, wiatr nieco się na parę minut uspokoił.

Zabłysną nam bielą skał zęby pod Dravnul
I znów noc w kubryku wśród legend i baśni!
Powoli i znojnie tak płynie nam życie
Na wodach i w portach nie wolnych od waśni!

Wkrótce statkiem zaczęło bujać. Regularnie, delikatnie. Nieprzyzwyczajeni mogli rzygać nawet bez pomocy w postaci gorzały.
10.10.2015, 13:32
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wioska rybacka
#25

Leżałem wpatrzony w sufit. Chłodne powietrze i upierdliwy świst pogrążyły mnie we wkurwieniu... Znaczy się we wspomnieniach, ale wkurwieniu też. Starałem się nie przywoływać przeszłości związanej z moim bratem. Była zwyczajnie bolesna. Po jego śmierci minęło mnóstwo czasu nim stanąłem ponownie na nogi. Każdego dnia patrzyłem na swoje dłonie i widziałem je splamione świeżą krwią. Próbowałem ją zmyć, ale nie potrafiłem. Nie ważne jak długo szorowałbym ręce, jego krew nigdy nie zniknęła. Mordowałem ludzi na zlecenia, chodziłem na szaleńcze łowy poza miasta tylko po to żeby inna krew zamalowała szkarłatem tamtą. Pogrążałem się w alkoholu każdego dnia, próbowałem nie myśleć, wypalić wspomnienia. Chciałem przestać istnieć. Nie miałem nikogo, nikt nie czekał na mnie gdziekolwiek. Kiedy Tooru wyzionął ducha, próbowałem przez pierwsze dni odszukać Pariasa na własną rękę. To było bardzo głupie, wtedy nie miałbym z nim żadnych szans. Prawdopodobnie teraz także bym ich nie miał, ale nie jestem też tak słaby jak w dniu "jego" śmierci. W każdym razie, nie odnalazłem go. Byłem zrozpaczony, pragnąłem zobaczyć znów Ivię. Opowiedzieć jej o wszystkim, była dla mnie jedyną osobą, do której mój dawny "ja" mógł pójść nim popadłby w szaleństwo. Tylko, że on w nie popadł... Może i minęło wiele lat, może i upijałem się do nieprzytomności bądź wymazywałem z pamięci dawne dzieje, ale w głębi siebie nigdy nie zapomniałem o tym co było. Vanari powiedział mi kiedyś "Nie próbuj zapomnieć, nie wolno ci zapomnieć". Miał rację, cholera, miał całkowitą rację. To byłaby totalna zniewaga i brak szacunku dla mojego brata, który na łożu śmierci przekazał mi swoją moc żebym żył. Zresztą o tym też uświadomił mnie Vanari. "Ta moc nie jest przekleństwem, to nowe życie, które otrzymałeś w prezencie". Ech... Zaduma, może jestem po prostu zmęczony? Boję się zasnąć, co zobaczę, kiedy zamknę powieki? Nie mogę być niewsypany... Zamknę je, na chwilę... Na moment... Zasnąłem.
Przystań w Peronie, molo, deszcz i ja stojący pośrodku w sumie sam, kurwa, nie wiem czego. Ale miejsce przypomina trochę to, gdzie zginął Tooru. Ruszyłem do przodu z rękami włożonymi do kieszeni w spodniach. Nie byłem ubrany tak jak zawsze. Biała koszula, rozpięta, wsadzona do spodni przypominających te, które noszę normalnie, choć nie były takie same. Wysokie buty, pod kolana, całe w skórze i nóż przy pasie. Wyglądałem tak jak wtedy, kiedy upijałem się w gospodach, karczmach i innych plenerach w Grimssdel. Nie do końca rozumiem co mój mózg chce mi pokazać, co zobaczę, co sam sobie wykreuję, nie chcąc tego zrobić. To może być zaiste ciekawe przeżycie. Idąc bez celu, w kierunku mola, dostrzegłem na ziemi ślad kogoś kto leżał i kogoś kto przy tej osobie klęczał. Błoto było bardziej szkarłatne niż brunatne. Zabawne, całkiem jak wtedy. Odwróciłem się w kierunku miasta. Poszedłem do niego ze wzrokiem pozbawionym wszelkich emocji, byłem smutny. Tak mi się wydaje przynajmniej, że to był smutek. Idąc tak doznałem wrażenia, że Perona oddala się i oddala, i oddala... To było upierdliwe, bo bez względu na to jak długo bym szedł, nie potrafiłem przekroczyć choćby granic miasteczka. Chociaż zaraz... Dlaczego stoję na wzniesieniu, za którym była kuźnia w Grimssdel? Przepracowałem tam jakiś czas, ale przecież jej nie było w Peronie. Czyżbym sobie składał w abstrakcyjny sposób krainy Atarashii? Chociaż to głupie, bo sny z reguły są abstrakcyjne. "Hatsu!" usłyszałem gdzieś w oddali. "Hatsu!" Znowu ten sam dziewczęcy głos. Znałem go. "Braciszku!" Odwróciłem się nerwowo. Ten beztroski uśmiech, radosne oczka i ciepła aura. Ivia. 
- Prawie zapomniałem jak brzmisz - Odpowiedziałem uśmiechając się. Ale ona nie odpowiedziała. Patrzyła na mnie uważnie. Ruszyłem w jej kierunku.
- Nie podchodź. Albo zniknę, tak jak wtedy. Tak jak to miasto za tobą. - Wyjaśniła, a ja stanąłem w miejscu. Była jakieś pięć metrów ode mnie. Bardzo chciałem ją uściskać. Poczuć tę beztroską idiotkę, wiedzieć, że żyje. Nie. Ja zwyczajnie chciałem, żeby żyła chociaż w mojej głowie. 
- Hatsuuuu! - Zakrzyczała, składając komicznie dłonie tak aby słowa były głośniejsze - Żyj! - Dodała uśmiechając się. Uroczo wyglądała trzeba przyznać. Zresztą zawsze była urocza. Taka pocieszna mordka, której wszędzie zwykle pełno. Patrzyłem na nią nieustannie. Chciałem pamiętać tę twarz, pamiętać głos, spojrzenie, uśmiech. Patrzyłem wiedząc, że mój wzrok wyprany z wszelkich uczuć stara się pozorować radość, której w gruncie rzeczy nigdy nie było. Staliśmy tak w milczeniu. Patrzyła, obserwowała, kręciła się, ale nie podchodziła.
- To chyba czas żebym poszedł dalej, prawda? - Zapytałem, odwracając się do niej plecami. Jednak głowa ciągle była przekręcona tak, abym widział ją kątem oka. Ivia zatrzymała się, spojrzała na mnie smutnym wzrokiem, wtedy ja odwróciłem swój. Nie patrzyłem na nią. Chciałem zrobić krok w kierunku Perony, która ciągle się oddalała.
- Nie idź tam, nie możesz. - Powiedziała obejmując mnie w pasie. Była niższa ode mnie. Gdyby próbowała wtulić się od przodu, sięgnęłaby co najwyżej mojego torsu. Nie odpowiadałem, nie wiedziałem w sumie po co miałbym to robić. W końcu to tylko sen, prawda?
- Proszę, żyj... O nas się nie martw, damy sobie radę, pamiętasz? - Oznajmiła dorzucając pytanie. Chciałem się odwrócić, przytulić ją, ale wiedziałem, że wtedy zniknie. 
- Nie ważne co... Macie swoje ścieżki, mam rację? Każda droga, nieważne jak irracjonalna, będzie dla was kolejna przygodą? - Zapytałem, nie oczekując odpowiedzi. Sama mi to kiedyś powiedziała. Nie ważne jak daleko poszliby razem z Tooru. Nieważne gdzie, ważna była ich następna przygoda. "Zawsze będziecie po mojej stronie, zawsze będziecie blisko mnie?" zapytałem sam siebie w myślach.
- Zawsze. - Odparła. Odwróciłem się nerwowo. Zniknęła. Czułem jak moje ciało trzęsie się. Z zimna? Z nerwów? Z czego? Miałem wrażenie, że wpadam w jakąś wodę, albo coś mi myje twarz. Obudziłem się. 
