Chata wdowy Curtis
#1

Niewielki, ceglany budynek nie wyróżnia się niczym niezwykłym spośród innych, podobnie wzniesionych domostw. Szare ściany wymagały ponownego odmalowania, podobnie jak bordowe drzwi z głębokimi, wyżłobionymi rysami. Pomimo tego, że domek znajdował się w średniozamożnej części Perony, to wydawał się on przytłoczony przez wyższe obiekty, jakby wciśnięty na siłę pomiędzy kamieniczkami. Wąska uliczka prowadząca do domostwa od strony głównej drogi w mieście, mogła zmieścić na szerokość dwóch ludzi; ciężko byłoby sobie wyobrazić, by mogła przecisnąć się jakakolwiek bryczka. Cienie rzucane przez wyższe domy, nadawały temu miejscu dość szczególną atmosferę – odosobnienia i żałości, niedopasowania się do odgórnych norm społeczeństwa. Mimo to chata nie wyglądała na ubogą. Zniszczona wyraźnie przez upływ czasu, przyciągała wzrok również z innego powodu: zawsze świeże i pachnące kwiaty w podłużnych, prostokątnych donicach stojących na dwóch parapetach. Choć tyle życia udało się wykrzesać z tej dość ponurej okolicy.
Domostwo leży w mało uczęszczanej okolicy, co potwierdza sieć wąskich uliczek wyprowadzonych pomiędzy innymi budynkami. Bardzo łatwo można się w nich zgubić zanim wyjdzie się na ulicę główną.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.03.2014, 17:31 przez Athlauna.)

31.03.2014, 17:31
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#2

Wdowa Curtis

Późne popołudnie. Słońce skryte za mglistą warstwą chmur przebijało się, barwiąc okolicę w odcieniach pomarańczy. Bezwietrzna, ciepła pogoda sprzyjała pieszym wędrówkom po miasteczku oraz na pobliskich traktach. W Peronie nie działo się nic niezwykłego - życie ludzi toczyło się własnym torem i zdawałoby się, że już dawno zapomniano o wstrząsającej śmierci jednego z drwali. Nikt nie zdradzał oznak przestrachu czy zwyczajnego pośpiechu. Czas leniwie płynął do przodu, zacierając wszelkie obawy wśród mieszkańców. Nikogo nie obchodziło czy w pobliżu kręci się morderca, czy niebezpieczna bestia. Dwa tygodnie to mimo wszystko dość sporo, aby po prostu zapomnieć o całej sprawie i iść dalej.
Najprawdopodobniej wdowa Curtis była jedyną osobą w całym miasteczku, która podejrzewała coś więcej. Po wielokrotnych rozmyślaniach postanowiła zlecić zadanie trójce magów - mieli zbadać całą sprawę, a właściwie ustalić kto lub co tego dokonało. Dodatkowych szczegółów nie podano, więc śmiałkowie, którzy podjęli się misji, najpierw będą musieli porozmawiać osobiście ze zleceniodawczynią. Na ogłoszeniu zamieszczono także informację, że przy południowym wyjściu z Perony, przy jednym ze słupów będzie czekał na nich jej dziesięcioletni syn o imieniu Joachim i niezwłocznie zaprowadzi do chaty.
Miejsce, o którym wspomniano, jest najczęściej odwiedzanym przez podróżników ze względu na bezpośrednie połączenie z głównymi traktami z innych miast. Z jednej strony drewniana palisada, z drugiej pierwsze domostwa zabudowane w niedalekiej odległości od siebie. Blisko jednego budynku, który najpewniej pełnił funkcję przydrożnej stajni, stał słup ogłoszeniowy, a tuż obok chłopiec, rozglądający się co i rusz, lecz twardo nie opuszczając "posterunku". Pomimo znacznego wzrostu można byłoby mu dać spokojnie te dziesięć lat. Nikt więcej nie kręcił się w pobliżu, kto pasowałby do opisu.


Na początek witam was, moi gracze, na próbnej misji. Mam nadzieję, że będziemy się razem dobrze bawić. :)
Jeżeli chcecie możecie poświęcić dodatkową kolejkę na zapoznanie ze sobą swoich postaci bez mojej interwencji. Jeżeli nie, od razu przejdziemy dalej. Prosiłabym o powiadomienie, co między sobą ustaliliście.
Luthien, jeśli nie zdążysz teraz dołączyć, to nic nie szkodzi. Jak skończysz u siebie wątek, dobrze by było, gdybyś także zaczęła z tego miejsca i dalej sama już cię poprowadzę. :)
Póki co nie wyznaczę żadnego limitu czasowego na odpowiedzi z waszej strony, jednak liczę, że te dwie kolejki w ciągu tygodnia powinny być zrobione. To tyle z mojej strony.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.04.2014, 19:15 przez Athlauna.)

03.04.2014, 19:15
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#3

A jeszcze kilka dni temu spacerowałam po parku Valen...
O Peronie dowiedziałam się praktycznie w przeddzień wyjazdu z miasta. Kobiecina, która była uprzejma wziąć mnie na termin w swym medycznym fachu, a która potem odstąpiła mi swoje miejsce, przechodząc na emeryturę, odwiedziła mnie ostatnio. Nie było w tym nic nadzywczajnego - lubiła wpadać i sprawdzać, jak sobie radzę. Często służyła dobrą radą, więc też chętnie ją u siebie widywałam. Zdziwiłam się, gdy powiedziała, że "ma do mnie sprawę". Sprawą okazała się propozycja: opowiedziała mi, że w pewnym niewielkim mieście starostą jest medyk, którego umiejętności chwilił sobie nawet sam król. Gdyby zgodził się przyjąć mnie do siebie, mogłabym zgłębić swą wiedzę wielokrotnie. Oczywiście wątpiłam aby jakakolwiek ważna osobistość gotowa była zainteresować się podobną propozycją, jednak chęć odwiedzenia innego miasta niewątpliwie pchała mnie ku przygodzie. W końcu mogłabym opuścić rodzinne miasto!
Decyzje podjełam szybko, już następnego dnia zostawiłam za sobą Valen.
Już sama podróż bardzo mnie ekscytowała. Przejeżdżając przez Grimssdel pokusiłam się nawet na wydanie trochę złota na owoce morza, których nie miałam okazji spróbować nigdy wcześniej. Jeśli miałabym kiedykolwiek się przeprowadzać, to właśnie do Grimssdel i właśnie przez wzgląd na te rarytasy.
Miałam nawet okazję popływać chwilę w pobliskim jeziorze. Słyszałam plotki jakoby żył tam kraken, jednak nie spotkałam w nim w sumie niczego większego od ryby.
Kiedy wjechaliśmy między góry, mój zapał znacznie osłabł. Wydawały się ciągnąć bez końca, tak monotonnym widokiem były. Niektórzy ludzie lubią spacery po górach. Ja miałam wrażenie, jakby przesłaniały mi one widok na szeroki, ciekawy świat!
Dalszej podróży opisywać zbędnie, bo następnym przystankiem była już właśnie Perona.
Miasto nie zrobiło na mnie wyjątkowego wrażenia. Z pewnością było malutkie, a do tego wydawało mi się jakieś szare. W sumie najsłuszniej byłoby zostać przy określeniu "osada" i tym wytłumaczyć wszystko, włącznie z drewnianą palisadą, która dla mnie mogła być osłoną najwyżej przed dzikimi zwierzętami. Co w sumie w miejscu otoczonym puszczą, było całkiem słusznym wyjściem.

Teraz wypadało by wyjaśnić, jak to się stało, że trafiłam przed chatę madam Curtis.
Po przybyciu, nie mogłam, rzecz jasna, od razu udać się z prośbą do starosty. Byłam zmęczona podróżą i zupełnie zdezorientowana. Zatrzymałam się w karczmie, o przyjemnej nazwie "Dębowy Skarbiec" - miejscu, które zdecydowanie ratowało Peronę w moich oczach. Zupełnie przypadkiem, jak to bywa w takich miejscach, dosłyszałam rozmowę o zwłokach znalezionych jakiś czas temu i podejrzeniach pewnej wdowy, która nie wierzyła w zwykły nieszczęsliwy wypadek. Tadaaa - oto jestem.