Szczęściarz patrzył na mnie zaniepokojony. Lizał mnie po poliku i cicho skamlał, tak jakby chciał mnie obudzić. W pierwszej chwili myślałem, że to ktoś z góry idzie, ale to nie było to. Podniosłem rękę na wysokość czoła. Próbowałem na nią spojrzeć, ale wydawała się zupełnie zamazana. Leciały mi łzy. Powoli, bez pośpiechu, pełne emocji. Tak jakby to był moment, uwolnienia z siebie dosłownie wszystkiego co we mnie siedziało. Otarłem je pośpiesznie. To głupie żeby chłop płakał nie? Kurde, nie pamiętam, kiedy ostatni raz płakałem. Że też sny potrafią człowieka tak zmolestować. 
Podniosłem się do pozycji siedzącej. Tętno wyraźnie mi skoczyło, Jakby przyszło mi kogoś ciachać, robiłbym to dwa razy szybciej hehe. Niemniej, nie lubię tego robić w takim stanie. Nie sprawia mi przyjemności wyżynanie kogokolwiek, będąc pod wpływem adrenaliny? Trochę jej chyba dostałem. Nawet nie wiem ile spałem. Zaschło mi w gardle. Sięgnąłem po ekwipunek, który zabrałem ze sobą do naszej prowizorycznej kajuty. Wyciągnąłem bukłak z wodą, pociągnąłem chust wody. Otarłem kąciki ust, rękawami. Zakręciłem bukłak, schowałem z powrotem. Położyłem się. Wilk był wyraźnie zaniepokojony, a przy okazji ciekawy. Skamlając cicho obwąchał moje czoło, dając do zrozumienia, że się martwi. Potem poczęstował mnie solidnym buziakiem na poprawę humoru.
- Szczęściarz, draniu, przestań, hehe... - Powiedziałem do niego, głaszcząc go pieszczotliwie po głowie. Jego mina mówiła coś w stylu "Już jest okej? To wracam do czuwania!" i tak w zasadzie było. Położył się ponownie nastraszając uszy. Pokład wydawał się żywy, musieli dobrze się bawić, ale zanim my dotrzemy do lodowej twierdzy, jeszcze trochę minie. Świst wkurwiał dalej, chłód jakoś przestał mi przeszkadzać, zaś mój wkurw był dostatecznie przytłumiony wspomnieniami. Przeciągnąłem się, podsuwając głowę bliżej wilka. "Żyj... Więc nawet w moich sennych fantazjach czuwacie nade mną?" pomyślałem. Tyle, że w gruncie rzeczy chuj mnie to obchodziło co Ivia powiedziała w moim śnie. Żyłem. Od dawna żyłem. Zgodnie z wolą swojego brata, zgodnie z tym co ona powiedziała kiedyś mi. Żyłem dla siebie, ich wolę spełniałem jedynie przy okazji. Najpierw Greathard, potem Dravnul. Czas wrócić do Lothil i rozpocząć nową działalność. Osiągnąć wszystkie postawione cele, a przy okazji zarobić trochę grosza. Tylko dlaczego mam poczucie samotności? Czemu mam potrzebę czyjejś bliskości? 
Mój organizm wreszcie się uspokoił. Minęło kilka minut, ale w końcu... Tętno uspokoiło się. Teraz zdałem sobie sprawę, że całkiem olałem Gemmę. Też była moją siostrą chociaż miałem ciut inne podejście do niej. Ivii nigdy bym nie przeleciał. Tooru też nie, co by se ktoś nie pomyślał. A Gemme? No niby bym pyknął, ale jakoś tak nie miałem ochoty. Ciążyła nade mną świadomość, że po dotarci do celu, będę musiał wyrżnąć w pień całą załogę statku i najlepiej rozwalić też statek. Czy chcę, czy nie. To mój obowiązek, a poza tym... No bądźmy szczerzy, mam ochotę ujebać kapitana. Skurwysyn zaszedł mi za skórę, a tego nie lubię. No i to statek, sporo ludzi. Napewno mają jakieś smoki w sakwach, chleb i bułki pewno też skoro piekarz dał je w ramach zapłaty za naszą przeprawę. Niby miałem dać im z Gemmą po symbolicznym smoku. Niby nie dużo, ale takiego, kurwa, wała co by im pała stała. Nie dostaną nic. Conajwyżej w pysk. Hehehe, cholera. Naprawdę się zmieniłem. Choć zdaje mi się, że cząstka mnie zawsze wraca w snach, takich jak ten dzisiejszy. No i, kurcze, te łzy to w sumie strasznie z dupy. Przynajmniej wiemy, że serce całkiem mi nie skamieniało. Może jeszcze kiedyś będę taki jak dawniej. Wzdrygnąłem się. Nie, zdecydowanie nie mogę być taką pipą jak dziesięć lat temu. Muszę spotkać się z Vanarim albo Nornem i potrenować z nimi moje smocze zdolności. Przydałoby się także polepszyć moje umiejętności. Zabawa na statku wydaje się dziecinnie prosta, ale może czegoś mnie nauczy. Ciekawe, czy do rozróby dojdzie pod koniec naszej morskiej podróży, czy może załoga będzie miała ochotę zawczasu wszcząć bójkę. Wilk nie dał mi żadnego znaku, a Gemma coś tam sobie robi. Nie wiem czy bobra pieści, czy cycki masuje, dzisiaj jej nie pomogę. Za to mam ochotę kogoś zerżnąć jak burą sukę. W sensie zerżnąć ostrzem, bez podtekstów tutaj proszę. Pytanie, powinienem się położyć i czuwać, czy wbić na Jana im na pokład i rozpocząć obrzezanie? Nosi mnie jak pytong Thorna w przestworzach z nudów. 
O! Aż mi się przypomniało, kiedy Tooru bawił się ze mną i Ivką w ogrodzie naszego domostwa, mali wtedy byliśmy jak nietrudno się domyślić. Głupek biegał za drzewami, łapał się różnych gałęzi i huśtał się na nich jak małpa. Akurat nasz ojciec szczał sobie po pijaku, nie zwracając uwagi na naszego brata. Tooru był tak bardzo podjarany przeskakiwaniem z gałęzi na gałąź, że w pewnym momencie złapał ojca za kutasa. Ojciec zwalił się na niego jak drzewo, słychać było tylko głuche, niosące się echo "Kuuuuuuuuurwaaaaaaaaaa twojaaaaaaa maaać, Toooooruuuuu!" potem wybiegł do nas mówiąc "Hatsu, bo tata się wkurzył", na co odpowiedziałem. "No dziwisz, się jak obciągnąłeś mu fujare?". Po chwili ciszy odpowiedział "Jaka fujara?! To był jakiś cholerny Pytong Thorna, inaczej nie bujałbym się na nim tak długo!" Oficjalnie w tamtym momencie, jebłem. Naprawdę. Ale mieliśmy za to ostra polewkę, do czasu aż Huron wyszedł trzymając się za krocze, że nas wszystkich zajebie. Hehehe... Ah... Piękne czasy. Teraz kto by pomyślał, żeby dziecko huśtało się na fiucie własnego ojca. Na dobra sprawę to wspomnienie o ile jest obrzydliwe, o tyle potrafi być zabawne, ale jakoś nie potrafię sobie wyobrazić podobnej sytuacji w obecnych czasach. Może nasz król Leonard bawi się jakoś ze swoimi synami o ile jakichś ma, bo nie interesowałem się nigdy, ale gdyby mi tak moje dziecko zrobiło, to bym przecież do końca życia musiał je karmić własnoręcznie. Straciłoby rączki zaraz po rzuceniu się na mojego Big Bena. Hehehe... A może lepiej nie? Jeszcze sam bym sobie obciął pisiora, a tego pilnować jak oka w głowie trzeba. Może przydać się w najmniej oczekiwanym momencie.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.11.2015, 17:30 przez Duriel.)



DURIEL THEME SONG
Łaskawość nie jest narzędziem Sprawiedliwego Boga.
Prawdziwego Grzechu nie da się odpokutować.






12.10.2015, 02:00
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wioska rybacka
#26

***e fiu dejs lejter***

- Szefie, otwórz pan - krzyknął ktoś zza drzwi kajuty Duriela i Gemmy. - Zbliżamy sie na miejsce. Ale w sumie nie wiem czy tu żeś pan chciał dotrzyć. Nawet popiołu już tu nie ma.
Informacja o spaleniu wioski nie powinna zdziwić Łowcy, choć jego siostrę być może tak. O ile w ogóle wiedziała wcześniej o istnieniu tej niewielkiej osady.
Był najpewniej wczesny ranek, bo oboje obudzili sie dopiero od łomotania w drzwi i oboje byli tak samo zaspani. Chociaż może był późny ranek, a wyczerpanie wzięło się z jakiegos innego powodu? Być może nie bez kozery szpadel stojacy gdzieś z boku pomieszczenia spoglądał na dwójkę rodzeństwa znacząco, z nieudawanym rozbawieniem. Albo lepiej: spoglądałby, gdyby miał jak. W końcu to zwykłe narzędzie.
- Szefie, jesteś żeś tam?
Cóż, chyba trzeba było wstać, otworzyć i wpierdolić. Albo tylko wstać i otworzyć, albo wstać i coś odkrzyknąć. Coś zrobić, bo zdaje się, że łomotaniu w drzwi nie będzie końca.
W miarę docierania kolejnych bodźców do Gemmy i Duriela, dało się słyszeć jakieś niewyraźne głosy z pokładu. Zapach morza i stęchlizny zdawał się być mniej uciążliwy - choć może teraz to już kwestia przyzwyczajenia. Duriela bolały też lędźwia. Nie za mocno, ale było je czuć.