Na miejsce przybyłam - zdaje się - pierwsza. Nie wiedziałam czy faktycznie podobne zadania przystoja zwykłej uzdrowicielce, ale kto mierzy się z ludzkimi chorobami, powinien też umieć zmierzyć się ze śmiercią i potrafić ocenić jej przyczynę. A jako jedna z niewielu uważałam, że podejrzenia wdowy mogą mieć jakieś podstawy. Sama przecież jestem kobietą i wierzę w kobiecą intuicję.
Oczywiście gdyby był to demon, to właśnie pakowałam się w kłopoty. Nawet te z pierwszych kręgów potrafiły być nieprzyjemne, a zdawałam sobie sprawę, że moje duchy do walki najlepsze nie są.
Wiedziałam jednak, że do zadania tego wyznaczone zostały jeszcze dwie osoby i liczyłam na to, że jeśli sprawa okaże się faktycznie morderstwem (swoją drogą to budziło we mnie znacznie wiekszy niepokój niż uzasadnienie zabójstwa atakiem demona - te były jak bestie, potwory. Dużo straszniej było myśleć, że podobnym potworem może okazać się inny człowiek), moje umiejętności będę pomocne przy znalezieniu go. A przypadku demona... Cóż, może się okazać, że potrzebna będzie interwencja duchów.

Teraz patrzyłam na złocisty zachód słońca. W głębi serca byłam ogromnie ciekawa swoich towarzyszy. Miałam po cichu wielką nadzieję, że lepiej znają się na magii ataku niż ja. W przeciwnym razie mogło by być naprawdę krucho. Żałowałam też, że odwlekałam tak bardzo swe zamiary nauczenia się barier runicznych. W dobie demonicznych plag wydawało się to być dobrym posunięciem, choćby na własny użytek. Ciągle jednak odkładałam to i odkładałam, a teraz... Teraz mogłam tylko tego żałować.
04.04.2014, 13:36
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#4

Brunet przechadzał się po mieście i czuł się dziwnie maluczki. Być może wszystko za sprawą wielkich, barczystych mężczyzn, których co chwila mijał. Trudno było to stwierdzić. Nie zmienia to jednak faktu, że jak przystało na siedlisko drwali i łowców sam szaman ze swoją dość mizerną postura i wzrostem przyciągał kpiące spojrzenia. Odpowiadał na nie przyjacielskim, pozytywnym uśmiechem. Humor mu w końcu doskwierał. Przed ostatniej nocy spał niemal do południa nawet pomimo koszmaru, który wyrwał go z objęć morfeusza, zaś ostatnią spędził w domu przyjacielskiej staruszki. Oczywiście nic za darmo...W zamian za kawałek podłogi do przenocowania i kromkę chleba miał porąbać jej drwa i...rozmasowywać reumatyzm palców u stóp, kostek, kolan...Cóż, tak, był to bardzo rozległy reumatyzm, który dało się leczyć jedynie męskimi dłońmi. Luthien nie chciał komentować tej niedorzecznej przypadłości i możliwego związku ze stanem cywilnej starej panny. W końcu miał możliwość spędzenia nocy pod dachem, pod którym zresztą spał prawie jak niemowlę. PRAWIE. Nie czuł się mimo wszystko zbyt bezpiecznie, będąc sam na sam, ze staruszką, której dopisywał pokaźny wigor w odniesieniu, do co poniektórych kwestii...
Dlatego też rano spakował swoje manatki, wypytując staruszkę przed wyjściem o jakichś chorych w okolicy lub inne ciekawsze plotki. Dowiedział się tym sposobem o biednej wdowie. Serce niestety miał zbyt łaskawe, dlatego teraz właśnie szedł ulicami miasta wypełniony po brzegi chęcią pomocy.

Kiedy znalazł się pod domem owej owdowiałej, dostrzegł przed nim młodą damę. Przełknął ślinę. Miał w głębi duszy nadzieję, że kobieta jedynie podziwia widoki, a nie jest zainteresowana tą niebezpieczną sprawą...
-Przepraszam najmocniej, droga pani...wyczekujesz być może szanownej wdowy Curtis? Nie ma jej w domostwie? - Spytał. Miejscami zdarzało mu się zająknąć, wzrok zaś skakał co chwila od twarzy Nemeth na budynek. Rumieńce na twarzy stały się wyraźniejsze i widoczne, nawet pomimo cienia rzucanego na twarz przez zaciągnięty na głowę kaptur. Cóż...odzywanie się do nieznajomych, młodych kobiet było dla niego zawsze bardzo krępujące.
05.04.2014, 19:53
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#5