//sorki memorki, że odpis dopiero teraz, ale miałem taki troszkę konflikt wewnętrzny i stwierdziłem w końcu, że to co chciałem zrobić nie miałoby w sumie większego sensu :v Stąd ten przeskok też. I post krótki, ale zakładając, że jesteście bezpieczni w pomieszczeniu trudno jest mi napisać coś wincy.
17.10.2015, 11:02
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wioska rybacka
#27

Siedziałem w naszej prowizorycznej kajucie, bawiąc się z nudów cymbałkami i głaszcząc Szczęściarza po sierści. Jemu było przyjemnie, a mi dzięki temu cieplej. Miałem nawet taki moment żeby zawołać Gemmę co by się przytuliła, hehe, bo w sumie czemu nie? Skoro troszkę piździ złem w naszym lokum to i rozgrzalibyśmy się. Nie mam oczywiście na myśli żadnych sprośnych podtekstów. Ale fakt faktem, ja w odróżnieniu od niej miałem trochę lepiej. Zimne powietrze obijało się najpierw o nią nim dotarło ostatecznie do mnie. W każdym razie nie bawiłem się długo nożem. Porzucałem sobie nim kilka razy w beczkę z rumem, ale nie uszkodziłem jej. Wnioskuję to po tym, że rum nie wylewał się, a szkoda. Wziąłem narzędzie z powrotem do swojej dłoni i ustawiłem w gotowości. Patrzyłem w sufit, rozmyślałem. Moja siostra spała jak zabita, więc przez niemożność otworzenia gęby popadłem w zadumę nad różnymi rzeczami i nim się zorientowałem ponownie zasnąłem. 

Drzewo, dwa drzewa, trzy drzewa... Cały las... Naprzeciw niego rozciągające się pustkowie wraz ze stojącym martwym dębem, a pod nim ja. Patrzyłem w stronę lasu. Widziałem w nim śmierć, widziałem twarz ojca, dziadka, brata, siostry. Skojarzenie mojego rodzinnego Varengardu mocno odbiło mi się w nocnych marach. Nim się zorientowałem, biegłem przez las szukając kogoś. Biegłem i biegłem... Nie potrafiłem się zatrzymać, przeszkody rozcinałem ostrzem. Drzewo, krzew, drzewo, Alinger, drzewo. Zaraz... Czy ja właśnie rozciąłem potwora, przed którym uciekałem podczas treningu? Czy moja świadomość nawet nie zwróciła uwagi na to, że go spotkałem ponownie? Mój koszmar. Moja trauma. Bałem się tej bestii od zawsze, a przynajmniej tak było kiedyś. Potem wyprany z uczuć przestałem odczuwać strach. Zamieniłem go na potężną dawkę adrenaliny. Walczę samotnie, niszczę doszczętnie, rozdzieram niebiosa. Chwila zastanowienia o rzeczach nieistotnych...
- Więc jednak się pojawiłeś. - Wydałem z siebie widząc stojącego przede mną Alingera. Podświadomość chciała mnie sprawdzić? Rzuciłem obojętne spojrzenie potworowi. Zacisnąłem dłoń na jelcu. Przelałem na niego odrobinę many, potem trochę więcej i więcej, aż błyskawice miotały dokoła mnie w dzikim ryku. Żywioł gniewu, żywioł nienawiści, żywioł absolutnej destrukcji. Moc mojego brata wspomagała moje zdolności, ale Alinger nie ruszał się. Mrugnąłem, bestia w ułamku sekundy zamachnęła się na mnie w dzikim szale. Wyczułem to. Zrobiłem unik, zginając się lekko do tyłu. Jego dziwaczna łapa przeleciała przed moim torsem, następny atak runął od góry. Zrobiłem krok w lewo. Byłem szybszy, wyczuwałem jego intencje, wyczuwałem zagrożenie. Ale dalej przelewałem manę na Rairyuu. Nie miałem tarczy, ani niczego innego poza moim półtora-ręcznym ostrzem. Do następnego ataku zostało mniej niż 2 sekundy. Rozkręciłem broń ręką miotając żywiołem na wszystkie strony. Alinger ponownie ruszył. Wszystko trwało w ułamku chwili. Abstrakcyjny sen, z wyreżyserowanym scenariuszem. Ale takie wydarzenie miało już miejsce niegdyś. Tylko kto inny był moim przeciwnikiem. Odsunąłem się, wielki tasak spadł z hukiem na ziemię. Ryk piorunów niósł się po całym lesie. Wskoczyłem na jego ramię rozcinając kończynę, odskoczyłem na bok i przypuściłem natychmiastowe combo. Znalazłem się za przeciwnikiem. Ostrze zadało cztery uderzenia. Dwa od góry i dwa z prawej. Powstało coś na rodzaj kratki. Nie miałem czasu w skoku wykonać dodatkowego uderzenia, to też utorowałem sobie rękojeścią drogę do przeskoczenia pomiędzy jego prawą ręko-podobną kończyną a tułowiem. Odwróciłem się, bestia rozchlapywała wszędzie ciemnoczerwoną posokę. Rairyuu jest zaspokojony. W ten sposób zabiłem swoją dawną traumę, zaś las... Płonął od mojej magii. "Dziękuję Tooru", pomyślałem widząc jak korony drzew zamieniają się w wielkie świece. Czas zdawał się stać w miejscu. Ogień jakby nie ruszał się, wiatr nie wiał, a wszelkie inne życie - nie żyło. Co wydać się może smalcem smalcowym, smalcem oczywistym, smalcem zajebistym. Niemniej, właśnie tak w tej chwili przedstawiał się mój sen. Nie doszukiwałem się dalszego sensu. Było mi za to bardzo miło, że mogłem ingerować w nim. Wracać do cennych wspomnień i doświadczeń. 

Potem chciałem zerknąć na twarz Alingera, jednak mój umysł nie pozwolił mi na to. Znalazłem się w wieży rady, przy stole wraz z Arcymagiem Vanarim i Nornem. Oboje opowiadali mi o mocach mędrców oraz o tym jak wykorzystywać mój potencjał. 
- Każdy mędrzec posiada podstawowy wachlarz specjalnych smoczych zdolności. Dzięki smoczym organom mogą ryczeć swoim żywiołem. Miotać go w postaci potężnego zionięcia, używać swoich dłoni jak skrzydeł do wzniecania swojej many. Nie zrozum mnie źle, oni nie latają. Dłońmi mogą tworzyć określone smocze zdolności jak na przykład, chaotycznie spowijane na wietrze wiązki ognia. Posiadasz bardzo destrukcyjny element. Sam powinieneś wiedzieć dlaczego opanowanie twojego potencjału jest tak ważne. Możesz być ofermą, ale nie ma odwrotu. Używanie magii zostało wpisane w twoje nowe umiejętności. Na początek chciałeś nauczyć się kilku zdolności swojego brata. Pomogę ci w tym, a jak wiele opanujesz zależy od ciebie. - Wyjaśnił mierząc wzrokiem. Pamiętam tę rozmowę. Zastanawiałem się długo w jaki sposób powinienem uwydatniać swoją manę. Początki były okrutnie ciężkie. Bardzo długo nie potrafiłem choćby rzucić najprostszego czaru przy pomocy smoczej many. Ostatecznie nauczyłem się tylko dwóch zdolności... Patrzyłem na drewniane pułki z księgami. Norn podszedł do mnie z tym swoim cynicznym uśmiechem, pełnym życzliwości. 
- Nie możesz się obwiniać, zrób krok do przodu. - Wyjaśnił podając drewniany kubek ciepłego napoju z miodem. Był smaczny i słodki. Rzadko pozwalałem sobie na takie przyjemności, wolałem upijać się po karczmach i gospodach. Kto by pomyślał, że na czas treningów zmienię swoje przyzwyczajenia o sto osiemdziesiąt stopni. Potem stare nawyki wróciły, ale to inna historia. Mój sen był całkiem dziki. Nie byłem pewny do czego zmierzał, co mój mózg próbuje mi powiedzieć. Pewnie to zwykły przypadek, ale lubię doszukiwać się głębszego dna.
- Posiadasz smoczy kamień dusz. W odróżnieniu od swojego brata, jesteś silniejszy. Twoje ciało jest naturalną zbroją. Wyrzeźbioną i zahartowaną niczym stal. Tooru trenował u nas długo aby posiąść choćby ułamek twojej budowy. Smoczy kamień dusz jest dosłownie tym co nazwa wskazuje. Wasze rodzeństwo Raikami... Macie cholerne szczęście do smoków. W twoim ciele jest druga dusza. Mędrcy tacy jak ty posiadają właściwości, których nie posiadają pierwotni mędrcy. Możecie się regenerować znacznie szybciej, żyć o wiele dłużej. A to tylko za sprawą dodatkowej duszy. Wraz z biegiem czasu, smocze istnienie scala się z duszą swojego użytkownika. Tylko, że... Cenę płacicie za to ogromną. A przynajmniej jeśli wierzyć legendom, człowiek noszący w sobie duszę smoka jest uważany za heretyka. Oby to była tylko legenda, inaczej bramy Avaroku nigdy nie zostaną dla ciebie otwarte chłopcze. - Patrzyłem w jego głupkowaty acz poważny wyraz twarzy. Mimo, że pamiętałem jego słowa, czułem te same dreszcze co wtedy. Chciałem ponownie usłyszeć tę samą historię co kiedyś. 
- W zasadzie to... Kim ja jestem? Kim są mędrcy? Czym różnię się od tych pierwotnych? - Zapytałem odtwarzając całą sytuację. Poczułem jakby wieża się trzęsła. W tej samej chwili do pomieszczenia wszedł Vanari patrząc na Norna podejrzliwym wzrokiem. Ten jednak zbył go przykuwając całą swoją uwagę mojej osobie.
- Pierwotni mędrcy posiadają magię miażdżącą smocze łuski, niszczącą organy wewnętrzne i rozrywającą smocze dusze. Są jedynymi chodzącymi ludźmi potrafiącymi stawić czoła smokowi. Ich smocze organy, jak już wspomniał Vanari, pozwalają na używanie specjalnych zdolności. Najbardziej typową jest po prostu ryk. Wiązka silnie skondensowanej magii danego żywiołu w postaci śmiercionośnego podmuchu. Bardzo często się zdarza, że pierwotni mędrcy mają ostrzejsze i dłuższe kły. Poza tym najlepsi potrafią wykorzystywać pełnię swoich zdolności wchodząc w tryb smoka. Niewiele o tym wiemy poza pogłoskami, że jest to jedna z najsilniejszych i najpotężniejszych form jakie może uzyskać mędrzec. Ciało pokrywają miejscami smocze łuski, źrenice zwężają się. Chociaż i bez tego trybu bardzo często mędrcy mają pionowe źrenice, choć nie każdy. A co ten tryb im daje? Hmmm... To tylko niepewne informacje, ale wedle ustaleń każda zdolność staje się po dziesięciokroć potężniejsza a wytrzymałość ciała dorównuje tej u samych smoków. Chciałbym móc kiedyś zbadać takiego mędrca... No a co do ciebie... Mając w sobie duszę smoka, po pierwsze zamieniłeś swoje organy na smocze. Po drugie z czasem nabierzesz smoczych cech. Mam na myśli dłuższe kły, pionowe źrenice i tak dalej, hahaha! Ale nie bój się, to będzie dobry znak. Smocza moc całkiem się z tobą synchronizuje. No i... Tego nie wiemy, będziesz musiał ty to ustalić, ale posiadając w sobie dodatkowe "życie" powinieneś móc porozumieć się z istotą w twoim wnętrzu - Mówiąc to postukał moją klatkę piersiową, długą drewnianą laską, którą często się podpierał. Przełknąłem ślinę. Mędrcy to potężni wojownicy... Ale... Co było potem, o co go zapytałem? Obraz Norna rozmazywał mi się, za szybko! Jeszcze nie teraz!
- Ale moment... Czyli jeśli ja mogę się regenerować, to dlaczego Tooru nie mógł? - Zapytałem w lekkim rozkojarzeniu, bo pytając musiałem przywołać wspomnienia.
- Tooru miał zbyt słabe ciało. Mimo, że używał zdolności swojego kamienia dobrze, nie mógł w pełni się z nim synchronizować. Ty możesz to zrobić. - Podszedł do mnie rozciął mi bez zapowiedzenia dłoń i kazał przyjść, kiedy rana się zagoi. Ja rzecz jasna krzyknąłem głośne "No kurwa, co jest?!".