czekając na pozostałych, wyciągnęłam z mieszka starą, rytą we wzory monetę z otworem pośrodku. Nie wyglądała na taką, którą można by gdziekolwiek zapłacić, sprawiała raczej wrażenie wspomnienia jakiejś dawnej cywilizacji. Uśmiechnęłam się lekko na tę myśl. W sumie jej pochodzenie było mi obce, była jedną z czterech, które otrzymałam od mego nauczyciela. Serce ścisnęło mi się na tę myśl. Od momentu jego śmierci nie odwiedziłam miejsca jego spoczynku. Na grobie matki nie byłam jeszcze dłużej. Jako osoba związana z duchami powinnam chyba pamiętać także o tych, których znałam jeszcze za życia.
Odnotowując sobie w głowie, by zaraz po powrocie do Valen nadrobić zaległości, nasłuchiwałam cichego szurania kroków.
Mężczyzna, który zmierzał ku mnie, nie wydawał się być specjalnie okazałym przeciwnikiem. Czy spodziewałam się umięśnionego rycerza o dumnym wyrazie twarzy i barkach szerokich i twardych na podobieństwo muru? Chyba nie. Ale gdybym miała obstawiać, uznałabym prędzej, że to bard lub inny artysta. Poczułam się trochę nieswojo.
- Witam drogiego pana - powiedziałam, mając jeszcze nadzieję, że jest to może jakiś interesant albo ktokolwiek w jakimkolwiek innym celu - Szczerze mówiąc nie sprawdzałam tego. Pierwszy raz jestem w okolicy, więc postanowiłam poczekać na resztę towarzyszy - że są to towarzysze zupełnie mi nieznani, nie odczuwałam potrzeby wspomnieć. Nie wiedziałam też jak nawiązać do celu, w jakim tu byłam. Powiedzenie, że "mam zadanie do wykonania" brzmiało groteskowo poważnie, a przecież byłam zaledwie początkującą szamanką. Już za młodu uczono mnie - jeśli nie masz nic mądrego do powiedzenia, to siedź cicho, zatem na tym zakończyłam swą wypowiedź, wparując się jedynie w lico nieznajomego.
Pozostając dla niego równiez ino nieznajomą, gdyż w rozstrzepaniu, jak zwykle zapomniałam się przedstawić. Ciekawe kiedy mnie oświeci?
06.04.2014, 18:42
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#6

-Jaki tam ja drogi...Luthien jestem.- Pokłonił się lekko, lecz nie wyciągnął dłoni czy też się nie zbliżył. Za to wyraźne, młodzieńcze zakłopotanie wypłynęło na jego lico. Tworzyło ono zabawne zestawienie z jego aparycją niemalże trzydziestolatka, jednak oczy zdradzały młodość.
Jego twarz nieco spochmurniała, kiedy zrozumiał, że ta dama czekała na towarzyszy. Ściemniało się, ona była przejezdna, a okolica Perony, jak sam ostatnio doświadczył nie była bezpieczna. Mimowolnie począł zamartwiać się o nieznajomą.
-Och...rozumiem. Pozwoli więc pani, że postoję tu i poczekam z panią, na owych towarzyszy. Zmierzcha już, więc niebezpiecznie tak wyczekiwać kobiecie kogoś...Nie, żebym sugerował, że nie potrafi pani o siebie zadbać! Prezentuje się pani bardzo zaradnie. Tak...Właśnie...Prezentuje...- Zareagował trochę nerwowo. Nie chciałby kobieta oburzyła się, kiedy zasugerował jej bezbronność. Czemu pomyślał, że mogłaby to zrobić? Cóż, prawdopodobnie te dwa dni z Lavią nieco wyczuliły go na ostrożność używania takich uwag. Cholera...zdał sobie jednocześnie sprawę z tego, że stracił kontrolę nad rozmową, a szło mu tak dobrze i w miarę naturalnie. Ostatecznie postanowił więc zamilknąć, zanim zbłaźni się bardziej lub urazi czymś rozmówczynię. A może już tego dokonał? Poniósł więc wzrok na jej twarz, by odczytać jej reakcję, jednak pożałował tego od razu. Szamańskie oczy utknęły na wyraźnie przykuwających uwagę ustach. Nie mówiąc już o jej oczach. Czuł się niemal tak, jakby nieznajoma czytała go, jak otwartą księgę. Odwrócił się nagle plecami do rozmówczyni.
-Proszę tak na mnie nie patrzeć. - Wyjąkał, a w głosie dało się słyszeć wyraźne zażenowanie. Po wzięciu głębokiego wdechu kontynuował - Przepraszam najmocniej za moje zachowanie...uwagi. Słabo bardzo radzę sobie w rozmowach tego typu, jak zresztą widać...Hehe. Nie jestem jednak nikim dziwnym. Chyba. To jest, na pewno nie trzeba się mnie obawiać! Co też pewnie widać...Po prostu pomyślałem, że poczekam tu z panią, do momentu przybycia tych towarzyszy. Raz odwiedziłem bowiem tutejszą karczmę, a tematejsza brać...I jeszcze niedawno ten potwór niedaleko wioski...Jednak on już jest martwy, proszę się nie obawiać. Najbardziej teraz mnie niepokoi, że pani tu czeka, na takim rozdrożu. Widzi pani, kobieta mieszkająca w Peronie straciła męża, podejrzewa, że to morderstwo. Wybieram się do niej to ustalić, jednak spotkałem panią siedząca tu w pojedynkę, przejezdną, w takim miejscu, gdzie mógł być zamordowany człowiek, ściemnia się...Więc pozwoli pani, że potowarzyszę jeszcze chwilę. Bo tyle chyba jeszcze mogę. Syn wdowy miał po mnie wyjść tu... - Mówił nieco, jak potłuczony miejscami przyśpieszając bądź zacinając się. Nie miał jednak złych zamiarów. Ostatecznym dowodem mogła być twarz, którą odwrócił w kierunku Nemeth kiedy kończył swoją wypowiedź. Była ona czerwona ze wstydu, jednak pełna dobrych chęci. Był tak zaabsorbowany kobietą, że pewnie, nawet jeśli jakiś dzieciak już w okolicy tu stał, to najzwyklej w świecie umknął uwadze szamana.
Swoją drogą szamanowi przez myśl nie przeszło, że owa dama przyszła pod dom w tym samym celu co on. Po jej słowach wywnioskował, że przybyła do miasta z kimś i teraz na tego kogoś oczekiwała. Być może na męża. W końcu wyglądała na dojrzałą kobietę. Już sama ta myśl budziła zakłopotanie Luthiena.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.04.2014, 17:54 przez Luthien.)