Obudziłem się, spojrzałem na swoją rękę, była cała. Dreszcze z powodu chłodnej temperatury w kajucie zdawały się telepać moim ciałem. Pośpiesznie się przeciągnąłem, rozgrzałem i na nowo ułożyłem do snu.
"Szefie otwórz pan!" usłyszałem myśląc tylko "KOGO KURWA NIESIE?!". Szczęściarz nasłuchiwał podejrzliwie tego co było nad pokładem, szturchając mnie po plecach łapą. W sumie robił tak już wcześniej, kurde, nie zauważyłem z tego wszystkiego. Ale po jasny chuj walą w klapę, skoro otworzyć oraz zamknąć można ją jedynie od góry. Nie da się zamknąć klapy od dołu, przecież gdyby się dało to bym ją zabezpieczył nożem. 
- Już idę! - Zawołałem ubierając na plecy Rairyuu i upewniając się, że mam wszystko co mi potrzebne ze sobą. Cała reszta była przy Łacie. podszedłem do Gemmy, szturchnąłem ją żeby się obudziła. Spała jak zabita, w sumie co się dziwić? Opatuliła się czym tylko mogła i spała sobie jak gdyby nigdy nic w hamaku. Śmiem twierdzić, że pomimo robienia mi za mur, było jej znacznie cieplej niż mi. Spojrzałem na Wilka poirytowany tym faktem. On natomiast patrzył na mnie wzrokiem "Nie wiem co ci się śniło, ale to było dziwne, a teraz wyjdź na pokład i załatw sprawę szybko." Sukinkot. No i nie byłem pewny czy chcę pakować w problemy Gemmę, ale musi się sama obudzić. Czas wyjść.
Wyszedłem po schodach mając na plecach i miecz i tarczę, zaś w pasie cymbałki w gotowości do użytku i przy udzie dyskretnie przygotowaną kuszę. Nasłuchiwałem dźwięków z pokładu. Właśnie sobie zdałem sprawę, że w moim śnie Norn pominął ważną rzecz. Vanari także wspominał o wyczulonych zmysłach. Pierwotni mędrcy mieli bardzo czuły węch jeśli mnie pamięć nie myli, sokoli wzrok oraz niezwykły słuch. Ja jako sztuczna wersja nie mogę nawet powiedzieć, czy wraz z postępującą ewolucją, także otrzymam lepsze zmysły. Wydaje mi się, że nie, ale kto to tam wie.
Pewnym pchnięciem otworzyłem wieko z hukiem, a jeśli nie, to uderzyłem z całą swoją mocą co by je wyjebać w pierdolony kosmos. Nie zastanawiałem się, czy kogoś jebnąłem przy tym. A jeśli tak to dobrze. Zrzucę winę na przypadek albo cycki Gemmy. W każdym razie, kiedy już się otworzyło wyszedłem a zarazem wszedłem (hehehe) do kajuty kapitana, rozglądając się przy tym. Jeśli było tylko jakieś zagrożenie, błyskawicznie chwyciłem za cymbałki, jeśli nie, pozostawałem spokojny. Wilk dreptał za mną.


DURIEL THEME SONG
Łaskawość nie jest narzędziem Sprawiedliwego Boga.
Prawdziwego Grzechu nie da się odpokutować.