07.04.2014, 17:25
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#7

nie mogłam powstrzymać uśmiechu, widząc jego skromny ukłon. Wtedy też uświadomiłam sobie, że zupełnie zapomniałam się przedstawić.
- Nemeth - przedstawiłam sie, trochę tym zmieszana.
Nie znałam go, a okolica była mi zupełnie obca, więc naprawdę można powiedzieć, że obserwowałam każdy jego gest. Zauważyłam, gdy w pewnym momencie coś go musiało zmartwić lub może zdenerwować? Tego nie byłam pewna, aż do momentu, gdy zaproponował mi swoje towarzystwo. Zaskoczyło mnie natomiast, że zaraz potem zaczął się tłumaczyć, co wyglądało naprawdę komicznie. Naprawdę, bogom dziękować, że lata pracy z pacjentami o różnych przypadłościach, nauczyły mnie trzymać mimikę twarzy na wodzy, gdy odruch nakazywał się roześmiać, a dobry takt - zachować powagę.
Ostatecznie jego propozycja była bardzo miła, a chociaż był mi równie obcy jak to miejsce, wydawał sie być przyjaźnie nastawiony. A przy mężczyźnie kobieta zwykle i tak czuje się bezpieczniej. Nawet, gdy rzeczony mężczyzna, wygląda tak niepozornie.
- Będzie mi bardzo miło... - próbowałam odgadnąć o co mu chodzi. Wydawał się uciekać przed moim wzrokiem. Znów go podniósł, a potem nagle się odwrócił. Uraziłam go czymś czy co? Ma jakąś traume? Doprawdy to przestawało nawet być komiczne.
Kiedy powiedział, że mam przestać tak patrzeć, machinalnie opuściłam wzrok. Inaczej zaakcentowane te słowa, wzbudziły by we mnie irytację, ale on wydawał się być najwyraźniej przerażony. A kiedy zaczął mnie przepraszać, już zupełnie poczułam się zbita z pantałyku. Ale chyba zaczynałam rozumieć. Rozumiałam już w chwilę zanim powiedział, że nie najlepiej idzą mu rozmowy... takiego typu. Nie wiedziałam jakiego, ale, że sobie nie radzi, to było widać aż za bardzo. Dalsze jego tłumaczenia znów zmusiły mnie do walki z własną mimiką. Chyba będę miała zakwasy twarzy.
Kiedy mówił, że okolica do bezpiecznych nie należy, musiałam tylko pokiwać do siebie głową. Wspomnienie o potworze zjeżyło mi włosy na karku. Podobnie, jak informacja, o celu jego przybycia tutaj, którą właśnie mi udzielił. A więc druga osoba z drużyny była już na miejscu. Miałam nadzieję, że obrońca z niego lepszy, niż mówca.
W międzyczasie znów podniosłam wzrok - i tak nie patrzył - więc, gdy znów się odwrócił ku mnie, nie bardzo wiedziałam co uczynić. Wątpiłam by ego jakiegokolwiek mężczyzny dobrze przyjęło, gdy kobieta ogląda go w takim stanie, czerwonego jak dorodny buraczek. Ale przynajmniej sama poczułam się tym na tyle zawstydzona, że znów odeszła mi ochota na głupie uśmiechy.
Westchnęłam więc tylko cicho i uśmiechnęłam się, pewnie trochę z niepewnością.
- Cóż, wobec tego będzie miał pan okazję towarzyszyć mi jeszcze dłuższy czas, zapewne. Ja również jestem tu w tej sprawie. Nemeth de Quuen, uzdrowicielka i szamanka, do pana dyspozyjci. - dygnęłam lekko, jakby dopełniając jakiejś dziwnej formalności. Miałam nadzieję, że może w sprawach mniej prywatnych czuje się lepiej.
09.04.2014, 10:15
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#8

Młody szaman gadał jak potrzaskany, czemu nie dało się w jakikolwiek sposób zaprzeczyć. Sam doskonale zdawał sobie sprawę, że zachowywał się tak tylko pod wpływem kobiecego towarzystwa. Świadomość ta wprawiała go w zakłopotanie, zażenowanie i bezradność, gdyż kompletnie nie wiedział, jak siebie z tego wyleczyć, a konsekwencje tej dziwnej przypadłości zbyt bardzo wpływały na jego życie. Nie wspominając już o tym, jak się musiały czuć damy w jego towarzystwie...W najlepszym przypadku naśmiewały się z niego i widziały w nim chodzący kabaret. W mniej lepszej wersji Lu robił za kawałek pomiatanej i wykorzystywanej ścierki. Najgorsze jednak było, kiedy swoją obsesją wprawiał je w złość. Oj, wówczas bywał adekwatnie zły na samego siebie.
Jednak wracając, Nemeth nie pokazywała na twarzy żadnych emocji, które pozwoliłyby Luthienowi jakoś ją sklasyfikować. Było to lekko zamartwiające, gdyż nie wiedział czego się spodziewać. Po burzliwym procesie myślenia, postanowił, że najlepiej będzie jeśli ograniczy swój potok bełkotu, a przynajmniej dopóki nie przyzwyczai się do jej obecności. Przynajmniej troszkę. Zapowiadało się bowiem, że będzie miał do tego okazję.
-Och...- Nie krył zdziwienia gdy dowiedział się, że razem przyjdzie im dopomagać w tej samej sprawie.
-Ja też jestem szamanem zajmującym się uzdrawianiem żywych jak i tych mniej...rześkich na życiu. Mam nadzieję, że to będzie pomocne... - Odpowiedział, drapiąc się nerwowo po czuprynie za uchem.
15.04.2014, 15:46
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#9

Podczas gdy dwójka szamanów dopiero zapoznawała się ze sobą, z jednej strony wymieniając krępujące i nieśmiałe uwagi, z drugiej zachowując dystans, osoba chłopca pozostawała poza ich jakichkolwiek zainteresowaniem. Im dłużej magowie rozmawiali, nie ruszając się ani o krok z miejsca, tym bardziej przykuwali uwagę dziecka, które ze zniecierpliwieniem czekało, aż w końcu zgłoszeni śmiałkowie podejdą do niego. Gdy już wydawało się, że ruszy spod ogłoszenia w kierunku pary, rezygnował w półkroku i ponownie rozglądał się, jakby dla upewnienia, że nikt inny, pasujący do rysopisu, nie znajduje się w pobliżu bramy miasta.
Chłopiec zdjął brązowy kaszkiecik i otarł czoło z potu, zgarniając grzywkę blond włosów na bok. Wyraźnie zmęczony dniem wyczekiwania, postanowił zaczerpnąć głębokiego oddechu i z nietęgą miną w końcu zagadnąć dwóch dorosłych, stojących naprzeciwko niego przy jednym z domostw.
- Przepraszam, czy to was przysłano z ogłoszenia? - zapytał, mnąc czapkę w dłoniach i spoglądając w czubki butów. Stanął pomiędzy dwójką, przerywając rozmowę.- Czekam już cały dzień i pomyślałem, że to możecie być wy. Wszyscy tylko mijali mnie albo idąc do centrum, albo wyjeżdżając z Perony. - Pod wpływem chwilowej odwagi charakterystycznej dla dzieci w jego wieku, podniósł głowę, przyglądając się reakcji szamanów. - Jesteście jedyni, którzy przystanęli. Pomyślałem, że może też czekacie...
Po chwili, nieco stropiony, dodał, przypomniawszy sobie o zaleceniu matki:
- Jestem Joachim Curtis.

Kolejność dowolna

Luthien, przygodę u mnie startujesz z maksymalnym poziomem many, więc śmiało możesz zmienić liczbę w profilu. :)
15.04.2014, 18:47
Przeczytaj Znajdź Cytuj
Chata wdowy Curtis
#10

więc kolejny lekarz? To nie wróżyło za dobrze, ale żal mi było młodzieńca, więc postanowiłam nie mówić ani słowa na ten temat. Miałam tylko nadzieję, że jego duchy będą bardziej użyteczne niż moje. Zresztą on sam wydawał się trochę tym zmieszany. Oświadczenie "gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść" również wydało mi się trochę nie na miejscu, w takim wypadku.
- Jestem pewna, że przyda się każda para rąk - próbowałam go pocieszyć, jak zwykle starając się unikać przy tym kłamstwa. Cóż, była taka możliwość, że dwie osoby faktycznie okażą się użyteczniejsze niż jedna. Oznacza to jednak, że przynajmniej ostatni z naszej załogi powinien znać się cokolwiek na wojaczce. Spojrzałam na monetę, którą wciąż trzymałam w dłoni. Po wzorach poznałam, że nieumyślnie wyjęłam tę należącą do Yuk. Może dzięki niej nie byłabym ciężarem dla reszty, w kryzysowej sytuacji?...
Z zaskoczeniem dosłyszałam młodziutki chłopięcy głosik, który po prostu musiał zwrócić się do nas. Do głowy by mi nie przyszło, że stał on tu już od jakiegoś czasu. Jak mogłabym go nie zauważyć?
Nie umiałam rozmawiać z dziećmi, choć nawet lubiłam obserwować te urocze istotki. Chcąc nie chcąc, zamierzałam więc potraktować chłopca, jak każdego dorosłego człowieka.
- Tak. - odparłam i wykonałam przed nim lekkie dygnięcie. Był ode mnie wiele razy młodszy, ale chyba warto już od młodości oswajać dzieci z dobrymi obyczajami?
- Nemeth de Quuen - przedstawiłam się, jako i on to uczynił. Musiał w takim wypadku być synem pani Curtis (może jego babką, bo ostatecznie sam wiek wdowy był mi nie znany) - Czy zaprowadzisz nas do szanownej gospodyni?
16.04.2014, 09:30
Przeczytaj Znajdź Cytuj





Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości

formularz kontaktowy / Oznacz wszystkie działy jako przeczytane / Wersja Mobilna