19.10.2015, 01:30
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wioska rybacka
#28

MG

Na okrzyk Duriela ktoś z góry zaprzestał pukania (hłe). Przez chwilę nawet nie było żadnego poganiania i innych tego typu rzeczy. Łowca uzyskał chwilę spokoju, żeby się ogarnąć, pomyśleć nad tym, co zabrać, co zrobić. 
Mężczyzna nasłuchiwał co prawda odgłosów, ale niewiele do niego docierało. Zmysły może nie były jakoś bardzo przytępione, ale jednak warto mieć na uwadze, że przed chwilą się obudził. Nie działał jeszcze na pełnych obrotach. A jeśli kiedyś jego percepcja planowała ulec zmianie i upodobnić się do smoczej, to nie dawała tego po sobie poznać. Może to jeszcze nie czas, a może sztuczni mędrcy nie zyskują takich profitów. Odpowiedzi nie było.
Mięśnie tęgiego męża działały jednak i wszystko było z nimi w jak najlepszym porządku, jak miało się zaraz okazać. Otwierając nagle klapę pierdolnął nią w coś, zanim ta wylądowała na podłożu. 
- A, kurwa, ła! - krzyknął jeden z marynarzy, odskakując i łapiąc się za dłoń. Widocznie chciał uderzyć o klapę jeszcze raz. No, teraz będzie miał dosyć podobnych manewrów na dłuższy czas. - Kurwaaaaa, mogłeś chociaż ostrzec. - powiedział z wyrzutem, uciskając obolałą rękę. - Mile widziany byłbyś na górze. Podpływamy już do tego, ekhy, portu.
Nie czekając na łowcę, człek ruszył z powrotem na pokład.
Jeśli Duriel podążył za nim (lub postanowił skręcić mu kark, połamać nogi, spalić i przebić mieczem - w dowolnej kolejności, a następnie zepchnąć go w miejsce swego poprzedniego spoczynku, a następnie dopiero poszedł na pokład), dostrzegł zgliszcza, o których już słyszał. W okolicy wciąż unosiły się śladowe ilości dymu oraz aromat orzechów arachidowych. Żaru nie było widać z tej odległości, ale być może wciąż gdzieś coś się tliło. A przy dobrych wiatrach będzie tam coś interesującego do znalezienia.
Bardziej niepokojące było jednak to, że jakieś blade ciała dryfowały tuż przed niewielką stocznią. Chociaż... Nie, jednak nie. One tam po prostu pływały, zainteresowane zjawiskiem. Zaroiła się w tym miejscu spora grupa aquamanów. Duriel rozpoznał je dopiero po chwili, ale gdy to zrobił, nie miał wątpliwości. Załoga nie sprawiała wrażenia, jakby miała za chwilę krzyknąć "no to lecim im wpierdolić!", czy coś. Rozlegały się wśród nich zaniepokojone szmery. Tymczasem nawet dla takiego skurwisyna jak Duriel kilkadziesiąt bestii może sprawić pewien problem. Nie żeby od razu miało, po prostu biorę pod uwagę taką ewentualność.


10.11.2015, 20:50
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wioska rybacka
#29

Hamak nie był wygodny, ale pizgający zewsząd wiatr zdawał się odwracać uwagę Gemmy od tejże niedogodności. Zresztą nie miało to żadnego większego znaczenia, w końcu była zdolna spać gdziekolwiek. Wieloletnie życie w drodze uczy cię nie tylko gruboskórności, ale i dostosowywania się do różnych, niekoniecznie przyjemnych sytuacji. Spanie w takim miejscu jak to z pewnością do nich należało, choć trzeba przyznać, że bywało gorzej. Naprawdę zdarzały się chwile, na myśl o których pozostaje tylko dziękować za fakt, że ten hamak tutaj jednak jest.
Nie miała ochoty na dłuższą rozmowę z Durielem, ani nawet na narzekanie jak bardzo jej w tym momencie źle i niedobrze. Poczuła się dziwnie zmęczona, a bujający się w rytm fal statek działał jak kołyska - Gem stała się nagle strasznie śpiąca, a ciągłe ziewanie tylko potwierdzało ten fakt. Toteż dała sobie spokój z próbą utrzymania czujności i zdjęła buty, zostawiając je w nieładzie tuż pod hamakiem. Na który zresztą po chwili wlazła, opatulając się płaszczem, uprzednio wyjętym z jej jakże pojemnego plecaka. Zwijając się w kłębek i przykrywając po same uszy nie musiała długo czekać na sen - jej oczy były ciężkie, prawie tak, jakby były z ołowiu. Niestety Gemma nie miewała snów. W końcu nie miała o czym marzyć. Zero ambicji, zero wizji dalszego życia. Po co liczyć na przyszłość, kiedy nawet nie ma się przeszłości? Brzmi smutno, ale w rzeczywistości Gem miała w to bardziej niż wyjebane. Po tylu latach każdy głupi przyzwyczaiłby się do życia z dnia na dzień. Poza tym nie uważała, by spanie i śnienie szły ze sobą w parze - w nocy to się kuźwa odpoczywa od zidiociałego społeczeństwa, a nie buja w obłokach. Pierdolamento zostawmy bajkopisarzom.
Spała jak kamień, toteż nie słyszała harmideru, jaki miał miejsce. W sumie to dobrze, przynajmniej nikt jej nie winił. Bo gdyby była na nogach, prawdopodobnie i tak miałaby to w dupie. Choć nie wiadomo - kobieta jest zmienną istotą, a Gemma to już szczególnie. Jak jej się coś uwidzi, to nie ma przebacz, zmieni swój światopogląd od ręki i będzie mieć gdzieś, że jest zupełnie sprzeczny z tym, co jeszcze chwilę temu odważnie głosiła. Gdyby nie leżała jak trup, to może by i nawet doceniła starania Duriela jeśli chodzi o obudzenie jej. Niestety jej organizm zdecydował za nią, że chęci brata są o kant dupy rozbić.
Prędzej czy później jednak się obudziła. Hałas dotarł do jej zaspanego umysłu, wywołując ogólne niezadowolenie u Gem. Przetarła leniwie oczy, siarczyście klnąc pod nosem. Stopy jej zmarzły jak skurwysyn, w tym momencie zaczęła żałować, że zdjęła buty. Dlatego czym prędzej je założyła, podnosząc się z hamaka na tyle umiejętnie, by nie doznać pierwszego kontaktu z deskami na podłodze. Jakoś nie bardzo miała teraz ochotę się przytulać. Przeczesała palcami splątane włosy, żeby nie wyglądać jak strzyga wystawiająca półdupek zza krzaka i obwinęła się płaszczem. Pierwotnie w planach miała schowanie go, ale jakoś zmieniła zdanie, kiedy dotarł do niej chłód bijący z otwartej klapy. Nie lubiła budzić się w zimnie, ale poniekąd ją to orzeźwiło, a co za tym idzie, obudziło. Dlatego też ówcześnie drący mordę Duriel wzbudził jej ciekawość. Z tego powodu wyszła na pokład mocno trzymając w ręce łuk. I to tak, żeby wystarczyło go podnieść, co by komuś wybić oczy.  
- Czy moglibyście się tak, kurwa, nie drzeć? Ja się naprawdę straszecznie cieszę, że jesteście tacy ochoczo nastawieni do życia z samego rana, ale ja mam to w dupie, szczególnie kiedy śpię. - rzuciła, wyłaniając się spod pokładu. W eter, ni to do brata, ni do załogi. Po prostu wracała do bycia sobą - marudną, chamską babą, która pozwala na zadowalanie się tylko i wyłącznie po pijaku. Oj napiłaby się teraz, napiła. W sumie ponarzekałaby sobie jeszcze więcej, ale załoga teraz ucichła, jacyś nieswoi się wydawali. Podeszła bliżej burty, po czym spojrzała w kierunku brzegu. Obraz nędzy i rozpaczy, pogorzeliska i wszędobylski syf. No i jakieś wodne, acz paskudnie wyglądające stwory. O borze zielony wszechszumiący, jak nie urok, to sraczka.
- Sporo tych wodniaków. - burknęła, stając ramię w ramię z Durielem. - A załoga nie wydaje się być chętna do pomocy. Damy sobie z nimi radę, czy zbieramy dupę w troki? - zapytała, podnosząc wzrok na brata. - Mnie to w sumie wsio jedno.


Gemma Theme Song
There's a reason she's alone - you can't pin her down
Because no one needs her home or needs her around








20.11.2015, 20:48
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Wioska rybacka
#30

Przyglądałem się kapitanowi i załodze, którzy gorączkowo biegali po pokładzie statku. Jednak zdziwienie pojawiło się na mojej twarzy dopiero wtedy, kiedy dostrzegłem dziwne postacie w wodzie. Konsternacja potęgowała się tylekroć, ilekroć docierało do mnie czym są wystające z wody potwory. Aquameny czy jak im tam było... Jedne z rasy potworów, które w wodzie mają ogromną przewagę nad człowiekiem. Jedyna szansa walki z tymi kreaturami, w takich ilościach przynajmniej, to posiadanie jakiegokolwiek źródła prądu. Moja błyskawica nie jest na tyle opanowana i potężna, więc nie wiem jakie obrażenia mogłaby zadać, jednak użycie jej w wodnym środowisku mogłoby wywołać bardzo ciekawe efekty. Tyle, że... Nie mogę tego zrobić. Moje moce powinny pozostać w tajemnicy tak długo, aż najdzie realna potrzeba ich ukazania. Chwilowo takowej potrzeby nie widziałem. Zresztą jedna rzecz mnie martwiła. Co tutaj robią te bestie i dlaczego jest ich tak dużo, mogą przeszkodzić mi w oczyszczeniu całego statku, a tego bym po prostu nie chciał. Nie lubię, kiedy plany legną w gruzach przez czynniki trzecie.
- Co te wodne kurwie robią na tych wodach? Słyszałem, że można je spotkać w Grimssdel i gdzieś obok Revii, ale nie sądziłem, że pojawią się tutaj i to w takiej ilości. - Zastanowiłem się chwilę, głaszcząc swoją brodę dłonią. Spojrzałem na kapitana szukając odpowiedzi na pytanie "czy wie skąd się tutaj wzięły", po czym oznajmiłem.
- Póki jesteśmy na statku, nic nam nie grozi, nie wyskoczą z wody tak wysoko żeby sięgnąć pokładu. A nawet gdyby jakiemuś się udało, szybko pozbylibyśmy się takiego delikwenta. Płyńcie najbliżej portu jak się da i odpływajcie zaraz po naszym odprawieniu. Czym szybciej załatwimy sprawę, tym szybciej unikniemy zbędnego stresu wśród waszej załogi. Zresztą to odpowiedni moment, co by uspokoić ludzi. - Powiedziałem, okazując swoje zainteresowanie kapitanowi. Wiatr uderzył mnie w lico, poczułem się dzięki temu znacznie "trzeźwiej". Chwilę po tym podeszła do mnie moja siostra.
- Dzień dobry, śpiąca królewno. - Powiedziałem z przekąsem próbując policzyć widoczne potwory. Przy okazji dopatrywałem się u Szczęściarza jakichś dziwnych zachowań. Może coś czuje, może załoga kombinuje przeciwko nam? Kto wie...
- Nie ma potrzeby walczyć z nimi, chyba, że sami przyjdą. A tak po prostu dobijmy do naszego punktu docelowego. Zresztą nie jest wykluczone, że po odprawieniu, będziemy zmuszeni walczyć z tymi istotami. - Dodałem, odwracając się od siostry i ruszając w stronę sterów. Na bocianie gniazdo nie chciało mi się wdrapywać, a przy sterach jest równie dobry widok. No i miałem nadzieję dostrzec okolice Lodowej Twierdzy.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.11.2015, 23:27 przez Duriel.)



DURIEL THEME SONG
Łaskawość nie jest narzędziem Sprawiedliwego Boga.
Prawdziwego Grzechu nie da się odpokutować.






22.11.2015, 23:21
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna